Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
sobota, 29 października 2016
10.AAFF / Ja, Daniel Blake / Dzieciństwo wodza / Praktykant / Jak uratowałem Kanadę

10.AAFF / Ja, Daniel Blake / Dzieciństwo wodza / Praktykant / Jak uratowałem Kanadę

Ja, Daniel Blake

Ja, Daniel Blake | dramat | Francja, Wielka Brytania | 2016
reż. Ken Loach

 (7/10)

„Ja, Daniel Blake” to film, który najlepiej określa stwierdzenie: to nie jest kraj dla starych ludzi. To bardzo ludzki, bliski dramat prezentujący nierówną walkę starszego już bohatera z systemem, bezdusznymi procedurami oraz ludźmi, którzy postępują według procedur, nie zważając na logikę. Bohaterem opowieści jest Daniel – wdowiec, złota rączka, cieśla, który po przebytym zawale zrezygnował na pewien czas z pracy ze względu na stan zdrowia, a teraz próbuje wywalczyć zasiłek, tocząc nierówną walkę z urzędnikami. W cyfrowym świecie, w którym trzeba mieć smartphone’a, umieć obsługiwać komputer i być zawsze on-line. W świecie, w którym papier i ołówek właściwie nie istnieją.

Smutny to obraz. Pokazuje skazaną na niepowodzenie walkę z rzeczywistością, ze współczesnością. Walkę, którą przyjdzie stoczyć wielu z nas, gdy osiągniemy pewien wiek, gdy przestaniemy nadążać za techniką i coraz szybciej pędzącym światem. Choć temat i wymowa tego obrazu jest dość przytłaczająca, to Ken Loach podał ją w zaskakująco spokojnej, pogodnej formie, która w dużej mierze wypływa z pozytywnego i zdroworozsądkowego nastawienia do świata, jakie ma Daniel. Mimo licznych kłód rzucanych mu pod nogi nie poddaje się, a swoją postawą próbuje też pomóc pewnej samotnej matce, którą przypadkiem spotyka kiedyś w urzędzie pracy. I tak obserwujemy jego i ją, starających się jakoś wytrwać w tej szarej rzeczywistości, w której procedury są ważniejsze niż ludzie.

Dzieciństwo wodza

Dzieciństwo wodza | dramat, thriller | Francja, Węgry, Wielka Brytania | 2015
reż. Brady Corbet 

 (6/10)

„Dzieciństwo wodza” zaczyna się jak horror. Złowieszcza, dynamiczna muzyka buduje klimat, szarpie nerwy, narasta, dudni niemiłosiernie. Na ekranie przewijają się czarno-białe obrazy ukazujące sceny rozrywające się w trakcie I wojny światowej – świadectwo zła, jakie rozpętało się na świecie. Dopiero po kilku minutach tego niepokojącego wstępu kamera zaczyna portretować fikcyjną rzeczywistość. Widzimy pewną rodzinę, która wróciła do Francji. Ojciec jest amerykańskim dyplomatą, którego bardzo często nie ma w domu. Matka to kobieta wyniosła, zimna, zasadnicza i gdzieś w głębi duszy bardzo nieszczęśliwa, bo jej życie rozminęło się z oczekiwaniami, jakie miała za młodu. Jest i kilkuletni syn, który zdaje się mieć najlepszy kontakt z gosposią i piękną dziewczyną z okolicy, która przychodzi kilka razy w tygodniu uczyć go francuskiego. Ta podzielona na rozdziały opowieść skupia się głównie na chłopcu, który z dnia na dzień będzie wszystkim sprawiać coraz większe problemy.

Największy problem tego filmu polega na tym, że nie do końca wiadomo, o czym tak naprawdę traktuje, o czym chciałby mówić. Rozpoczyna się od długiej rozmowy dwóch dorosłych mężczyzn, inteligentów, na temat bieżących wydarzeń. Później na scenie pojawia się młody chłopak i film zaczyna koncentrować się na jego osobie i jego dzieciństwie, by pod koniec znów zmienić kierunek i podążyć ku historii, tu wyimaginowanej, ale mocno zainspirowanej naszą rzeczywistością. Trudno tylko stwierdzić, czy to historia bliższa czy dalsza, bo ewentualny skok czasowy jest tu bardzo niewyraźnie zarysowany. Całość, choć interesująca, na dłuższą metę staje się dość męcząca. Na plus można zaliczyć przede wszystkim występy aktorskie: świetną Berenice Bejo jako wyniosłą matkę i młodziutkiego Toma Sweeta, którzy dźwigają ten całkiem wymagający i trudny film.

