Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
niedziela, 26 października 2014
8.AAFF / Podsumowanie

8.AAFF / Podsumowanie

All About Freedom

W tym tygodniu zakończyła się ósma edycja All About Freedom Festival.  Kulturalnego wydarzenia, które łączy w sobie kino, debatę, muzykę i teatr, by mówić o szeroko pojętej wolności.  Po raz czwarty miałem ogromną przyjemność uczestniczyć w tym niezwykle ciekawym wydarzeniu.  W tym roku w repertuarze znalazło się siedemnaście filmów, z czego dwa to wcześniejsze obrazy Xaviera Dolana - "Zabiłem moją matkę" oraz "Tom".  Pozostałe piętnaście produkcji to przedpremiery, które dopiero za jakiś czas wejdą do kin.  Siedem dokumentów i osiem fabuł.  Udało mi się obejrzeć w sumie dziesięć (jeśli liczyć "Mamę" Dolana, którą widziałem już wcześniej dzięki uprzejmości dystrybutora filmu Solopan, będzie jedenaście).  Jak co roku repertuar był bardzo zróżnicowany, zdarzyło się kilka miłych niespodzianek, trafiło się też kilka rozczarowań.  Najlepszym obrazem moim zdaniem okazał się być szwedzki "Turysta", rewelacyjnie nakręcony, świetnie zagrany, niezwykle wciągający i mądry film, który na długo zostaje w pamięci, zmusza do przemyśleń.  Co ciekawe, przypadł mi do gustu znacznie bardziej niż nagradzane w Cannes i na Berlinale "Czarny węgiel, kruchy lód", czy "Lewiatan".

Ten rok dla festiwalu był szczególny, ze względu na zmianę miejsca.  Zamiast gdańskiego Multikina, które w poprzednich latach udostępniało swoje sale na czas trwania festiwalu, w tym roku All About Freedom, po raz pierwszy zagościło do nowo otwartej siedziby Europejskiego Centrum Solidarności, które jest organizatorem tej imprezy.  Jest więc wreszcie u siebie.  Tym samym zyskało fenomenalne miejsce z duszą.  Przepiękny, robiący ogromne wrażenie budynek, kawał świetnej, zachwycającej architektury, który obojętnie ile razy by się w nim nie przebywało, nadal robi wielkie wrażenie.  Już sam budynek ECS jest atrakcją samą w sobie.  To miejsce w którym chce się być i w którym bardzo dobrze się czuje.  Tak więc choć festiwal zmienił swoją lokalizację, nie stracił nic na tej zmianie, wręcz zyskał jeszcze bardziej unikalną atmosferę, jaka się wokół niego roztacza.  Poza tym, zamiast małej sali multiplexu, teraz filmy można oglądać na wielkim ekranie w nowoczesnym audytorium na ponad 400 miejsc, a bilety zamiast 12 złotych, kosztują  8, bądź nawet tylko pięć, jeśli kupiło się ich więcej niż na cztery pokazy.  Stąd też tłumy na seansach, nawet na tych najbardziej wymagających i trudnych filmach.

W przypadku tej edycji muszę jednak poruszyć dwie sprawy, które są odrobinę uciążliwe, a których naprawienie moim zdaniem przyczyni się do podniesienia jakości festiwalu.  Po pierwsze od zawsze bardzo mi odpowiadało na AAFF, że nie trzeba było wybierać punktów programu w których chciało się uczestniczyć, można było brać udział we wszystkich wydarzeniach.  AAFF miał tę przewagę nad innymi przepełnionymi do granic możliwości festiwalami, że nie wymagał rezygnacji z ciekawych seansów ze względu na przepełniony program.  Aż do tej edycji.  Bo choć seanse na siebie nie zachodzą, problem pojawia się z debatami.  Te zawsze odbywały się po filmach, ale w takich sposób by nie zachodzić na kolejny seans.  W tym roku było niestety inaczej, co najdotkliwiej dało się odczuć po izraelskim filmie "Tańczący Arabowie", po którym organizowana była debata, ale niestety nie mogłem na niej uczestniczyć, bo kilkanaście minut później zaplanowały był pokaz tegorocznego zdobywcy Złotego Niedźwiedzia w Berlinie.  Szkoda, wszak takie spotkania z ekspertami, bądź twórcami zawsze były ciekawym elementem festiwalu.

