Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
sobota, 31 października 2015
Sicario

labirynt

SicarioSicario (2015) USA

reżyseria: Denis Villeneuve
scenariusz: Taylor Sheridan
aktorzy: Emily Blunt, Benicio Del Toro, Josh Brolin, Victor Garber, Jon Bernthal, Daniel Kaluuya, Jeffrey Donovan, Raoul Trujillo, Julio Cedillo, Hank Rogerson, Bernardo P. Saracino, Maximiliano Hernández
muzyka: Jóhann Jóhannsson
zdjęcia: Roger Deakins
montaż: Joe Walker

 (7/10)

Życie bywa rozczarowujące.  Drwi sobie z naszych oczekiwań, rozwija się w zupełnie odmiennym kierunku niż byśmy tego oczekiwali.  Jest nieprzewidywalne, zwyczajniejsze i spokojniejsze od planów jakie tworzą się w marzeniach.  Składa się z niewykorzystanych okazji, niespełnionych oczekiwań, nielicznych chwil szczęścia, które przechodzą w szarą rzeczywistość.  Zawody, rozczarowania, niezrealizowane zamiary, niespełnione plany są jego nieodłączną częścią.  A gdy film oddaje tę rozczarowującą stronę życia, sam niejako przejmuje na siebie to uczucie niespełnienia, pozostawiając po sobie pewien niedosyt, zwątpienie, brak.  I choć nie da się ukryć, że "Sicario" jest świetnie zrealizowanym filmem, perfekcyjnie wyreżyserowanym, przepięknie sfilmowanym, świetnie zagranym, to jednak przez opowiadaną historię, pełną beznadziei i zwątpienia, pozostawia po sobie uczucie niedostatku.

"Sicario" to opowieść o ambitnej agentce FBI, kobiecie postępującej według jasno określonych reguł, przestrzegającej procedur i prawa.  Kobiecie zdecydowanej, pełnej zapału, odwagi.  Po jednej z niebezpiecznych akcji w terenie zostaje wytypowana do wzięcia udziału w tajnej misji mającej na celu pojmanie szefa wielkiego meksykańskiego kartelu narkotykowego.  Tylko, że cel tej misji jest dla niej wtedy jeszcze nieznany.  Nie wie gdzie ma jechać, nie wie z kim będzie pracować, nie wie co zastanie na miejscu, jakie dokładnie ma być jej zadanie i rola w całej akcji.  Jej przełożeni obiecują jedynie, że będzie mogła dorwać tych którzy są tak naprawdę odpowiedzialni za zło jakie do tej pory widziała. Zamiast sprzątać efekty prac bossów narkotykowych, będzie mogła ich powstrzymać.  Kate zgłasza się na ochotnika właściwie bez żadnego wahania.  Ale szybko zaczyna powątpiewać w słuszność swojej decyzji.  Bo choć z czasem poznaje coraz więcej szczegółów akcji, choć dowiaduje się kto tak naprawdę w czyich butach gra, to zasady i przekonania jakimi się kieruje zostaną wystawione na wielką próbę.  

Jest w tym filmie taka scena gdy po przyjeździe do Meksyku główny bohater zwraca się do bohaterki mówiąc, że jej amerykański umysł nie będzie w stanie pojąć tego czego tam doświadczy.  Choć będzie próbować nijak jej się to nie uda.  Dopiero po wszystkim, gdy to całe piekło się skończy, być może zrozumie o co w tym wszystkim tak naprawdę chodziło.  I w sumie tak też jest z tym filmem.  "Sicario" to obraz tajemniczy od początku, dawkujący informacje bardzo powoli, dopiero pod sam koniec odsłaniający wszystkie karty.  Widzowie zostają postawieni w pozycji bohaterki, nieświadomie wrzuconej w samo centrum akcji, bez większego przygotowania, bez większej znajomości rzeczy.  Zmuszonej do zastanawiania się kto jest kim, dokąd to wszystko zmierza, jak to wszystko się skończy.  I tak jak dla bohaterki udział w tajnej akcji staje się bardzo gorzką lekcją życia, tak i dla nas okazuje się dość ciężkim, nie do końca satysfakcjonującym doświadczeniem.  Rozczarowanie Kate staje się naszym rozczarowaniem.

