Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
sobota, 08 kwietnia 2017
American Honey

Star

American HoneyAmerican Honey (2016) USA, Wielka Brytania

reżyseria i scenariusz: Andrea Arnold
aktorzy: Sasha Lane, Shia LaBeouf, Riley Keough, McCaul Lombardi, Arielle Holmes
zdjęcia: Robbie Ryan
montaż: Joe Bini

 (7/10)

Star ma osiemnaście lat.  Poznajemy ją w trudnym momencie jej życia.  Opiekuje się młodszym rodzeństwem: siostrą i bratem, mieszka z zapijaczonym facetem, którzy każe nazywać się "daddy", jedzenia szuka po śmietnikach.  Matka opuściła ich, mieszka gdzieś niedaleko ale prowadzi własne życie, mając trójkę swoich dzieci głęboko gdzieś. Dlatego gdy tylko nadarza się odpowiednia sytuacja, Star ucieka z domu, mając nadzieję, że wszędzie będzie lepiej niż tu gdzie jest teraz.  Ucieka bo nie jest w stanie znieść swojego obecnego życia.  Okazja do ucieczki pojawia się zupełnie przypadkowo, i jest nią grupa nastolatków, którzy podróżują po kraju wielkim vanem, zarabiając ze sprzedaży prenumeraty magazynów wysyłkowych.  Jake, najlepszy sprzedawca z całej grupy, oferuje dziewczynie pracę.  Ma rzucić wszystko i jechać razem z nimi.  Star wyrusza w drogę, mając nadzieję, że dzięki tej decyzji jej życie potoczy się w lepszym kierunku, że dzięki temu, jakimś cudem spełnią się jej marzenia.

To co pierwsze uderza w tym filmie to jego format.  Niewielkie 4:3, które w dzisiejszych czasach tak nienaturalnie wygląda na srebrnym ekranie.  Obraz jest tu ściśnięty do kwadratu, klaustrofobiczny, hermetyczny.  Zamykający ten trudny świat w którym żyje bohaterka na bardzo małej powierzchni.  O dziwo jednak, w trakcie seansu, poznając bohaterkę, ma się wrażenie jakby ten niewielki obraz się rozszerzał, jakby zajmował coraz więcej miejsca.  Dzięki pięknym, naturalnym zdjęciom, które szukają jak najwięcej promieni słońca, obraz ten staje się większy, zdaje się rozszerzać.  Prócz światła powiększa go również naturalność z jaką opowiedziana, właściwie podejrzana zostaje ta historia.  Kamera śledzi bohaterkę, śledzi grupę nastolatków z którymi uciekła, i robi to w taki sposób, jakby była cichym elementem tej historii, podglądaczem, który obserwuje tą dziejącą się rzeczywistość.  Nie sposób odróżnić, które ze scen zostały zaimprowizowane, które wynikały ściśle ze scenariusza, ile w tym wszystkim gry aktorskiej, a ile przypadku, obserwacji, rejestracji rzeczywistości.  Ta naturalność wylewa się z ekranu od samego początku do samego końca tego nadspodziewanie długiego ale spójnego i zwartego filmu.

Bohaterowie jeżdżą od miasta do miasta, zaczynając od małej miejscowości w Teksasie z której pochodzi Star.  Imprezują, mają swoje dziwne zwyczaje, rozmawiają, bawią się, w dzień chodzą od domu do domu, wymyślając różne historie dzięki którym udaje się im wyciągnąć pieniądze od bogatych Amerykanów, których naciągają na magazyny.  Ich podróży przez kraj towarzyszy muzyka, najczęściej hip hop ale również popowe piosenki, które nadają tej opowieści odpowiednie tempo i świeży klimat. Piosenki są tłem ale i po części elementem tej historii, jak chociażby "We Found Love" Rihanny, które staje się niejako hymnem grupy.  Reżyserce tak dobrze udało się dobrać bohaterów tej opowieści, że ani przez chwilę nie wątpimy w ich relacje, w sytuacje w jakiej się znajdują.  I choć na planie tego filmu spotykają się aktorzy mający już całkiem spore doświadczenie (jak LaBeouf czy Keough) z amatorami, którzy po raz pierwszy stanęli przed kamerami, to ani przez chwilę nie widać tu rysy na tym połączeniu doświadczenia z debiutem.  Ani przez chwilę nie wątpi się w tę grupę, nie czuje się sztuczności w zachowaniu, grze któregokolwiek z aktorów.

