Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
środa, 25 października 2017
Blade Runner 2049

2049

Blade Runner 2049Blade Runner 2049 (2017) Kanada, USA, Wielka Brytania

reżyseria: Denis Villeneuve
scenariusz: Hampton Fancher, Michael Green
aktorzy: Ryan Gosling, Harrison Ford, Ana de Armas, Jared Leto, Robin Wright, Dave Bautista, Mackenzie Davis, Sylvia Hoeks, David Dastmalchian, Barkhad Abdi, Lennie James
muzyka: Benjamin Wallfisch, Hans Zimmer
zdjęcia: Roger Deakins
montaż: Joe Walker

 (7/10)

Chyba najbardziej niesamowite w najnowszym filmie Denis Villeneuve jest to, jak bardzo niedzisiejszy jest to obraz. Podczas seansu ma się nieodparte wrażenie, że produkcja ta została nakręcona wiele lat temu. Oczywiście pomijając cały aspekt techniczny, bo pod tym względem film ten zdecydowanie zawyża dzisiejsze standardy. Jest jednak w klimacie, atmosferze tej produkcji coś, co powoduje, że kontynuacja „Blade Runnera” zdaje się być filmem, który powstał zaledwie kilka, a nie kilkadziesiąt lat po oryginale. Po pierwsze, co jest zupełnie niezgodne z dzisiejszymi regułami opowiadania historii, już po pierwszych pięciu minutach seansu otrzymujemy na tacy gigantyczny spoiler, który współcześni twórcy zwykle zachowaliby na sam koniec. Tu zostaje on wyjawiony bez żadnej pompy, ot tak, jakby był całkiem nieistotnym fragmentem historii. Potem na jaw wychodzi główny motyw tego widowiska, również całkiem spory zwrot akcji, który ma się wrażenie zostaje zaprezentowany jakby zbyt wcześnie. I wreszcie to co najbardziej tu zadziwia, to tempo tej historii. Niedzisiejsze nie tylko jak na standardy pędzących na złamanie karku blockbusterów, ale nawet w porównaniu do „zwykłych” filmów. Niespieszne, kontemplacyjne, rozciągnięte do granic możliwości, któremu bardzo blisko do sposobu w jaki opowiedziana została oryginalna historia w pierwszym filmie.

To wszystko powoduje, ze kontynuacja „Blade Runnera” choć zrealizowana trzydzieści pięć lat po filmie Ridleya Scotta, sprawia wrażenie filmu zatopionego nadal w latach osiemdziesiątych. Sprawia wrażenie filmu, który idealnie wywodzi się z pierwszej produkcji. Sequel nie jest uwspółcześnionym powrotem do świata znanego z pierwszego filmu. Jest przedłużeniem tamtej opowieści, rozszerzeniem, dopełnieniem. W podejściu do opowieści, w poszanowaniu źródła, bardzo bliski pierwszemu filmowi. Odetchnąć mogą z ulgą więc wszyscy Ci, którzy obawiali się, że duch oryginału zostanie gdzieś zagubiony, że Hollywood będzie chciało odcinać kupony od kultowego filmu i zamiast produkcji coś sobą reprezentującej, postawi na tak popularne dziś łatwe efekty i szybką akcję. Tej prawie w tym filmie nie ma, bo dynamicznych momentów i pościgów jest mniej więcej tyle ile pokazały nam zwiastuny, co dla produkcji trwającą ponad dwie i pół godziny, jest tylko nieznaczącym procentem. Od akcji ważniejszy jest tutaj klimat zniszczonej przyszłości. Klimat, który perfekcyjnie tworzony jest przez udaną ścieżkę dźwiękową ale przede wszystkim przez obłędne zdjęcia Rogera Deakinsa, który musi w tym roku wreszcie zgarnąć pierwszego, zasłużonego Oscara. Bo jeśli nie za ten film, to za co innego? Neonowe Los Angeles odgrodzone od oceanu wielkim murem, przykryte powoli opadającym z nieba śniegiem. Pustynne Las Vegas osnute pomarańczową mgłą. Pustkowie będące wysypiskiem śmieci, cmentarzyskiem gigantycznych statków. Właściwie każda scena to małe dzieło sztuki, każdy kadr to piękny obraz nadający się do oprawienia.

Historia opowiadana w „Blade Runner 2049” jest dość prosta. Właściwie można by ją streścić w kilku krótkich zdaniach. Ale w interesujący sposób kontynuuje i rozbudowuje wątki, które poruszone zostały w pierwszym filmie. Nie sprawia wrażenia kontynuacji dopisanej na siłę. Jest logiczną konsekwencją pierwszego filmu, interesującym dopowiedzeniem. Kontynuuje pytania jakie zawarte były w pierwszym filmie. Co tak naprawdę czyni z nas ludzi? Czy jest to tajemnicza dusza, czy może coś innego? Jak ważną rolę w życiu stanowią wspomnienia, jak kształtują nas samych? Sequel w niektórych przypadkach kieruje te pytania w przeciwnym kierunku, innym razem rozszerza je na inne sposoby. Zastanawiając się na przykład nad tym czy byt może istnieć bez ciała. Czy sama myśl, uczucia bez fizycznej, namacalnej reprezentacji mogą być uznawane za istotę równą ludziom? Sporo w tej produkcji znajduje się odniesień, mrugnięć oka, nawiązujących do pierwszego filmu. Chociażby na pozór niezrozumiałe testy jakie przechodzi jedna z postaci, czy przybliżanie zdjęć komendami głosowymi. Szkoda tylko trochę, że w kilku momentach kluczowych dla historii, film ten idzie na łatwiznę, wybiera zbyt proste skróty, które za bardzo naciągają tą opowieść. Poza tym na dłuższą metę powolne tempo, rozciąganie kolejnych scen do granic możliwości, staje się odrobinę męczące, a ogólny pesymistyczny, okrutnie zimny wydźwięk świata w jakim rozgrywa się ta historia powodują, że seans zdaje się nieludzki, pozbawiony życia. Wizualnie piękny, emocjonalnie niestety zbyt odległy.

