Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
środa, 06 września 2017
Podwójny kochanek

podwójna terapia

Podwójny kochanekPodwójny kochanek (2017) Belgia, Francja

reżyseria i scenariusz: François Ozon
aktorzy: Marine Vacth, Jérémie Renier, Jacqueline Bisset, Myriam Boyer, Dominique Reymond
muzyka: Philippe Rombi
zdjęcia: Manuel Dacosse
montaż: Laure Gardette

 (7/10)

Chloe odkąd pamięta, cierpi na nieustępliwy ból brzucha.  Ma dwadzieścia pięć lat, obecnie szuka pracy, kiedyś była modelką.  Zrezygnowała jednak z tego sposobu na życie, bo za bardzo ją stresował.  By pozbyć się uporczywego bólu brzucha próbowała już wszystkiego.  Jednak żaden ze sposobów, również żadna dieta, jak dotąd nie pomogły.  Dlatego też Chloe decyduje się na ostateczne rozwiązanie - wybiera się do psychologa.  I tak trafia do przystojnego doktora Paula Meyera. Początkowo nie jest przekonana, czy rozmowy z lekarzem coś dadzą, ale z każdą kolejną wizytą otwiera się coraz bardziej, opowiadając o swoim życiu, rodzinie, relacjach z matką, i tak po pewnym czasie pozbywa się bólu.  Chloe kończy terapię, ale jak się dowiaduje podczas ostatniej wizyty i tak musiałaby ją przerwać, ponieważ Paul się w niej zakochał.  Oczywiście ze wzajemnością.  Jakiś czas później, gdy razem mieszkają już w jednym mieszkaniu, Chloe widzi przypadkiem na ulicy mężczyznę zabójczo podobnego do Paula.  Bohaterka postanawia przeprowadzić prywatne śledztwo i dowiedzieć się kim jest sobowtór jej partnera.

Film Francoisa Ozona jest całkiem interesującą i intrygującą zabawą, kolażem różnych gatunków, który opowiadając niezbyt skomplikowaną ale stopniowo odkrywaną historię, korzysta ze schematów, rozwiązań znanych z różnych zakamarków kina.  Przede wszystkim jest romansem, ale im dalej w las, tym bardziej "Podwójny kochanek" zamienia się w kryminał, a pod koniec w thriller, mieszający wyobrażenia z rzeczywistością, senne zwidy z prawdziwymi sytuacjami.  Robi to jednak na tyle dobrze, że nie gubi zainteresowania widza, nie rozjeżdża się na wszystkie strony, tworząc jedną, choć bardzo różnorodną całość.  Udaje mu się odpowiednio dawkować erotykę, odsłaniając swoich aktorów chwilami bardzo mocno, ale nie przekraczając cienkiej granicy pomiędzy sztuką, a zwykłym porno.  Sceny zbliżeń są zmysłowe, przedstawiane wielokrotnie w zbliżeniach, kameralnych ujęciach.  Być może niektóre zdadzą się trochę szokujące, ale dla widza z otwartą głową nie będą czymś co by przekraczało jakiekolwiek granice, czy to dobrego smaku czy przyzwoitości.  Całość kipi erotyzmem, napięciem pomiędzy bohaterką, a dwoma na pozór identycznymi kochankami, interesuje właściwie do samego końca. I choć jako film "Podwójny kochanek" nie jest obrazem nijak szczególnym, to jako pewnego rodzaju wariacja na temat, spisuje się odpowiednio dobrze.

21:06, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (2) »
sobota, 19 sierpnia 2017
Wojna o Planetę Małp

apes together strong

Wojna o Planetę MałpWojna o Planetę Małp (2017) USA

reżyseria: Matt Reeves
scenariusz: Matt Reeves, Mark Bomback
aktorzy: Andy Serkis, Woody Harrelson, Steve Zahn, Karin Konoval, Amiah Miller, Terry Notary, Ty Olsson, Michael Adamthwaite, Toby Kebbell, Gabriel Chavarria, Judy Greer, Sara Canning, Devyn Dalton, Aleks Paunovic, Alessandro Juliani, Max Lloyd-Jones
muzyka: Michael Giacchino
zdjęcia: Michael Seresin
montaż: Stan Salfas, William Hoy

 (8/10)