Obraz Denisa Villeneuve jest filmem niezwykle intensywnym.  Ale co ciekawe to napięcie najbardziej odczuwa się już po zakończonym seansie.  Gdy po opuszczeniu sali kinowej nagle okazuje się jak bardzo było się spiętym przez te bite dwie godziny seansu.  Seansu z początku całkiem brutalnego, ale co ciekawe dość niespiesznego, nakręconego w wielu przedłużających się scenach, pięknymi zdjęciami Rogera Deakinsa.  Seansu, który choć nie pędzi na złamanie karku utrzymuje stale wysokie napięcie, przybierające na sile szczególnie w fantastycznej scenie zorganizowanego przejazdu na teren Meksyku oraz powrotu w czasie którego konwój zostaje zatrzymany w gigantycznym korku.  Mistrzostwo budowania napięcia.  Film ten utrzymuje wysokie napięcie obrazem, akcją i niepokojącą muzyką Jóhanna Jóhannssona, który po przygodzie z romantyczną "Teorią wszystkiego" napisał całkiem odmienny soundtrack, idealnie kreujący niepokojącą atmosferę tej produkcji.

12:08, milczacy_krytyk , 07
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 października 2015
Do utraty sił

Southpaw

Do utraty siłDo utraty sił (2015) USA

reżyseria: Antoine Fuqua
scenariusz: Kurt Sutter
aktorzy: Jake Gyllenhaal, Rachel McAdams, Forest Whitaker, Oona Laurence, 50 Cent, Skylan Brooks, Naomie Harris, Victor Ortiz, Beau Knapp, Miguel Gomez
muzyka: James Horner
zdjęcia: Mauro Fiore
montaż: John Refoua

 (6/10)

Billy Hope jest uosobieniem amerykańskiego snu.  Dorastał w sierocińcu, miał w młodości problemy z prawem jak i używkami, a mimo to, osiągnął wielki sukces.  Został bokserem, najlepszym w swojej wadze.  Gdy go poznajemy ma za sobą aż czterdzieści dwie wygrane walki i ani jednej przegranej.  Ma miliony na koncie, ogromny dom, inteligentną córkę i wspaniałą żonę, która od lat wspiera go w jego działaniach.  Gdyby nie Mo, którą poznał jeszcze w czasach sierocińca, z pewnością nie zaszedłby tak daleko.  Pech jednak chce, że w jednej chwili Billy traci to wszystko.  Żonę, pieniądze, karierą i córkę, która trafia do domu opieki społecznej.  Billy ląduje na samym dnie, bańka pięknego snu pęka, a on zostaje zupełnie sam.  

Choć ten całkiem długi wstęp ogląda się świetnie, choć obiecuje on naprawdę sporo, niestety jego rozwinięcie, to co następuje później nie jest szczególnie satysfakcjonujące.  To oczywistości, schematy i banały.  Od momentu gdy świat Billego rozsypuje się w pył, rozpoczyna się zupełnie inny film.  Zwyczajna, schematyczna, przewidywalna i nudna opowieść o powrocie na szczyt.  Obraz ukazujący jak przez ciężką pracę, własne samozaparcie, walkę z samym sobą, bohater próbuje ułożyć sobie życie na nowo.  Zaczynając ponownie od zera, przechodząc morderczy trening, zmieniając swoje nastawienie do świata, pracując nad swoimi problemami.  Coś co było przerabiane już w kinie wiele razy, w znacznie lepszych wydaniach.  W "Southpaw" co prawda obok tego typowego dążenia z powrotem na szczyt, ważniejsze jest odzyskanie córki, ale droga jaką musi przejść bohater, jest dokładnie taka sama.  I tak niestety z ciekawego obrazu boksera, który musi poradzić sobie z żałobą, utratą najważniejszej osoby w swoim życiu, która właściwie kierowała jego życiem, film ten wkracza na bardzo znane tory powrotu na szczyt.  

