Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
środa, 11 stycznia 2017
The OA

away

The OAThe OA (2016) USA

reżyseria: Zal Batmanglij
scenariusz: Brit Marling, Zal Batmanglij, Melanie Marnich, Dominic Orlando, Ruby Rae Spiegel
aktorzy: Brit Marling, Emory Cohen, Scott Wilson, Phyllis Smith, Alice Krige, Patrick Gibson, Brendan Meyer, Brandon Perea, Ian Alexander, Jason Isaacs, Will Brill, Sharon Van Etten, Paz Vega
muzyka: Rostam Batmanglij
zdjęcia: Lol Crawley
montaż: Jonathan Alberts, Geraud Brisson, Matthew Hannam, Lisa Lassek

 (7-/10)

Pewnego dnia w sieci pojawia się krótkie nagranie.  Widać na nim młodą dziewczynę, która w panice biegnie po moście, wśród hamujących samochodów.  Przeskakuje przez barierkę i w mgnieniu oka skacze do wody. Budzi się w szpitalu po trzech dniach. Ma ogromne szczęście, bo jej upadek skończył się tylko na drobnych potłuczeniach. Nie pamięta jak się nazywa ani jak znalazła się na moście.  Do szpitala przyjeżdża starsze małżeństwo, rodzice dziewczyny.  Jak się okazuje Prerie, bo tak ma na imię, zaginęła siedem lat temu.  Dziewczyna nie poznaje rodziców, póki nie dotknie twarzy swojej matki.  Jak się bowiem okazuje, przed zaginięciem była całkiem niewidoma.  Powrót Prerie do domu staje się medialną sensacją, swego rodzaju cudem - nie dość, że się odnalazła, to jeszcze zaczęła widzieć.  Prerie nie chce nikomu opowiadać tego co przeżyła, nie pamięta swojego imienia, i karze nazywać się OA.  Wkrótce poznaje czworo zupełnie do siebie niepasujących nastolatków i pewną nauczycielkę, z którymi zaczyna spotykać się w opuszczonym domu.  Każdego dnia, dokładnie o północy.  Ma bowiem pewien plan.

"the OA" to przedziwna produkcja, którą bardzo trudno sprawiedliwie ocenić.  Być może dlatego, że nie spełnia pokładanych w niej obietnic.  Być może dlatego, że wybiera kierunki, które nie są dokładnie tymi, które chciałoby się zobaczyć, których nastąpienie wydawałoby się zrozumiałe, konsekwentne.  To serial z ogromnym potencjałem, ciekawy w zamyśle, który jednak zmierza w dość nieoczekiwanym, i nie do końca satysfakcjonującym kierunku.  Pytanie tylko, czy to, że twórcy wybierają zupełnie inną drogę, niż ta, której być może by się od nich oczekiwało, jest wadą tej produkcji, czy wręcz przeciwnie?  Czy to, że wątki nie dążą w spodziewanych, najbardziej charakterystycznych kierunkach świadczy o słabości tej produkcji?  Zdecydowanie nie.  Trudno jednak uznać, że te inne kierunki, które zostały wybrane są w pełni satysfakcjonujące, bo czegoś im jednak brakuje, nie grają tak dobrze jak powinny.  I trudno pisać o tym tak, aby z jednej strony nie zdradzić zbyt wiele z fabuły, ale jednocześnie wytłumaczyć co tak naprawdę rozczarowuje w tej produkcji, a co świadczy o jej wielkości.  Najwięcej powie chyba to, że o rzeczach wielkich, ostatecznych i niedostępnych „the OA” stara się mówić w zbyt prosty, banalny, przez to pod koniec niezamierzenie śmieszny sposób, ale to co ciekawi, to to, że w ogóle stara się poruszać te tematy.