Prawdziwym objawieniem tego filmu jest natomiast Sasha Lane, debiutantka, która wciela się w postać osiemnastoletniej Star.  Jest zjawiskowa, magnetyczna, intrygująca.  Na jej twarzy, w jej oczach maluje się mnóstwo emocji, w które się wierzy i które odczuwa się przez cały seans.  To sprzeczności, które budują jej postać.  Ból, tęsknota, złość, zrezygnowanie, dziecięca naiwność, pewność siebie, zdecydowanie.  Jej bohaterka, dziewczyna o dobrym sercu, wyrywa się z domowego koszmaru, by trafić pomiędzy pełnych życia rówieśników, którzy na pierwszy rzut oka doskonale ją rozumieją, których zdawać by się mogło rozpiera radość życia. Ale jak ze wszystkim, z czasem okazuje się, że życie nie jest takie proste, a sen o lepszym życiu wśród rówieśników może się wcale nie spełnić. Świetny jest tutaj również LaBeouf w roli Jake'a, któremu udaje się namówić Star do podróży.  To postać nieoczywista, z jednej strony bardzo pewny siebie, zdecydowany, zmotywowany, czarujący chłopak, który jest jednak zaskakująco mocno podporządkowany liderce całej grupy czyli Krystal.  To facet w którym można się zakochać na zabój, który jest nieoczywisty, nieprzewidywalny.  Świetna rola, w której Shia całkiem się zatapia, udowadniając, że jako aktor jest kimś znacznie więcej niż tylko nastolatkiem znanym z "Transformers".

20:36, milczacy_krytyk , 07
Link Dodaj komentarz »
sobota, 01 kwietnia 2017
Power Rangers

it's morphin' time

Power RangersPower Rangers (2017) USA

reżyseria: Dean Israelite
scenariusz: John Gatins
aktorzy: Dacre Montgomery, Naomi Scott, RJ Cyler, Ludi Lin, Becky G., Elizabeth Banks, Bryan Cranston, Bill Hader, Matt Shively, Cody Kearsley, David Denman
muzyka: Brian Tyler
zdjęcia: Matthew J. Lloyd
montaż: Dody Dorn, Martin Bernfeld

 (7/10)

Nie ukrywam, jako dziecko uwielbiałem "Power Rangers".  I choć dzisiaj pojąć nie mogę jak mógł mi się podobać ten głupiutki, infantylny serial, to jako kilkulatek świetnie bawiłem się oglądając kolejne odcinki.  Znam przede wszystkim pierwszy sezon czyli "Mighty Morphin" ale i późniejsze jak chociażby "Zeo" nie są mi obce.  "Power Rangers" już dwa razy próbowało swojej szansy na wielkim ekranie, jednak wtedy proponowano jedynie filmy w formie wydłużonego odcinka serialu, przez co produkcje te nie przyciągnęły tłumów.  Teraz przyszedł czas na kolejną próbę.  Z jednej strony łatwiejszą, bo żyjemy w czasach gdy w kinie królują ekranizacje komiksów, kolejne filmy o superbohaterach.  Z tej samej przyczyny jednak mocno wymagającą bo w zalewie kolejnych sequeli, prequeli i rebootów o zamaskowanych bohaterach, by odnieść sukces trzeba się wyróżnić.  A "Power Rangers" z pozoru wyglądają jak połączenie "Transformers", „Pacific Rim” i "Iron Mana", czyli kombinacji obrazów, które całkiem niedawno gościły na wielkim ekranie.  A taka pozorna powtarzalność zdecydowanie nie wpłynie dobrze na pozytywny odbiór tego widowiska.  Poza tym nie da się ukryć, że oryginalny serial był momentami mocno żenujący i stworzyć na jego podstawie coś co nada się do kin, co porwie tłumy, nie należało do najłatwiejszych zadań.  Jednak o dziwo się udało.

