Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
niedziela, 23 lipca 2017
Baby Driver

was he slow?

Baby DriverBaby Driver (2017) USA

reżyseria i scenariusz: Edgar Wright
aktorzy: Ansel Elgort, Kevin Spacey, Lily James, Jon Bernthal, Eiza González, Jon Hamm, Jamie Foxx, Lanny Joon
muzyka: Steven Price
zdjęcia: Bill Pope
montaż: Paul Machliss, Jonathan Amos

 (6/10)

Baby jest młodym chłopakiem, który jak nikt potrafi jeździć samochodem.  Jest szybki, niezawodny, pomysłowy.  Ucieknie z każdej zasadzki, zgubi każdy pościg.  I tym właśnie też zajmuje się na co dzień, rozwożąc bandytów po napadach na banki.  Oni rabują, on ma ich szybko wywieźć w bezpieczne miejsce, tak by nikt ich nie złapał.  Baby nie ma sobie równych.  Jest piekielnie zdolny, zuchwały i bardzo niepozorny.  Nie mówi zbyt wiele za to nieustannie słucha muzyki z licznych iPodów, które ma zawsze przy sobie.  To w rytm muzyki jeździ, to muzyka kieruje jego życiem, dając mu chwile ulgi od szumu w uszach, który męczy go od dzieciństwa.  Baby jeździ bo ma do spłacenia dług.  I choć zostały mu do spłacenia jeszcze tylko dwie raty, na dwóch kolejnych skokach się nie skończy.  A jak nie trudno się domyślić, zerwanie z przestępczym światkiem łatwe nie będzie.  Tym bardziej, że zaczyna mu zależeć na pewnej kelnerce, poznanej przypadkiem w lokalnej jadalni.

To co najbardziej zaskakuje w filmie Edgara Wrighta, to co zasługuje na największe pochwały, to świetny montaż pod muzykę.  I nawet nie tylko sama sklejka kolejnych scen, ale i ich realizacja pod muzykę, bo widać tu jak na dłoni, że wiele ze scen było już na etapie realizacji pomyślanych i zaaranżowanych w taki sposób, aby pasowały pod konkretne piosenki.  Nie tylko w miarę statyczne sceny przygotowań do napadów, ale również pościgi samochodowe. W czasie seansu ma się wrażenie, że film wypływa z muzyki.  Tak jak piosenki słuchane przez bohatera napędzają go do działania, tak i kolejne wydarzenia tej produkcji wypływają z dźwięków.  Starania godne podziwu bo dostosowanie, zaplanowanie całej produkcji tak aby wypływała z soundtracku, musiało być nieziemsko trudnym przedsięwzięciem, które jakimś cudem się udało.  Co więcej, kolejne sceny mają sens fabularny, wypływają jedna z drugiej, nie są jedynie zbiorem ładnie wyglądających obrazów pod muzykę.

Początkowo "Baby Driver" sprawia wrażenie pewnego rodzaju przedziwnego musicalu.  Piosenka goni piosenkę, bohater tańczy do kolejnych dźwięków wydobywających się z iPoda, nuci, podryguje.  Tak jakby występował w prywatnych teledyskach realizowanych do swej playlisty.  Problem jednak polega na tym, że te kolejne występy muzyczne są płaskie, powtarzalne, a piosenki w tle choć podporządkowana jest im cała akcja, nijak się nie wyróżniają.  Nie ma tu ani jednego utworu, który tak naprawdę prowadziłby scenę do przodu, który by porywał, który byłby łatwy do zapamiętania.  To nie Tarantino, który dobierając muzykę pod swoje filmy zawsze trafia w punkt, tworząc małe perełki, sceny, które choć wykorzystują wcześniej skomponowane utwory, sprawiają wrażenie jakby to właśnie pod nie były specjalnie przygotowywane, tak świetnie pasują do obrazu.  Tutaj, choć montaż wybijany jest idealnie pod piosenki, choć całość podporządkowana jest soundtrackowi, on sam jest dziwnie pomijalny, niezauważalny.

