Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
niedziela, 21 maja 2017
Obcy: Przymierze

Covenant

Obcy: PrzymierzeObcy: Przymierze (2017) Australia, Nowa Zelandia, USA

reżyseria: Ridley Scott
scenariusz: John Logan, Dante Harper
aktorzy: Michael Fassbender, Katherine Waterston, Billy Crudup, Danny McBride, Demián Bichir, Carmen Ejogo, Jussie Smollett, Callie Hernandez, Amy Seimetz, Nathaniel Dean, Alexander England, Benjamin Rigby, Uli Latukefu, Tess Haubrich
muzyka: Jed Kurzel
zdjęcia: Dariusz Wolski
montaż: Pietro Scalia

 (5/10)

Niech Was nie zwiedzie tytuł.  "Obcy: Przymierze" to tak naprawdę kontynuacja "Prometeusza".  "Covenant" bez tytułowego Aliena, który został tu dodany tylko i wyłącznie by przyciągnąć przed ekrany więcej widzów.  Zachęcić tytułem, zachęcić wizerunkiem potwora, który był nadmiernie eksponowany w kampanii reklamowej, dając złudną nadzieję, że po nieudanym "Prometeuszu" tym razem Ridley Scott zaprezentuje nam historię godną klasycznego Obcego, starającą się równać poziomem do dwóch pierwszych filmów z serii.  Niestety Scott na swoje stare lata błądzi okrutnie i choć nie jest zadowolony z tego w jakim kierunku pozostali reżyserzy poprowadzili historię zapoczątkowaną w jego obrazie z 1979 roku, teraz sam niszczy legendę Obcego, powołując na świat tak nieudane, nielogiczne i głupie filmy jak "Prometeusz" czy właśnie "Obcy: Przymierze".

"Covenant" to film składający się z trzech różnych części, z czego niestety każda kolejna jest coraz gorsza.  Całość zaczyna się całkiem interesująco.  Statek kolonizacyjny Covenant przemierza kosmos wraz z kilkunastoosobową załogą, androidem oraz zahibernowanymi kolonistami w liczbie dwóch tysięcy, zmierzając na planetę Origae-6, by tam założyć nowy dom.  Po drodze załoga przypadkiem natrafia na sygnał ludzkiego pochodzenia dochodzący z planety, która zdaje się być idealnym miejscem do zamieszkania.  Ponieważ oryginalny cel misji jest oddalony o kolejne siedem lat dalszej wędrówki, załoga decyduje się sprawdzić tą nową planetę.  I choć historia rozwija się w oczywistym kierunku, ten wstęp ogląda się zaskakująco dobrze.  Oczywiście na planecie odkryty zostanie pewien tajemniczy statek, oczywiście załoga zarazi się obcą formą życia (bo po co komu skafandry ochronne).  Akcja prowadzona jest jednak na tyle sprawnie, że na te nielogiczności łatwo przymknąć oko.  I wtedy rozpoczyna się druga część tego obrazu, która jest jednocześnie powrotem do "Prometeusza" ale i zerwaniem z tamtym obrazem.  To powolne bajdurzenie, które o zgrozo tłumaczy pochodzenie Obcego.  W prosty, rozczarowujący sposób obdziera legendę z tajemnicy.  A później następuje akt trzeci, będący mieszanką finałów Aliena i Aliens, zawierający z pozoru zaskakujący twist, którego można się jednak domyślić już na początku seansu.