Druga sprawa, w sumie bezpośrednio wiążąca się z pierwszą, to zdecydowanie zbyt krótkie przerwy między kolejnymi pokazami.  Rozumiem zamiar by wszystkie seanse odbywały się o tych samych godzinach (15:30, 18 i 20), by nie komplikować repertuaru, by łatwo było go zapamiętać, ale po takich filmach jak te prezentowane na AAFF, które wymagają przemyślenia, dyskusji, chciałoby się by te przerwy były jednak dłuższe.  szczególnie takiego momentu na oddech brakowało po "Turyście", o którym jeszcze przed seansem Artur Liebhart, kurator programu festiwalowego mówił, że jest obrazem, po którym długo się dyskutuje, i faktycznie miało się na to wielką ochotę, ale pięć minut później rozpoczynał się kolejny film, i nie było już na to czasu.  Czasu na przemyślenie, ochłonięcie, oswojenie się z obejrzanym obrazem.  Bo przecież nie są to łatwe filmy.  A ponieważ wreszcie festiwal jest u siebie, wreszcie nie musi się wpasowywać w napięty grafik Multikina, tym bardziej szkoda, że jest tak ścieśniany czasowo.  Dłuższe przerwy wyszłyby tylko na korzyść tej imprezy.  Można posiedzieć w kawiarni, w ogrodzie zimowym, czy wyjść na chwilę na Starówkę Gdańska, mając w myślach to co się przed chwilą obejrzało, przygotowując się na kolejny seans.

Mimo wszystko, mimo tych dwóch problemów, które w tym roku całkiem mocno mi dokuczały, All About Freedom pozostaje jednym z najciekawszych wydarzeń kulturalnych Trójmiasta.  Fantastyczne kilka dni, za które serdecznie dziękuję organizatorom i już czekam na kolejną edycję.  Do zobaczenia za rok.

Filmy festiwalu:
- Turysta - 8,5/10
- Mama - 8/10
- Tańczący Arabowie - 7/10
- Badjao. Duchy z morza - 7/10
- Jeteśmy waszymi przyjaciółmi - 7/10
- Lewiatan - 7/10
- Kapitał ludzki - 6,5/10
- Czarny węgiel, kruchy lód - 6/10
- Miłość od pierwszej walki - 6/10
- Zielony książę - 6/10
- Płomień - 4/10

All About Freedom

Tagi: aaff
09:18, milczacy_krytyk , festiwal
Link Komentarze (1) »
sobota, 25 października 2014
8.AAFF / Turysta / Płomień

8.AAFF / Turysta / Płomień

Turysta

Turysta | Force Majeure | dramat | Dania, Francja, Norwegia, Szwecja | 2014
reż. i scen. Ruben Östlund

 (8,5/10)

Bez żadnych wątpliwości - "Turysta" to najlepszy film ze wszystkich zaprezentowanych na ósmej edycji festiwalu All About Freedom.  Perfekcyjnie poprowadzony, przepięknie sfilmowany, rewelacyjnie zagrany, poruszający, mądry, zabawny i zachęcający do dyskusji.  A oparty właściwie wyłącznie na dialogach, skupiający się na obserwacji bohaterów i tego co zaczynają przeżywać, z czym muszą się zmierzyć.  Własne lęki, poczucie odpowiedzialności, wyrzuty sumienia.  Ten fantastyczny film zaczyna się bardzo spokojnie i niewinnie.  Szwedzkie małżeństwo z dwójką małych dzieci jedzie na kilka dni w góry do Francji.  Mąż ostatnimi czasy dużo pracował, teraz przez te kilka dni ma zamiar odpocząć wraz z rodziną.  Pierwsze dni upływają na sielance.  Przepiękny hotel, idealne warunki do jazdy na nartach, cisza, spokój.  Wszystko zmienia się jednego popołudnia, gdy jedząc obiad na tarasie luksusowej restauracji, widzą schodzącą z góry lawinę.  Nadciągające zagrożenie, przerażający widok, wywołuje panikę wśród gości.  Ludzie ratują się ucieczką.  Ucieka również mąż bohaterki, zostawiając ją z dziećmi.  