19:38, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (6) »
niedziela, 22 października 2017
11. All About Freedom Festival - Podsumowanie

11. All About Freedom Festival - Podsumowanie

11.AAFF

W sobotę zakończyła się jedenasta edycja festiwalu All About Freedom, organizowanego przez Europejskie Centrum Solidarności w Gdańsku. To impreza, która łączy kino, koncerty oraz debaty po to, aby mówić o temacie różnie pojmowanej wolności. By poprzez sztukę przyglądać się temu, co akurat dzieje się na świecie i patrzeć na tematy wolności, tolerancji, solidarności. Od jedenastu lat trzonem festiwalu są pokazy filmowe, często uzupełniane spotkaniami z twórcami. Tak było i w tym roku. W czasie dziewięciu dni festiwalu pokazano siedemnaście obrazów - sześć dokumentów oraz jedenaście fabuł z całego świata. I choć poziom tegorocznych filmów nie zachwycał aż tak bardzo jak w poprzednich latach, to wśród tych kilkunastu filmów zdarzyły się takie propozycje, które zostaną na długo w pamięci. Filmy, które z czystym sercem można polecić.

Zanim jednak o filmach, jeszcze kilka słów o samym festiwalu, którego jestem aktywnym widzem już od przeszło siedmiu lat i który bardzo cenię. Bo nie idzie na łatwiznę, bo stara się przyciągnąć widzów niełatwym repertuarem, co roku poruszającym trudne tematy, filmami, które wielokrotnie nie należą do najprzyjemniejszych. Festiwalem, który stara się treścią zawyżać poprzeczkę, zmuszać do dyskusji, do zastanowienia się nad sytuacją w Polsce i na świecie. Festiwalem, który stara się stawiać na jakość, a nie na ilość. Przeciwnie więc do innych imprez filmowych, zamiast wypełniać dzień seansami od rana do wieczora, dobiera po dwa (w weekendy trzy) filmy dziennie, tak by każdy mógł obejrzeć wszystkie festiwalowe produkcje. Szkoda więc, że znów, jak w poprzednich latach, organizatorzy zapominają by tak ułożyć harmonogram seansów, by można było również bez problemu uczestniczyć w debatach po seansach. One zawsze stanowią ciekawe uzupełnienie do filmów. Denerwujące w tym roku było również (szczególnie na początku) nietrzymanie się harmonogramu, opóźnienia w seansach spowodowane przeciągającymi się koncertami bądź innymi wydarzeniami. Dziś, gdy tak cenny dla każdego z nas jest czas, takie sytuacje nie powinny mieć miejsca. Szczególnie na imprezie, która organizowana jest nie pierwszy raz z rzędu. Albo więc powinno się pomyśleć o innym ułożeniu grafiku, tak aby można było ze wszystkim zdążyć, albo bardziej trzymać się założonych ram czasowych. A piszę to nie dla samej krytyki, ale dlatego, bo tak bardzo cenię All About Freedom, i chciałbym żeby był jak najlepszym festiwalem.

W sumie na tegorocznej edycji AAFF obejrzałem dziewięć filmów fabularnych. Niewątpliwą zaletą programu, który układany jest przez kuratora - Artura Liebharta - jest jego różnorodność. Co roku możemy oglądać filmy pochodzące z całego świata – produkcje, które swoje premiery miały na festiwalach w Cannes i w Berlinie. Niestety nie zabrakło wpadek, czyli filmów nieudanych, nieciekawych, ale na szczęście nie zabrakło również obrazów, które oglądało się z zapartym tchem, które mam nadzieję, już niedługo wejdą do szerszej dystrybucji, by zachwycić widzów na zwykłych pokazach. Wśród najsłabszych filmów AAFF muszę wymienić trzy. Po pierwsze "Ciambra" (3/10), który okazał się być nudną, nieangażującą, nijaką opowieścią o pewnym cygańskim chłopcu, mieszkającym we współczesnych Włoszech. Film oczywisty od początku do samego końca, nudny i niewiele wnoszący. Zawiódł mnie również francuski obraz "Isabelle i mężczyźni" (4/10) z Juliette Binoche. W założeniu trochę inne podejście do wyeksploatowanego gatunku komedii romantycznej, które zawodzi, nie będąc ani komedią, ani filmem romantycznym. Z jednej strony ciekawi tutaj pewne odwrócenie ról - to bohaterka stara się o mężczyzn i to ona między nimi przebiera. Tylko, że bohaterowie zamiast ciekawić, intrygować, są wyłącznie irytujący, a sam film okrutnie przegadany i dosłowny. Koszmarem jest przykładowo scena, gdy bohaterka na głos, do samej siebie, mówi o tym jak się czuje. Coś co nigdy w poważnym kinie nie powinno się zdarzyć. Rozczarowujący okazał się niestety również polski film "Serce miłości" (3/10), czyli spojrzenie na codzienne życie pary artystów. To taka próba wprowadzenia sztuki współczesnej do kina. Całość niestety sprawia wrażenia zlepku scen, jakby improwizowanych, które średnio się ze sobą łączą, nie tworząc płynnej opowieści (co smutne, bo za scenariusz odpowiadał Robert Bolesto, autor scenariuszy do „Ostatniej rodziny”, czy „Hardkor Disko”). I choć aktorzy - świetny Tomasz Poniedziałek i genialna Justyna Wasilewska dają z siebie wszystko, to seans na dłuższą metę męczy i nudzi.