Problem tego filmu polega również na tym, że o ile jego forma jest interesująca i ciekawa, tak historia tu opowiada jest okrutnie prosta i przewidywalna.  Nie ma tutaj nic nowego, a klimat i tempo tej produkcji próbują nas przekonać, że całość jest nietypowa i odkrywcza, podczas gdy jest to tylko taka udawana świeżość.  Od pierwszej minuty seansu wiadomo w jakim kierunku będzie zmierzać ta historia, od początku nie trudno się domyślić, jakie będzie zakończenie całości.  Może nie przeszkadzałoby to aż tak bardzo gdyby wydarzenia oraz bohaterowie prowadzili oraz urozmaicali tą znaną opowieść.  Jednak choć w obsadzie jest kilka świetnych nazwisk, to nie zostają one wykorzystane.  Mało życia w tych postaciach, mało energii, mało pasji.  Foxx, Spacey, i chyba najlepszy z nich Hamm, który udowadnia, że całkiem nieźle sprawdza się w roli czarnego charakteru.  Na dokładkę dochodzi jeszcze przesłodki wątek romantyczny, który o ile w pierwszych scenach może rozczulać, tak w finale, gdy zostaje połączony z absurdalnymi scenami akcji i ogranymi schematami, niestety tylko denerwuje.

16:21, milczacy_krytyk , 06
Link Komentarze (2) »
czwartek, 15 czerwca 2017
Wonder Woman

wonder

Wonder WomanWonder Woman (2017) Chiny, Hong Kong, USA

reżyseria: Patty Jenkins
scenariusz: Allan Heinberg
aktorzy: Gal Gadot, Chris Pine, Connie Nielsen, Robin Wright, Danny Huston, David Thewlis, Said Taghmaoui, Ewen Bremner, Eugene Brave Rock, Lucy Davis, Elena Anaya
muzyka: Rupert Gregson-Williams
zdjęcia: Matthew Jensen
montaż: Martin Walsh

 (7/10)

Gdy kilkanaście dni temu zaczęły spływać pierwsze recenzje "Wonder Woman", wszyscy odetchnęli z ulgą.  Po serii wpadek, studio DC potrzebowało wreszcie sukcesu.  Nie tyle finansowego, co jakościowego.  Poprzednie filmy studia okazały się być dziełami filmopodobnymi, których nie dało się prawie oglądać.  Taki był koszmarny "Batman v Superman", który przytłoczony został przez nadmierny patos i chęć zbudowania uniwersum jednym filmem.  Taki był również "Suicide Squad", który przyciągnął do kin genialnym zwiastunem, nie oferując swym seansem absolutnie nic, będąc jedynie zlepkiem nudnych obrazów nie mających sensu, logiki, pomysłu na siebie.  Z ulgą przyjmuje się więc to, że "Wonder Woman" jest najnormalniejszym w świecie filmem.  Wcale nie wybitnym, wcale nie pozbawionym błędów czy pewnych niedociągnięć, ale wreszcie jest to ciekawie opowiedziana, prowadzącą od początku do końca historia, która do zaoferowania ma ciekawych bohaterów, sporo akcji, trochę humoru i całkiem dużo emocji.  Oby tylko nie była wyjątkiem od reguły.