Praktykant

Praktykant | dramat | Francja, Hongkong, Niemcy, Singapur, Katar | 2016
reż. Boo Junfeng

 (5/10)

„Praktykant” to kameralna historia rozgrywająca się w malezyjskim więzieniu. Głównym bohaterem jest młody strażnik, który w więziennictwie pracuje od około dwóch lat. Zostaje zauważony przez pewnego wiekowego już kata, który niedługo przejdzie na emeryturę i szuka kogoś na swoje miejsce. Wkrótce się okaże, że tych dwóch łączy również mroczna przeszłość, pewne wydarzenie sprzed wielu lat, które miało znaczący wpływ na ich życie. Wydarzenie, które młodego bohatera najpierw popchnęło w świat gangów, narkotyków, przemocy, a później, gdy niemal był już na dnie, w stronę przeciwną – stronę prawa. Przez cały seans w powietrzu unosi się jednak pytanie, co tak naprawdę ciągnie bohatera do tej niezwykle trudnej psychicznie pracy? Chęć zrozumienia starszego mężczyzny? Chęć zemsty? A może jest to coś, czego on sam jeszcze nie rozumie? Szkoda tylko, że film ten ogranicza się do wręcz dokumentalnej obserwacji, bez prób głębszego wniknięcia w myśli bohaterów. Przez to „Praktykant” pozostawia po sobie spory niedosyt.

Jak uratowałem Kanadę

Jak uratowałem Kanadę | komedia | Kanada | 2015
reż. Philippe Falardeau

 (7/10)

Film ten rozpoczyna informacja mówiąca o tym, że jest on oparty na prawdziwych zdarzeniach, które się jednak jeszcze nie wydarzyły. I już samo to ostrzeżenie jednoznacznie zapowiada, jaki będzie to seans. „Jak uratowałem Kanadę” jest polityczną komedią pomyłek pełną absurdalnych pomysłów, spojrzeniem w krzywym zwierciadle na świat polityki. Głównym bohaterem tej produkcji jest niezależny poseł reprezentujący jeden z okręgów w północnym Quebecku. Tak się składa, że to on ma oddać decydujący głos w sprawie, czy Kanada ma brać udział w wojnie, czy nie. Głosy lewicy i prawicy układają się po równo, on więc staje się najważniejszą osobą w nadchodzącym głosowaniu. A ponieważ jest deputowanym niezależnym, wybranym przez społeczeństwo, swoje zdanie postanawia najpierw skonsultować z wyborcami. Wyrusza w podróż po swoim okręgu, by poznać opinie zwykłych ludzi.

Po drodze spotka autochtonów, którzy blokują drogi, bo sprzeciwiają się wycinkom lasów, drogowców sprzeciwiających się blokadom dróg, burmistrza lobbującego za wojną, która ma przynieść nowe miejsca pracy, zwykłych obywateli niezadowolonych z zamykania kolejnych kopalń, oraz zwolenników pokoju podróżujących za posłem w wielkim białym autobusie. Bohaterowi pomaga zdecydowana żona, idealistyczna córka oraz młody chłopak z Haiti, który do Kanady przyjechał na staż i pali się do pracy. Całość układa się w lekką komedię pomyłek, która im bardziej się komplikuje, tym bardziej wciąga. Film jest pomysłowy, zabawny i skłania do refleksji, bo wyborów, które musi podjąć bohater, jest tu zaskakująco sporo. A pierwsze i podstawowe pytanie, które przewija się od samego początku, brzmi: ile warty jest jeden głos?

All About Freedom

Tagi: aaff festiwal
18:51, milczacy_krytyk , festiwal
Link Komentarze (1) »
czwartek, 06 października 2016
Hedi

klatka

HediHedi (2016) Belgia, Francja, Tunezja

reżyseria i scenariusz: Mohamed Ben Attia
aktorzy: Majd Mastoura, Rym Ben Messaoud, Sabah Bouzouita, Omnia Ben Ghali, Hakim Boumsaoudi

muzyka: Omar Aloulou
zdjęcia: Frédéric Noirhomme
montaż: Azza Chaabouni

 (6/10)