Serial Netflixa jest z pewnością produkcją bardzo nietypową od strony swej struktury.  To osiem odcinków, które z reguły trwają godzinę, prócz tylko półgodzinnego odcinka numer sześć.  Zamiast tytułu serialu, czołówki, otrzymujemy tytuły poszczególnych odcinków, wraz z ich numerem.  Tylko w odcinku ostatnim (na sam koniec) oraz pierwszym (na dziesięć minut przed jego końcem) pojawia się tytuł.  Tak jakby pojawienie się bohaterki było tylko prologiem, a tytuł mógł pojawić się tylko po domknięciu opowieści o OA. Z początku ma się wrażenie, że całość będzie opowiadać o powrocie bohaterki do normalnego życia, po siedmiu latach jej nieobecności, później jednak okazuje się, że w dużej mierze serial ten będzie opowieścią o opowieści, o dzieciństwie i samym porwaniu. A jak z każdą taką opowieścią bywa, pojawi się pytanie na ile ta historia jest odwzorowaniem tego co się zdarzyło, a na ile tylko subiektywnym odczuciem.  Pomiędzy tym co było, będzie trochę wglądu w to co jest, ale nie na tyle, by móc w pełni przywiązać się do bohaterów, niepasujących do siebie nastolatków i samotnej nauczycielki.  Choć to ona w sumie jest tu najciekawszą, budzącą najwięcej sympatii bohaterką.  Osiem odcinków kończy się na tyle konkretnie by stanowić zamkniętą całość, ale zostawia za sobą wystarczająco wiele wątpliwości, by samemu zadać sobie pytania o to co było prawdą, a co nie, co się zdarzyło, a co nie do końca. 

Tagi: dramat sci-fi
21:18, milczacy_krytyk , serial
Link Komentarze (5) »
czwartek, 10 września 2015
Mad Men - sezon VII

the end of an era

Mad Men - sezon VIIMad Men - sezon VII (2014/2015) USA

reżyseria: Scott Hornbacher, Michael Uppendahl, Christopher Manley, Phil Abraham, Matthew Weiner, Jennifer Getzinger, Jared Harris
scenariusz: Matthew Weiner, Jonathan Igla, Heather Jeng Bladt, Erin Levy, David Iserson, Semi Chellas, Carly Wray, Tom Smuts
aktorzy: Jon Hamm, Elisabeth Moss, Vincent Kartheiser, January Jones, Christina Hendricks, Aaron Staton, Rich Sommer, Kiernan Shipka, Jessica Paré, Kevin Rahm, Christopher Stanley, Jay R. Ferguson, Ben Feldman, Mason Vale Cotton, Robert Morse, John Slattery
muzyka: David Carbonara
zdjęcia: Chris Manley, Don Devine, M. David Mullen
montaż: Tom Wilson, Christopher Gay, Chris Figler

 (10/10)

Wraz z końcem siódmego sezonu "Mad Men" kończy się pewne era. Tak dla bohaterów tego serialu, jak i dla nas widzów. Ostatni sezon to koniec lat 60. i początek kolejnej dekady, lata siedemdziesiąte, czas hipisów, wolnej miłości. Kończy się pewien niezwykły okres w historii Ameryki, kończy się również jeden z najważniejszych seriali ostatnich lat. Produkcja wybitna pod każdym względem, serial zjawisko, który przez osiem lat zachwycał widzów na całym świecie, był chwalony przez krytyków,  zbierał najważniejsze telewizyjne nagrody. Produkcja, która poprzez historie kilkunastu osób pracujących w agencji reklamowej w Nowym Jorku, opowiadała o tym jak zmieniało się amerykańskie społeczeństwo na przestrzeni lat, zahaczając o najważniejsze wydarzenia jakie je dotykały. Zawsze robiąc to przy okazji, w tle, unikając pustego grania na emocjach, przesady, melodramatyzmu. Przez to dla niektórych serial ten mógł wydawać się niejako wyprany z emocji, przesadnie wyciszony i spokojny. Zamiast emocji pokazywał bowiem czyny.  Emocje, uczucia bohaterów pozostawiając na drugim planie, ukryte pod maską poprawności, którą przywdziewali bohaterowie. Dlatego też finał tego serialu może z początku rozczarowywać, pozostawiać po sobie pewien niedosyt, ponieważ właściwie niczym nie różni się od poprzednich odcinków, jest tak samo wyciszony, spokojny jak pozostałe epizody. Obywa się bez dramatycznego finału, jedynie zaznaczając jak potoczyć się mogą dalej losy bohaterów, o niczym nie mówiąc i nie pokazując wprost.