Przede wszystkim w filmie tym zachwyca Gal Gadot.  Jest idealna w roli Diany, księżniczki która wyrusza ze swojego świata, wyspy Amazonek do świata ludzi, by tam pomóc w zakończeniu wielkiej wojny.  Gadot jest prawdziwie zjawiskowa.  Perfekcyjnie czuje postać wojowniczki, która wierzy w pokój, miłość i dobro.  Idealnie sprawdza się w scenach komediowych, świetnie daje sobie radę w scenach akcji.  Jej bohaterka jest w pewnym stopniu naiwna, ale dzięki Gadot nie staje się głupio naiwna.  Świetnie wypada tutaj również Chris Pine, jako żołnierz, który przypadkiem trafia do świata Amazonek.  Jest dowcipny, charyzmatyczny, w pełni przekonujący.  Między nimi od z samego początku wyczuwalna jest wyraźna chemia, w związku z czym pojawiający się wątek romansowy nie razi, wydaje się jak najbardziej naturalny.  Co ważne, bohater grany przez Chrisa jest tutaj tylko dodatkiem, postacią suportującą głównej bohaterce, a nie odwrotnie.  Diana przez cały seans jest tu najważniejsza.  

Fantastyczne w tym filmie jest to, że chociaż główna bohaterka przywdziewa dość skąpy kostium, choć jest przepiękną, zjawiskową kobietą, jej rola nie jest sprowadzona wyłącznie do obiektu seksualnego.  Jest niewinna.  Nie ma w tym filmie taniego, wulgarnego, seksistowskiego patrzenia na główną bohaterkę.  Nie jest ona tylko obiektem westchnień, nie jest erotyczną fantazją, którą by twórcy portretowali z jak bardziej kuszących stron.  Nie ma w tym filmie uprzedmiotawiania głównej bohaterki. Odwrotnie niż w wielu filmach rozrywkowych to nie kobieta, ale mężczyzna pokazuje tutaj najwięcej. Najbardziej rozebraną rolę przyjmuje Chris Pine, który w jednej z pierwszych scen występuje w stroju Adama.  Ciekawe czy takie normalne spojrzenie na bohaterkę wynika z tego, że reżyserem tego obrazu jest Patty Jenkins, która zobaczyła w Dianie przede wszystkim interesującą postać. I co ważne, unikając takiego przedmiotowego portretowania bohaterki, reżyserce udaje się wydobyć z niej jeszcze więcej piękna.

Zaskakujące, że jak na film rozrywkowy "Wonder Woman" jest obrazem poważnym. Ale nie podniośle patetycznym, tak jak filmy Snydera, tylko obrazem, który nie trywializuje historii, który podchodzi do niej z zaskakującym zrozumieniem.  W końcu akcja rozgrywa się w czasie I wojny światowej.  I oczywiście obraz wojny jest tutaj mocno ugrzeczniony poprzez pryzmat komiksowego kina akcji, ale i tak jest to obraz zaskakująco złożony, wyważony i mądry.  Nie ma w nim łatwych odpowiedzi. Produkcja ta nie trywializuje wojny ale i jej nie gloryfikuje.  Pokazuje, że w czasie wojny wszyscy są przegrani.  Nie ma w niej nic wzniosłego, bohaterstwo nie jest ani romantyczne ani pociągające.  Nie ma jednego złego, nie ma jednego odpowiedzialnego, bo wojna to koszmar, w czasie którego nie obowiązują żadne reguły, a wszyscy pozwalają sobie na rzeczy nie do pomyślenia.  Bardzo dobrze, że film ten nie upiększa wojny, bo dzięki temu mimo wstawek fantasy (już sama bohaterka jest takim fantastycznym dodatkiem) jest obrazem, który ma umocowanie w rzeczywistości, i obchodzi trochę bardziej, będąc jednak odrobinę czymś więcej niż tylko lekką rozrywką.