Najgorsze w "Obcy: Przymierze" jest to, że znów członkami załogi jest banda idiotów, podejmujących głupie decyzje (prym wiedzie zastępca kapitana).  Właściwie jedynym motorem napędowym akcji są kolejne błędne decyzje bohaterów, którzy sami na własne życzenie pakują się w tarapaty. O ile jednak jeszcze takie strzelanie na oślep w początkowych scenach paniki można jakoś wytłumaczyć, tak bezwolne podążanie za czarnym charakterem tego filmu, czy narażanie życia kolonistów woła o pomstę do nieba i odbiera jakąkolwiek radość z oglądania tego widowiska.  Denerwujące jest tu również to, jak instrumentalnie zostają potraktowane kolejne hybrydy obcego (bo potwór grasujący w tym filmie to nie ten sam którego znamy z pierwszych produkcji).  Są one wcale nie tak inteligentnym narzędziem do zabijania licznej załogi.  Załoga natomiast w większości pełni tutaj rolę mięsa do rozszarpywania.  Nie zna się poszczególnych bohaterów, nic się o nich nie wie, przez co kolejne śmierci nie robią większego wrażenia, chwilami nawet się ich nie zauważa.  Głupim, ale i niewykorzystanym pomysłem jest obsadzenie w roli załogantów par lub małżeństw.  Głupim, bo oczywistym było, że osobiste zażyłości w sytuacji kryzysowej wezmą górę i cała misja się posypie. Niewykorzystanym, bo trudno połapać się w relacjach typu mąż-żona, trudno skojarzyć kto jest z kim, przez co zgony małżonków są tylko zgonami kolejnych bezimiennych osób i nie idą za nimi żadne większe emocje.

W filmie Scotta bronią się tak naprawdę tylko trzy rzeczy.  Po pierwsze genialne zdjęcia Dariusza Wolskiego, które (wraz ze scenografią) tworzą niesamowity klimat, budują całkiem gęstą atmosferę i tworzą zupełnie nowy świat.  Świetnie patrzy się na ten film, z przyjemnością odkrywa się kolejne miejsca akcji.  Wolski przeszedł sam siebie, tworząc film zdecydowanie bardziej mroczny od "Prometeusza".  Po drugie bardzo dobrze sprawuje się w tym filmie (jak i poza nim) muzyka Jeda Kurzella.  Bierze on najlepsze z Alien, Aliens, dodaje trochę nowych brzmień i tworzy zaskakująco udane, klimatyczne tło muzyczne, które świetnie buduje klimat, fantastycznie podbija atmosferę.  I po trzecie warty wychwalenia w tym filmie jest podwójny występ Michaela Fassbendera, który błyszczy tutaj w roli androida, tworząc dwie zupełnie różne, skonfliktowane ze sobą postaci.  Szkoda tylko, że ta cała dyskusja jaka rozwija się w środkowej części tej produkcji jest po pierwsze momentami niezamierzenie zabawna, po drugie wydaje się wyjęta jakby z zupełnie innego filmu.

Wszyscy Ci, którzy od najnowszego filmu Ridleya Scotta oczekiwali logicznej historii, która by w ciekawy sposób prowadziła do wydarzeń z pierwszego "Obcego", która przedstawiałaby niegłupich bohaterów i dodatkowo z poszanowaniem podchodziła do filmu z 1979 roku, niestety srogo się zawiodą, bo "Covenant" podąża śladami "Prometeusza".  Kontynuuje wątki z tamtego filmu, momentami zdaje się być ponowną opowieścią tamtej historii.  Jest nielogiczny, bzdurny, denerwujący, przesadnie przyspieszony.  Smutno patrzeć na to jak Scott, sam na własne życzenie niszczy legendę, której był współautorem.  Smutno patrzeć na to jak z premedytacją wykorzystuje postać Obcego do odcinania kuponów od kultowej serii.  Podpinając się pod znany tytuł, opowiadając bzdurną historyjkę, która nie może się zdecydować czy chce być ambitnym kinem rozprawiającym o istocie życia, kompleksie boga i potrzebie kreacji, czy krwawym horrorem rozgrywającym się w kosmosie, czy opowieścią prowadzącą do klasycznego Obcego.  Dobudowując historię, której tak naprawdę nigdy nikt nie potrzebował. 