Twórcy nowych "Power Rangers" poszli w bardzo dobrym kierunku kreując swoją produkcję na wzór origin postaci komiksowych.  Samych Rangersów mamy tutaj stosunkowo niewiele, na to przyjdzie jeszcze czas w kolejnych filmach.  Ten pierwszy obraz wyświetlany właśnie w naszych kinach ma za zadanie przedstawić nam bohaterów, wprowadzić w trochę zmienione uniwersum wojowników mocy, pokazać założenia tej budowanej od początku mitologii, położyć fundamenty pod kolejne filmy.  I robi to wyśmienicie.  To co się tutaj przede wszystkim udaje to bohaterowie.  Pięcioro niezwykle sympatycznych nastolatków, którzy aby stać się Power Rangers muszą się wpierw poznać i polubić.  Dzieciaki nieźle grają, a ponieważ ich bohaterowie są konkretnie nakreśleni, od razu się ich lubi.  Jest Jason, który przez kontuzje musiał przerwać karierę sportowca i zupełnie sobie z tym nie radzi.  Jest Kimberly, która została wykluczona ze swojego dotychczasowego otoczenia za to co zrobiła w szkole.  Jest Billy, czyli niezwykle inteligentny, błyskotliwy chłopak, który ma ogromne trudności w nawiązywaniu relacji międzyludzkich.  Jest Trini, czyli nowa dziewczyna w szkole, której konserwatywni rodzice chcą narzucić jedyny, w ich mniemaniu właściwy sposób na życie.  Jest wreszcie Zack, opiekujący się chorą matką.  Każdy z nich jest na swój sposób zbuntowany, niedopasowany, zmagający się z jakimś problemem.  Niby banał, niby schemat, ale napisany na tyle sprawnie i na tyle lekko zagrany, że nie boli.  Z resztą cały film ma w sobie taką lekkość.  Jest nakręcony z dużym dystansem do siebie i swego otoczenia.  Świetne jest chociażby to, że dzieciaki nie wierzą w to co odkrywają i żartują z bycia jedynym ratunkiem dla świata.  Świetne są tu również nawiązania do konkurencyjnych filmów, chociażby "Transformers" czy "Iron Mana".  Całe szczęście film ten doskonale zdaje sobie sprawę z tego czym tak naprawdę jest.  To głupiutka ale przyjemna rozrywka dla nastolatków, ożywienie serialu do którego nie można podchodzić na poważnie.

Dla tych, którzy nie znają oryginalnych "Power Rangers" film ten może wydać się zwykłą kolorową papką zrzynającą z konkurencji.  Jednak Ci, którzy choć trochę pamiętają serial z lat 90., będą w pełni usatysfakcjonowani z tego jak twórcom udało się przenieść tę opowieść na wielki ekran.  Sporo w tej produkcji smaczków, mrugnięć okiem skierowanych do tych, którzy znają poprzednie wcielenia Rangersów.  I choć kinowe uniwersum Power Rangers różni się trochę od serialowego (zmieniono chociażby to kim jest Rita, skąd pochodzą Zordon i Alpha, oraz sam wybór nastolatków na wojowników ma tym razem mniej idealistyczny wydźwięk), to twórcy nie zapominają o stałych punktach programu.  Jest więc Rita Repulsa (z radością i rozbrajającą szarżą zagrana przez Elizabeth Banks), jest banda kitowców (tutaj w postaci skalistych potworów), i oczywiście gigantyczny potwór, złoty Goldar, którego Rita tworzy przy pomocy swojej różdżki.  Jest pięcioro kolorowych Rangersów, są ich dino-zordy, jest też Mega-Zord walczący pod sam koniec.  Jest Alpha i jego „Ajajaj!”, jest twarz Zordona pojawiająca się na ścianie (świetnie, że pomiędzy nim a nastolatkami dochodzi do tarć i ta relacja nie jest tak bardzo oczywista).  Jest odśpiewany motyw „Go Go Power Rangers”, jest wreszcie cameo dwójki najbardziej lubianych Rangersów z pierwszego serialu. Zabrakło jedynie (na szczęście) najbardziej żenującego elementu serialu czyli Czachy i Mięśniaka.  I choć nie mogę napisać, że nowe „Power Rangers” jest dobrym filmem, bo takim w żadnym wypadku nie jest, to jednak jako kolorowy, wybuchowy wstęp do nowej serii filmów i pierwszy obraz z ożywionego uniwersum, spisuje się zaskakująco nieźle.