Teoretycznie nikomu nic się nie stało.  Jednak małżonkowie wychodzą poturbowani psychicznie z tej sytuacji.  Szczególnie żona - Ebba, która nie może uwierzyć, że jej mąż Thomas, mógł ją zostawić na pastwę losu.  Rozpoczynają się długie rozmowy, okazuje się bowiem, że każde z nich ma inną wersję tego co się wydarzyło na tarasie restauracji.  Każde inaczej pamięta to zdarzenie, każde co innego teraz oczekuje od drugiego.  I tak rozpoczyna się niezwykle celna, dogłębna, perfekcyjnie poprowadzona, przenikliwa obserwacja związku dwojga ludzi, którzy na nowo muszą przemyśleć swoją relację, to kim są, i co wnoszą do swojego życia.  Zastanowić się czy życie które prowadzą im odpowiada, czy są w nim szczęśliwi, czy są szczęśliwi sami ze sobą, i z osobą, z którą je prowadzą?  Czy spełniają się w związku i czy spełniają się jako oddzielne jednostki?  Na jakie ustępstwa, kompromisy są w stanie pójść by stworzyć związek, w którym będą się czuli dobrze?  Czy mają zaufanie do siebie i do partnera?  Czy rozczarowanie jedną sytuacją, tym, że zachowanie drugiej osoby, nie odpowiadało wymarzonemu ideałowi jest w stanie zaburzyć harmonię wcześniejszych dni?  

"Turysta" jest obrazem prawdziwym w drobnych gestach, spojrzeniach, niuansach.  To ogromna zasługa fantastycznie dobranych aktorów, którzy idealnie potrafią zagrać wszelkie chwile zawahania, zatrzymać w sobie postawy, słowa, które cisną się na język, ale których nie wypowiedzą dla dobra związku.  Zatrzymane oskarżenia, wstrzymane żarty, mnóstwo niepewności z uwagi na drugą osobę, bo chwilami tak trudno się zachować, tak ciężko wyczuć pragnienia, potrzeby drugiej jednostki, by jeszcze bardziej nie zaognić sytuacji.  A gdy jedno słowo, nieodpowiednia intonacja zaostrza sytuację, wtedy pojawia się wahanie, niepewność, samokontrola, perfekcyjnie tu wygrana przez Johannesa Kuhnke i Clarę Wettergren.  Co jednak niezwykłe obraz ten zatacza szersze kręgi.  Nie tylko o małżeństwie jest to bowiem film.  Vera i Thomas zaczynają wciągać w swój spór postronne osoby, innych gości hotelowych, których poznali w poprzednich dniach.  Szczególnie dąży do tego, Vera, która nie może pogodzić się z tym, że jej mąż postąpił w taki, a nie inny sposób.  Nie rozumie tej sytuacji, stąd szuka pomocy, wsparcia od postronnych, mając nadzieję, że ich punkt widzenia rozjaśni jej to co się stało.

I tak obserwacja jaką prowadzi reżyser rozszerza się.  Wpierw na dojrzałą kobietę, która żyje w otwartym związku, spędzając wakacje z dala od dzieci i męża, romansując z młodymi, dobrze wyglądającymi mężczyznami.  Prowadząc jednocześnie poważny związek ze swoim mężem i przeżywając krótkie związki z innymi facetami.  A to staje się punktem do dyskusji o wierności, oddaniu, byciu z jedną i tą samą osobą przez całe swoje życie.  Jak również o tym jak bardzo szczęście zależy od najbliższych nam osób, jak bardzo od przypadkowych, a jak bardzo od nas samych.  W jaki sposób powinniśmy się postrzegać?  Poprzez innych, oddając się im całkiem, czy poprzez samego siebie, czerpiąc przyjemność dla siebie, i w ten sposób swoją radość przekazując bliskim?  Później poznajemy jeszcze pewną parę - rozwodnika i młodszą od niego dziewczynę, którzy niejako zarażają się kłótnią małżonków, którzy przejmują ich konflikt, rozpoczynając zażartą dyskusję o hipotetycznych sytuacjach, bo i o teorię, pokłócić się nie trudno.  