W pewnym sensie rozczarowaniem można nazwać również najnowszy film Michaela Haneke "Happy End" (6/10), który pokazywany był (a jakżeby inaczej) na zamknięcie festiwalu. I choć ta bardzo współczesna opowieść o dysfunkcyjnej, bogatej rodzinie nie jest filmem nieudanym, to jednak od mistrza można by wymagać jednak trochę więcej, oprócz dobrze zagranego, dość ciętego, humorystycznego obrazu. Bo choć jest w tym filmie kilka scen iście genialnych i totalnie rozbrajających, to jednak całość sprawia wrażenie przeciągniętej i jakby zbyt uproszczonej. Znacznie lepiej prezentował się rosyjski film "Łagodna" Siergieja Łoźnicy (7/10), będący opowieścią o pewnej kobiecie, która stara się dostarczyć paczkę dla swojego męża, który odsiaduje wyrok w więzieniu. Paczka, którą kobieta wysłała została do niej zwrócona, dlatego teraz stara się ją dostarczyć osobiście. I odbija się od urzędniczego niezrozumienia, okienkowego "nie, bo nie". Film ten w spokojny, chłodny i wielokrotnie milczący sposób ukazuje absurdy rosyjskiej, prowincjonalnej rzeczywistości, w której skorumpowana władza robi co chce, w której policja sympatyzuje z przestępcami, a zwykły obywatel jest już na starcie na przegranej pozycji. Szkoda tylko, że reżyser w trzecim akcie wykracza poza namacalną rzeczywistość, wkraczając na teren alegorii, fantazji, przez co bardzo osłabia wymowę swojego filmu. Podobny problem trzeciego aktu ma niemiecki obraz "W ułamku sekundy" (7/10) z Diane Kruger, która za swoją rolę została wyróżniona na tegorocznym festiwalu w Cannes. Tu trzeci akt będący wyrazem ludzkiej bezsilności wydaje się trochę rozczarowujący, jakby zbyt filmowy, choć jak pokazuje nasza niedawna polska rzeczywistość o dziwo wcale nie aż tak nieprawdopodobny. A sam film błyszczy najbardziej w drugim akcie, w czasie procesu sądowego. Całość opowiada natomiast o kobiecie, która w wyniku zamachu terrorystycznego traci synka oraz męża, który z pochodzenia był Turkiem. Wszystko wskazuje na to, że za zamachem stała nazistowska grupa. „W ułamku sekundy” jest więc niezwykle aktualną opowieścią o ksenofobii, nietolerancji, nienawiści, która rozgrywa się we współczesnych Niemczech.

Wśród najlepszych produkcji festiwalu wymienić muszę trzy. Po pierwsze "120 uderzeń serca" (7/10), będący opowieścią o gejowskich aktywistach, który dzieje się w czasie epidemii AIDS, jaka w latach 90. panowała we Francji. To obraz mówiący o ludzkiej solidarności, niełatwej miłości, o próbie wymuszenia zmiany, tak potrzebnej by ratować ludzkie życie. Przeciwnie do tytułu (to tempo uderzeń serca podczas większego wysiłku bądź stresu), film ten jest zaskakująco spokojny, skoncentrowany na bohaterach, ale na tyle wciągający, że dwie godziny seansu mijają bardzo szybko. Nie dziwne, że to właśnie ta produkcja została jednogłośnie wyróżniona przez jury festiwalu (w składzie Tomasz Wasilewski, Agata Passent, Tadeusz Sobolewski) jako najlepszy film jedenastej edycji AAFF. To właśnie ta francuska produkcja stoi najbliżej tematów, które są tak bliskie All About Freedom Festival. Najbardziej wstrząsającym obrazem był natomiast "W czterech ścianach życia" (8/10). To niezwykle aktualna opowieść rozgrywająca się w Syrii. Opowieść o wojnie domowej ukazana poprzez jeden dzień z życia pewnej rodziny, ukrywającej się w swoim domu, w bloku, który został już opuszczony przez wszystkich sąsiadów. To historia matki, która stara się za wszelką cenę zachować pozory normalności, chociażby nakłaniając swojego syna do tego by się uczył. Ale wojna nieustannie puka do zaryglowanych drzwi mieszkania, i wkrótce dostanie się do środka. Wstrząsający, rozrywający serce seans, który mrozi krew w żyłach, unaoczniając horror, jaki rozgrywa się teraz na Bliskim Wschodzie.