To co ratuje tę produkcję, to co powoduje, że chce się ją oglądać mimo iż dokładnie wiadomo w jakim kierunku potoczy się opowiadana tu historia, jest występ Jake Gyllenhaala.  Ten młody, utalentowany aktor, ma ostatnio fenomenalny okres w swojej karierze, dostarczając co rusz fantastycznych kreacji aktorskich.  Żeby tylko wspomnieć o podwójnym bohaterze w niezwykłym filmie "Wróg", czy postaci mężczyzny wpadającego w obłęd w "Nocnym strzelcu".  W "Southpaw" jego metamorfoza jest najbardziej widoczna, bo Gyllenhaal przybrał do roli Billego na masie, wypracował niezwykłą sylwetkę.  Ale jego gra nie ogranicza się jedynie do fizycznej przemiany, bo i w zachowaniu Jake znów nie przypomina siebie, wtapiając się całkiem w postać którą gra.  Oby wreszcie został za swe aktorskie popisy naprawdę doceniony.

17:15, milczacy_krytyk , 06
Link Komentarze (1) »
niedziela, 25 października 2015
9.AAFF / Miara człowieka

9.AAFF / Miara człowieka

Miara człowieka

Miara człowieka | La Loi du marché | dramat | Francja | 2015
reż. Stéphane Brizé | scen. Stéphane Brizé, Olivier Gorce

 (5/10)

Wraz z seansem "Miary człowieka" zakończyła się filmowa część dziewiątej edycji festiwalu All About Freedom.  Ten francuski film, wyróżniony na tegorocznym festiwalu w Cannes przez jury ekumeniczne jest dość lekkim dramatem społecznym, opowiadającym o współczesnych problemach mieszkańców Francji.  Lekki, ponieważ nie umniejszając problemom jakie przedstawione zostały w tym obrazie, wypadają one dość blado w porównaniu z wyzwaniami z jakimi muszą zmagać się chociażby bohaterowie rodzimych produkcji.  Nie wspominając już o problemach jakie dotyczą ludzi żyjących w odmiennych zakątkach świata, czego posmak dały pozostałe filmy prezentowane w czasie ośmiu dni festiwalu.  Poza tym film Stéphane Brizé obiecuje więcej niż w efekcie dostarcza.  Zapowiada poważniejszy dramat, niż ten, który rozgrywa się później.  

"Miara człowieka" to historia mężczyzny, który został zwolniony z pracy w ramach grupowego zwolnienia siedmiuset osób z pewnej fabryki.  Redukcja etatów była niespodziewana i jak uważają byli pracownicy bezzasadna, bo firma przynosi zyski.  Bezrobotny bohater poszukuje teraz pracy ale jak się okazuje, kursy na jakie zostaje wysłany przez urząd, są tylko stratą czasu, bo nie wystarczają do podjęcia nowej pracy.  Natomiast ćwiczenia z rozmów kwalifikacyjnych zamiast podbudowywać wręcz przeciwnie przytłaczają krytyką wszystkiego ze strony uczestników.  Oprócz tego okazuje się, że bohater jest ojcem niepełnosprawnego syna, a zasiłek dla bezrobotnych jaki mu przysługuje, za kilka miesięcy zostanie obniżony do 500 euro.  Bohater szuka więc różnych sposobów na wyjście z tej coraz trudniejszej sytuacji, mając jednak wrażenie, że od pewnego czasu kręci się w kółko, nie potrafiąc poradzić sobie z trudną rzeczywistością.