Sezon siódmy podzielony został na dwie siedmioodcinkowe części emitowane rok po roku. Dzięki temu zyskał o jeden odcinek więcej, zamiast typowych trzynastu mając łącznie aż czternaście epizodów. Jednocześnie dzięki temu podziałowi wyraźniej zaznaczył nadchodzący finał.  Pierwsze siedem epizodów zatytułowane "Początek" rozgrywa się pod koniec roku 1969, swój koniec znajdując w jednym z ważniejszych wydarzeń w historii nie tylko Ameryki ale i świata - lądowanie człowieka na Księżycu. Epokowe wydarzenie które jest tłem dla starań agencji w zdobyciu kolejnych klientów, oraz pożegnaniem z jedną z ważniejszych postaci, która była obecna od początku serialu. Musicalowy występ w ostatnich minutach siódmego odcinka, jest jednocześnie fantastycznym finałem dla pierwszej części sezonu, godnym pożegnaniem ważnej postaci, jak i lekcją dla głównego bohatera, bo treść tej piosenki "The Best Things In Life Are Free" odbije się echem w kolejnych odcinkach. Scena która zamyka pewien rozdział i zaostrza apetyt na kolejne odcinki. Te emitowane były w Stanach rok później, a akcja ostatnich siedmiu epizodów rozgrywa się już w latach siedemdziesiątych. Koniec pewnej ery, bo tak są zatytułowane, przynosi sporo zmian nie tylko w otoczeniu, ale i dla samych bohaterów. Rozwody i powroty po latach, zamknięcie agencji i wchłonięcie przez większego gracza, stracone miłości i nowe uczucia, wizje nadchodzącego końca dla jednych i świetlana przyszłość przed innymi. Bez przesadnych dramatów, bez jawnych happy endów, bez oczywistych obrazów. Przebieżka po losach najważniejszych bohaterów, Dona, Peggy, Betty, Rogera, Joan, każdej z postaci poświęcająca odpowiedni kawałek czasu. A wszystko to zakończone najlepiej jak tylko można było zakończyć serial o agencji reklamowej - jedną z najważniejszych, najbardziej znaczących reklam w historii amerykańskiej telewizji. 

Zakończenie "Mad Men" jest jednocześnie melancholijne i smutne, wszak to ostatnie chwile z bohaterami, którzy towarzyszyli nam przez ostatnie ponad osiem lat. Gorzkie pożegnanie z ludźmi, pewną erą, samym serialem. Ale mimo tego jest w ostatnich odcinkach nuta nadziei, obietnica lepszych, kolejnych dni, które nadejdą dla bohaterów. Chwile tylko zaznaczone, zaledwie wspomniane, których możemy się tylko domyślać. Najlepszym ich wspomnieniem jest ostatnie spojrzenie na bohatera, lekki uśmiech za którym kryje się kolejny pomysł. Idea roztaczające nowe możliwości, nie tylko dla niego samego, ale i dla świata w którym funkcjonuje. I choć kończą się lata sześćdziesiąte, będące tłem tej produkcji, ale i przyczyną działań i zachowań bohaterów, nie kończy się sam świat. On istnieć będzie bez naszego udziału.  Bo tak jak zaczął się ten serial bez wyraźnego rozpoczęcia, tak tez się kończy. Od początku bowiem produkcja Weinera była pewnego rodzaju obserwacją, rzutem oka na pewne sytuacje, zdarzenia i wydarzenia na przykładzie kilkunastu postaci, opisujące świat, zmieniające się społeczeństwo. Obserwacją stosującą skoki czasowe, zaglądającą w tą rzeczywistość w momentach najbardziej ważnych, charakterystycznych, by najpełniej opowiedzieć historie bohaterów ale i świata tego serialu. Aż do teraz, gdy do tej rzeczywistości już więcej spoglądać nie będziemy.