Dla mnie osobiście najlepszym filmem festiwalu jest "Niemiłość" Andrieja Zwiagincewa (8,5/10). To film po pierwsze przepięknie nakręcony, w którym każda scena jest dogłębnie przemyślana, w którym nie ma ani jednego przypadkowego ujęcia. Kamera zawsze znajduje się w najlepszym miejscu, jest płynnie prowadzona, niemal tańczy na planie, w zjawiskowy sposób prezentując na pozór zwykłe sytuacje. Prowadzenie kamery i zdjęcia są w tym filmie mistrzowskie, a patrzenie na nie sprawia ogromną przyjemność. Dopieszczone jest tu również światło, które tworzy niezwykłą atmosferę kolejnych scen, szczególnie świetnie sprawując się w kilku scenach gdy bohaterowie są nadzy, jednak oświetlenie ustawione jest w taki sposób, że wszystkie wrażliwe miejsca, mimo ruchu postaci zawsze znajdują się w cieniu. Poprzez tą przepiękną formę "Niemiłość" portretuje współczesną Rosję, tą wielkomiejską, tą bogatą, Moskiewską. Ukazuje ludzi uwiązanych w relacjach, które utrzymywane są na pokaz, dla kariery. Ludzi, którzy nie są zdolni do bliskości, których dzieli chłód. To niezwykle aktualna i niezwykle smutna historia, która rozwija się w ciekawym, trochę zaskakującym kierunku (w czasie pierwszego aktu trudno powiedzieć z kim i gdzie tak naprawdę powędrujemy). Opowieść o tym, że na pozór perfekcyjny, bogaty i zadbany świat, nie ma sensu, nie ma przyszłości bez miłości, bo nie jest w stanie zastąpić brak udanych relacji międzyludzkich. Wybitny, niezwykle dzisiejszy film, który ogląda się jednym tchem.

I to na tyle, jeśli chodzi o jedenastą edycję All About Freedom Festival. Nagrodzony przez jury "120 uderzeń serca" ma pojawić się w polskich kinach pod koniec marca przyszłego roku. Najciekawsza moim zdaniem "Niemiłość" ma wyznaczoną premierę na luty. Ciekawe, jaki jeszcze film otrzyma nagrodę publiczności, która przyznawana jest na podstawie głosów oddanych przez widzów festiwalu, po każdym seansie. Właśnie głosy się liczą, zwycięzcę poznamy już wkrótce.

Tagi: aaff festiwal
18:47, milczacy_krytyk , festiwal
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 października 2017
Twój Vincent

Loving Vincent

Twój VincentTwój Vincent (2017) Polska, Wielka Brytania

reżyseria: Dorota Kobiela, Hugh Welchman
scenariusz: Hugh Welchman, Dorota Kobiela, Jacek Dehnel
aktorzy: Douglas Booth, Jerome Flynn, Robert Gulaczyk, Helen McCrory, Chris O'Dowd, Saoirse Ronan, John Sessions, Eleanor Tomlinson, Aidan Turner, James Greene, Bill Thomas, Martin Herdman
dubbing PL: Józef Pawłowski, Jerzy Stuhr, Danuta Stenka, Olga Frycz, Zofia Wichłacz, Robert Więckiewicz, Maciej Stuhr, Włodzimierz Matuszak, Waldemar Barwiński, Wojciech Duryasz, Jerzy Bończak
muzyka: Clint Mansell
zdjęcia: Tristan Oliver, Łukasz Żal
montaż: Justyna Wierszyńska, Dorota Kobiela

 (9/10)

Już dwa razy miałem okazję widzieć "Twojego Vincenta" na wielkim ekranie. Pierwszy raz podczas 42. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych Gdyni, drugi raz ostatnio, już po oficjalnej polskiej premierze, w czasie zwykłego seansu.  I za każdym razem film ten robił na mnie równie wielkie wrażenie. Za każdym razem zachwycał równie mocno.  Już sam pomysł na tą produkcję jest genialny w swojej prostocie.  Opowiedzieć o życiu i śmierci Vincenta van Gogha poprzez jego własne, ożywione obrazy.  Pomysł szalony, jedyny w swoim rodzaju, wydawać by się mogło wręcz zbyt ambitny by mógł się powieść.  Zachwyca tu realizacja tej odważnej idei, kolejne etapy produkcji, która rozpoczęła się jak każdy zwykły film.  Aktorzy wcielili się w swoje role, zagrali na tle green screenu.  I tu rozpoczyna się prawdziwa magia.  Zrealizowany materiał trafił na tapetę ponad setki artystów z całego świata, którzy klatka po klatce (!) przenieśli pędzlami na płótno zarejestrowane obrazy.  Na jedną sekundę w filmie przypada dwanaście gotowych obrazów, a ponieważ "Twój Vincent" jest produkcją pełnometrażową, trwającą półtorej godziny, na jej potrzeby powstało około 65 tysięcy obrazów.  Inspirowane twórczością Van Gogha, odnoszące się do jego dzieł, cytujące ponad 120 z nich.  Wprawiane w ruch, ożywiane na ekranie.  Szalony pomysł, który dzięki tytanicznej pracy artystów zachwyca w kinie od pierwszej do ostatniej minuty.