Z tego prawie dwugodzinnego seansu wypływa więc masa myśli, mogących się stać punktem wyjścia do zażartych dyskusji.  O odpowiedzialności, zachowaniu w krytycznych sytuacjach, instynktach, które stoją niejako w sprzeczności do zachowań jakie oczekiwane są z uwagi na pełnione w życiu role ojca, matki.  O różnym postrzeganiu rzeczywistości, o związkach, oczekiwaniach, marzeniach i życiu, które wszystko weryfikuje.  O trudach bycia razem, trudach porozumienia się, odnalezienia wspólnej drogi życia.  O różnicach w postrzeganiu kobiet i mężczyzn.  O tym jak na to wszystko wpływa nasza przeszłość, wychowanie, czy zwykłe samopoczucie.  Genialnie rozpisana, bezbłędnie zagrana, tragikomiczna historia.  Film bogaty w treść, ale również posiadający przepiękną formę.  Z jednej strony przyglądający się bohaterom z nieruchomej, statycznej kamery, jakby odrobinę z oddali, ale będąc blisko nich i ich emocji, z drugiej strony oferując zapierające dech w piersiach, monumentalne widoki, czy przepięknie zrealizowane sceny, jak wspólny zjazd na nartach, czy droga przez mgłę.  Fantastyczny film.

Płomień

Płomień | A Blast | thriller | Grecja, Holandia, Niemcy | 2014
reż. Syllas Tzoumerkas | scen. Youla Boudali, Syllas Tzoumerkas

 (4/10)

Jest problem, gigantyczny problem, gdy nie lubi się, wręcz nie cierpi się głównego bohatera.  Najważniejsze to czuć łączność z postacią, o której opowiada film.  Obojętnie czy jest pozytywna, czy negatywna, byleby tylko czuć z nią jakąś więź.  Emocjonować się jego, bądź jej losem.  Gdy nie ma tej łączności widz-bohater, cały film jest przegrany.  I tak jest niestety w przypadku greckiego obrazu "Płomień", który przegrywa z kretesem, przez bohaterkę, której nie sposób polubić.  To nieodpowiedzialna, roztrzepana wariatka, która nieustannie tylko krzyczy, wrzeszczy, rzuca niecenzuralnym słownictwem.  Z resztą nie tylko ona, cała jej rodzina jest popieprzona.  Nie sposób uwierzyć by prawdziwi ludzie się tak zachowywali, nie sposób zaakceptować ich zachowania.  A gdy nie wierzy się w bohaterów, ich losy stają się całkiem obojętne.

By odwrócić uwagę od braku konkretnej treści (teoretycznie jest nią ciężka sytuacja greckich obywateli w dobie kryzysu, ale to tylko pretekstowe tło, z którego nie wyciągane są żadne wnioski), reżyser stosuje dwa zabiegi.  Po pierwsze zaburza chronologię opowieści.  Problem jednak w tym, że z początku w ogóle tej zabawy z czasem nie widać, nie jest ona niczym sygnalizowania, przez co historia w ogóle się nie klei, jest porwana na mniejsze fragmenty, a zachowania bohaterki zmieniają się jak w kalejdoskopie, jakby cierpiała na wyjątkowo uciążliwą huśtawkę emocjonalną.  Dopiero po chwili widać, że poszczególne sceny mają miejsce w różnym czasie.  Pojawia się więc chaos, który ma odwrócić uwagę od miałkiej treści, przedziwną formą zająć widza by zbudował tę opowieść z marnych skrawków.  Jest to zabieg tym bardziej bezsensowny, że w jego wyniku nie widać zupełnie dramatu jaki przechodzi bohaterka.  A przecież, skoro w teorii obraz ten miał opowiadać o ciężkim losie kobiety, której życie się rozsypało przez kryzys ekonomiczny, dobrze byłoby widzieć ten proces, to jak jej psychika się rozsypuje, jak posuwa się do rzeczy, o których wcześniej nawet by nie pomyślała.  Reżyser jednak lata w czasie jak zwariowany, zupełnie nie zainteresowany ukazaniem tego dramatu.