20:45, milczacy_krytyk , 05
Link Komentarze (3) »
środa, 17 maja 2017
Strażnicy Galaktyki vol. 2

vol.2

Strażnicy Galaktyki vol.2Strażnicy Galaktyki vol. 2 (2017) USA

reżyseria i scenariusz: James Gunn
aktorzy: Chris Pratt, Zoe Saldana, Dave Bautista, Vin Diesel, Bradley Cooper, Michael Rooker, Karen Gillan, Pom Klementieff, Sylvester Stallone, Kurt Russell, Elizabeth Debicki, Chris Sullivan, Sean Gunn
muzyka: Tyler Bates
zdjęcia: Henry Braham
montaż: Fred Raskin, Craig Wood

 (7,5/10)

"Strażnicy galaktyki" byli seansem niespodzianką, niezwykle pozytywnym zaskoczeniem.  Filmem, który niespodziewanie zawojował box-office na całym świecie i dla wielu stał się ulubioną produkcją studia Marvel.  Choć był przedsięwzięciem ryzykownym, opartym na szerzej nieznanym komiksie, zachwycił widzów lekkością, humorem, oraz na pozór niedobranymi bohaterami, którzy tworzyli bardzo zgrany zespół.  Był inteligentną rozrywką, przypomnieniem, że kosmos może być miejscem w którym mogą rozgrywać się wielkie, rozrywkowe przygody.  To co najbardziej doskwierało tamtej produkcji, było również piętą achillesową większości filmów Marvela, a mianowicie słaby, nieprzekonujący czarny charakter, który na domiar złego był tylko pachołkiem większego przeciwnika, na którego dopiero przyjdzie czas w kolejnych filmach.  A szczęście jednak nie przysłaniał licznych pozytywów tej produkcji, nie psując ogólnie bardzo dobrych wrażeń z seansu. Nic więc dziwnego, że po sukcesie pierwszej części, kontynuacja była tylko kwestią czasu, a jej premiera była wielce wyczekiwana.

Kontynuacja "Strażników Galaktyki", awesome mix vol.2, jest właściwie taką wariacją na temat części pierwszej. To list miłosny do tamtego filmu, który przypadnie do gustu wszystkim fanom pierwszej części, bo bierze z niej wszystko to co najlepsze.  Od początku widać, że James Gunn miał wolną rękę przy kreacji tego widowiska, że świetnie bawił się rozwijając kolejną opowieść o Strażnikach.  Eksperymentując z historią jak i formą, pozwalając sobie na wielokrotne mruganie okiem do widza, wypełniając swój film przesadnymi ilościami humoru, bawiąc się możliwościami przedstawienia na ekranie właściwie wszystkiego co mogło pojawić się w jego wyobraźni.  Chociażby genialne cameo Davida Hasselhoffa czy Pac-mana.  Przez cały seans czuć tą twórczą swobodę, dzięki której kontynuacja jest zabawą w najczystszej postaci.  Filmem, który nie boi się iść po bandzie, który robi wszystko byleby tylko jak najbardziej zadowolić fanów, i to nie tyle komiksu, co fanów pierwszego filmu.

Już sama struktura tego obrazu jest nietypowa, i przez to pewnie nie wszystkim przypadnie do gustu.  Trudno wyodrębnić tutaj pierwszy i drugi akt.  Właściwie tylko finał podporządkowuje się blockbusterowym prawidłom według których powinno być wybuchowo, efektownie i wzruszająco.  Przez bardzo długi czas właściwie nie wiadomo o co będzie toczyć się cała rozgrywka, na czym polegać będzie główna intryga.  Nie ma jasnego kierunku w którym podążałaby akcja, nie ma typowego pościgu za wzrastającym w sile czarnym charakterem, nie ma wyraźnego zagrożenia, które wisiałoby nad bohaterami.  Oczywiście pojawia się rasa Suwerennych ale bardziej w formie efektownego przerywnika, niż głównego wątku.  Sama akcja po dość szybkim prologu rozwidla się na kilka oddzielnych wątków, które dopiero pod koniec seansu zbiegają się ze sobą, ukazując sens tej opowieści.  I choć taki pozorny brak celu, choć takie rozlanie akcji na wielu bohaterów może z początku dziwić, bądź też nawet i irytować, wychodzi w sumie tej produkcji na dobre, bo zrywa z odtwarzanym do znudzenia schematem, udaje się zaprezentować coś innego, w natłoku bliźniaczo podobnych opowieści.