W pewnym momencie te wszystkie trudności zostają jednak przez reżysera zdławione.  Bohater nie wiadomo kiedy i skąd znajduje pracę.  Nie jest to co prawda szczyt marzeń ale dzięki pracy w roli ochroniarza w supermarkecie może wziąć nieduży kredyt.  Okazuje się również, że syn choć niepełnosprawny świetnie się uczy i ma nadzieję dostać się na studia, na bioinżynierię.  Nawet samochód stare Clio, które psuje się w jednej ze scen, udaje się wymienić, oczywiście na używany ale jednak nowszy model.  Przez ten przeskok od narastających problemów, do sytuacji dość przeciętnego życia, film ten nie niesie większego ładunku emocjonalnego.  Od momentu gdy bohater zatrudnia się w hipermarkecie, całość przemienia się w nudne pasmo kolejnych przesłuchań w pokoju ochrony.  Rozmów w ludźmi, którzy coś ukradli, przyglądaniu się klientom podczas ich zakupów, na żywo i na monitoringu.  I tyle. Całość podana została w niezwykle długich ujęciach, w przesadnie spokojny i bezemocjonalny sposób, przez co pod koniec w ogóle nie porusza.

All About Freedom

Tagi: aaff festiwal
10:56, milczacy_krytyk , festiwal
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 października 2015
9.AAFF / Kanthari: U źródeł zmian / W objęciach węża

9.AAFF / Kanthari: U źródeł zmian / W objęciach węża

Kanthari

Kanthari: U źródeł zmian | Kanthari, Change from Within | dokument | Polska, Niemcy, Holandia | 2015
reż. Marijn Poels

 (6/10)

"Kanthari" to słowo, które oznacza malutką papryczkę chilli. Przez swój rozmiar wydaje się bardzo niepozorna, ale w smaku jest niezwykle wyrazista, pikantna i ostra. Dlatego też nie każdemu przypadnie do gustu. Identycznie nazywa się również instytut w Afryce, który ma na celu wprowadzenie oddolnych zmian w społeczeństwie, wyszkolenie innowatorów społecznych, którzy wyruszą w świat i bazując na swoich doświadczeniach, zdobytej wiedzy, zaczynają zmieniać to co powinno ulec zmianie. Pomagają aby świat stał się lepszym miejscem. O samym instytucie oraz o ludziach stojących za nim, opowiada ten dokument. Dokument, który zgromadził podczas przedostatniego dnia festiwalu All About Freedom niezwykle liczną publiczność. Być może przez to, że po seansie odbyła się również debata z udziałem inicjatorów tej akcji: Paula Kronenberga i Sabriye Tenberken, wraz z bohaterami samego filmu oraz jego twórcami: reżyserem i producentem. Niezwykle interesująca debata będąca idealnym uzupełnieniem tego ciekawego dokumentu.

Film Marijna Poelsa przedstawia sylwetki osób, które rozpoczęły tę inicjatywę, jak również pokazuje w praktyce jej działanie. Kanthari polega na oddolnej zmianie, nie narzucaniu rozwiązań z góry jak czynią to inne organizacje. Polega na siedmiomiesięcznym szkoleniu ludzi, którzy chcą coś zmienić, których doświadczenia popychają do pomocy innym. Bez znaczenia jest wykształcenie czy pochodzenie. Ważna jest chęć działania, wewnętrzna motywacja, która jest najlepszą siłą napędzającą człowieka. Kanthari szukają ludzi, którzy sami borykali się z problemami, nieakceptacją, odrzuceniem, ale udało im się uporać ze swoimi problemami, w związku z czym dokładnie wiedzą na czym polega dany problem. Właśnie to daje im prawo do pomocy innym: przeżyli podobne sytuacje, uporali się z nimi, wiedzą co czują potrzebujący i najlepiej wiedzą jak im pomóc. Kanthari poprzez szkolenie wyposaża ich dodatkowo w konkretne umiejętności, pozwala im uczyć się na własnych błędach, doceniać swoje porażki, wstyd z nich wynikający, i wszystkie nauki z niego płynące. Kanthari jest więc instytucją, która pomaga ludziom, którzy chcą pomóc.