18:03, milczacy_krytyk , 07
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 marca 2017
Life

Calvin

LifeLife (2017) USA

reżyseria: Daniel Espinosa
scenariusz: Rhett Reese, Paul Wernick
aktorzy: Jake Gyllenhaal, Rebecca Ferguson, Ryan Reynolds, Olga Dykhovichnaya, Ariyon Bakare, Hiroyuki Sanada
muzyka: Jon Ekstrand
zdjęcia: Seamus McGarvey
montaż: Mary Jo Markey, Frances Parker

 (6/10)

Niedaleka przyszłość.  Na międzynarodowej stacji kosmicznej sześcioro astronautów od blisko ośmiu miesięcy przygotowuje się na odebranie próbek jakie zostały wysłane z Marsa.  Najprawdopodobniej zawierają one ślady życia pozaziemskiego.  Misją naukowców jest bezpieczne odebranie próbek oraz dokładne ich przebadanie.  I faktycznie, dość szybko okazuje się, że w glebie zebranej na Marsie odnaleziona zostaje pojedyncza, żywa komórka.  Niepodważalny dowód na istnienie życia innego niż to które znamy.  Naukowcom udaje się wybudzić zahibernowaną komórkę.  Szybko odkrywają, że jest ona samowystarczalnym organizmem: jednocześnie mięśniem, okiem i mózgiem.  Od momentu przebudzenia bardzo szybko się rozrasta i zaczyna poznawać terytorium - szklaną kapsułę w której jest zamknięta.  Oczywiście nie trudno się domyślić, że gdy tylko obcy organizm nabierze masy, zechce wydostać się z tego zamknięcia.  Nie trudno się również domyślić, że nowe życie stanie się zagrożeniem dla dotychczasowego życia - czyli dla astronautów.  I tak rozpoczyna się film, który w najprostszy sposób można opisać jako połączenie „Obcego” z „Grawitacją”.  Sprawne, choć rozczarowujące sci-fi. 

Początek jest całkiem obiecujący.  Co prawda scena akcji odbierania nadlatujących próbek jest przesadnie rozbuchana, ale świetna praca kamery, która lewituje wraz z bohaterami w całkiem sporej stacji kosmicznej, szybki montaż i dobrze budowany klimat wciągają w tę historię.  Wstęp jest bardzo krótki i właściwie od początku akcja rusza z kopyta.  Twórcy nie bawią się w ukrywanie pozaziemskiego bohatera (to odróżnia ten film chociażby od „Obcego”), i ukazują nam obcą formę życia od samego początku w pełnej okazałości, jak pod mikroskopem. Film ten nie jest horrorem, a bliżej mu do filmu akcji, w którym wydarzenia raz wprawione w ruch nie zatrzymują się już do samego końca - tu blisko do "Grawitacji".  Cały drugi akt jest właściwie nieustającą konfrontacją obcej formy z astronautami, próbą utrzymania życia po obu stronach.  Po stronie ludzi broniących się przed Marsjaninem, oraz po stronie Obcego, który za wszelką cenę stara się rozrosnąć do pełnej formy.  I film ten świetnie sprawuje się w początkowych stadiach rozwoju obcej formy życia.  Twórcy budują atmosferę narastającego zagrożenia, ciekawie rozgrywają kolejne sceny akcji.  Całość trzyma w napięciu, momentami zaskakuje.  Niestety w pewnym momencie ten rozpędzony film akcji wymyka się spod kontroli i odlatuje w kierunku filmidła w którym ciężko szukać jakiegokolwiek sensu.  