Twórcy na szczęście nie przesadzają z patosem, i choć zdarzają się tu nadmiernie podniosłe sceny (wschód słońca po wygranej walce), to jednak udaje im się przełamać podniosły i poważny ton odpowiednimi dawkami humoru.  Najwięcej wypływa go z sytuacji w których Diana poznaje świat ludzi.  Gdy z zaskoczeniem dowiaduje się tego jakie rządzą w nim prawa, co wypada a co nie.  Wszystkie te momenty gdy dziwi się z rzeczy, które dla współczesnego człowieka są zwyczajne, są bardzo udanym elementem humorystycznym.  Sama historia w tym filmie może jest prosta, ale jest.  Bohaterowie są konkretnie nakreśleni, mają swoje cele, a cały film zmierza w jasno określonym kierunku.  Ponieważ od początku sympatyzuje się z bohaterami, bardzo szybko się do nich przywiązuje, kolejne sceny akcji nie są tylko pokazem efektów specjalnych, ale niosą ze sobą jakieś emocje.  Zaskakują, chwytają za serce, pod koniec nawet trochę wzruszają.  Nie są tylko ciągiem pustych, wybuchowych fajerwerków.  I tak, wydawać by się mogło naiwne sceny jak ta gdy bohaterka wychodzi z okopów, nabierają sensu, i niosą ze sobą zaskakująco dużo emocji.  Dzięki temu nawet rozbuchany finał, który wizualnie jest tą samą bajką co widowiska Snydera, trzyma w napięciu, interesuje i emocjonuje do końca.

22:07, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (8) »
środa, 07 czerwca 2017
Sama przeciw wszystkim

earthquake

Miss SloaneSama przeciw wszystkim (2016) USA

reżyseria: John Madden
scenariusz: Jonathan Perera
aktorzy: Jessica Chastain, Mark Strong, Gugu Mbatha-Raw, Alison Pill, Michael Stuhlbarg, Jake Lacy, David Wilson Barnes, Dylan Baker, Raoul Bhaneja, Chuck Shamata, Christine Baranski, Sam Waterston, John Lithgow
muzyka: Max Richter

zdjęcia: Sebastian Blenkov
montaż: Alexander Berner

 (8/10)

"Miss Sloane" to przede wszystkim Jessica Chastain.  To ona jest motorem napędowym opowiadanej tu historii, to ona niesie tę produkcję na swoich barkach.  Jej bohaterkę można najprościej opisać jako połączenie Patty Hewes i Franka Underwooda, ale jest to bardzo duże uproszczenie.  Bezwzględna, zdecydowana, inteligentna, przebiegła, ale i wrażliwa.  Nie wahająca się wykorzystywać wszystkich dookoła siebie, przesuwająca granice jak najdalej się tylko da, by dopiąć celu.  Jak sama mówi w jednej z pierwszych scen, lobbing to sztuka przewidywania ruchów przeciwnika, wyprzedzanie go zawsze o jeden ruch.  I w tym Sloane jest mistrzynią.  Wierzy w siłę argumentów i w to, że można opowiadać się za daną sprawą nie tylko gdy jest się w nią osobiście, emocjonalnie zaangażowanym.  Jest nieoczywista, skomplikowana, tajemnicza.  Jest zawsze przygotowana, twarda jak stal, choć ta poza wiele ją kosztuje.  Tego, czemu wydaje się momentami nieludzka, dowiadujemy się powoli, w miarę rozwoju akcji, ale nigdy tak do końca ta prawda nie zostaje nam wyjawiona.  I co ciekawe choć metody bohaterki niejednokrotnie przerażają, choć ona sama właściwie niewiele różni się od "tych złych" z którymi walczy, kibicuje się jej działaniom od początku do samego końca.

Drugie, co perfekcyjnie działa w tym filmie to scenariusz, którego nie powstydziłby się sam Aaron Sorkin.  Aż trudno uwierzyć, że jest to debiut Jonathana Perery.  Jest świetnie napisany, sprawnie prowadzi akcję, korzystając z flashbacków, zapętleń, by w jak najciekawszy sposób opowiedzieć tę historię, powoli odkrywając kolejne karty.  A po drodze czeka na nas kilka niemałych zaskoczeń, z chyba największym, które następuje podczas finału. Choć akurat oprócz tego grand finale (które zdaje się być odrobinę przesadzone), to właśnie te mniejsze, wcześniejsze zwroty akcji, niespodziewane wydarzenia po drodze, robią naprawdę duże wrażenie.  Nie tylko zaskakują, ale jednocześnie ukazują główną bohaterkę z innych stron.  Dialogi są tu błyskawiczne, obfite i celne.  Sporo tu prawniczego żargonu (szczególnie początkowo) przez co seans do najłatwiejszych nie należy i wymaga pełnego skupienia by niczego nie przegapić, nie pominąć, by nadążyć za wydarzeniami i dialogami, ale jednocześnie można czerpać z niego ogromną satysfakcję.  Bo im dalej, tym ciekawiej, tym sytuacja coraz bardziej się zagęszcza, tym robi się coraz bardziej intensywnie.