W przypadku tak nietypowych w formie projektów jak "Twój Vincent" zawsze zachodzi obawa, że twórcy zatrzymają się na niezwykłej formie, że będzie ona jedynym co warte uwagi.  Tak jakby nigdy wcześniej nie zastosowana forma miała wystarczyć, jakby miała zastąpić, przeważyć nad pozostałymi elementami filmu.  Wtedy zawsze pozostaje pewien niedosyt, że projekt, który z wyglądu sprawiał wrażenie niezwykłego, stał się jedynie pewną ciekawostką, ładną z wyglądu, ale niewiele więcej ze sobą niosącą.  Na szczęście tak nie jest tym razem, bo twórcy "Twojego Vincenta" zadbali również o treść, rozpisując swój film na ciekawą, wciągającą opowieść.  Co niezwykłe i czego trudno było się spodziewać, film Doroty Kobieli i Hugh Welchmana jest interesującym kryminałem.  To historia młodego człowieka, syna szefa poczty, który ma za zadanie dostarczyć zawieruszony list od zmarłego Vincenta, do jego brata Theo van Gogha.  Bohater z początku niechętny, wyrusza w podróż, poznając po drodze kolejne osoby, które miały styczność ze sławnym malarzem, dowiadując się coraz więcej o jego życiu i tajemniczej śmierci, która nastąpiła rok wcześniej.  Postanawia, że dojdzie do prawdy, wierzy bowiem coraz mocniej, że Vincent nie popełnił samobójstwa, tylko został zamordowany.  Ta podróż bohatera ku prawdzie jest bardzo sprawnie rozpisana, wciąga, interesuje i powoduje, że choć zachwycamy się formą tego filmu, to nie jest ona tutaj najważniejsza.  Jest nieprawdopodobnym środkiem do celu, a nie celem samym w sobie.

To co niesie ten film, to co powoduje, że jest on tak nieprawdopodobnie poruszający i wzruszający, to przepiękna muzyka Clinta Mansella.  Piękne dźwięki są idealnym tłem tej opowieści, ale jednocześnie są równie ważne co wizualna forma tego filmu.  Kompozycja Clinta jest jakby muzyczną reprezentacją zinterpretowanych obrazów van Gogha.  Mansell wzbija się na wyżyny, tworząc idealną oprawę muzyczną tego niezwykłego filmu, nadając mu urzekający klimat.  Już od pierwszych chwil, od napisów początkowych, łapie za serce i nie puszcza do samego końca.  Muzyka niesie ten obraz. Jest delikatna, tajemnicza, porywająca.  Przypomina momentami wcześniejszą pracę kompozytora przy "Źródle" Darrena Aronofskiego, równie niezwykłą, obłędnie piękną kompozycję, ale nie na tyle, by nie stanowić o samej sobie.  To między innymi właśnie dzięki muzyce Mansella "Twój Vincent" jest obrazem, który łapie za serce od pierwszych scen i niesie w zachwycie aż do ostatniego obrazu.  Kompozytorowi perfekcyjnie udaje się uchwycić w muzyce uczucia jakie wypływają z rozwijającej się tu historii - smutek za straconym życiem, melancholię za czymś co skończyło się zdecydowanie zbyt wcześnie, zachwyt nad niebywałym artystą, który wyprzedził swój czas, który choć niedoceniony za życia, zachwyca swoją twórczością od lat.  "Twój Vincent" jest dla niego filmowym hołdem.  Piękniejszego chyba nie można byłoby sobie wymarzyć.

21:34, milczacy_krytyk , 09
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 września 2017
42. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych - Podsumowanie

42. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych - Podsumowanie

42.Festiwal Polskich Filmów Fabularnych

Nie udał mi się wybitnie tegoroczny Festiwal w Gdyni, i wcale nie chodzi tutaj o poziom tegorocznych filmów, bo choć nie był on tak wysoki jak się to zdarzało w poprzednich latach, to nie odstawał od wysokiej normy. Poniedziałkowa niezwykle deszczowa aura, niska temperatura, oraz krążące w powietrzu pierwsze jesienne wirusy, zmogły mnie pierwszego wieczoru i uziemiły na kolejne trzy dni festiwalu. Odpadły konferencje prasowe, spotkania z twórcami, wieczorne seanse w Teatrze Muzycznym poprzedzone polowaniem na miejsca, a także liczne pokazy specjalne, sekcja In Memoriam, czy konkurs Inne Spojrzenie. Z planowanych przynajmniej siedemnastu seansów musiałem się ograniczyć do zaledwie dziewięciu, w większości nadrabianych w piątek i sobotę - dwa ostatnie dni festiwalu. Oczywiście dobre i to, obawiałem się, że w tym roku choroba znokautuje mnie całkiem i prócz poniedziałkowych dwóch filmów nic więcej nie obejrzę, ale apetyt był znacznie większy.

