Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
środa, 25 października 2017
Blade Runner 2049

2049

Blade Runner 2049Blade Runner 2049 (2017) Kanada, USA, Wielka Brytania

reżyseria: Denis Villeneuve
scenariusz: Hampton Fancher, Michael Green
aktorzy: Ryan Gosling, Harrison Ford, Ana de Armas, Jared Leto, Robin Wright, Dave Bautista, Mackenzie Davis, Sylvia Hoeks, David Dastmalchian, Barkhad Abdi, Lennie James
muzyka: Benjamin Wallfisch, Hans Zimmer
zdjęcia: Roger Deakins
montaż: Joe Walker

 (7/10)

Chyba najbardziej niesamowite w najnowszym filmie Denis Villeneuve jest to, jak bardzo niedzisiejszy jest to obraz. Podczas seansu ma się nieodparte wrażenie, że produkcja ta została nakręcona wiele lat temu. Oczywiście pomijając cały aspekt techniczny, bo pod tym względem film ten zdecydowanie zawyża dzisiejsze standardy. Jest jednak w klimacie, atmosferze tej produkcji coś, co powoduje, że kontynuacja „Blade Runnera” zdaje się być filmem, który powstał zaledwie kilka, a nie kilkadziesiąt lat po oryginale. Po pierwsze, co jest zupełnie niezgodne z dzisiejszymi regułami opowiadania historii, już po pierwszych pięciu minutach seansu otrzymujemy na tacy gigantyczny spoiler, który współcześni twórcy zwykle zachowaliby na sam koniec. Tu zostaje on wyjawiony bez żadnej pompy, ot tak, jakby był całkiem nieistotnym fragmentem historii. Potem na jaw wychodzi główny motyw tego widowiska, również całkiem spory zwrot akcji, który ma się wrażenie zostaje zaprezentowany jakby zbyt wcześnie. I wreszcie to co najbardziej tu zadziwia, to tempo tej historii. Niedzisiejsze nie tylko jak na standardy pędzących na złamanie karku blockbusterów, ale nawet w porównaniu do „zwykłych” filmów. Niespieszne, kontemplacyjne, rozciągnięte do granic możliwości, któremu bardzo blisko do sposobu w jaki opowiedziana została oryginalna historia w pierwszym filmie.

To wszystko powoduje, ze kontynuacja „Blade Runnera” choć zrealizowana trzydzieści pięć lat po filmie Ridleya Scotta, sprawia wrażenie filmu zatopionego nadal w latach osiemdziesiątych. Sprawia wrażenie filmu, który idealnie wywodzi się z pierwszej produkcji. Sequel nie jest uwspółcześnionym powrotem do świata znanego z pierwszego filmu. Jest przedłużeniem tamtej opowieści, rozszerzeniem, dopełnieniem. W podejściu do opowieści, w poszanowaniu źródła, bardzo bliski pierwszemu filmowi. Odetchnąć mogą z ulgą więc wszyscy Ci, którzy obawiali się, że duch oryginału zostanie gdzieś zagubiony, że Hollywood będzie chciało odcinać kupony od kultowego filmu i zamiast produkcji coś sobą reprezentującej, postawi na tak popularne dziś łatwe efekty i szybką akcję. Tej prawie w tym filmie nie ma, bo dynamicznych momentów i pościgów jest mniej więcej tyle ile pokazały nam zwiastuny, co dla produkcji trwającą ponad dwie i pół godziny, jest tylko nieznaczącym procentem. Od akcji ważniejszy jest tutaj klimat zniszczonej przyszłości. Klimat, który perfekcyjnie tworzony jest przez udaną ścieżkę dźwiękową ale przede wszystkim przez obłędne zdjęcia Rogera Deakinsa, który musi w tym roku wreszcie zgarnąć pierwszego, zasłużonego Oscara. Bo jeśli nie za ten film, to za co innego? Neonowe Los Angeles odgrodzone od oceanu wielkim murem, przykryte powoli opadającym z nieba śniegiem. Pustynne Las Vegas osnute pomarańczową mgłą. Pustkowie będące wysypiskiem śmieci, cmentarzyskiem gigantycznych statków. Właściwie każda scena to małe dzieło sztuki, każdy kadr to piękny obraz nadający się do oprawienia.