Gdy sześć lat temu na ekrany kin wchodziła "Geneza Planety Małp" nie spodziewałem się, że będzie ona początkiem jednej z najlepszych, najciekawszych trylogii jakie powstały w ostatnich latach.  Jeszcze przed premierą tamten film wydawał się być próbą odgrzewania kotleta, skokiem na kasę, próbą wznowienia uniwersum, które kiedyś było popularne, i którego poprzednia próba ożywienia (filmem Burtona) okazała się być niepowodzeniem.   Co niezwykłe "Geneza" choć nie była pozbawiona wad, była zaskakująco interesującym, mądrym blockbusterem, który miał bardzo konkretny pomysł na siebie.  Pomysł, który został fenomenalnie rozwinięty w części drugiej, która brała wszystko co dobre z części pierwszej i wynosiła to na wyżyny, tworząc jeden z najciekawszych blockbusterów ostatnich lat.  Film poważny, ambitny, świetnie zagrany, emocjonujący, poruszający.  Przed częścią trzecią stało więc wielkie wyzwanie, by utrzymać ten nadzwyczajnie wysoki poziom, i z klasą zamknąć trylogię.  I film Matthew Reevesa nie zawodzi ani trochę.  Być może jest chwilami odrobinę zbyt patetyczny, być może chwilami uderza w odrobinę zbyt podniosłe tony, ale jest jednocześnie niezwykle emocjonującym, zaskakująco poważnym i mądrym zamknięciem historii. Filmem, który nie idzie na łatwiznę, nie epatując nadmiarem efektów, wybierając nadzwyczaj spokojne tempo nad łatwą, szybką akcją, charakterystyczną dla letnich blockbusterów.

Całość otwierają jedne z najlepszych, najbardziej pomysłowych napisów początkowych.  Na tle lasu pojawiają się niewielkie napisy, przypominając wydarzenia z poprzednich dwóch części, pogrubiając na czerwono pierwsze słowa z tytułów poprzednich filmów, jasno wyjaśniając, co się w ich zdarzyło. "Rise", "Dawn" i "War", które ostatnie zamienia się w pełny tytuł finalnego filmu.  Zaskakująco niewielki, ale przez klarowny, czerwony font, jawnie widoczny na ekranie.  Niezwykle proste, ale efektywne i efektowne wprowadzenie.  Potem rozpoczyna się kino wojenne, w którym każda ze stron konfliktu jest przegrana już na starcie, w którym nie ma łatwych wyborów, w którym każda ze stron ma swoje równorzędne racje.  Kino w którym nie ma jednoznacznie dobrych, jednoznacznie złych postaci.  Kino, które wybiera bardzo niespieszne, majestatyczne tempo by opowiedzieć monumentalną historię, pełną smutku, rozgoryczenia, straty.  Świat się kończy, wojna między ludźmi, a małpami nadal trwa.  I choć Ceasar jej nie rozpętał, ciągle jest zmuszany przez ludzi by dalej brać w niej udział.  To on będzie tym, który przyczyni się do jej zakończenia. Więcej pisać nie warto, bo co niezwykłe w tych czasach, materiały promocyjne właściwie nie zdradzały o czym tak naprawdę opowiada ten film, jaka jest dokładnie ta historia (a co zaskakujące jest inna niż można by się spodziewać).  Odkrywanie kolejnych fragmentów tego zmieniającego się świata jest czymś co warto samemu doświadczyć w czasie seansu.  A jest tu kilka zaskoczeń, kilka pomysłów, które niewidoczne były w zwiastunach, a które bardzo ładnie domykają tę opowieść.   