Wszystkie z dziewięciu obejrzanych filmów należały do sekcji Konkursu Głównego - w którym o Złotego Lwa walczyło w tym roku łącznie aż siedemnaście obrazów. Dobierając repertuar wykluczyłem z listy filmy, które miały już wcześniej swoją premierę ("Amok", "Wyklęty", "Volta"), oraz filmy, które już wcześniej widziałem w kinach ("Pokot" (5/10), "Sztuka kochania" (8/10)). Nie załapałem się na debiut "Reakcja Łańcuchowa" oraz najnowsze filmy Bodo Koxa ("Człowiek z magicznym pudełkiem"), oraz Urszuli Antoniak ("Pomiędzy słowami"). Ale dane mi było zobaczyć dziewięć filmów, które udowadniają, że polskie kino ma się dobrze. Jest interesujące, wciągające, szokujące, wzruszające, pomysłowe. Nie boi się eksperymentować, inspirować od najlepszych, opowiada przeróżne historie. To kino, w którym grają wybitni aktorzy, które jest zrealizowane na światowym poziomie, które zachwyca bezbłędnym montażem, wspaniałą muzyką, pomysłowością inscenizacji, dokładnością realizacji. I nawet jeśli niektóre z prezentowanych filmów były słabsze od pozostałych, to nie pozostawiały obojętnym - zmuszały do dyskusji.

Ten rok bez wątpienia należał do debiutów. To właśnie produkcje debiutantów zapewniły najwięcej zaskoczeń i emocji. Najsłabiej zaprezentowała się niestety "Catalina" (4/10), która choć jest filmem, rozpoczynającym się niezwykle obiecująco, później nie rozwija swej historii w żadnym satysfakcjonującym kierunku. Tak jakby reżyser miał pomysł jedynie na bohaterkę, kilka pierwszych scen, ale miał trudności z określeniem co też takiego ma się bohaterce przytrafić. Znacznie lepiej wypada pod tym względem film "Zgoda" (6/10) opowiadający historię trójki przyjaciół, których rozdzieliła druga wojna światowa, a którzy później przypadkiem trafiają na siebie pod koniec wojny w obozie stworzonym przez komunistyczne służby bezpieczeństwa. Destrukcyjny wpływ wojny obserwujemy na bazie relacji tej trójki - Franka, który zatrudnia się w obozie by ocalić Polkę Annę, w której zakochany jest przebywający w obozie Niemiec Erwin. Jeszcze ciekawiej prezentuje się nagrodzony przez jury debiut reżyserski Jagody Szelc "Wieża. Jasny dzień" (6/10). To produkcja eksperyment, która łączy w sobie duszny dramat z paranormalnym horrorem. Opowieść o dwóch siostrach, powrocie po latach, pozornym porządku rzeczy. Pełna tajemnic, niepewności, buzująca podskórnym napięciem. Film, który jak mówi sama reżyserka, miał być woltą gatunkową, obrazem, który rozpadnie się pod sam koniec. Moim zdaniem trochę niepotrzebnie. Szkoda również, że film ten za bardzo stoi w rozkroku pomiędzy naprawdę udanym, świetnie zagranym dramatem, a niepokojącym horrorem, ale warto chwalić takie odważne eksperymenty, nawet jeśli nie są do końca udane.

Dla mnie osobiście dwoma najlepszymi debiutami tego roku były "Cicha noc" (8/10) – wyróżniona przez Jury Złotym Lwem, oraz "Twój Vincent" (9/10). Ten pierwszy film to niezwykle celna obserwacja pewnej rodziny, w której każdy z nas znajdzie kawałek swojego życia. To film dojmująco polski, o nas samych, o naszych wadach, uprzedzeniach, obawach, słabościach. Każdego dotknie ta niezwykle smutna i brutalna obserwacja. Fenomenalnie zagrana (Ogrodnik! Jakubik!), świetnie zainscenizowana, bezbłędnie napisana. To film, który dość wolno rozwija skrzydła i nie podąża w ekstrema znane z filmów Smarzowskiego (choć właśnie do nich jest najbardziej podobny), ale który zostaje w głowie na długo. Poza tym jest niesamowicie aktualny, bo jego tematem przewodnim jest emigracja zarobkowa i jej wpływ na wszystkich członków rodziny. "Twój Vincent" natomiast to arcydzieło animacji, prawdziwe dzieło sztuki. To film, którego już sama realizacja zasługuje na podziw. W całości namalowany, później zaanimowany, składający się z obrazów, nad którymi pracowała ponad setka artystów. Zagrany przez aktorów światowej sławy (chociażby Saoirse Ronan), których ruchy i gra aktorska posłużyły za podstawę do obrazów. Nieprawdopodobna w swoim rodzaju forma, na szczęście nie jest jedynym atutem tego niezwykłego filmu. Twórcy nie zapomnieli o treści - ciekawej historii dochodzenia, jakie prowadzi syn przyjaciela Vincenta Van Gogha, który chce dowiedzieć się jak najwięcej na temat śmierci malarza, prowadząc swego rodzaju śledztwo. Ta podróż przez kolejne wspomnienia o van Goghu to dobrze rozpisana, interesująca, wciągająca historia o artyście i trudach jego twórczości. Płynie ona, unosi się dzięki przepięknej, emocjonalnej muzyce Clinta Mansella. "Twój Vincent" to film, do którego z początku trochę trudno jest się przyzwyczaić, w końcu jego forma jest niecodzienna, ale który z każda kolejną minutą zachwyca coraz bardziej.