"Hedi" przedstawia bardzo prostą historię, która staje się całkiem interesująca przez to, że dla nas Europejczyków jest bardzo obca.  A streścić można ją w kilku zdaniach.  Hedi mieszka w Tunezji, dobija do trzydziestki i za kilka dni weźmie ślub.  Pracuje jako przedstawiciel handlowy Peugeota, ma za zadanie nakłonić jak najwięcej firm do kupna nowych samochodów, a zadanie to nie jest łatwe, bo trwa właśnie kryzys i nikogo nie stać na kupno nowego auta.  Hedi nie przepada za swoją pracą, ale kto ma szczęście robić to co lubi?  Nie pali się również na myśl o swoim ślubie, i choć przygotowania do tego aranżowanego małżeństwa idą pełną parą (a wszystkim zawiaduje jego matka), Hedi bez uprzedzenia wyjeżdża do pewnego ośrodka wypoczynkowego. I choć w międzyczasie próbuje znaleźć nowych klientów, a rodzinie mówi, że ciężko pracuje, tak naprawdę w większości odpoczywa na plaży.  Tam też poznaje młodą kobietę, która zajmuje się organizowaniem czasu wolnego turystom przebywającym w hotelu.  Hedi niespodziewanie się w niej zakochuje.

Historia jest prosta i opowiedziana w bardzo spokojny, bezpośredni sposób.  To takie naturalne spojrzenie na ludzi i pewną sytuację.  To co powoduje, że jest interesujące to otoczenie, całkiem odmienna kultura, inne zwyczaje, które w gruncie rzeczy powodują, że ta opowieść jest w ogóle możliwa.  W innym miejscu na Ziemi najprawdopodobniej w ogóle by się nie zdarzyła, a przynajmniej nie w takiej formie.  Reżyser przedstawia świat nam obcy.  Aranżowane małżeństwa, rodziny w których głos decydujący w każdej sprawie mają rodzice nawet dorosłych już dzieci, praca z nadania, śluby bez miłości, właściwie nawet bez znajomości drugiej osoby.  Życie bez marzeń, utartym torem wyznaczanym przez rodzinę, obyczaje, religię.  Sytuacja, która niejako wymusza na bohaterze pewne decyzje, która powoduje, że zaczyna się on buntować przeciwko ustalonemu porządku świata w jakim żyje. Stąd cały dylemat i trud jaki przed nim się pojawi.  Interesujący to film, ale bardziej w formie ciekawostki, niż produkcji, która wywołuje jakieś większe emocje.  Mnie nie porwało.

Tagi: dramat
20:50, milczacy_krytyk , 06
Link Komentarze (6) »
wtorek, 04 października 2016
Blair Witch

powtórka z rozrywki

Blair WitchBlair Witch (2016) USA

reżyseria: Adam Wingard
scenariusz: Simon Barrett
aktorzy: James Allen McCune, Callie Hernandez, Corbin Reid, Brandon Scott, Wes Robinson, Valorie Curry
muzyka: Adam Wingard
zdjęcia: Robby Baumgartner
montaż: Louis Cioffi

 (5/10)

"Blair Witch Project" było swego rodzaju objawieniem.  Filmem zrealizowanym za grosze, który zarobił miliony w kasach kin na całym świecie i zapoczątkował trwającą do dziś modę na produkcje found footage.  Horrorem reklamowanym jako autentyczna historia, zapisana na taśmach odnalezionych gdzieś w gęstych lasach niedaleko miasta Burkittsville w stanie Maryland.  Prawdziwa opowieść o grupie nastolatków, którzy wybrali się na wyprawę z której nigdy już nie wrócili.  I choć tamten film nie był aż tak straszny jak się o nim teraz mówi, nie można mu odmówić oryginalności oraz tego, że jak mało który (szczególnie w tamtych czasach) był perfekcyjnie wypromowany.  Dziś, tyle lat po premierze tamtego obrazu, gdy found footage zostało wyeksploatowane już właściwie na wszystkie możliwe sposoby, powrót do "Blair Witch" zdawał się być pomysłem niemożliwym do zrealizowania.  Co prawda osoba reżysera, który niedawno perfekcyjnie odświeżył gatunek jakim jest slasher (udane "Następny jesteś ty"), a chwilę później z sukcesem zatopił się w klimacie lat osiemdziesiątych (całkiem niezły "Gość"), dawała nadzieję na to, że ta ponowna, dość niespodziewana wizyta w przeklętych lasach, będzie udana.  Niestety nie tym razem.