Historia opowiadana w „Blade Runner 2049” jest dość prosta. Właściwie można by ją streścić w kilku krótkich zdaniach. Ale w interesujący sposób kontynuuje i rozbudowuje wątki, które poruszone zostały w pierwszym filmie. Nie sprawia wrażenia kontynuacji dopisanej na siłę. Jest logiczną konsekwencją pierwszego filmu, interesującym dopowiedzeniem. Kontynuuje pytania jakie zawarte były w pierwszym filmie. Co tak naprawdę czyni z nas ludzi? Czy jest to tajemnicza dusza, czy może coś innego? Jak ważną rolę w życiu stanowią wspomnienia, jak kształtują nas samych? Sequel w niektórych przypadkach kieruje te pytania w przeciwnym kierunku, innym razem rozszerza je na inne sposoby. Zastanawiając się na przykład nad tym czy byt może istnieć bez ciała. Czy sama myśl, uczucia bez fizycznej, namacalnej reprezentacji mogą być uznawane za istotę równą ludziom? Sporo w tej produkcji znajduje się odniesień, mrugnięć oka, nawiązujących do pierwszego filmu. Chociażby na pozór niezrozumiałe testy jakie przechodzi jedna z postaci, czy przybliżanie zdjęć komendami głosowymi. Szkoda tylko trochę, że w kilku momentach kluczowych dla historii, film ten idzie na łatwiznę, wybiera zbyt proste skróty, które za bardzo naciągają tą opowieść. Poza tym na dłuższą metę powolne tempo, rozciąganie kolejnych scen do granic możliwości, staje się odrobinę męczące, a ogólny pesymistyczny, okrutnie zimny wydźwięk świata w jakim rozgrywa się ta historia powodują, że seans zdaje się nieludzki, pozbawiony życia. Wizualnie piękny, emocjonalnie niestety zbyt odległy.

19:38, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (6) »
niedziela, 22 października 2017
11. All About Freedom Festival - Podsumowanie

11. All About Freedom Festival - Podsumowanie

11.AAFF

W sobotę zakończyła się jedenasta edycja festiwalu All About Freedom, organizowanego przez Europejskie Centrum Solidarności w Gdańsku. To impreza, która łączy kino, koncerty oraz debaty po to, aby mówić o temacie różnie pojmowanej wolności. By poprzez sztukę przyglądać się temu, co akurat dzieje się na świecie i patrzeć na tematy wolności, tolerancji, solidarności. Od jedenastu lat trzonem festiwalu są pokazy filmowe, często uzupełniane spotkaniami z twórcami. Tak było i w tym roku. W czasie dziewięciu dni festiwalu pokazano siedemnaście obrazów - sześć dokumentów oraz jedenaście fabuł z całego świata. I choć poziom tegorocznych filmów nie zachwycał aż tak bardzo jak w poprzednich latach, to wśród tych kilkunastu filmów zdarzyły się takie propozycje, które zostaną na długo w pamięci. Filmy, które z czystym sercem można polecić.

Zanim jednak o filmach, jeszcze kilka słów o samym festiwalu, którego jestem aktywnym widzem już od przeszło siedmiu lat i który bardzo cenię. Bo nie idzie na łatwiznę, bo stara się przyciągnąć widzów niełatwym repertuarem, co roku poruszającym trudne tematy, filmami, które wielokrotnie nie należą do najprzyjemniejszych. Festiwalem, który stara się treścią zawyżać poprzeczkę, zmuszać do dyskusji, do zastanowienia się nad sytuacją w Polsce i na świecie. Festiwalem, który stara się stawiać na jakość, a nie na ilość. Przeciwnie więc do innych imprez filmowych, zamiast wypełniać dzień seansami od rana do wieczora, dobiera po dwa (w weekendy trzy) filmy dziennie, tak by każdy mógł obejrzeć wszystkie festiwalowe produkcje. Szkoda więc, że znów, jak w poprzednich latach, organizatorzy zapominają by tak ułożyć harmonogram seansów, by można było również bez problemu uczestniczyć w debatach po seansach. One zawsze stanowią ciekawe uzupełnienie do filmów. Denerwujące w tym roku było również (szczególnie na początku) nietrzymanie się harmonogramu, opóźnienia w seansach spowodowane przeciągającymi się koncertami bądź innymi wydarzeniami. Dziś, gdy tak cenny dla każdego z nas jest czas, takie sytuacje nie powinny mieć miejsca. Szczególnie na imprezie, która organizowana jest nie pierwszy raz z rzędu. Albo więc powinno się pomyśleć o innym ułożeniu grafiku, tak aby można było ze wszystkim zdążyć, albo bardziej trzymać się założonych ram czasowych. A piszę to nie dla samej krytyki, ale dlatego, bo tak bardzo cenię All About Freedom, i chciałbym żeby był jak najlepszym festiwalem.