Wśród pokazywanych w czasie festiwalu filmów znalazły się również produkcje dobrze znanych twórców. Chociażby "Czuwaj" (6/10) Roberta Glińskiego, opowiadające o obozie harcerskim, do którego dołączonych zostaje kilku chłopaków z „gorszego środowiska”, którzy zaczynają burzyć porządek obozu. Ta dość przewrotna historia jest przede wszystkim świetnie zagrana przez młodych aktorów (brawa za opanowanie tej gromady na planie). Szkoda tylko, że kończy się w tak nie pasujący do całości sposób. Jakby zamiast o uprzedzeniach, kompleksach, mylnych pozorach i bezsensownej walce o przywództwo, reżyser chciał zrobić film o trudnym do odgadnięcia psychopatycznym mordercy. Niestety trochę rozczarowujące okazały się "Ptaki śpiewają w Kigali" (6/10), czyli ostatni film małżeństwa Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauze, który porusza trudny temat ludobójstwa w Rwandzie. Niestety za bardzo przechodzi w kontemplacyjne dłużyzny, zamiennie albo przemilcza albo wykrzykuje problemy. Nie udaje mu się przez to udźwignąć tematu i zamiast poruszać do żywego, zostaje gdzieś z boku. Zawodzi również trochę najnowszy film Łukasza Palkowskiego, ale najprawdopodobniej jedynie przez porównanie z jego wcześniejszymi, fenomenalnymi "Bogami". "Najlepszy" (7/10) owszem jest sprawnym filmem rozrywkowym, ale brakuje mu tego nieprawdopodobnego tempa, energii i charakteru, jakim charakteryzował się film o Relidze. Pierwszy akt opowieści o Jerzym Górskim (który ustanowił rekord świata w triathlonowych mistrzostwach świata) mógłby być również odrobinę krótszy, bo znacznie ciekawiej wypada dalsza część jego historii - czyli treningi i kolejne zwycięstwa. Nie mniej jednak z pewnością film przyciągnie do kin tłumy (na Festiwalu był najdłużej oklaskiwanym obrazem, oraz zgarnął nagrodę publiczności), bo to nieźle opowiedziana, podnosząca na duchu historia, świetnie zagrana i zainscenizowana. Jest zabawna, chwilami wzruszająca. Idealny materiał na hit.

Ciekawe czy hitem w kinach okaże się również czarna komedia Pawła Maślona czyli "Atak Paniki" (6/10), który najprościej można by opisać jako polska odpowiedź na hiszpańskie "Dzikie historie". Kilkoro bohaterów i sytuacje, które wyprowadzają ich z równowagi. Szkoda tylko, że polskie historie są tak mało skomplikowane, tak proste - właściwie wszystkie można opisać zaledwie jednym zdaniem - przez co pozostawiają po sobie trochę niedosytu. Można by się również spodziewać po napisach początkowych, które są prezentowane w rytm wesołej piosenki na tle (dosłownie) rozpryskanego mózgu na ścianie, o większe szaleństwo, większe pójście po bandzie. A tak naprawdę tylko sam wstęp może tutaj odrobinę szokować. Jednak pomimo tych małych niedostatków film ten broni się genialnym montażem, oraz fenomenalną muzyką Jimka, które szczególnie w trzecim akcie są ze sobą tak perfekcyjnie zgrane, że nie sposób nie dać się im porwać.

42. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych zakończył się w sobotę zasłużonym tryumfem „Cichej nocy” ale tak naprawdę festiwal nie kończy się galą zamknięcia. Teraz swoje dalsze życie będą miały filmy prezentowane podczas festiwalu, które wraz z kolejnymi miesiącami będą pojawiać się w kinach (nie tylko polskich). Miejmy nadzieję, że przyciągną liczną publiczność i zdobędą wyróżnienia na kolejnych konkursach i festiwalach. Gdynia udowadnia, że mamy się czym chwalić.

Tagi: ffg fpff
17:44, milczacy_krytyk , festiwal
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 września 2017
To

you'll float too!

ToTo (2017) USA

reżyseria: Andres Muschietti
scenariusz: Gary Dauberman, Chase Palmer, Cary Fukunaga
aktorzy: Jaeden Lieberher, Jeremy Ray Taylor, Sophia Lillis, Finn Wolfhard, Chosen Jacobs, Jack Grazer, Wyatt Oleff, Bill Skarsgard, Nicholas Hamilton
muzyka: Benjamin Wallfisch
zdjęcia: Chung-hoon Chung
montaż: Jason Ballantine

na podstawie: powieści "To" Stephena Kinga

 (7,5/10)

Lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku.  Małe miasteczko Derry w prowincjonalnym stanie Maine okryte jest niechlubną sławą.  To tu skala zaginięć jest najwyższa w całym kraju.  Znikają dorośli, ale przede wszystkim dzieci.  Jednym z niedawno zaginionych jest młody Georgie, który w wielką ulewę wyszedł pobawić się papierowym statkiem i już nie wrócił. Jego brat Bill nie może się pogodzić ze stratą młodszego brata i stara się wraz ze swoją paczką kolegów wyjaśnić jego zaginięcie.  Wszystkich zaangażowanych w poszukiwanie Georgiego zaczynają nawiedzać koszmary na jawie, dziwne postaci i potwory.  Przede wszystkim jednak widzą przerażającego klauna.  Już niedługo dzieciaki będą musiały zmierzyć się z tym czego boją się najbardziej.  Ich strach może ich kosztować życie.