Nie byłoby tego filmu gdyby nie genialne efekty specjalne, dzięki którym wszystkie wygenerowane komputerowo małpy wyglądają jak żywe.  Dokładność, realistyczność tego co udało się wykreować w komputerze jest tak wielka, że aż dech zapiera.  Szczególnie w licznych zbliżeniach na twarze i oczy małpich bohaterów, pełne emocji i życia.  Nie byłoby tego filmu również gdyby nie Andy Serkis, który po raz trzeci fenomenalnie wciela się w rolę Caesara. Lidera małp, który zrobi wiele by obronić swoje plemię, ale którego coraz częściej zaczyna nawiedzać duch Kobe, poddając pod wątpliwość to na ile słuszne są jego działania. Nieprawdopodobne ile emocji, ile życia Serkis przenosi na swój komputerowy avatar, jak jego gra widoczna jest w cyfrowej reprezentacji jego postaci, która finalnie widoczna jest na ekranie.  To nie jest tylko nadawanie ruchu komputerowej postaci, to wielkie aktorstwo, które musi zostać wreszcie zauważone, bo rola Serkisa jest ponad przeciętna.  Świetnie w tej produkcji prezentuje się również Woody Harrelson, który wciela się w rolę bezwzględnego generała.  I choć z początku ma się wrażenie, że będzie to postać trochę za bardzo przerysowana, trochę za bardzo idąca w kierunku szaleństwa, to w ostatecznym rozrachunku udaje mu się utrzymać ją na granicy, nie popuścić jej w schemat.  Całość zostaje pięknie sfilmowana oraz podbudowana fantastyczną ścieżką dźwiękową Michaela Giacchino, który stworzył jeden z najlepszych soundtracków w swojej karierze.  Dostojny, podniosły, poważny, ale jednocześnie delikatny, pełen nostalgii, melancholii.  

20:32, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (8) »
wtorek, 15 sierpnia 2017
Valerian i Miasto Tysiąca Planet

space oddity

Valerian i Miasto Tysiąca PlanetValerian i Miasto Tysiąca Planet (2017) Francja, USA

reżyseria i scenariusz: Luc Besson
aktorzy: Dane DeHaan, Cara Delevingne, Clive Owen, Rihanna, Ethan Hawke, Herbie Hancock
muzyka: Alexandre Desplat

zdjęcia: Thierry Arbogast
montaż: Julien Rey

 (6-/10)

"Valerian" jest podobno najdroższym francuskim filmem jaki kiedykolwiek powstał.  Z budżetem na poziomie amerykańskich blockbusterów, twórcy mogli popuścić wodze fantazji i wykreować rozbuchany, bombastyczny świat dalekiej przyszłości.  Bez żadnych ograniczeń generować kolejne miejsca, planety, gatunki obcych istot.  I co do efektów specjalnych przyczepić się tutaj nie można, bo świat wykreowany przez Bessona, choć w całości cyfrowy, jest przekonujący.  Kipi całą paletą barw, zadziwia wielkością.  Choć "Valerian" jest produkcją europejską, efekty specjalne nie odstają i radują oczy od początku do samego końca.  Dziwi tylko trochę to, że choć Besson wykreował ten gigantyczny kosmiczny świat przyszłości, w sumie tak niewiele nam z niego pokazuje.  Miasto Tysiąca Planet tak naprawdę znamy tylko z nazwy, bo widzimy z niego tylko kilka migawek.  Również obce rasy nie mają szans bardziej zabłysnąć, oprócz krótkiego montażu z prologu.  Szkoda, bo ten świat sprawia wrażenie znacznie bogatszego, niż te kilka fragmentów, które nam pokazano.

To co w filmach przyciąga uwagę widza, to co go tak naprawdę angażuje, to nie efekty specjalne, a bohaterowie.  Czyli niestety to, czego najbardziej brakuje w produkcji Bessona.  Valerian i Laureline to postaci wyprane z charakteru, nijakie, nieciekawe, nudne, płaskie.  Valerian powinien być takim współczesnym Hanem Solo, charyzmatycznym, zawadiackim kobieciarzem.  Facetem z którym poleciałoby się na koniec świata, za jego uśmiechem, pewną arogancją, przesadną pewnością siebie.  Niestety Dane DeHaan nijak nie pasuje do tej roli.  Stara się być Harrisonem Fordem ale kompletnie mu to nie wychodzi, prezentując na ekranie karykaturę swojej postaci.  Niestety wcale nie lepsza jest Cara Delevingne, która stale chodzi z jedną miną obrażonej księżniczki.  W założeniu powinni być przekomarzającą się parą, która choć z pozoru się nie lubi, w finale wyzna sobie miłość.  Kłopot tylko w tym, że między aktorami nie ma żadnej chemii, nic między nimi nie buzuje, a końcowe zapewnienia o wielkim uczuciu wypadają totalnie nieprzekonująco.  Przedziwne, że do poprowadzenia tak wielkiego widowiska zostali wybrani właśnie DeHaan i Delevingne, którzy dotychczas nie sprawdzali się w wysokobudżetowych filmach.  Słabo sprawuje się tutaj również Clive Owen (który zupełnie zapomniał jak grać), oraz Ethan Hawke (który przesadza okropnie).  Zaskoczeniem jest jedynie Rihanna, która najlepiej sprawdziła się w swojej roli, jakby tylko jej zależało na tym by dobrze wypaść, jakby tylko ona wyczuła na czym polega jej rola.