W tym krótkim, bo trwającym niespełna godzinę dokumencie, poznajemy kilka obszarów działań Kanthari. Jak chociażby sprzeciw wobec obrzezania dziewczynek w Afrykańskich wioskach.  Akcja uświadamiania im jak i ich rodzicom na czym polega ten zabieg, z jakim bólem się wiąże (Monica Kaghuita, bohaterka tego segmentu filmu była również gościem debaty jaka odbyła się po zakończonym seansie). Innym polem do działania Kanthari jest obalanie mitów i przesądów jakie dotyczą Albinosów, uważanych za ludzi o zdolnościach paranormalnych, których części ciała mogą przynieść szczęście. Kanthari zajmują się również szkoleniami niedowidzących pszczelarzy w Ugandzie, czy opieką nad osieroconymi dzieciakami, które chorują na AIDS. Jedną z pierwszych akcji, którą prowadziła niewidoma Sabriyke (nominowana do pokojowej Nagrody Nobla w 2005 roku) była natomiast pomoc tybetańskim, niewidomym dzieciom. Dokument ten ukazuje jak świetnie radzi sobie ta inicjatywa, jak wielkie zmiany wprowadza w życie lokalnych społeczności. Unaocznia jak wielką i niezwykłą pracę robią ludzie w nią zaangażowani, jaką energią, motywacją i pasją się wykazują. 

W objęciach węża

W objęciach węża | El Abrazo de la Serpiente | przygodowy | Argentyna, Wenezuela, Kolumbia | 2015
reż. Ciro Guerra | scen. Ciro Guerra, Jacques Toulemonde Vidal

 (7,5/10)

"W objęciach węża" jest jednym z najbardziej oryginalnych i nietypowych filmów zaprezentowanych na tegorocznym AAFF. Z początku zdaje się być dokumentem, ale dość szybko okazuje się, że jednak nim nie jest. To taka fabularna imaginacja wydarzeń, które mogły być dokumentem. Opowieść inspirowana dziennikami z autentycznych wypraw do Amazonii, jakie miały miejsce pod koniec wieku XIX i na początku wieku XX. Opowieść o pewnym niemieckim podróżniku, który po miesiącach spędzonych w dżungli, poświęconych na zdobywaniu bezcennej wiedzy, zapada na przedziwną chorobę, którą zdaniem szamanów uzdrowić może jedynie tajemnicza roślina Yakruna. Mężczyzna wraz ze swoim pomocnikiem, oraz odnalezionym w dżungli szamanem Karamate, wyruszają na poszukiwanie lekarstwa. Obok tej opowieści mającej miejsce w roku 1909, prowadzona jest również równoległa historia innego podróżnika, który czterdzieści lat później przybywa w to samo miejsce, zainspirowany książką pierwszego badacza, w której tamten opisał tajemniczą roślinę. 

Pierwsze co zaskakuje w tym filmie to jego niezwykła, zaskakująca forma. Choć cała akcja rozgrywa się w dżungli, w miejscach (prawie) nieskalanych ludzką ręką, produkcja ta została całkiem pozbawiona kolorów. To czarno-biały obraz, który ani przez chwilę nie oddaje całej wspaniałości otaczającej natury. Być może by jeszcze mocniej uwypuklić cytat pojawiający się na początku seansu, mówiący o niebywałym pięknie tego miejsca, które jest tak zachwycające, że nie da się go opisać żadnymi słowami. Reżyser ukrywając przed nami kolory z jednej strony ukrył niezwykłość tego miejsca, ale i pobudził naszą wyobraźnię. Podziw nad tym filmem budzi również to jak został nakręcony - w amazońskiej dżungli, wśród naturalnej scenerii, na rzekach i w lasach, korzystając z naturalnych plenerów. Zaskakują i świetnie współpracują tutaj również dwa plany czasowe pomiędzy którymi przemieszczamy się wraz z rozwojem historii, raz zaglądając w przeszłość, innym razem śledząc losy kolejnego podróżnika. Nie dość, że dodają one tej opowieści odrobiny tajemnicy, to jeszcze świetnie obrazują zmiany jakie zachodzą w tym filmowym świecie.