Co ciekawe, choć film ten jest całkiem efektowny, reżysera nie interesuje jedynie akcja, potyczki i kolejne sceny kosmicznej zawieruchy.  Momentami je wręcz ignoruje, jak chociażby w pomysłowym prologu, który zamiast na walkę z potworem plującym tęczą, zwraca uwagę na małego Groot'a.  Zupełnie jakby Gunn nie był zainteresowany akcją, jakby chciał ją zepchnąć gdzieś na dalszy plan, by jego film nie stał się kolejnym pustym akcyjniakiem, pędzącym od jednego pościgu do kolejnego.  To co znacznie bardziej interesuje reżysera, i to co stanowi o sukcesie tego filmu, to postaci.  Gunn poświęca zaskakująco wiele czasu by pokazać relacje ich łączące, pokazać rozterki i problemy z jakimi muszą się zmagać, pokazać ewolucję jaką przechodzą od pierwszego filmu.  Stąd wątek ojcowski i historia o poszukiwaniu ojca, ale i pragnieniu potomstwa.  Stąd historia dwóch skłóconych sióstr, które starają się odbudować bardzo skomplikowaną, bolesną relacją.  Stąd opowieść o odgradzaniu się od ludzi i świata w celu ochrony samego siebie, swoich uczuć.  Sednem tego obraz zamiast wybuchowej, kolorowej akcji stają się emocje jak i postaci.  A ponieważ nie da się nie kibicować tej niedobranej bandzie dziwaków, seans wciąga właściwie od samego początku.

Nieźle w kontynuacji wypadają również nowi bohaterowie, chociażby Mantis - empatka nie nauczona relacji międzyludzkich przez co mówiąca dokładnie to co myśli, co pociąga za sobą mnóstwo niezręcznych ale i zabawnych sytuacji.  Na bliższy plan wysuwa się tym razem Drax, który wraz z Mantis świetnie się uzupełnia, rzucając żartami właściwie w każdej scenie w jakiej się pojawia. Świetnie wygląda tutaj również Kurt Russell jako Ego, bardzo swobodnie bawiący się swoją rolą.  Warto wspomnieć również o soundtracku, który przepełniony jest piekielnie dobrze dobranymi piosenkami, które idealnie wpisują się w obraz.  Jednak choć ten blockbuster mija całkiem szybko, choć jest zabawny, przyjemny, pomysłowy, to jednak po seansie ma się odczucie, że czegoś w nim jednak zabrakło.  Seans się kończy, przewijają się napisy końcowe, wraz z pięcioma scenami dodatkowymi, ale nic nie pozostaje w pamięci na dłużej.  Stając się obrazem tylko na raz, blockbusterem, który zachwyca tylko w momencie swojej obecności na wielkim ekranie.  Być może problem tkwi w tym, że brakuje tym razem tego elementu zaskoczenia jaki towarzyszył części pierwszej? A może tak po prostu ma być, i akurat od Strażników nie powinno się wymagać niczego więcej jak tylko kolorowej, radosnej rozrywki do popcornu?

21:11, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (2) »
sobota, 13 maja 2017
Uciekaj!

Get Out!