"Miss Sloane" (polski tytuł to jakaś porażka) jest thrillerem, który perfekcyjnie trzyma w napięciu, który idealnie podbija tempo.  To film opowiadający o genialnej lobbystce, która po odrzuceniu oferty lobbowania za tym aby kobiety bardziej popierały prawo do posiadania broni, opowiada się po przeciwnej stronie tego sporu, za tymi, którzy są zdania, że broń nie powinna być ogólnodostępna, że nie powinna być dla wszystkich, a w szczególności nie dla tych, którzy jej zbyt bardzo pragną.  Tak jak prawo jazdy, którego posiadanie zależy od zdanego egzaminu, tak i prawo do posiadania broni powinno być uzależnione od testu, by broń nie trafiała w ręce tych, którzy jej mieć nie powinni.  A niedoskonały, dziurawy system powinien zostać uszczelniony.  To na co porywa się Sloane to walka nierówna, zdawać by się mogło skazana na porażkę.  Zdobywanie głosów, poruszanie się na granicy legalności, nurzanie się w brudach polityki, wśród polityków-szczurów, którzy zrobią wszystko byleby tylko utrzymać się na stanowiskach.  Historia tej walki jest świetnie poprowadzona, perfekcyjnie zagrana, pasjonująca, zakończona w satysfakcjonujący sposób.  Koniecznie wybierzcie się do kin.

21:27, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (3) »
niedziela, 04 czerwca 2017
Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara

dead men tell no tales

Piraci z Karaibów: Zemsta SalazaraPiraci z Karaibów: Zemsta Salazara (2017) USA

reżyseria: Joachim Ronning, Espen Sandberg
scenariusz: Jeff Nathanson
aktorzy: Johnny Depp, Javier Bardem, Geoffrey Rush, Brenton Thwaites, Kaya Scodelario, Kevin McNally, Joshamee Gibbs, Golshifteh Farahani, David Wenham, Stephen Graham, Angus Barnett, Martin Klebba, Adam Brown, Giles New, Orlando Bloom, Keira Knightley, Paul McCartney
muzyka: Geoff Zanelli
zdjęcia: Paul Cameron
montaż: Roger Barton, Leigh Folsom Boyd

 (5/10)

Jest w "Zemście Salazara" taka scena gdy Jack Sparrow tuż po niespodziewanej pobudce pyta się zebranych dookoła niego gapiów, co on tutaj robi?  I to jest świetne pytanie, które również chciałoby się zadać samym twórcom tej produkcji.  Po co to wszystko?  Po całkiem udanej pierwszej trylogii (choć wykazującej tendencje spadkowe), oraz zupełnie niepotrzebnej ale przyjemnej części czwartej, naprawdę trudno wyjaśnić co robi w kinach, kolejne sześć lat później, następna część Piratów? Prócz oczywistego powodu chęci dalszego czerpania zysków z kury dotąd znoszącej złote jajka.  Tym bardziej, że moda, ekscytacja i szał na Piratów już dawno przeminęły i wskrzeszanie na nowo tej serii jest jak budzenie nieboszczyka, o którym większość już dawno zapomniała. Stąd piąty powrót do Piratów jest powrotem zupełnie niepotrzebnym, nudnym, nieudanym i co gorsza, chwilami podchodzącym pod parodię całej serii.