W sumie na tegorocznej edycji AAFF obejrzałem dziewięć filmów fabularnych. Niewątpliwą zaletą programu, który układany jest przez kuratora - Artura Liebharta - jest jego różnorodność. Co roku możemy oglądać filmy pochodzące z całego świata – produkcje, które swoje premiery miały na festiwalach w Cannes i w Berlinie. Niestety nie zabrakło wpadek, czyli filmów nieudanych, nieciekawych, ale na szczęście nie zabrakło również obrazów, które oglądało się z zapartym tchem, które mam nadzieję, już niedługo wejdą do szerszej dystrybucji, by zachwycić widzów na zwykłych pokazach. Wśród najsłabszych filmów AAFF muszę wymienić trzy. Po pierwsze "Ciambra" (3/10), który okazał się być nudną, nieangażującą, nijaką opowieścią o pewnym cygańskim chłopcu, mieszkającym we współczesnych Włoszech. Film oczywisty od początku do samego końca, nudny i niewiele wnoszący. Zawiódł mnie również francuski obraz "Isabelle i mężczyźni" (4/10) z Juliette Binoche. W założeniu trochę inne podejście do wyeksploatowanego gatunku komedii romantycznej, które zawodzi, nie będąc ani komedią, ani filmem romantycznym. Z jednej strony ciekawi tutaj pewne odwrócenie ról - to bohaterka stara się o mężczyzn i to ona między nimi przebiera. Tylko, że bohaterowie zamiast ciekawić, intrygować, są wyłącznie irytujący, a sam film okrutnie przegadany i dosłowny. Koszmarem jest przykładowo scena, gdy bohaterka na głos, do samej siebie, mówi o tym jak się czuje. Coś co nigdy w poważnym kinie nie powinno się zdarzyć. Rozczarowujący okazał się niestety również polski film "Serce miłości" (3/10), czyli spojrzenie na codzienne życie pary artystów. To taka próba wprowadzenia sztuki współczesnej do kina. Całość niestety sprawia wrażenia zlepku scen, jakby improwizowanych, które średnio się ze sobą łączą, nie tworząc płynnej opowieści (co smutne, bo za scenariusz odpowiadał Robert Bolesto, autor scenariuszy do „Ostatniej rodziny”, czy „Hardkor Disko”). I choć aktorzy - świetny Tomasz Poniedziałek i genialna Justyna Wasilewska dają z siebie wszystko, to seans na dłuższą metę męczy i nudzi.