Największym problemem "Blair Witch" jest to, że film ten jest kopią oryginału.  To powtórka z rozrywki, która prezentuje dokładnie to samo co prezentował pierwszy film.  Co prawda akcja rozgrywa się w innych czasach (stąd widoczny postęp technologiczny, mini kamery przypominające zestawy słuchawkowe, oraz dron filmujący wszystko z góry).  Co prawda punkt wyjścia tego filmu jest całkiem interesujący - główny bohater jest bratem bohaterki pierwszego filmu, który przyjeżdża do Burkittsville w poszukiwaniu swojej zaginionej siostry.  Wszystko poza tym jest tym, co widzieliśmy już w pierwszym filmie.  Ba, jest wszystkim tym co widzieliśmy już w wielu innych tego typu produkcjach.  Chwilami ma się wrażenie, że nowe "Blair Witch" nie jest kontynuacją, tylko swego rodzaju rebootem, który na nowo opowiada tę samą historię.  Brakuje pomysłu, brakuje oryginalności, brakuje ciekawszego podejścia do tematu.  Bohaterowie biegają po lesie, krzyczą, i przypadkiem straszą siebie nawzajem.  Kamera nieustannie się trzęsie, nic nie widać.  To co ma nas wystraszyć to pojawiające się znikąd  lalki z gałęzi, upadające drzewa i odgłosy jakby po lesie chodzili giganci.  Tylko o ile samotna wycieczka do lasu może w jakimś stopniu wywoływać ciarki na skórze, tak oglądanie tego na ekranie nie robi większego wrażenia.  Całość jest nudna, powtarzalna, przewidywalna i nieciekawa.  Łącznie z oczywistym finałem.  Szkoda.

Tagi: horror
20:02, milczacy_krytyk , 05
Link Dodaj komentarz »
sobota, 01 października 2016
41.FFG / Kryształowa dziewczyna / Zud / Biuro budowy pomnika

41.FFG / Kryształowa dziewczyna / Zud / Biuro budowy pomnika

Kryształowa dziewczyna | dramat | Polska | 2016
reż. scen. Artur Urbański

 (3/10)

„Kryształowa dziewczyna” jest filmem, w którym występują studenci Łódzkiej Szkoły Filmowej. O ile od strony technicznej zrealizowany jest bardzo przyzwoicie, o ile od strony aktorskiej zagrany jest całkiem przekonująco, o tyle totalnie skopany został pod względem scenariusza, prezentowanej tu historii. Ta jest przekombinowana, nudna, strasznie nierówno rozpisana, a co najgorsze, karze bohaterom zachowywać się nielogicznie, wręcz idiotycznie. Choć chciałoby się darzyć ich sympatią, jest to bardzo trudne i średnio chce się śledzić rozwój ich losów. Nic dziwnego, że podczas jednego z seansów tej produkcji sporo widzów opuściło salę przed końcem projekcji.

Pierwszy podstawowy problem tego filmu polega na tym, że ma bardzo nierówno rozpisane poszczególne wątki. Skoro całość składa się z kilku przeplatających się opowieści, to powinny zostać one odpowiednio wyważone, w logiczny sposób podzielone między sobą. Niestety tak nie jest. Niektóre opowieści trwają dłużej, inne krócej, jedni bohaterowie częściej i na dłużej pojawiają się na ekranie, inni jedynie przemykają gdzieś z boku, o jednych mówi się zbyt wiele, innych niepotrzebnie się pomija. Całość w teorii ma mówić o różnych rodzajach, aspektach, przejawach miłości, ale tak naprawdę tylko ślizga się po temacie, idąc w kierunku krótkich ekstremów.

Ponieważ bohaterowie niejednokrotnie zachowują się dziwnie i nielogicznie, trudno ich tak naprawdę polubić. Kogo tu mamy? Jest Jacuś, najbardziej przerysowana, irytująca postać ze wszystkich, chłopak, który ma obsesję na punkcie Wasyla, dawnego współlokatora z akademika. Jacuś ryczy całe noce z tęsknoty, zachowuje się jak psychol, a Wasyl ignoruje jego zachowanie, bo ma żonę i dziecko. Jest też Adrian, student filozofii chodzący z zaangażowaną dziennikarką, ale tak naprawdę zakochany w chorej na raka koleżance. Siostra Adriana natomiast jest w związku z facetem, który ją bije, ale ona wszystkie sińce i siniaki tłumaczy przypadkowymi obiciami. I inne tego typu banały, które prowadzą do najlepszej sceny w całym filmie, gdy większość bohaterów spotyka się na wspólnej kolacji. I tu jest szczyt wszystkiego, bo ta scena zupełnie nie interesuje samych twórców, którzy przedzielają ją napisami końcowymi. Najdurniejszy pomysł ze wszystkich, przez który całkiem siada napięcie i teoretycznie najważniejszy moment tej produkcji traci swą rangę.