"To" jest zaskakująco udanym połączeniem humoru, przygody i kina grozy, które otoczone zostało melancholijną atmosferą lat osiemdziesiątych.  To film, który płynie na fali nostalgicznego spoglądania na kino nowej przygody i tak jak niedawne "Stranger Things" czy "Super 8" wpisuje się w ten obraz nastoletniej bmx’owej przyjaźni sprzed ponad trzydziestu lat.  W "To" spoglądanie wstecz na magiczne lata osiemdziesiąte wypada bardzo dobrze, przede wszystkim dzięki perfekcyjnemu castingowi, w wyniku którego idealnie udało się dobrać odtwórców głównych ról.  Dzieciaki są nieprawdopodobnie naturalne, przekonujące i sympatyczne. Wszystkich nastoletnich bohaterów lubi się od pierwszej sceny i kibicuje się w ich starciu z demonicznym klaunem.  Świetnie sprawują się również jako zespół, tworząc naprawdę zgraną paczkę.  A właśnie to było kluczem do powodzenia tego filmu, ponieważ przede wszystkim opowiada on właśnie o potędze przyjaźni, sile drzemiącej w grupie. Z młodej obsady szczególnie wymienić trzeba Sophię Lillis, która genialnie sprawuje się w roli Beverly.  Jest delikatna, niewinna, a przy tym waleczna, zdecydowana i niezwykle czarująca.

Oprócz tego genialnym wyborem było zaangażowanie do roli demonicznego klauna Billa Skarsgarda, który w roli tego potwora jest nieprawdopodobnie dobry.  Jego Pennywise jest szalony, nieobliczalny, przerażający.  Genialna jest charakteryzacja, ale również małe szczegóły, które aktor dodał od siebie do tej roli, dzięki którym jego postać jest totalnie nieludzka.  Jak chociażby zezujące oko, które co chwila odjeżdża nienaturalnie w jakąś stronę, czy przedziwnie wywinięte usta w złowrogim uśmiechu. Skarsgard robi wszystko by jego postać była jak najbardziej nieprzewidywalna, zaskakująca i przerażająca.  Świetnie operuje głosem, zmienia nastrój w sekundę, a jego uśmiech jest niesamowicie niepokojący.  Dzięki niemu Pennywise ani przez chwilę nie wydaje się tylko człowiekiem przebranym za klauna, jest istotą, której nie da się opisać.

Zaskakuje w tej produkcji spora dawka brutalności, szczególnie na początku, ale i później jest kilka scen, których nie do końca można było się spodziewać w filmie opowiadającym o grupie dzieciaków.  Jest utaj również zaskakująco dużo krwi.  Seans o dziwo jednak nie jest aż tak straszny jak można by się było tego po nim spodziewać, chociaż jest tutaj kilka świetnie rozegranych, naprawdę intensywnych scen (fontanna krwi, scena z projektorem, czy finał). A wszystko to wynika z faktu, że "To" jest bardziej filmem przygodowym niż typowym horrorem.  Bohaterowie prowadzą swego rodzaju dochodzenie, próbują dowiedzieć się czym jest tytułowe "To", a przez to wpadają w kolejne tarapaty.  Szkoda tylko trochę, że po niektórych scenach grozy zbyt szybko następują chwile rozluźnienia, w których pojawia się sporo humoru.  Sam w sobie nie jest on zły, i jest bardzo naturalny - w końcu bohaterami są dzieciaki, musi być więc zabawnie - ale gdy humor pojawia się zbyt wcześnie, wtedy atmosfera zmienia się zbyt gwałtownie, za bardzo skacze.  

Z początku historia się trochę rwie, przeskakuje pomiędzy bohaterami, a atmosfera ma charakter bardzo zagęszczonej sinusoidy.  Jest to trochę męczące, ale na szczęście mniej więcej w połowie seansu, gdy wszyscy bohaterowie wreszcie się spotykają na dłużej, całość zaczyna płynąć w odpowiednim kierunku i odpowiednim tempie.  Co ciekawe zwykle irytujące jumpscare tutaj pasują idealnie i są dobrze wykorzystywane.  W końcu film ten mówi o strachu, o tym czego boją się młodzi bohaterowie, więc i takie nagłe straszenie z zaskoczenia pojawić się tu musiało.  I choć fabuła jest dość oczywista, seans mija bardzo szybko i dobrze się go ogląda.  Czuć tutaj również, że produkcja ta oparta jest na znacznie bardziej rozbudowanym materiale źródłowym, który tutaj musiał zostać jakoś przycięty do dwugodzinnego metrażu.  Ma się jednak wrażenie, że znalazło się w nim to co najistotniejsze, a bardziej szczegółowe elementy (jak rodziny bohaterów) są tu tylko tłem.  Zarysowującym postaci, służącym do lepszego ich zrozumienia, ale nie rozbudowanym na tyle by odrywać uwagę od najważniejszego wątku - przyjaźni i walki "grupy loserów" z przerażającym klaunem.

Tagi: horror
14:11, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (5) »