W pewnym sensie rozczarowaniem można nazwać również najnowszy film Michaela Haneke "Happy End" (6/10), który pokazywany był (a jakżeby inaczej) na zamknięcie festiwalu. I choć ta bardzo współczesna opowieść o dysfunkcyjnej, bogatej rodzinie nie jest filmem nieudanym, to jednak od mistrza można by wymagać jednak trochę więcej, oprócz dobrze zagranego, dość ciętego, humorystycznego obrazu. Bo choć jest w tym filmie kilka scen iście genialnych i totalnie rozbrajających, to jednak całość sprawia wrażenie przeciągniętej i jakby zbyt uproszczonej. Znacznie lepiej prezentował się rosyjski film "Łagodna" Siergieja Łoźnicy (7/10), będący opowieścią o pewnej kobiecie, która stara się dostarczyć paczkę dla swojego męża, który odsiaduje wyrok w więzieniu. Paczka, którą kobieta wysłała została do niej zwrócona, dlatego teraz stara się ją dostarczyć osobiście. I odbija się od urzędniczego niezrozumienia, okienkowego "nie, bo nie". Film ten w spokojny, chłodny i wielokrotnie milczący sposób ukazuje absurdy rosyjskiej, prowincjonalnej rzeczywistości, w której skorumpowana władza robi co chce, w której policja sympatyzuje z przestępcami, a zwykły obywatel jest już na starcie na przegranej pozycji. Szkoda tylko, że reżyser w trzecim akcie wykracza poza namacalną rzeczywistość, wkraczając na teren alegorii, fantazji, przez co bardzo osłabia wymowę swojego filmu. Podobny problem trzeciego aktu ma niemiecki obraz "W ułamku sekundy" (7/10) z Diane Kruger, która za swoją rolę została wyróżniona na tegorocznym festiwalu w Cannes. Tu trzeci akt będący wyrazem ludzkiej bezsilności wydaje się trochę rozczarowujący, jakby zbyt filmowy, choć jak pokazuje nasza niedawna polska rzeczywistość o dziwo wcale nie aż tak nieprawdopodobny. A sam film błyszczy najbardziej w drugim akcie, w czasie procesu sądowego. Całość opowiada natomiast o kobiecie, która w wyniku zamachu terrorystycznego traci synka oraz męża, który z pochodzenia był Turkiem. Wszystko wskazuje na to, że za zamachem stała nazistowska grupa. „W ułamku sekundy” jest więc niezwykle aktualną opowieścią o ksenofobii, nietolerancji, nienawiści, która rozgrywa się we współczesnych Niemczech.

Wśród najlepszych produkcji festiwalu wymienić muszę trzy. Po pierwsze "120 uderzeń serca" (7/10), będący opowieścią o gejowskich aktywistach, który dzieje się w czasie epidemii AIDS, jaka w latach 90. panowała we Francji. To obraz mówiący o ludzkiej solidarności, niełatwej miłości, o próbie wymuszenia zmiany, tak potrzebnej by ratować ludzkie życie. Przeciwnie do tytułu (to tempo uderzeń serca podczas większego wysiłku bądź stresu), film ten jest zaskakująco spokojny, skoncentrowany na bohaterach, ale na tyle wciągający, że dwie godziny seansu mijają bardzo szybko. Nie dziwne, że to właśnie ta produkcja została jednogłośnie wyróżniona przez jury festiwalu (w składzie Tomasz Wasilewski, Agata Passent, Tadeusz Sobolewski) jako najlepszy film jedenastej edycji AAFF. To właśnie ta francuska produkcja stoi najbliżej tematów, które są tak bliskie All About Freedom Festival. Najbardziej wstrząsającym obrazem był natomiast "W czterech ścianach życia" (8/10). To niezwykle aktualna opowieść rozgrywająca się w Syrii. Opowieść o wojnie domowej ukazana poprzez jeden dzień z życia pewnej rodziny, ukrywającej się w swoim domu, w bloku, który został już opuszczony przez wszystkich sąsiadów. To historia matki, która stara się za wszelką cenę zachować pozory normalności, chociażby nakłaniając swojego syna do tego by się uczył. Ale wojna nieustannie puka do zaryglowanych drzwi mieszkania, i wkrótce dostanie się do środka. Wstrząsający, rozrywający serce seans, który mrozi krew w żyłach, unaoczniając horror, jaki rozgrywa się teraz na Bliskim Wschodzie.