Zud | dramat | Polska, Niemcy | 2016
reż. Marta Minorowicz-McBride | scen. Marta Minorowicz-McBride, Kenneth McBride

 (6/10)

Film prawie dokument, portretujący życie pewnej mongolskiej rodziny. Jej członkami są ojciec, matka i kilkunastoletni syn, który na czas zimy porzuca szkołę i wraca do rodziców na step, by pomóc w gospodarstwie, bo brakuje rąk do pracy. Rodzina hoduje owce, dba o konie i stado kóz. Dogląda swojej posiadłości dzień za dniem, mieszkając na totalnym pustkowiu. Czas mija im na tych samych zajęciach, ledwo wiążą koniec z końcem. Sukbath, bo tak ma na imię chłopak, trenuje jazdę na młodym koniu, ponieważ niedługo zbliża się wyścig, na którym można wygrać spore pieniądze.

„Zud” to film właściwie pozbawiony jakiegokolwiek komentarza, z bardzo krótkimi dialogami, który pokazuje surową rzeczywistość. Pracę w gospodarstwie, życie na pustkowiu. To film posiadający zupełnie odmienne tempo, spokojną atmosferę, której niespieszny klimat udziela się podczas seansu i niejako spowalnia nasz sposób odczuwania życia i świata. Rzeczywistością bohaterów rządzi przede wszystkim natura, to ona odmierza ich czas („zgodnie z ruchem słońca”), to ona nadaje niespieszne tempo ich życia. Ciekawie jest przestawić się na półtorej godziny na ten spowolniony sposób odczuwania, przeżywania, doświadczania.

W obrazie szokujące są natomiast surowość, bezpośredniość i w pewnym sensie brutalność w ukazywaniu zwierząt należących do bohaterów. Reżyserka niczego nie ukrywa, niczego nie upiększa, pokazuje życie ze wszystkimi jego brutalnymi odcieniami. Prezentuje widoki, do których być może nie jesteśmy przyzwyczajeni, ale które są częścią natury, częścią naturalnych zdarzeń. Najczęściej związanych ze śmiercią, czy to starych już koni, czy też młodych owiec, które nie zawsze wytrzymują surowe warunki otoczenia.



Biuro budowy pomnika | dramat | Polska | 2016
reż. scen. Karolina Breguła

 (4/10)

Konkurs Inne Spojrzenie miał w założeniu pokazywać kino młode, inne, szukające nowych form wyrazu, odmiennych tematów. „Biuro budowy pomnika” pod tym względem idealnie wpisuje się w formułę tego konkursu, bo nie da się ukryć, że jest filmem specyficznym, dziwnym, odmiennym. To pokręcona historia, momentami przesadnie udziwniona, momentami rozbrajająco zaskakująca, w pewnym stopniu urokliwa, pocieszna, ale niestety za bardzo sprawiająca wrażenie performance'u, impresji na pewien temat, niż filmu mówiącego o czymś konkretnym.

„Biuro budowy pomnika” na pierwszy rzut oka jest historią pewnej starszej kobiety, która kolekcjonuje zęby. Analizuje ich wygląd, kataloguje je według ściśle określonych zasad, trzyma w osobnych pudełeczkach. Ale wiele w tym filmie również dodatkowych wątków, sytuacji, postaci. Jest na przykład pewien łysy mężczyzna mieszkający na kolorowych ławkach przez blokiem, jest podróżny, który koniecznie chce kupić bilet do miasta o dziwnej, niespotykanej nazwie. Jest również pielęgniarka, która ciągle rozmawia przez telefon, jest drzewko na podwórzu, które nieustannie się przewraca, i tak dalej, i tym podobne. A wszystko to rozgrywa się w dziwnej przestrzeni, w osobliwym, jakby opuszczonym mieście, zawieszonym pomiędzy przeszłością a przyszłością, prawdą a fikcją.

I przez pewien czas nawet całkiem przyjemnie ogląda się te dziwne sytuacje, bo niektóre postrzelone pomysły bywają całkiem zabawne, intrygujące, zastanawiające. Poza tym postać głównej bohaterki jest na tyle ciekawie zagrana, na tyle sympatyczna, że choć zupełnie nie rozumie się jej zajęcia, chce się śledzić jej poczynania. Problem jednak polega na tym, że na dłuższą metę te dziwactwa pozbawione jakiejkolwiek fabuły zaczynają męczyć, denerwować, nużyć. I choć film trwa nieco ponad godzinę, pod koniec ma się wrażenie, że jego metraż był znacznie, znacznie dłuższy.

Tagi: festiwal ffg
19:17, milczacy_krytyk , festiwal
Link Komentarze (1) »