Co prawda dobrym pomysłem był powrót do kina rozrywkowego i zerwanie z totalnie chybionym kierunkiem jaki został przyjęty przy najbardziej nieudanej części trzeciej, która zabijała powagą, mrokiem i patosem.  Szkoda tylko, że spora część akcji piątej części rozgrywa się nocą, lub w ciemnościach, przez co przez większą część seansu ten film jest okrutnie brzydki, ciemny i niewyraźny. Wielokrotnie wszystko zlewa się tutaj w bezkształtną masę (aż strach myśleć jak niewiele widać w wersji 3D).  Wstawki fantasy nie denerwują, w  końcu od zawsze były częścią serii, choć tym razem jest ich jakby odrobinę więcej.  To co jednak tutaj bardzo przeszkadza to sceny akcji, absurdalnie przesadzone, tak bardzo odrealnione, że zamiast bawić tylko irytują (kreskówkowa scena z gilotyną czy ucieczka z sejfem jakby żywcem wyjęta z filmów Fast & Furious).  

Strasznie wypadają tutaj również efekty specjalne, co jest zaskakujące jak na film, który kosztował krocie.  Niestety wielokrotnie efekty rażą sztucznością, obecność green screenu wali po oczach i odbiera przyjemność z oglądania tej przygody, skoro na pierwszy rzut oka widać, że wszystko co otacza bohaterów jest sztuczne, nieprawdziwe, w całości wygenerowane w komputerze.  Przez tą sztuczność nie sposób emocjonować się pościgami, ucieczkami, dramatycznymi wydarzeniami, bo nie wyglądają one przekonująco.  Mało przekonująco wypada również twarz młodego Jacka Sparrowa we wspomnieniach z przeszłości.  Jest dziwnie nienaturalna, nieprawdziwa, sztuczna, szczególnie w momentach gdy bohater się odzywa. Tak jak najnowszym "Strażnikom Galaktyki" przepięknie udało się odmłodzić Kurta Russella, tak młodsza wersja bohatera granego przez Johnny Deppa wydaje się być bardzo niedopracowana, nieprzekonująca, wręcz odstraszająca.

Sam film jest niestety nudny, powtarzalny, przepełniony zbędnymi wątkami (chociażby cameo Paula McCartney czy scena ze ślubem, która niczemu nie służy).  Nowi bohaterowie sprawują się tak sobie, chociaż docenić trzeba to, że starają się wykrzesać z siebie jakieś emocje.  Najlepiej ze wszystkich sprawuje się Barbossa, żal tylko Sparrowa, który z cwanego zawadiaki stał się zapijaczonym klaunem mającym rozweselać publikę. Przykre, bo przecież Depp jest świetnym aktorem, ale grając Sparrowa rozmienia się na drobne, robi to już całkiem od niechcenia,  Co gorsza ta rola kładzie się cieniem na wszystkie pozostałe filmy z jego udziałem, jak klątwa od której nie może się uwolnić.  Bardem jako główny zły sprawdza się nieźle, choć charakteryzacja oraz komputerowo wygenerowane falujące włosy, powodują, że jego postać nie jest tak groźna i straszna jak mogłaby być.  Poza tym gdy co drugie zdanie jakie wypowiada zawiera imię Jack Sparrow, to po którymś z kolei zaczyna po prostu nudzić.