Valerian nie jest złym filmem, ale przez źle obsadzonych aktorów, staje się produkcją, która nijak nie wciąga.  To teledysk efektów specjalnych, który nie wywołuje żadnych emocji.  A szkoda, bo nie można odmówić Bessonowi pomysłowości.  I choć sporo w tym filmie scen przypomina już światy, które gdzieś kiedyś widzieliśmy (żeby tylko wymienić Gwiezdne Wojny, Piąty element, czy Avatar), to jednak jest tu kilka scen i pomysłów, które się bronią.  Jak chociażby fantastycznie zmontowany prolog do „Space Oddity” Bowiego.  Czy późniejszy jarmark na przecięciu dwóch wymiarów.  Besson jest najlepszy w momentach, gdy całkiem leci po bandzie, gdy całkiem puszcza wodze fantazji, tworząc absurdalne sytuacje i stawiając bohaterów przed najbardziej pokręconymi wyzwaniami. Jak chociażby wątek meduzy, czy obcej rasy, która próbuje zadowolić swojego króla wystawną kolacją (najbardziej rozbrajający, najlepszy fragment całego filmu).  Wielka szkoda, że Besson nie eksperymentuje tak od samego początku, nie szaleje przez cały seans.  Taka jazda bez trzymanki byłaby ciekawym doświadczeniem. 

19:05, milczacy_krytyk , 06
Link Dodaj komentarz »
sobota, 05 sierpnia 2017
Dunkierka

przetrwanie

DunkierkaDunkierka (2017) Francja, Holandia, USA, Wielka Brytania

reżyseria i scenariusz: Christopher Nolan
aktorzy: Fionn Whitehead, Tom Glynn-Carney, Jack Lowden, Harry Styles, Aneurin Barnard, James D'Arcy, Barry Keoghan, Tom Hardy, Kenneth Branagh, Cillian Murphy, Mark Rylance, Damien Bonnard
muzyka: Hans Zimmer
zdjęcia: Hoyte Van Hoytema
montaż: Lee Smith

 (8/10)

"Dunkierka" przed premierą wydawała się być z pozoru bardzo prostym filmem.  Rozgrywająca się w czasach II wojny światowej opowieść o ewakuacji brytyjskich żołnierzy z francuskiej plaży zdawała się być zaskakująco zwyczajna jak na Christophera Nolana, który wcale nie tak dawno odkrywał wielopoziomową architekturę snu, jak również podróżował w kosmosie  w głąb czarnej dziury.  Jak się jednak bardzo szybko okazuje, w "Dunkierce" Nolan znalazł sposób na eksperymenty.  Swoją historię podzielił bowiem na trzy wątki, przy czym czas trwania akcji w każdym z tych wątków jest różny.  Molo rozgrywa się na plaży i przedstawia wydarzenia w czasie jednego tygodnia.  Morze skupia się na wydarzeniach mających miejsce na wodzie w czasie jednego dnia.  A trzeci rozdział czyli powietrze to zaledwie godzina.  Te trzy wątki są wzajemnie przeplatane, choć dotyczą różnych okresów w czasie.  Dlatego też choć ukazywane na przemian, ukazują sytuacje, które miały miejsce wcale nie w tym samym momencie.  Bardzo ciekawy zabieg, pewnego rodzaju zabawa z materią, która zaskakuje, ale również powoduje, że czeka się na rozwój wydarzeń, w aż trzech liniach fabularnych, a nie tylko jednej.  