Dla mnie osobiście najlepszym filmem festiwalu jest "Niemiłość" Andrieja Zwiagincewa (8,5/10). To film po pierwsze przepięknie nakręcony, w którym każda scena jest dogłębnie przemyślana, w którym nie ma ani jednego przypadkowego ujęcia. Kamera zawsze znajduje się w najlepszym miejscu, jest płynnie prowadzona, niemal tańczy na planie, w zjawiskowy sposób prezentując na pozór zwykłe sytuacje. Prowadzenie kamery i zdjęcia są w tym filmie mistrzowskie, a patrzenie na nie sprawia ogromną przyjemność. Dopieszczone jest tu również światło, które tworzy niezwykłą atmosferę kolejnych scen, szczególnie świetnie sprawując się w kilku scenach gdy bohaterowie są nadzy, jednak oświetlenie ustawione jest w taki sposób, że wszystkie wrażliwe miejsca, mimo ruchu postaci zawsze znajdują się w cieniu. Poprzez tą przepiękną formę "Niemiłość" portretuje współczesną Rosję, tą wielkomiejską, tą bogatą, Moskiewską. Ukazuje ludzi uwiązanych w relacjach, które utrzymywane są na pokaz, dla kariery. Ludzi, którzy nie są zdolni do bliskości, których dzieli chłód. To niezwykle aktualna i niezwykle smutna historia, która rozwija się w ciekawym, trochę zaskakującym kierunku (w czasie pierwszego aktu trudno powiedzieć z kim i gdzie tak naprawdę powędrujemy). Opowieść o tym, że na pozór perfekcyjny, bogaty i zadbany świat, nie ma sensu, nie ma przyszłości bez miłości, bo nie jest w stanie zastąpić brak udanych relacji międzyludzkich. Wybitny, niezwykle dzisiejszy film, który ogląda się jednym tchem.

I to na tyle, jeśli chodzi o jedenastą edycję All About Freedom Festival. Nagrodzony przez jury "120 uderzeń serca" ma pojawić się w polskich kinach pod koniec marca przyszłego roku. Najciekawsza moim zdaniem "Niemiłość" ma wyznaczoną premierę na luty. Ciekawe, jaki jeszcze film otrzyma nagrodę publiczności, która przyznawana jest na podstawie głosów oddanych przez widzów festiwalu, po każdym seansie. Właśnie głosy się liczą, zwycięzcę poznamy już wkrótce.

Tagi: aaff festiwal
18:47, milczacy_krytyk , festiwal
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 października 2017
Twój Vincent

Loving Vincent

Twój VincentTwój Vincent (2017) Polska, Wielka Brytania

reżyseria: Dorota Kobiela, Hugh Welchman
scenariusz: Hugh Welchman, Dorota Kobiela, Jacek Dehnel
aktorzy: Douglas Booth, Jerome Flynn, Robert Gulaczyk, Helen McCrory, Chris O'Dowd, Saoirse Ronan, John Sessions, Eleanor Tomlinson, Aidan Turner, James Greene, Bill Thomas, Martin Herdman
dubbing PL: Józef Pawłowski, Jerzy Stuhr, Danuta Stenka, Olga Frycz, Zofia Wichłacz, Robert Więckiewicz, Maciej Stuhr, Włodzimierz Matuszak, Waldemar Barwiński, Wojciech Duryasz, Jerzy Bończak
muzyka: Clint Mansell
zdjęcia: Tristan Oliver, Łukasz Żal
montaż: Justyna Wierszyńska, Dorota Kobiela

 (9/10)

Już dwa razy miałem okazję widzieć "Twojego Vincenta" na wielkim ekranie. Pierwszy raz podczas 42. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych Gdyni, drugi raz ostatnio, już po oficjalnej polskiej premierze, w czasie zwykłego seansu.  I za każdym razem film ten robił na mnie równie wielkie wrażenie. Za każdym razem zachwycał równie mocno.  Już sam pomysł na tą produkcję jest genialny w swojej prostocie.  Opowiedzieć o życiu i śmierci Vincenta van Gogha poprzez jego własne, ożywione obrazy.  Pomysł szalony, jedyny w swoim rodzaju, wydawać by się mogło wręcz zbyt ambitny by mógł się powieść.  Zachwyca tu realizacja tej odważnej idei, kolejne etapy produkcji, która rozpoczęła się jak każdy zwykły film.  Aktorzy wcielili się w swoje role, zagrali na tle green screenu.  I tu rozpoczyna się prawdziwa magia.  Zrealizowany materiał trafił na tapetę ponad setki artystów z całego świata, którzy klatka po klatce (!) przenieśli pędzlami na płótno zarejestrowane obrazy.  Na jedną sekundę w filmie przypada dwanaście gotowych obrazów, a ponieważ "Twój Vincent" jest produkcją pełnometrażową, trwającą półtorej godziny, na jej potrzeby powstało około 65 tysięcy obrazów.  Inspirowane twórczością Van Gogha, odnoszące się do jego dzieł, cytujące ponad 120 z nich.  Wprawiane w ruch, ożywiane na ekranie.  Szalony pomysł, który dzięki tytanicznej pracy artystów zachwyca w kinie od pierwszej do ostatniej minuty.