Od momentu gdy rozpoczyna się walka z czasem, gubi się gdzieś podstawowa logika.  Kolejne zwroty akcji stają się tylko efektownymi i w założeniu szokującymi wydarzeniami, do których jednak nie prowadzi żadna logiczna czy wytłumaczalna droga.  Tak jakby twórcy bardzo chcieli zobaczyć na ekranie pewne określone obrazy, zainscenizować konkretne sceny, ale zapomnieli wymyślić jak do niech dotrzeć w przekonujący sposób, więc wybrali drogę na skróty, byleby szybciej, byleby głośniej, byleby odegnać od widzów rodzące się pytania i wątpliwości.  A przez to choć nie da się ukryć, że film ten przez dłuższy czas bardzo dobrze trzyma w napięciu, to końcówka zamiast szokować, zaskakiwać jednak zawodzi, i pozostawia uczucie zmarnowanej szansy.  Filmu, który świetnie się rozpoczynał, ale nie utrzymał odpowiedniego poziomu do samego końca.  Rozczarowuje tutaj również zaniedbanie postaci astronautów.  Jest ich zaledwie sześcioro, ale nie wiemy o nich właściwie nic.  Każdą z postaci można scharakteryzować zaledwie kilkoma słowami. Młody ojciec, doktor epidemiolog, astronauta – człowiek najdłużej przebywający w kosmosie, dowcipkujący koleś o dobrym sercu, biolog zafascynowany nową formą życia, oraz Rosjanka.  Chciałoby się trochę więcej od filmu, który z początku zapowiada się na kino odrobinę ambitniejsze od zwykłego filmu akcji rozgrywającego się w kosmosie.  Niestety „Life” jest tylko tym drugim.

20:38, milczacy_krytyk , 06
Link Komentarze (1) »
niedziela, 19 marca 2017
Lekarstwo na życie

disease

Lekarstwo na życieLekarstwo na życie (2016) USA, Niemcy

reżyseria: Gore Verbinski
scenariusz: Justin Haythe
aktorzy: Dane DeHaan, Jason Isaacs, Mia Goth, Ivo Nandi, Adrian Schiller, Celia Imrie, Harry Groener, Tomas Norström
muzyka: Benjamin Wallfisch
zdjęcia: Bojan Bazelli
montaż: Pete Beaudreau, Lance Pereira

 (5/10)

Zaczyna się całkiem obiecująco.  Młody, ambitny pracownik pewnej wielkiej, nowojorskiej korporacji zostaje wysłany w podróż do Szwajcarii by tam w pewnej prywatnej klinice odnaleźć swego szefa, który jakiś czas temu wyjechał z kraju i nie daje po sobie znaku życia.  Jedyny ślad jaki po nim pozostał to tajemniczy list, w którym pisze o chorobie jaka toczy wszystkich pracujących w firmie, oraz o lekarstwie dzięki któremu ujrzał świat takim jaki jest naprawdę.  Bohater przyjeżdża na miejsce, które okazuje się być gigantycznych zamczyskiem na wzgórzu, które zostało zaadaptowane na ośrodek kuracyjny.  Ma nadzieję szybko i sprawnie załatwić sprawę i jeszcze tego samego dnia wrócić do domu.  Pech jednak chce, że w drodze powrotnej wydarza się wypadek i bohater zostaje wbrew swojej woli uziemiony w tym osobliwym miejscu.  Miejscu, które z pozoru zdaje się być ekskluzywnym ośrodkiem kuracyjnym, w którym pacjenci poddawani są różnego rodzaju zabiegom z wykorzystaniem tutejszej wody, która posiada niezwykłe właściwości, a które jak się oczywiście okaże, skrywa mroczne tajemnice.