12:19, milczacy_krytyk , 05
Link Komentarze (3) »
środa, 31 maja 2017
Song to Song

body to body

Song to SongSong to Song (2017) USA

reżyseria i scenariusz: Terrence Malick
aktorzy: Ryan Gosling, Rooney Mara, Michael Fassbender, Natalie Portman, Cate Blanchett, Holly Hunter, Bérénice Marlohe
zdjęcia: Emmanuel Lubezki
montaż: Hank Corwin, Keith Fraase, Rehman Nizar Ali

 (2/10)

Michael Fassbender tarza się po podłodze.  Rooney Mara opiera się o gigantyczne okna i w zamyśleniu patrzy się gdzieś w dal.  Natalie Portman przechadza się po wielkich apartamentach.  Ryan Gosling przygrywa na pianinie.  Natalie Portman przechadza się w krótkiej spódniczce nad leżącym Fassbenderem.  Gosling z Marą biegają po pustkowiu w czasie zachodu słońca. Cate Blanchett chodzi na spacery z Goslingiem, a Holly Hunter tuła się po wielkim parkingu wołając o pomoc.  Kogo grają, kim są, to zupełnie nieistotne.  Normalnych rozmów nie prowadzą, w większości odzywają się z offu, wygłaszając po kilka nieistotnych, pustych zdań.  Śledzeni są przez okrążającą ich, nieustannie biegająca za nimi kamerą Emmanuela Lubezkiego, która spogląda na nich z różnych stron.  Lawiruje, wiruje, często zbacza na bok, by zamiast na bohaterów spojrzeć na przyrodę, latające chmarą ptaki, uginające się pod naporem wiatru drzewa.  Tak jakby zdjęcia miały wypełnić brak treści.

"Song to Song" to zapis obrazów, improwizowane sceny pozbawione scenariusza.  Zaczątki historii kilku postaci, o których niczego się nie dowiadujemy, których myśli wygłaszane zza kadru są tylko pretekstem do kolejnych ładnych obrazów.  Bohaterowie przeskakują strumyk na pustkowiu.  Przechadzają się po pięknych, nowoczesnych mieszkaniach.  Podglądają koncerty festiwalowe zza kulis.  Bohaterki zaplątują się w powiewające na wietrze firanki, obijają się o ściany w zamyśleniu i smutku rozmyślając o tym co się im (nie) przydarza.  Tarzają się po ziemi, obściskują, dotykają, spoglądają na siebie, najczęściej w promieniach zachodzącego słońca.  Bo hej, tak przecież będzie ładnie.  Tak jakby te obrazy, te krótkie scenki bez większego znaczenia miały trafić na insta, jakby miały być częścią tamtego przefiltrowanego story, w którym liczy się tylko uchwycony kadr, lub fragment ruchu.  Problem tylko w tym, że nie jest to story w odcinkach, tylko film bez scenariusza, co boli najbardziej, bo bez tej podstawy, nadbudówki w postaci świetnych aktorów, dobrze dobranej muzyki, czy ładnych zdjęć, nie są w stanie tu niczego uratować.

Improwizowana forma tego filmu zaczyna denerwować po pierwszym kwadransie.  Wypowiadane szeptem myśli bohaterów nie interesują.  Przypadkowość formy z powodu której można by wyciąć z tego filmu dowolną postać, bez jakiejkolwiek większej straty dla całości, jest co najmniej irytująca.  Brak chronologii (nawet w pojedynczych scenach) nie składa się na żaden celowy zabieg, staje się niedbalstwem, lenistwem twórcy, który nie ma zamiaru ułożyć z tych obrazów pasjonującej opowieści.  A skoro jemu się nie chce, to czemu nam miałoby się chcieć?  Koncertowe tło, prócz gościnnych występów kilku znanych artystów (chociażby Patti Smith, Lykke Li, Iggy Pop) nie zostaje w ogóle wykorzystane, stając się jedynie ładnym obrazkiem, wyglądającym ciekawie, nietypowo, ale nie mającym żadnego wpływu na rozwój wydarzeń, bo bez niego poczynania bohaterów w ogóle by się nie zmieniły.  W końcu same zdjęcia stają się nudne, a powtarzalność inscenizacji kolejnych scen zaczyna denerwować, irytować i smucić. Okrutnie zmarnowany potencjał.

19:53, milczacy_krytyk , 02
Link Dodaj komentarz »