Bohaterowie w tym filmie odbywają zarówno podróż geograficzną, zapędzając się w odległe krainy, w najgłębsze zakamarki lasu, ale również egzystencjalną, zmieniając swoje poglądy do dżungli, ludzi spotkanych po drodze jak i samych siebie. "W objęciach węża" staje się opowieścią o zderzeniu świata zewnętrznego z naturalnym. Zderzeniu odmiennych kultur, odmiennych wierzeń. O styku odmiennych tradycji, przekonań, poglądów, oczekiwań i przyzwyczajeń. Najbardziej widocznym tego przykładem jest powracająca dyskusja na temat bagażu jaki podróżnicy taszczą ze sobą przez dżunglę, opierając się przed wyrzuceniem choćby jednej walizki, wykazując ogromne, całkiem niezrozumiałe dla tubylców, przywiązanie do rzeczy materialnych. To opowieść o niezwykłości, unikalności wierzeń i tradycji rdzennej ludności.  O destrukcyjnym wpływie przyjezdnych misji na przetrwanie i wyjątkowość tych kultur. Przez swoją formę i podejście do tematu zaskakująco interesująca i wciągająca.

All About Freedom

Tagi: aaff festiwal
11:27, milczacy_krytyk , festiwal
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 października 2015
9.AAFF / Anioły rewolucji / Nawet góry przeminą

9.AAFF / Anioły rewolucji / Nawet góry przeminą

Anioły rewolucji

Anioły rewolucji | Angely revolyutsii | dramat | Rosja | 2014 
reż. Aleksiej Fedorczenko

 (4/10)

Lata 30. ubiegłego wieku.  Związek Radziecki.  Awangardowa grupa teatralna, pięć młodych osób, jedzie na Syberię (a dokładniej rzecz biorąc przez połowę filmu wybiera się w tamte strony), by przekonać lokalną ludność do komunizmu.  Przedstawić osiągnięcia ZSRR, opowiedzieć o towarzyszu Leninie, ogłosić, że odwiedzone ziemie przynależą do Związku.  Na miejscu natrafiają na osadę , której członkowie zajmują się utrzymaniem stada reniferów.  Wierzą oni w istnienie przyjmującej postać kota bogini, mieszkającej na położonej niedaleko wyspie.  Mieszkańcy świetnie radzą sobie we własnym otoczeniu i choć przyjmują gości z otwartymi ramionami, nie zamierzają zmieniać swoich tradycji.

Choć powyższy opis brzmi bardzo konkretnie, fabuła tego filmu jest niezwykle pretekstowa.  Szczególnie na początku, jeszcze przed dotarciem grupy wysłanników na Syberię, obraz ten zdaje się być kolażem niepołączonych ze sobą przedziwnych scen, udziwnionych do granic przesady sytuacji, wariacji na temat, wyjętych jakby z innej epoki, z innego obrazu.  Później całość zaczyna dążyć w jakimś kierunku, choć i tak, nadal, więcej bywa tu pojedynczych momentów, niż tradycyjnej fabuły.  Brakuje głównego bohatera, brakuje konkretnej akcji, całość sprawia wrażenie improwizacji, teatralnego występu.  I prawdę powiedziawszy dość ciężko ogląda się taki filmowy eksperyment, dwugodzinny wysyp scen, który dodatkowo charakteryzuje się na początku zaburzoną chronologią (skaczemy w czasie pomiędzy rokiem 1908 a 1934), oraz częstą zmianą miejsc i osób przedstawianych.  

Całość doprowadzona zostaje do absurdu.  Przyjmuje formę wygłupu, parodii, wyśmiewającej sytuacje oraz rzeczywistość.  Przedstawia świat w krzywym zwierciadle deformującym ludzi i otoczenie.  Kompozycja kadru, umieszczająca z reguły jakiś humorystyczny akcent na brzegach ekranu, powoduje, że film ten jest całkiem zabawny, choć poczucie humoru ma dość specyficzne.  Niestety jednak im więcej w tym obrazie awangardy, wariacji na temat, tym mniej właściwej opowieści, im więcej eksperymentalnego podejścia, tym mniej prawdziwych emocji.  Przez co choć seans jest ciekawym zjawiskiem, do udanych nie należy.  A po jego zakończeniu w głowie kołacze się pytanie, ileż to dobrych filmów można byłoby w tym samym czasie obejrzeć w zamian.  