Tagi: dramat
19:47, milczacy_krytyk , serial
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 września 2015
Detektyw - sezon II

nevermind

Detektyw - sezon IIDetektyw - sezon II (2015) USA

reżyseria: Justin Lin, Janus Metz, Jeremy Podeswa, John Crowley, Miguel Sapochnik, Daniel Attias
scenariusz: Nic Pizzolatto, Scott Lasser
aktorzy: Colin Farrell, Rachel McAdams, Taylor Kitsch, Vince Vaughn, Kelly Reilly, Ritchie Coster, Christopher James Baker, Afemo Omilami, James Frain, Andy Mackenzie, Michael Irby, Abigail Spencer, Timothy V. Murphy, W. Earl Brown, Michael Hyatt
muzyka: T Bone Burnett
zdjęcia: Nigel Bluck
montaż: Alex Hall, Chris Figler, Byron Smith

 (4/10)

Napisać, że druga seria „Detektywa” była rozczarowaniem to mało. Nie sposób wręcz uwierzyć, że jeden z najlepszych debiutów zeszłego roku, do tego produkcja HBO, stacji, która nigdy nie zawodzi jeśli chodzi o seriale, tak znacząco obniżyła poziom. Z ciekawego, nietypowego, świetnie zagranego kryminału, który w interesujący sposób przeplatał kilka planów czasowych, by opowiedzieć historie niezwykle skomplikowanego śledztwa, stała się nieciekawą, nudną, przegadaną sensacją, pozbawioną klimatu, dobrych dialogów, a co najgorsze właściwego śledztwa. Pomysł by z "True Detective" uczynić antologie, a więc serial, który w każdym sezonie opowiada inną historię, nie podobał mi się od samego początku. Siła pierwszej serii w dużej mierze wynikała z fenomenalnych kreacji aktorskich Matthew McConaughey i Woody Harrelsona. Bez nich "True Detective" nie mogło być już tym samym serialem. Jednak żeby tylko główni bohaterowie się zmienili. Zmieniło się tak naprawdę wszystko. Klimat - kilometry betonowych autostrad zastąpiły mroczne mokradła Luizjany. Miejsce akcji i rodzaj śledztwa - zamiast małych miasteczek i rytualnych mordów, otrzymaliśmy wielką skorumpowaną metropolię i bagno personalnych zależności. Zamiast dwóch świetnie uzupełniających się detektywów, mamy czwórkę niedogadujących się policjantów, którzy są niejako zmuszeni do wspólnej pracy. Nawet piosenka z czołówki (która również jest inna, choć utrzymana w podobnym stylu) nie przetrwała do sezonu drugiego - tym razem śpiewa nam Leonard Cohen. Tym samym "True Detective" sezon drugi jest zupełnie innym serialem, i z pierwszą serią nie ma właściwie nic wspólnego.

Największym problemem tej serii jest to, że bardziej skupia się na drugoplanowych wątkach, pobocznym życiu wszystkich postaci, niż na właściwej akcji, śledztwu, które powinno napędzać ten serial. Co gorsza wszyscy w tej serii są nieszczęśliwi, wszyscy mają masę problemów i spaprane życie z którym próbują sobie jakoś poradzić. A my się w tym ich bagnie nieustannie babramy. Nawet nie wiadomo od kogo zacząć. Jest detektyw Velcoro grany całkiem dobrze przez Colina Farella. Rozwodnik, desperacko próbujący utrzymać kontakt ze swoim synem (choć nie wiadomo czy to jego syn), który ma problemy w szkole przez swoją wagę. Detektyw pije, pali, ćpa i ma dosyć swego życia, a szczególnie pewnego uczynku z przeszłości, który go nieustannie nawiedza. Jest detektyw Bezzerides, młoda kobieta, która ma uduchowionego ojca z którym nie utrzymuje kontaktu, siostrę, która zarabia na życie występując nago przed kamerkami i bolesną przeszłość za sobą, pewne wydarzenie z dzieciństwa, które pamięta jak przez mgłę. Jest policjant Paul Woodrugh (drewniany Taylor Kitsch) uwielbiający jeździć na motorze przystojny mężczyzna, chłopiec swojej zapijaczonej matki. Facet oskarżony o molestowanie pewnej znanej aktorki, nie mogący poradzić sobie z określeniem własnej tożsamości. Jest wreszcie dobry gangster Frank, który w wyniku spisku zaczyna tracić swoją pozycję i interes na rzecz kolegów po fachu. Wciela się w niego Vince Vaughn, największa pomyłka castingowa tej serii, aktor komediowy którego na siłę wtłoczono w rolę dramatyczną, i choć napina i stara się jak może, widać jak cierpi wygłaszając kolejne patetyczne przemowy. Jego bohater również miał ciężkie dzieciństwo, o którym w przydługiej przemowie informuje nas już w drugim odcinku. Prócz spraw zawodowych Frank musi poradzić sobie również z problemami osobistymi - on i jego żona od lat starają się o dziecko, i nie mogą zajść w ciąże, czego ona nie jest w stanie przeżyć. A gdzieś w tle tych wielce istotnych rozterek pojawia się zabójstwo pewnego biznesmena.