Nolan jest jednym z nielicznych współczesnych reżyserów, którego filmy zaskakują od strony technicznej, zachwycają realizmem realizacji.  Jest twórcą, który wszędzie gdzie to tylko możliwe korzysta z praktycznych efektów specjalnych, komputerowe CGI ograniczając do absolutnego minimum.  W "Dunkierce" nie sposób stwierdzić, wyłapać gdzie skorzystano z efektów specjalnych.  Wszystkie sceny wyglądają tak realistycznie, że przez cały seans można wielokrotnie zadawać sobie pytanie - jak oni to nakręcili?  Tonące okręty, podniebne pościgi i spadające samoloty.  Technicznie jest to film doskonały, zachwycający, przepięknie sfilmowany przez operatora Hoyte van Hoytema.  Oprócz przepięknych zdjęć, to co robi tutaj ogromne wrażenie to dźwięk.  Ostry jak brzytwa, niesamowicie intensywny, wylewający się przed obraz na pierwszy plan.  Gdy padają pierwsze strzały są one tak niespodziewane i głośne, że nie sposób odruchowo się nie przestraszyć.  A gdy następuje pierwszy nalot, świszczący dźwięk nadlatujących samolotów wroga jest tak intensywny i przerażający, że aż trudny do wytrzymania.  Niczym obce bestie, potwory nie z tego świata, samoloty nadlatują nad plażę zrzucając wybuchające bomby.  Wstrząsające chwile.

Nie ma w "Dunkierce" prawie w ogóle żadnego wstępu.  Zaledwie kilka zdań pojawiających się na czarnym ekranie, i od razu zostajemy wrzuceni w wir akcji.  Bez większych zapowiedzi film Nolana rusza z kopyta.  Od tej pory, od tego mocnego początku, napięcie rośnie z każdą kolejną minutą.  Jest ono świetnie podbijane przez dudniącą, rytmiczną, transową, wiecznie wznoszącą się muzykę Hansa Zimmera, która genialnie napędza ten film.  Być może niektórym brakować będzie tutaj bardziej rozbudowanych postaci, większego pogłębienia bohaterów, ale też nie o to w tym filmie chodziło.  "Dunkierka" jest antywojennym obrazem, w którym bezimienni żołnierze muszą zmierzyć się z niewidzialnym wrogiem (przebywającym gdzieś poza kadrem, lub w nadlatujących samolotach).  Nie ma tu bohaterstwa, jest tylko paniczny strach, nieludzkie zmęczenie i chęć przetrwania za wszelką cenę. Wszystko to powoduje, że "Dunkierka" jest obrazem nieprawdopodobnie intensywnym, trzymającym w ciągłym napięciu.  Nolan wierzy w inteligencję swojego widza, dlatego pozwala sobie na nie tłumaczenie wszystkiego, na skróty, oraz na ograniczanie dialogów do absolutnego minimum.  Co jest ciekawym zabiegiem, dzięki któremu jego film jest bardzo surowy, esencjonalny, pozytywnie przyziemny.  Szkoda tylko, że pod koniec reżyser rezygnuje z tej prostoty i okrutnie psuje finał tej opowieści, zagadując ją ciągiem niepotrzebnie podniosłych słów.  Bez nich seans byłby bliski perfekcji.

16:08, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (8) »
sobota, 29 lipca 2017
Spider-Man: Homecoming

powrót do korzeni

Spider-Man: HomecomingSpider-Man: Homecoming (2017) USA

reżyseria: Jon Watts
scenariusz: John Francis Daley, Jonathan Goldstein, Jon Watts, Christopher Ford, Chris McKenna, Erik Sommers
aktorzy: Tom Holland, Michael Keaton, Robert Downey Jr., Marisa Tomei, Jon Favreau, Gwyneth Paltrow, Zendaya, Donald Glover, Jacob Batalon, Laura Harrier, Tony Revolori, Bokeem Woodbine
muzyka: Michael Giacchino

zdjęcia: Salvatore Totino
montaż: Dan Lebental, Debbie Berman

 (8-/10)

"Spider-Man: Homecoming" jest trzecim kinowym wcieleniem historii o Człowieku - Pająku.  Najpierw była pierwsza trylogia Sama Raimi, która po przesadnie zatłoczonej części trzeciej gwałtownie została przerwana.  Później przyszedł czas na reboot, który choć błyszczał chemią pomiędzy głównymi bohaterami, nie odniósł wystarczającego sukcesu kasowego i po dwóch filmach został również zakończony. Teraz przyszedł czas na nowego pająka, najmłodszego ze wszystkich, bezpośrednio związanego z gigantycznym uniwersum, które od dobrych kilku lat buduje studio Marvel.  I ta najnowsza wersja opowieści o Peterze Parkerze jest jednocześnie wersją najbardziej udaną.  Jest lekka, zabawna, pełna młodzieńczej energii.  Główny bohater wreszcie jest beztroskim nastolatkiem, który potrafi dowcipnie skomentować każdą sytuację. To "Spider-Man" na którego długo się czekało, ale na którego warto było czekać.