Uciekaj!Uciekaj! (2017) USA

reżyseria i scenariusz: Jordan Peele
aktorzy: Daniel Kaluuya, Allison Williams, Catherine Keener, Bradley Whitford, Caleb Landry Jones, Marcus Henderson, Betty Gabriel, LilRel Howery
muzyka: Michael Abels
zdjęcia: Toby Oliver
montaż: Gregory Plotkin

 (7-/10)

Rose i Chris są ze sobą od czterech miesięcy.  Wydają się być parą idealną, zakochaną w sobie do szaleństwa.  Najbliższy weekend mają spędzić poza miastem, w ogromnej posiadłości rodziców Rose.  Będzie to pierwsze spotkanie Chrisa z rodzicami dziewczyny.  Chłopak bardzo obawia się tego wyjazdu.  Przede wszystkim martwi się o to jak zareagują, gdy zobaczą, że jest czarnoskóry.  Choć mamy rok 2017, Chris podświadomie czuje się niepewnie, obawiając się, że nie będzie mile widziany w domu bogatych rodziców swojej perfekcyjnej dziewczyny.  Rose uspokaja go, twierdząc że gdyby byli rasistami to nie ciągnęłaby go do nich, i naprawdę nie ma się czym martwić.  Na miejscu Chris zastaje piękny dom w którym oprócz rodziców Rose mieszka jeszcze dwuosobowa, czarnoskóra służba.  Kucharka i ogrodnik, którzy od przyjazdu chłopaka zaczynają się dziwnie zachowywać.  Chris początkowo ignoruje podejrzane sytuacje, ale z czasem nabiera coraz większych podejrzeń, wyczuwając, że coś w zastanej rzeczywistości jest zdecydowanie nie tak.  Atmosfera gęstnieje z każdą kolejną minutą.

"Get Out" to całkiem udany thriller i bardzo ciekawy debiut fabularny, który jednak nie jest aż tak przewrotny, wyróżniający się jaki chciałby być.  To całkiem pomysłowy dreszczowiec, który stara się być również komentarzem, trochę innym, nietypowym spojrzeniem na problem rasizmu.  Pod płaszczykiem thrillera (sci-fi) stara się pokazać jak uprzedzenia podświadomie powodują pewne reakcje, jak kierują myśli na krzywdzące tory, które prowadzą do negatywnie nacechowanych osądów.  Jak dwuznaczne i niesprawiedliwe potrafią być z pozoru niewinne uwagi, komentarze czy żarty.  Jak głęboko zakorzeniona i trudna do zwalczenia bywa podświadoma niechęć, zachowawczość.  Ten społeczny komentarz czyni ten film bardziej interesującym, bardziej wartościowym i powoduje, że nie jest tylko kolejnym thrillerem, którego zadaniem jest jedynie nieźle nastraszyć widza.  "Get Out" ma odrobinę bardziej ambitne zamiary, dzięki czemu jest bardziej interesujący.

"Get Out" nie jest jednak pozbawione pewnych wad.  Po pierwsze dwa pierwsze akty tego filmu są odrobinę zbyt powolne, za bardzo rozciągnięte w czasie, podczas gdy finał zdaje się być przesadnie przyspieszony, przez co nie robi takiego wrażenia jakie mógłby robić.  Poza tym nie do końca działa w tym filmie humor wprowadzany poprzez drugoplanową postać przyjaciela głównego bohatera.  Z jednej strony dzięki niemu udaje się spuścić z tonu, spowodować, że trochę absurdalne rozwiązanie całej sytuacji nie zdaje się być głupie ani przesadnie naciągane, z drugiej jednak strony, humor, który broni ten film przed wyśmianiem, powoduje, że napięcie momentami za bardzo siada i zamiast emocjonującego thrillera, oglądamy produkcję, której bliżej do zabawnej komedii akcji.  Nie wszystkim przypadnie do gustu również finał całej opowieści w klimacie fantastyki, który zostawia za sobą kilka denerwujących nieścisłości i naciągnięć.  Choć dzięki takiemu rozwiązaniu twórcom udaje się nastraszyć nas chociażby tak niewinnym przedmiotem jak filiżanka do herbaty, czy wprowadzić kilka bardzo ładnych wizualnie scen - spadanie do otchłani.