Wszyscy bohaterowie w drugim sezonie głęboko przeżywają swoje problemy. Wszyscy wygłaszają co rusz podniosłe przemowy. Wszyscy starają się osiągnąć jak największy poziom udręczenia swych postaci. Tak jakby na barkach dźwigali całe nieszczęście tego świata. Bronią się jedynie Farrell i McAdams choć scenariusz co rusz im to utrudnia. Na niekorzyść tej serii działa również przesadne przeludnienie akcji. Czwórka detektywów (o czwartym nie wspominałem, bo jego postać została tak poprowadzona jakby jej w ogóle nie było), kilka postaci pierwszoplanowych i masa bohaterów i nazwisk wymienianych na drugim planie. Nie sposób się w tym odnaleźć, a i wielokrotnie ma się wrażenie, ze i sami twórcy maja problem z zapanowaniem nad tym tłumem. Akcja posuwa się niezwykle wolno, właściwie jedyne co ją napędza to dialogi, a jako, że te są okrutnie napuszone, to serial generalnie stoi w miejscu. Co gorsze nie wykorzystuje nawet możliwości fabularnych, które sam stwarza. Gdy w finale pierwszego odcinka padają bezpośrednie strzały do jednego z głównych bohaterów, ma się nadzieje na szokujący zwrot akcji, który jednak nie następuje. Gdy w finale czwartego odcinka twórcy raczą nas przesadnie przedłużoną strzelaniną na ulicach miasta, ma się nadzieję, ze to wydarzenie wpłynie jakoś na bohaterów, namiesza w ich życiu, relacjach, przyspieszy śledztwo. Jednak zamiast tego twórcy przenoszą w odcinku piątym akcję o dwa miesiące w przód, tym samym na nowo spowalniając rozwój wydarzeń. I tak do samego, nudnego finału w odcinku ósmym, w którym choć trup ściele się gęsto, nic nas to nie rusza, bo bohaterowie są nam obojętni, a akcja nijak nie wciąga. Największe serialowe rozczarowanie od lat.

20:02, milczacy_krytyk , serial
Link Komentarze (1) »
czwartek, 28 maja 2015
Wszystkie wcielenia Tary - sezon II

multiple personalities

Wszystkie wcielenia TaryWszystkie wcielenia Tary - sezon II (2010) USA

reżyseria: Craig Zisk, Adam Davidson, Craig Gillespie, Tricia Brock, Penny Marshall, Jamie Babbit
scenariusz: Diablo Cody, Jill Soloway, Tracy McMillan, Dave Finkel, Brett Baer, Sheila Callaghan, Craig Wright, David Iserson
aktorzy: Toni Collette, John Corbett, John Corbett, Keir Gilchrist, Rosemarie DeWitt, Patton Oswalt, Fred Ward, Pamela Reed, Matthew Del Negro
muzyka: Benjamin Forrest Davis, Craig Wedren
zdjęcia: M. David Mullen
montaż: Bill Turro, Shannon Mitchell, Tim Boettcher

 (6/10)