Drugi zabieg jaki stosuje to pójście w goliznę.  Jednak o ile jeszcze z początku tak wiele scen seksu ma jakieś uzasadnienie (w końcu widzimy młode małżeństwo, ledwo co poznających się nastolatków), tak później te bezpośrednie sceny zbliżeń w najróżniejszych kombinacjach (zabrakło już tylko seksu lesbijskiego) stają się nudnym wypełniaczem, który kieruje ten z założenia thriller w kierunku zgoła innego gatunku, którego zdecydowanie nie ogląda się w kinach.  Tym samym sprowadza Vassilisa Doganisa, grającego tu główną rolę męską do roli dobrze zbudowanego ciała, natomiast Aggelikę Papoulia do roli wrzeszczącej furiatki, której zachowania są oględnie powiedziawszy mało zrozumiane.  Reżyser stawiając na emocje, seks i formę stara się ukryć okrutnie banalną treść.  Największe rozczarowanie festiwalu.

All Aboout Freedom

Tagi: aaff
11:52, milczacy_krytyk , festiwal
Link Komentarze (2) »
środa, 22 października 2014
8.AAFF / Tańczący Arabowie / Czarny węgiel, kruchy lód

8.AAFF / Tańczący Arabowie / Czarny węgiel, kruchy lód

Tańczący Arabowie

Tańczący Arabowie | Dancing Arabs | dramat | Izrael, Niemcy, Francja | 2014
reż. Eran Riklis | scen. Sayed Kashua

 (7/10)

Po serii trudnych, przygnębiających, przytłaczających wręcz produkcji, dobrze było obejrzeć na festiwalu film lekki, przyjemny, zabawny, co nie oznacza wcale, że niepoważny.  Takim obrazem okazał się być "Tańczący Arabowie", który swoją akcję rozpoczyna na początku lat 80. ubiegłego wieku w Izraelu.  Państwie w którym prawie 20% populacji stanowią Arabowie.  Jednym z nich jest Eyad, kilkuletni chłopak, który mieszka w sporym domu wraz z rodzicami, dwójką braci i wiekową babcią.  Kilka lat później, gdy podrośnie, dostanie się do najlepszej szkoły w całym kraju.  W kilkunastoosobowej klasie będzie jedynym Arabem.

Ten przesympatyczny film w zabawny, lekki sposób podchodzi do niezwykle trudnego tematu, który swego rozwiązania nie może znaleźć od wielu lat.  Nie lekceważy go, nie umniejsza, tylko stara się spojrzeć z innego, bardziej pozytywnego punktu widzenia.  Poprzez jednostkę, rodzinę, nie ogół.  Wszelkie różnice między Arabami a Żydami, w sposobie życia, postrzegania, w przekonaniach, wierzeniach są tu powodem do żartów i zabawnych scen.  Humor wypływa z różnic, z odmiennych punktów widzenia, nawarstwionych przekonań, uprzedzeń, stereotypów.  Szczególnie sporo udaje się go wykrzesać w pierwszej części tej opowieści, poświęconej dzieciństwu głównego bohatera.  Wtedy te kontrastujące poglądy przefiltrowane przez dziecięce postrzeganie rzeczywistości nabierają szczególnego komizmu ("przyszedłem ze swoim Żydem", "mój tata jest terrorystą").  Później gdy historia oddala się w przyszłość tego humoru wypływającego z różnic jest niestety odrobinę mniej.   

"Tańczący Arabowie" jest filmem ukazującym różnice ale jednocześnie wyszukującym wspólne płaszczyzny.  Widać to już w napisach początkowych, pisanych jednocześnie w trzech językach - angielskim, arabskim i hebrajskim.  Tak różne, ale znaczące zupełnie to samo.  Wspólne są chociażby młodość, pierwsze zauroczenia, trudy samodzielnego życia, czy miłość rodziców do swoich dzieci.  Różnice wynikają z miejsca i czasów w jakich żyją bohaterowie.  Wspólne trudy życia skomplikowane przez rzeczywistość w jakiej funkcjonują.  Arab nie zostanie kelnerem w izraelskiej restauracji, nie ma możliwości też by zakochał się w Żydówce ("łapy precz").  Uprzedzenia, różnice, odmienne postrzeganie, przekazywane przez lata w literaturze, pamięci, z pokolenia na pokolenie.