18:09, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 24 kwietnia 2017
Ghost in the Shell

ghost in the shell

Ghost in the ShellGhost in the Shell (2017) USA

reżyseria: Rupert Sanders
scenariusz: Jamie Moss, Jonathan Herman, William Wheeler
aktorzy: Scarlett Johansson, Pilou Asbak, Takeshi Kitano, Juliette Binoche, Michael Pitt, Chin Han, Danusia Samal, Lasarus Ratuere, Yutaka Izumihara, Tawanda Manyimo, Peter Ferdinando, Anamaria Marinca
muzyka: Clint Mansell, Lorne Balfe
zdjęcia: Jess Hall
montaż: Billy Rich, Neil Smith

 (5/10)

Nie da się ukryć, że twórcy amerykańskiego "Ghost in the Shell" porwali się na arcytrudne i właściwie niemożliwe do wykonania zadanie.  Zdecydowali się na nowo zaprezentować historię, która ponad dwadzieścia lat temu została już raz opowiedziana w anime, które dzisiaj uważane jest za kultowe.  Na drodze stały więc przeszkody w postaci różnicy językowej, odległości czasowej oraz faktu przerabiania czegoś co kiedyś zostało uznane za wybitne i co miało ogromny wpływ na dzieła powstające później.  Pomysły, idee prezentowane w oryginalnym anime, które swoją premierę miało ponad dwadzieścia lat temu, musiały być przełomowe, wyjątkowe.  Sama historia, tyle lat temu musiała być niezwykła.  Dziś, gdy ta opowieść została wielokrotnie przemielona na różne sposoby i zużyta w wielu  filmach, siłą rzeczy nie robi już takiego wrażenia jak kiedyś.  Zdaje się być powtórką z rozrywki, sklejką tego co kiedyś było wielkie. Jednak znając Hollywood można było się obawiać, że ta ekranizacja będzie znacznie gorsza i w ogóle się nie uda.  Na szczęście jest lepsza od chociażby większości ekranizacji gier komputerowych.  Nie znaczy to jednak niestety, że jest dobrym filmem.  Amerykańskie "Ghost in the Shell" choć nie jest filmem nieudanym, jest obrazem nijakim, przezroczystym, odtwórczym, ugrzecznionym, zbędnym.

Gdy podczas napisów początkowych pojawia się informacja, że soundtrack skomponował m.in. Clint Mansell, automatycznie zaczyna się mieć nadzieję na muzykę, która się wyróżni, która zostanie po seansie, której będzie chciało się słuchać w oderwaniu od filmu.  Znając dorobek kompozytora (żeby tylko wymienić "Requiem dla snu" czy "Źródło") odruchowo czeka się na dźwięki, które nie będą zwyczajne.  A tymczasem już po kilkunastu minutach okazuje się, że soundtrack jest zupełnie bezpłciowy, nieciekawy, właściwie żaden.  To nijaki standard, który nie przykuwa uwagi, który nie tworzy klimatu, który jest zwykłym tłem, jakich wiele.  I niestety taki sam jest też i film.  Z pozoru inny, mający ogromny potencjał na obraz zapadający w pamięć, wpływający na widza, a zadowalający się przeciętnością, nijakością, która nie wywołuje żadnych emocji.  Jest nudny, pozbawiony życia, nijaki.  Akcja rozwija się właściwie nie wiadomo po co, całość dąży w zupełnie nieistotnym kierunku, nie prezentując zbyt wiele, spychając interesujące, intrygujące wątki na bok, by akcją, i typowymi rozwiązaniami wypełnić kolejne minuty.  Podczas seansu ma się wrażenie, że twórcy przedstawiają zaledwie fragment większej historii, jakby chcieli zatrzymać najlepsze na później, jakby mieli nadzieję, że ten film będzie zaledwie pierwszą z wielu części, w których będą mogli przedstawić wszystko to, co teraz zaledwie sygnalizują, bądź całkiem ukrywają gdzieś w cieniu.  Jak pokazują jednak bardzo słabe wyniki z box-office plan nowego uniwersum się jednak najprawdopodobniej nie powiedzie.