Nadrabiam serialowe zaległości.  Produkcje, których oglądanie rozpocząłem dawno temu, ale których z różnych powodów nie dokończyłem.  Bo choć obejrzane odcinki mi się podobały, na kolejne przyszło mi czekać zdecydowanie za długo, dłużej niż z początku myślałem.  Jedną z takich produkcji są "Wszystkie wcielenia Tary".  Serial komediowy, wyprodukowany przez Spielberga, którego twórcą jest Diablo Cody, o której głośno było kilka lat temu przy okazji filmu "Juno", do którego napisała scenariusz.  Pierwszy sezon tego serialu obejrzałem w telewizji, dokładniej rzecz biorąc w tvn, w czasach gdy stacja ta starała się być w miarę na bieżąco z zagranicznymi produkcjami, w nocnym paśmie wyświetlając niektóre z amerykańskich seriali.  I choć historia kobiety, która cierpi na rozszczepienie osobowości, posiada kilka wcieleń, które w stresujących sytuacjach przejmują władzę nad jej ciałem, mnie nie porwała, to z sympatii do Toni Collette, która gra tutaj główną bohaterkę  byłem w stanie kontynuować tę produkcję.  Tyle tylko, że sezon drugi przeleciał w telewizji bez żadnej zapowiedzi i na swój czas musiał czekać aż do teraz.

Sezon drugi właściwie niczym szczególnym nie różni się od pierwszego.  To prosta kontynuacja losów Tary i jej bliskich, niezbyt normalnej rodziny, która zmierzyć się musi z kolejnymi wcieleniami kobiety.  Do Bucka - weterana wojny i harleyowca, Alice - idealnej pani domu wyjętej z lat sześćdziesiątych, T. - szalonej nastolatki oraz Gimme - zwierzaka w czerwonej pelerynie, który objawił się pod koniec pierwszej serii, teraz dochodzą jeszcze Shoshana - terapeutka która poprowadzi terapię Tary, spróbuje pomóc jej przypomnieć sobie co zdarzyło się w przeszłości, co spowodowało, że kobieta przemienia się w inne osoby, oraz Kurczak - dziecięce wcielenie Tary, które namiesza szczególnie w ostatnich odcinkach.  Choć od poprzedniego finału w świecie bohaterów minęły trzy miesiące, choć od tego czasu, Tara będąc na lekach była ciągle sobą, pewne dramatyczne wydarzenie z naprzeciwka spowoduje, że pozostałe jej osobowości będą znów wychodzić na wierzch, komplikować życie bohaterów.  Czyli dziać się będzie dokładnie to samo co w pierwszych dwunastu odcinkach tej produkcji.

Pamiętam, że kilka lat temu, gdy dopiero poznawałem "United States of Tara" najbardziej przeszkadzało mi w tym serialu to, jak daleki jest on od swoich bohaterów, jak po łebkach pokazuje problem z jakim muszą się zmagać, jak nie wgłębia się w to co przeżywają, jak choroba Tary wpływa na każde z nich z osobna.  Swobodna komedia traktująca wszystko na luzie kłóciła mi się z tematem tej produkcji, lekceważyła przypadłość bohaterki.  I niestety w sezonie drugim to się nie zmienia, jest on tak samo lekki, niepoważny i błahy jak pierwsze odcinki.  Do tego gdyby tak streścić go w całości, to w sumie niewiele się w nim dzieje.  Moosh próbuje być hetero co nie bardzo mu wychodzi, Kate zaczynają swoją pierwszą pracę po studiach, przy okazji poznaje ekscentryczną artystkę (świetna Viola Davis), siostra Tary poznaje księcia z bajki i szykuje się do ślubu, Max jest po prostu mężem Tary, a ona sama stara się dociec prawdy, cóż takiego zdarzyło się w jej dzieciństwie.  Pewne światło na przeszłość zostaje rzucone, ale finał w gruncie rzeczy za wiele nie wyjaśnia, niemrawo zapraszając na serię trzecią, po której serial został zdjęty z anteny.

20:15, milczacy_krytyk , serial
Link Komentarze (2) »
wtorek, 14 kwietnia 2015
Homeland - sezon IV

far from finished

Homeland - sezon IVHomeland - sezon IV (2014) USA

reżyseria: Lesli Linka Glatter, Keith Gordon, Michael Offer, Charlotte Sieling, Carl Franklin, Alex Graves, Seith Mann, Dan Attias, Clark Johnson
scenariusz: Alex Gansa, Chip Johannessen, Alexander Cary, Patrick Harbinson, Meredith Stiehm, Howard Gordon
aktorzy: Claire Danes, Rupert Friend, Nazanin Boniadi, Laila Robins, Tracy Letts, Mandy Patinkin, Nimrat Kaur, Michael O'Keefe, Numan Acar, Raza Jaffrey, Mark Moses, Shavani Seth, Suraj Sharma, Maury Sterling, F. Murray Abraham, Amy Hargreaves, Art Malik, Sarita Choudhury, Akshay Kumar, Damian Lewis 
muzyka: Sean Callery
zdjęcia: David Klein
montaż: Jordan Goldman, Terry Kelley, Michael Ruscio, Harvey Rosenstock, Garret Donnelly