W przypadku tak nietypowych w formie projektów jak "Twój Vincent" zawsze zachodzi obawa, że twórcy zatrzymają się na niezwykłej formie, że będzie ona jedynym co warte uwagi.  Tak jakby nigdy wcześniej nie zastosowana forma miała wystarczyć, jakby miała zastąpić, przeważyć nad pozostałymi elementami filmu.  Wtedy zawsze pozostaje pewien niedosyt, że projekt, który z wyglądu sprawiał wrażenie niezwykłego, stał się jedynie pewną ciekawostką, ładną z wyglądu, ale niewiele więcej ze sobą niosącą.  Na szczęście tak nie jest tym razem, bo twórcy "Twojego Vincenta" zadbali również o treść, rozpisując swój film na ciekawą, wciągającą opowieść.  Co niezwykłe i czego trudno było się spodziewać, film Doroty Kobieli i Hugh Welchmana jest interesującym kryminałem.  To historia młodego człowieka, syna szefa poczty, który ma za zadanie dostarczyć zawieruszony list od zmarłego Vincenta, do jego brata Theo van Gogha.  Bohater z początku niechętny, wyrusza w podróż, poznając po drodze kolejne osoby, które miały styczność ze sławnym malarzem, dowiadując się coraz więcej o jego życiu i tajemniczej śmierci, która nastąpiła rok wcześniej.  Postanawia, że dojdzie do prawdy, wierzy bowiem coraz mocniej, że Vincent nie popełnił samobójstwa, tylko został zamordowany.  Ta podróż bohatera ku prawdzie jest bardzo sprawnie rozpisana, wciąga, interesuje i powoduje, że choć zachwycamy się formą tego filmu, to nie jest ona tutaj najważniejsza.  Jest nieprawdopodobnym środkiem do celu, a nie celem samym w sobie.

To co niesie ten film, to co powoduje, że jest on tak nieprawdopodobnie poruszający i wzruszający, to przepiękna muzyka Clinta Mansella.  Piękne dźwięki są idealnym tłem tej opowieści, ale jednocześnie są równie ważne co wizualna forma tego filmu.  Kompozycja Clinta jest jakby muzyczną reprezentacją zinterpretowanych obrazów van Gogha.  Mansell wzbija się na wyżyny, tworząc idealną oprawę muzyczną tego niezwykłego filmu, nadając mu urzekający klimat.  Już od pierwszych chwil, od napisów początkowych, łapie za serce i nie puszcza do samego końca.  Muzyka niesie ten obraz. Jest delikatna, tajemnicza, porywająca.  Przypomina momentami wcześniejszą pracę kompozytora przy "Źródle" Darrena Aronofskiego, równie niezwykłą, obłędnie piękną kompozycję, ale nie na tyle, by nie stanowić o samej sobie.  To między innymi właśnie dzięki muzyce Mansella "Twój Vincent" jest obrazem, który łapie za serce od pierwszych scen i niesie w zachwycie aż do ostatniego obrazu.  Kompozytorowi perfekcyjnie udaje się uchwycić w muzyce uczucia jakie wypływają z rozwijającej się tu historii - smutek za straconym życiem, melancholię za czymś co skończyło się zdecydowanie zbyt wcześnie, zachwyt nad niebywałym artystą, który wyprzedził swój czas, który choć niedoceniony za życia, zachwyca swoją twórczością od lat.  "Twój Vincent" jest dla niego filmowym hołdem.  Piękniejszego chyba nie można byłoby sobie wymarzyć.

21:34, milczacy_krytyk , 09
Link Dodaj komentarz »