Pomimo, że produkcja ta jest kolejnym nowym otwarciem, twórcy na szczęście oszczędzili nam typowego origin story, nie pokazując kolejny raz tego jak narodził się Spider-Man.  Doszli do słusznego wniosku, że nie ma sensu tracić na to czasu, szczególnie, że już dwukrotnie genezę tej postaci widzieliśmy w poprzednich filmach.  W "Homecoming" jesteśmy postawieni przed faktem dokonanym.  Wiemy, że Parker jest Spider-Manem.  To jak do tego doszło zostaje wspomniane zaledwie w jednym krótkim dialogu, na więcej na szczęście nie ma czasu.  Jednocześnie choć oszczędzono nam kolejnego wprowadzenia w tę znaną opowieść, sama historia, jaką twórcy opowiadają w tym filmie jest zaskakująco znajoma.  Mówi ona o dorastaniu do roli jaką ma się pełnić, o dojrzewaniu do dorosłego życia.  Czyli w pewnym sensie jest to opowieść o narodzinach bohatera, ale pozbawiona samego wstępu.  Historia poprowadzona została tutaj jednak na takim luzie, tak wdzięcznie i lekko, że ta po części powtórka z rozrywki nie razi, nie denerwuje, nie nudzi, bo zdaje się jakbyśmy oglądali całkiem nową, świeżą opowieść.

Świetne w najnowszych filmach Marvela jest to, że choć rozgrywają się ona w jednym uniwersum, twórcy starają się je odróżniać od siebie, nadawać indywidualne rysy.  "Spider-Man" zdaje się być jakby niezależną produkcją, takim „sundance’owym” filmem mówiącym o dojrzewających nastolatkach (fantastyczne postaci drugoplanowe: Ned, Michelle), ich rozterkach, przyjaźniach, pierwszych zauroczeniach, trudach przebywania w szkole, który przy okazji jest również opowieścią o Człowieku - Pająku.  Właśnie takie podejście do tego filmu powoduje, że tak świetnie się go ogląda, mając wrażenie, że ten szósty w kolejności film jest czymś zupełnie innym, nowym, ożywczym.  Dużo dobrego robi również to, że choć akcja rozgrywa się w uniwersum Marvela, choć jest połączona z poprzednimi filmami, to jednak są to połączenia bardzo gładkie, bardziej drugoplanowe dodatki (przezabawne cameo Kapitana Ameryki), niż kluczowe dla całości elementy, przez które produkcja ta sprawiałaby wrażenie tylko części gigantycznej układanki, kolejnego odcinka w filmowym serialu, oddalając się od bycia po prostu oddzielnym filmem, niezależną historią składającą się na świetne kino rozrywkowe.

Bardzo dobrym kierunkiem było również spuszczenie z tonu i pomniejszenie skali tej historii.  Tak jak "Ant-Man" był bardzo kameralnym filmem, w porównaniu do pozostałych produkcji Marvela, tak również i "Spider-Man" jest taką znacznie skromniejszą opowieścią. Stawka o jaką toczy się tutaj akcja jest znacznie niższa, ale wcale nie mniej ważna.  A właśnie przez takie mniejsze rozmiary tej opowieści, jest ona bardziej przejmująca, bardziej prawdziwa i ludzka.  Nie tylko pozwoliło to na ukazanie tego świata oczami zwykłych ludzi (widać wreszcie jak życie zmieniło się dla obywateli od momentu gdy superbohaterowie do niego dołączyli), ale także wreszcie udało się wykreować udanego przeciwnika dla głównego bohatera. Czarny charakter wreszcie jest przekonująco umotywowany, wreszcie chodzi mu o coś więcej niż tylko masowe zniszczenie.  Jego motywacja jest prosta, wręcz przyziemna, ale dzięki temu jest w pełni przekonująca. A sam Keaton w roli Vulture’a sprawdza się wyśmienicie.

14:56, milczacy_krytyk , 08
Link Dodaj komentarz »