Czarny węgiel, kruchy lód

Czarny węgiel, kruchy lód | Bai ri yan huo | thriller | Chiny | 2014
reż. i scen. Yi'nan Diao

 (6/10)

Niepozorny film, który dość niespodziewanie wygrał tegoroczny festiwal filmowy w Berlinie.  Wyprzedził tym samym wychwalane "Boyhood" oraz fantastyczny "Grand Budapest Hotel".  "Czarny węgiel, kruchy lód" to chiński kryminał, interesujący thriller, którego akcja rozpoczyna się w 1999 roku.  Policja odnajduje w kilku transportach z węglem rozczłonkowane ludzkie ciało.  Pięć lat później sytuacja się powtarza.  Prowadzący pierwszą sprawę policjant, teraz pracujący jako ochroniarz, na nowo zaczyna interesować się sprawą, na własną rękę pomagając w odnalezieniu sprawcy makabrycznej zbrodni.  Trop prowadzi do niewielkiej pralni, w której pracuje skromna, delikatna, czarnowłosa Chinka.

"Czarny węgiel, kruchy lód" to kolejny przypadek filmu na tegorocznym All About Freedom Festival, który choć prezentuje świetny punkt wyjścia, posiada intrygujący pomysł na fabułę, obiecujący, niebanalny seans, przez co już na starcie bardzo zaostrza apetyt, niestety gdzieś po drodze zaczyna się rozmywać.  Dryfuje między dziwnymi wątkami, wybiera nieciekawe kierunki rozwoju, zamiast wykorzystywać potencjał wyjściowego pomysłu, czerpać z niego jak najwięcej, jakby zupełnie o nim zapomina, kierując historię na inne, zdecydowanie mniej interesujące tory.  Tak było chociażby w przypadku "Miłość od pierwszej walki", która cały swój impet i czar straciła tuż przed trzecim aktem, tak było również z rosyjskim "Lewiatanem", który rozmył się w połowie na wątku romansowym.  Przykro, że tak również stało się z tym chińskim filmem.

To co od samego początku wyróżnia tę produkcję to jej zupełnie inne, niezwykle celebracyjne tempo i klimat jaki ten obraz wokół siebie roztacza.  "Czarny węgiel, kruchy lód" jak na film z Dalekiego Wschodu przystało, jest kinem niespiesznym, nastawionym na obrazy, statyczne ujęcia ludzi i natury.  To powolność, która fascynuje, ale niestety z czasem zaczyna odrobinę dokuczać.  Zaskakuje tu tym bardziej więc fenomenalna scena w zakładzie fryzjerskim.  Nagła, szokująca, brutalna, dla kontrastu nakręcona nieruchomą kamerą, z pewnego oddalenia, przyglądając się ze spokojem dramatycznym wydarzeniom.  Po niej ma się wrażenie, że cały film może taki być.  Zaskakujący, bezkompromisowy, naturalistyczny w ukazywaniu przemocy i życia.  Jednak gdy rozpoczyna się zima (świetne przejście w czasie) całość zaczyna się rozmywać, przesadnie zwalniać, jakby zamarzać.  Traci swój pazur, którego niestety nie odzyskuje do samego końca.

All About Freedom

Tagi: aaff
21:28, milczacy_krytyk , festiwal
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 października 2014
8.AAFF / Lewiatan / Jesteśmy waszymi przyjaciółmi

8.AAFF / Lewiatan / Jesteśmy waszymi przyjaciółmi

Lewiatan

Lewiatan | Leviafan | dramat | Rosja | 2013
reż. Andriej Zwiagincew | scen. Oleg Negin, Andriej Zwiagincew

 (7/10)

Współczesna Rosja.  Niewielka mieścina, gdzieś nad zatoką w północnej części kraju.  Kola mieszka wraz z drugą żoną i nastoletnim synem z pierwszego małżeństwa w dużym drewnianym domu na wzgórzu.  Pewnego dnia przyjeżdża do niego znajomy prawnik z Moskwy, by pomóc mu wygrać sprawę w lokalnym sądzie.  Kola przegrał bowiem proces z Merem miasteczka, i zgodnie z wyrokiem będzie musiał wyprowadzić się z domu i oddać władzy swoją ziemię.  Rozpoczyna się skazana na porażkę walka o sprawiedliwość ze skorumpowaną władzą, w której fakty okazują się najmniej istotne.