Sam film jest okrutnie powtarzalny.  I nie chodzi tylko o to, że nawiązuje do poprzednich produkcji sci-fi (które inspirowane były w jakimś stopniu anime), ale również sam siebie powtarza.  Jak chociażby dwukrotnie wypowiadając złotą myśl mówiącą o tym, że to nie przeszłość nas definiuje, ale nasze czyny - na samym początku seansu, oraz w finale, który nie ma w sobie żadnej siły oddziaływania. Jedyne co się w tej produkcji tak naprawdę udaje to kreacja miasta przyszłości, które jest połączeniem współczesnego Tokio, zachodnich metropolii, futurystycznych miast przyszłości, z dzisiejszymi dzielnicami biedy.  Taka kompozycja bogatej przyszłości z biedną przeszłością, gigantycznymi hologramami, i najprostszymi rozwiązaniami jak tradycyjny czajnik z gwizdkiem, który już dziś jest w pewnym sensie przeżytkiem.  Nowy "Ghost in the Shell" zawodzi niestety od strony treści, kompletnie nie wykorzystując potencjału jaki tkwił w pomyśle kombinacji robota z ludzkim umysłem, wielości pytań jakie pojawiają się z takiej kombinacji.  Z tego intrygującego punktu wyjścia niestety nic konkretnego nie wynika.  Film ten zawodzi również jako efektowne kino akcji, bo w sumie jest obrazem dość spokojnym, powolnym i niedofinansowanym.  Przy finalnej potyczce głównej bohaterki z czołgiem jest kilka momentów, które wyglądają tak okrutnie sztucznie jakby twórcom zabrakło budżetu na efekty specjalne.  Czegoś tak źle zrenderowanego nie widziałem w kinie od dawna.

20:36, milczacy_krytyk , 05
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 17 kwietnia 2017
Captain Fantastic

family values

Captain FantasticCaptain Fantastic (2016) USA

reżyseria i scenariusz: Matt Ross
aktorzy: Viggo Mortensen, George MacKay, Samantha Isler, Annalise Basso, Nicholas Hamilton, Shree Crooks, Charlie Shotwell, Trin Miller, Kathryn Hahn, Steve Zahn, Elijah Stevenson, Teddy Van Ee, Erin Moriarty, Missi Pyle, Frank Langella, Ann Dowd
muzyka: Alex Somers
zdjęcia: Stéphane Fontaine
montaż: Joseph Krings

 (8/10)

Od czasu fenomenalnego "Little Miss Sunshine" chyba nie było filmu, który w tak nietypowy, zaskakujący, intrygujący i orzeźwiający sposób mówił o trudnych, skomplikowanych relacjach rodzinnych.  Pod tym względem, w pewnym sensie "Captain Fantastic" bardzo przypomina tamten świetny obraz.  Tam dość ekscentryczna rodzina wybierała się swoim żółtym volkswagenem w podróż po Stanach by dojechać na czas na konkurs piękności dla dziewczynek, po drodze ucząc się życia oraz samych siebie.  Tutaj w podróż po kraju wybiera się gigantycznym autobusem ojciec wraz z szóstką swoich dzieci.  I choć cel samej podróży jest znacznie poważniejszy, choć sam film jest odrobinę cięższy od "Małej Miss", to podobnie jak i w tamtym obrazie, twórcy nie boją się korzystać z czarnego humoru, by pewne poważne sytuacje pokazać z trochę innej perspektywy, by wyśmiać pewne postawy.  Momentami bywa to szokujące ale nigdy nie jest obraźliwe, nigdy nie przekracza nieprzekraczalnych granic.  Stąd choć dziwny, choć odmienny, choć zawieszony gdzieś pomiędzy nierealną fantazją a bardzo poważnym spojrzeniem na trudne tematy, "Captain Fantastic" jest filmem niezwykle bliskim, mądrym, zmuszającym do myślenia.  Filmem zostającym na długo w pamięci.