 (8/10)

Bardzo pozytywne zaskoczenie.  Po finale trzeciej serii, która definitywnie kończyła główny wątek jaki napędzał ten serial, zdawało się, że nie ma już sensu dłużej kontynuować tej produkcji.  Zdawało się, że tworzenie kolejnego sezonu mija się z celem, bo twórcy nie będą mieli o czym opowiadać.  Scenarzyści znaleźli jednak na to rozwiązanie.  "Homeland" przeszedł pewnego rodzaju rebranding, z serialu łączącego sensację z dramatem rodzinnym stał się trzymającym w napięciu thrillerem.  Twórcy nie mogąc kontynuować dalej historii z poprzednich sezonów, poszli w trochę innym kierunku, kontynuując losy bohaterów.  Bazą czwartej serii stali się więc bohaterowie, a nie opowieść sama w sobie, jak ma to miejsce w przypadku większości seriali, jak miało to miejsce również w przypadku trzech poprzednich sezonów, wypływających bezpośrednio jeden z drugiego.  Seria czwarta, choć nadal jest tym samym serialem, opowiada już zupełnie inną opowieść.

Minął rok od tragicznych wydarzeń w Iranie.  Carrie urodziła córkę, ale niedługo po porodzie zostawiła ją pod opieką swojej siostry i wyjechała ze Stanów.  Została szefową placówki w Kabulu.  Przez pracowników żartobliwie nazywana jest "Królową dronów".  Na tym polega teraz jej praca - za pomocą dronów szuka terrorystów, skreślając kolejne cele, z długiej listy poszukiwanych.  W czasie jednej z misji zostaje podjęta decyzja by zrzucić bombę na dom, w którym najprawdopodobniej ukrywa się jeden z najważniejszych celów.  Szybko okazuje się jednak, że prócz terrorysty zabitych zostaje wiele niewinnych ludzi, bowiem w zbombardowanym domu odbywało się przyjęcie weselne.  I tak rozpętuje się piekło, spirala zdarzeń w której jedna dramatyczna sytuacja prowadzi do następnej, w którym o życiu bądź śmierci decydują ułamki sekund, w którym nie ma prostych wyborów, bo nawet decyzja o uratowaniu komuś życia, z założenia dobra, może okazać się niewłaściwa.  Wojna z terroryzmem trwa, i nie widać jej końca.

Twórcy w czwartej serii całkiem zrezygnowali z wątków obyczajowych (prócz finału, który jest zaskakująco spokojny), które w poprzednich odcinkach zajmowały zdecydowanie zbyt wiele czasu, rozbijały akcję, burzyły napięcie, w większości zdawały się być wyciągnięte z zupełnie odmiennej produkcji.  Tym razem skupili się przede wszystkim na Carrie i misji, której dowodzi, która coraz bardziej wymyka się jej spod kontroli.  I takie poprowadzenie serialu było strzałem w dziesiątkę, bo "Homeland" wreszcie stał się serialem wyrównanym, trzymającym w napięciu, zmuszającym do obejrzenia kolejnego odcinkach, tuż po zakończeniu bieżącego.  Twórcom udało się zbudować całkiem zgrabną, zaskakującą, pełną zwrotów akcji intrygę, w której bohaterowie muszą podejmować trudne decyzje, w której kolejne wydarzenia emocjonują, wzruszają i nie pozwalają oderwać oczu od ekranu.  Jednocześnie udało im się (w miarę) pozostać na ziemi, i nie stworzyć kolejnej sensacyjnej bajki pokroju ostatnich sezonów "24".  "Homeland" to bowiem nadal poważny serial, który tym razem mocno przyspieszył tempo.  Dobrze widzieć, że z każdym kolejnym sezonem staje się coraz lepszy.

Tagi: thriller
21:42, milczacy_krytyk , serial
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23