Jak zauważono podczas debaty, która odbyła się po zakończonym seansie tego rosyjskiego filmu, w przypadku "Lewiatana" występuje dość dziwna sytuacja, pewnego rodzaju dwugłos, w pewnym stopniu wpisujący się w charakter dzisiejszej Rosji.  Nie da się ukryć, że obraz Zwiagincewa jest filmem niezwykle krytycznie nastawionym wobec rosyjskiej władzy, portretujący ją z najgorszej możliwej strony.  I choć  nie ocenzurowano tej produkcji, choć nie utrudniano jej powstania, nadal nie została zaprezentowana szerszej publiczności w rodzimym kraju reżysera.  Jej premiera jak na razie była przesuwana w czasie.  Jednocześnie jednak "Lewiatan" jest rosyjskim kandydatem do Oscara, o którego walczyć będzie w kategorii najlepszy film zagraniczny.  Z jednej strony jest więc niedostępny dla Rosjan, którzy nadal nie mogą doczekać się jego premiery, z drugiej strony jest obrazem pocztówką, reprezentującym Rosję na świecie.  Przedziwna sprzeczność.

"Lewiatan" to film o bezwzględności władzy i z założenia przegranej jednostce, która w starciu z nią nie ma żadnych szans.  Film okrutnie dołujący, przygnębiający i męczący.  Korupcja, wódka, bieda, morderstwo, jawna niesprawiedliwość, własne interesy, zderzone z okrutnym spokojem natury, która trwa bez zmian obok bohaterów, w swojej szarości, niezmienności.  Lewiatanem w tej produkcji jest przede wszystkim władza.  Bez znaczenia jakiego szczebla i z jakiego nadania.  Milicja, sądy, urzędnicy miejscy, również członkowie Cerkwi.  Oni przede wszystkim, ale jak się z czasem okazuje nie tylko, bo również i zwykli ludzie, zawistne jednostki, zazdrosne o władzę, stają się tytułowym Lewiatanem.  Bo choć wszyscy przeklinają tych co u góry, gdy sami zajmą ich miejsce, stają się identyczni. 

Jesteśmy waszymi przyjaciółmi

Jesteśmy Waszymi przyjaciółmi | We Come as Friends | dokument | Austria, Francja | 2014
reż. Hubert Sauper

 (7/10)

Przeraźliwie przytłaczający, poruszający i zasmucający dokument o sytuacji w południowym Sudanie, najmłodszym państwie świata.  Miejscu w którym prawie połowa obywateli nie ma dostępu do wody pitnej.  Miejscu, które zamieszkuje ponad 200 grup etnicznych.  To istny kocioł w którym zderzają się wszelkie możliwe wpływy.  Najeżdżają je zagraniczni inwestorzy czerpiąc zyski dla Ameryki, Chin, Wielkiej Brytanii, Francji.  Zderzają się religie: Chrześcijaństwo, Islam, z lokalnymi wierzeniami przekazywanymi od pokoleń.  To miejsce rozdarte przez wewnętrzne konflikty, sterroryzowane przez wojsko, rząd i współbraci.  W którym toczy się walka o wpływy, pieniądze i dostęp do dóbr naturalnych: ropy, cennych minerałów.  Które przeżywa nową falę kolonializmu, ukrytego pod płaszczykiem dzierżawy, kooperacji, pomocy, a nawet niesienia wiary.