Nawet góry przeminą

Nawet góry przeminą | Shan He Gu Ren | dramat | Chiny, Francja, Japonia | 2015
reż. i scen. Zhangke Jia

 (8/10)

Drugim filmem zaprezentowanym tego dnia podczas festiwalu był chiński dramat "Nawet góry przeminą".  Jego reżyserem jest Zhangke Jia, który był gościem siódmej edycji All About Freedom Festival, przedstawiając wtedy swój poprzedni obraz "Dotyk grzechu".  Ponieważ festiwal zbliża się już ku końcowi, do zaprezentowania zostały już tylko trzy filmy (w tym dwa dokumenty i jedna fabuła) można śmiało powiedzieć, że "Nawet góry przeminą", są obok "Louder Than Bombs" Joachima Triera najciekawszym filmem fabularnym zaprezentowanym podczas dziewiątej edycji AAFF.  Ten chiński obraz zaskakuje przede wszystkim uniwersalnością.  Choć jego akcja rozgrywa się w Chinach, choć rozciągnięta jest bardzo w czasie, tematy jakie porusza są zaskakująco bliskie.

"Nawet góry przeminą" rozpoczyna się w roku 1999, skupiając się na trzech postaciach.  Są nimi Tao - młoda, wiecznie uśmiechnięta dziewczyna, której tato prowadzi sklep z elektroniką.  Liangzi - jej najlepszy przyjaciel, który jest jej tak bliski, że są brani za parę, oraz Jinsheng, bogaty przedsiębiorca, który robi w przemyśle górniczym.  Ta trójka tworzy trójkąt miłosny, który dość szybko będzie musiał znaleźć rozwiązanie i przemienić się w parę.  Ale to dopiero początek, gdyż opowieść jaką prowadzi reżyser wybiega daleko w czasie.  Jest rozpięta pomiędzy przeszłością (rok 1999), teraźniejszością (ukazującą wydarzenia piętnaście lat później), oraz przyszłością rozgrywająca się kolejne dziesięć lat później.  To opowieść rozdzielona tytułem pojawiającym się z zaskoczenia mniej więcej w połowie seansu, pomiędzy przeszłością, a teraźniejszością.  Te odmienne przestrzenie czasowe łączą się poprzez osoby bohaterów, ale i dwie piosenki, które towarzyszą w ich życiach - "Go West" Pet Shop Boys oraz "Take Care" Sally Yeh.

Z pozoru film ten wydaje się być zwyczajny.  Opowiada zwykłą historię, w sumie niczym szczególnym się nie wyróżniając (przede wszystkim przeszłość zdaje się być bardzo zwyczajna).  I choć faktycznie wydarzenia nie zaskakują, to bardziej chodzi tu o ludzi i relacje ich łączące niż o same zdarzenia.  To co ich spotyka, to niby nic nowego, ale przecież i życie nie jest wcale nowe, odkrywcze.  To zbiór tych samych powtórzeń, tych samych historii, które tylko dla bohaterów własnych historii zdają się być wyjątkowe, niepowtarzalne.  Zhangke Jia mówi o globalizacji, problemach tożsamości, różnych motywacjach działań ludzkich i najbardziej bezpośrednio ze wszystkich dotychczasowych filmów AAFF o wolności. Opowiada również o relacjach międzyludzkich.  Udaje mu się uchwycić niezwykłość więzi jakie tworzą się, poprzez przyjaźń, miłość rodzicielską, miłość do najbliższych.  Chwile, gdy obce, samotne sobie osoby łączy coś wspólnego - przyjaźń, ból, rozpacz, miłość, tęsknota.  Świetny, wzruszający, poruszający film.

All About Freedom

Tagi: aaff festiwal
10:35, milczacy_krytyk , festiwal
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4