Po pierwsze "Lekarstwo na życie" jest filmem zdecydowanie za długim.  Trwa ponad dwie i pół godziny i właśnie o te przynajmniej trzydzieści minut mogłoby być krótsze.  O ile jeszcze z początku powolne tempo i rozciągnięcie akcji sprawdza się całkiem nieźle, bo jest wykorzystywane do budowania klimatu tajemnicy, i powolnego, stopniowego wprowadzania w fabułę, tak  gdzieś od połowy, gdy już dawno film ten powinien przyspieszyć, zaczyna coraz mocniej denerwować i męczyć.  Zamiast przyspieszyć przed finałem, do samego końca produkcja ta wlecze się niemiłosiernie.  Drugi problem tego filmu polega na tym, że wszystkiego jest tutaj zbyt wiele.  Całość okrutnie zalatuje "Wyspą tajemnic" z Leonardo DiCaprio.  Mnóstwo w tej produkcji odniesień do innych powieści grozy, oraz do schematów i stałych punktów programu, jakie pojawiają się w tego typu filmach.  Jest tajemnica z przeszłości, zamczysko skrywające mroczny sekret, jest wielki pożar, są dzieci malujące straszne obrazki, oraz staruszki przewidujące przeszłość.  Jest trochę Draculi, trochę Frankensteina.  Jest dochodzenie prowadzone na własną rękę by dowiedzieć się prawdy, jest lekarz prowadzący swoje podejrzane eksperymenty.  Verbinski czerpie zewsząd, wielokrotnie nawet z samego siebie, nawiązując do własnego "The Ring", który piętnaście lat temu przyniósł mu rozgłos.  Na dokładkę dochodzi jeszcze próba dopisania do tej wcale nie strasznej opowieści jakiegoś poważniejszego komentarza na temat współczesnych, zapracowanych ludzi sukcesu, i ich ślepego parcia do wielkości.  Całość jednak nijak się ze sobą nie łączy, a im bliżej finału, tym okazuje się być bardziej bzdurna, idiotyczna i nielogiczna.  Aż żal patrzeć, jak całkiem interesujący materiał coraz bardziej się marnuje.

To co jednak w pewnym stopniu wynagradza ten scenariuszowy bełkot jaki rozkręca się im bliżej do finału tej opowieści, to fenomenalne zdjęcia Bojana Bazelliego.  Już "The Ring" dzięki jego operatorskiej pracy był horrorem, który wyglądał obłędnie, samymi zdjęciami tworząc niepokojący, niezapomniany klimat.  W "Lekarstwie na życie" Bazelli idzie o krok dalej, dopieszczając poszczególne ujęcia do granic możliwości.  Już pierwsze chwile tego obrazu, gdy podziwiamy monumentalne biurowce zanurzone w szarościach pochmurnego dnia robią ogromne wrażenie, a to dopiero początek.  Ustawienia kamery, praca kamery, perfekcyjne zaplanowanie kadru, nietypowe punkty widzenia, to wszystko idealnie stara się budować nieprawdopodobny klimat tego filmu od którego wprost nie sposób oderwać oczu.  I choć bezsensowny, choć nudny, choć nijaki, "A Cure for Wellness" jest horrorem, który od początku do samego końca zachwyca swym wyglądem.  Chociaż tyle.

Tagi: horror
18:22, milczacy_krytyk , 05
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 marca 2017
Kong: Wyspa Czaszki

King

Kong: Wyspa czaszkiKong: Wyspa Czaszki (2017) USA, Wietnam

reżyseria: Jordan Vogt-Roberts
scenariusz: Max Borenstein, Dan Gilroy, Derek Connolly
aktorzy: Tom Hiddleston, Samuel L. Jackson, Brie Larson, John C. Reilly, John Goodman, Corey Hawkins, John Ortiz, Tian Jing, Toby Kebbell, Jason Mitchell, Shea Whigham, Thomas Mann, Eugene Cordero, Marc Evan Jackson, Will Brittain, Miyavi, Richard Jenkins
muzyka: Henry Jackman
zdjęcia: Larry Fong
montaż: Richard Pearson

 (6/10)

Sam punkt wyjścia tego filmu jest całkiem ciekawy.  Mamy lata siedemdziesiąte, koniec wojny w Wietnamie i wyprawę naukową do tajemniczej, niezbadanej wyspy znajdującej się gdzieś na Pacyfiku.  Wyprawę, która ze względu na ewentualne niebezpieczeństwa na jakie może natrafić, musi być eskortowana przez grupę żołnierzy, którzy dopiero co wrócili z wojny i jedyne o czym marzą to powrót do domów, i do swych rodzin.  Gdy bohaterom udaje się dostać na wyspę, bardzo szybko przekonują się, że zamieszkują ją przedziwne stworzenia, gigantyczne potwory, oraz tytułowy Kong, który jest królem tej ziemi i broni jej przed obcymi.  I tak żołnierze z jednej wojny trafiają na kolejne pole walki, starcie z przeciwnikami, o których nie śnili nawet w najgorszych koszmarach.  Początkowo "Kong: Wyspa Czaszki" jest filmem będącym połączeniem opowieści o King Kongu, z kinem wojennym wyraźnie inspirowanym "Czasem Apokalipsy".  Interesujące połączenie, całkiem proste ale pasujące idealnie.  Szkoda tylko, że na tym pomyśle właściwie kończy się inwencja twórców i wszystko co później jest już tylko zwykłym, znanym schematem.  Kolejne potwory atakują bohaterów, przerzedzając grupę, oczywiście wybijając przede wszystkim postaci drugoplanowe. Mamy monster movie, potyczki wielkich bestii, rdzennych mieszkańców nieodzywających się ani słowem, oraz obowiązkową fascynację wielkiej małpy filigranową blondynką.  