Już sam początek tego obrazu jest zaskakujący.  Poznajemy Bena, który wraz z szóstką dzieci mieszka w lesie.  Są odcięci od cywilizacji, elektryczności, popkultury, szalonego konsumpcjonizmu.  Ben wychowuje swoje dzieci według własnych reguł, uczy je jak przetrwać w naturalnych warunkach, jak utrzymać się przy życiu mając tylko siebie, swoją sprawność fizyczną oraz wiedzę o świecie.  Dzieciaki trenują, biegają, wspinają się po skałach, wiedzą jak upolować zwierzę, jak rozpalić ogień, jak odnaleźć drogę patrząc w niebo.  Oprócz treningów fizycznych Ben poświęca również czas na naukę swoich dzieci. Wszyscy mają prace domowe, muszą czytać książki, ale przede wszystkim bohater stara się nauczyć ich myślenia.  Jest ojcem bardzo bezpośrednim, odpowiadającym na wszystkie pytania, nie stosującym żadnych filtrów ochronnych ze względu na wiek swoich pociech.  Jest również ojcem bardzo wymagającym, inteligentnym, pragnącym by jego dzieciaki wyrosły na świadomych i coś sobą reprezentujących ludzi.  Oczekuje myślenia.  Dla przykładu nie satysfakcjonuje go prosta odpowiedź typu "ciekawa", na pytanie odnośnie tego jaka była książka, którą przeczytała jego córka.  Nie satysfakcjonuje go również odpowiedź wyjaśniająca o czym książka opowiadała - oczekuje wrażeń, przemyśleń, wniosków.  To czego Ben jednak nie jest w stanie nauczyć, to kontakt ze zwykłym światem, z ludźmi.  Nie przygotowuje dzieci do ewentualnego powrotu do znienawidzonej cywilizacji.  A tak się niestety składa, że cała siódemka musi wyruszyć w podróż przez świat znajdujący się poza lasem.  I ta podróż stanie się pretekstem do poznania samych siebie, do poznania życia, do zredefiniowania myślenia o tym czy plan bohatera na wychowywanie dzieci jest właściwy, czy świat zewnętrzny naprawdę jest taki zły.

"Captain Fantastic" jest więc kinem drogi, filmem który stawia podróżujących bohaterów przed nowymi sytuacjami, sprawdzając jak się zachowają, sprawdzając jaka będzie reakcja otoczenia na ich nietypowe zachowanie, sprawdzając jak zmienią się bohaterowie, dowiadując się nowych rzeczy o sobie samych, o świecie, którego dotychczas nie znali.  To inne, ale naprawdę pouczające spojrzenie.  Momentami całkiem absurdalne i komiczne, momentami bardzo poważne i zastanawiające, które nie wybiera jednej właściwej drogi, które ukazuje za i przeciw każdej ze stron, nie faworyzując, zostawiając widzom możliwość wyboru odnośnie tego kto ma rację w konkretnych sytuacjach.  Żadna ze stron, żaden ze sposobów życia nie jest tutaj bowiem faworyzowany.  „Captain Fantastic” jest filmem, który w poruszający sposób mówi o stracie, o radzeniu sobie z otaczającym nas światem, o marzeniach, o potrzebie akceptacji, zrozumienia.  Filmem urokliwie nakręconym, urzekająco ekscentrycznym, zaskakująco zabawnym i fantastycznie zagranym, przez szóstkę młodych aktorów, ale również przez Vigo Mortensena, który zasłużenie został wyróżniony nominacją do Oscara za swoją rolę.  Zdecydowanie warto.

13:50, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (4) »