Nowy Kong cierpi na przesadne przeludnienie, ale jednocześnie na brak interesujących charakterów.  To monster movie, w którym twórcy skupili się na kreacji potworów (które wyglądają momentami obłędnie, szczególnie Kong prezentuje się wyśmienicie), ale całkiem zapomnieli o tym, by prócz potworów także i ludzie byli tu ciekawi.  A niestety bez interesujących postaci nie da się stworzyć filmu, który by angażował, wzbudzał emocje, trzymał w napięciu.  Bohaterowie to znane schematy, prezentujące cechy, które można opisać  w kilku słowach, a przez to, że jest ich tutaj tak wiele (przynajmniej z piętnaście osób z których obecności zdajemy sobie sprawę), na nikogo się właściwie nie zwraca uwagi.  Jest więc ogarnięty rządzą zniszczenia generał, jest naukowiec, którego wszyscy uważali za nienormalnego, jest para głównych bohaterów która ładnie wygląda i ma pokojowe zamiary, jest dobry żołnierz tęskniący za swoim synkiem.  A także masa pozostałych, pobocznych postaci, które właściwie robią jedynie za pokarm dla kolejnych wielkich stworzeń żyjących na wyspie.  Są jak tło, coś co musi poruszać się pomiędzy odnóżami walczących stworzeń, by unaocznić jak wielkie są wszystkie potwory.  Strasznie boli w tym filmie również marginalne potraktowanie postaci kobiecych.  Są tutaj tylko dwie bohaterki, z czego jedna to postać blondynki, fotografki, która właściwie nic tutaj nie wnosi, ale twórcy dopisali ją do fabuły bo przecież jest ikoniczną postacią, która w opowieściach o Kongu pojawić się musiała.  Druga, to postać pani biolog, Chinka, która przez cały film wypowiada ze dwa zdania na krzyż i zdaje się jest tutaj tylko dlatego by zapewnić tej produkcji dostęp do rynku Państwa Środka.

To co jednak przede wszystkim zabija ten film, to przesadne efekciarstwo, i zdecydowany przesyt scen wykorzystujących slow-motion.  Jeszcze z początku takie przesadne wystylizowanie tej produkcji może się podobać i zaskakiwać, bo wizualnie naprawdę film ten prezentuje się bardzo okazale (Kong wyłaniający się z płomieni, Kong górujący nad całą wyspą, stojący na tle zachodzącego słońca).  Jednakże, gdy wkrótce okazuje się, że co druga scena w tej produkcji jest tak przesadnie dopieszczona, i do tego spowolniona, wtedy całość zaczyna męczyć, denerwować, nudzić i śmieszyć.  Ileż bowiem można nasycać się podobnymi widokami, ileż razy można spowalniać kolejne sceny?  Forma zdecydowanie zaczyna przeważać nad treścią.  Film traci płynność, kolejne sceny stają się coraz bardziej odseparowanymi od siebie, niezależnymi wydarzeniami, epizodycznymi wybuchami akcji, rozgrywającymi się w różnych częściach wyspy.  Bohaterowie przestają myśleć, zaczynają podejmować coraz głupsze decyzje,  a historia coraz bardziej traci sens.  Denerwujący i nie pasujący do całości jest tutaj również humor, wprowadzany na siłę, przez postać żołnierza (John C. Riley), który ugrzązł na wyspie i spędził na niej blisko trzydzieści lat.  Przy naprawdę poważnym, całkiem podniosłym klimacie tego filmu jego żarty niskich lotów zupełnie nie pasują do całości. Wielka szkoda zmarnowanej szansy.

21:04, milczacy_krytyk , 06
Link Dodaj komentarz »