"Jesteśmy waszymi przyjaciółmi" to przerażający obraz totalnej degradacji lokalnej społeczności oraz jej kultury.  Film w bezpośredni sposób ukazujący straszny obraz ludzi cierpiących z głodu, braku własnej ziemi pod uprawy, braku wody, jakiejkolwiek nadziei na lepszą przyszłość.  Dokument zrealizowany przez austriackiego dokumentalistę, który ukończył kurs pilotażu i w amatorskim, niewielkim samolocie, niczym latający Smart, wybrał się w podróż z Francji do Afryki, lądując w miejscach zwykle niedostępnych, rozmawiając z rdzennymi mieszkańcami, ukazując dramatyczną sytuację w jakiej się znaleźli.  Niczym obcy przybywający z niebios, słuchał okrutnych historii o odbieraniu ziem, ludobójstwie, narzucaniu obcej wiary, głodzie, upokorzeniu i niesprawiedliwej śmierci.  Przejmujący film.

All About Freedom

Tagi: aaff
21:07, milczacy_krytyk , festiwal
Link Komentarze (3) »
niedziela, 19 października 2014
8.AAFF / Miłość od pierwszej walki / Kapitał ludzki

8.AAFF / Miłość od pierwszej walki / Kapitał ludzki

Miłość od pierwszej walki

Miłość od pierwszej walki | Les combattants | komedia | Francja | 2014
reż. Thomas Cailley | scen. Thomas Cailley, Claude Le Pape

 (6/10)

Debiut, który swoją oficjalną premierę miał na festiwalu w Cannes.  Zwyczajna historia zauroczenia umiejscowiona w trochę odmiennych, udziwnionych okolicznościach.  On, kilkunastoletni chłopak, wraz ze swoim starszym bratem, prowadzi po niedawno zmarłym ojcu firmę, zajmującą się budową ogrodowych altan.  Niespecjalnie widzi w tym swoją przyszłość, ciągle szuka swojej drogi.  Któregoś razu na plaży spotyka przypadkowo Madeleine, twardą dziewczynę, która bardzo chce pojechać na dwutygodniowy obóz, będący treningiem do wojska.  I tak spotykają się dwa różne, przeciwstawne światy, które z pozoru wszystko dzieli, ale już niedługo coraz więcej będzie łączyć.

"Les combattants" (polski tytuł występuje pod kilkoma, różniącymi się wersjami, stąd ciężko ten film z początku odnaleźć w bazach filmowych), to taka trochę inna komedia romantyczna, trochę inna historia miłosna.  Teoretycznie podąża utartym schematem, od nielubienia, do zakochania, ale po drodze odrobinę odwraca role.  Dziewczyna jest tu pewną siebie, twardą wojowniczką, która stara się wykazywać typowo męskie cechy charakteru, przekonać innych, że wcale nie jest gorsza od typowych samców i również nadaje się do wojska.  Chłopak jest za to stroną delikatniejszą, w pewnym sensie słabszą, nie rzadko znajdując się w rolach bardziej kobiecych, jak chociażby w scenie gdy nakłada Madeleine makijaż, robiąc to z niezwykłym wyczuciem i precyzją.  

To co wyróżnia ten debiut, już od pierwszych jego scen, to niezwykła energia, jaką dostarcza fenomenalnie dobrana muzyka.  Widać to już na samym początku, od pierwszych scen w warsztacie stolarskim, które mają siłę fantastycznie nakręconego i idealnie zmontowanego teledysku.  Takich momentów jest w tym obrazie znacznie więcej i świetnie się je ogląda.  Strasznie więc szkoda, że w trzecim akcie, w momencie gdy bohaterowie zostają sami, całość siada.  Całkiem pada napięcie, opowieść zaczyna dryfować, niezwykły klimat i czar towarzyszący wcześniejszym minutom, gdzieś bezpowrotnie się rozmywa.

Kapitał ludzki

Kapitał ludzki | Il Capitale umano | dramat | Włochy, Francja | 2013
reż. Paolo Virzi | scen. Paolo Virzi, Francesco Bruni, Francesco Piccolo

(6,5/10)

Opis do tego włoskiego filmu skupia się na wypadku, w którym w Wigilię Bożego Narodzenia samochód potrąca rowerzystę.  To dramatyczne wydarzenia ma połączyć losy dwóch przypadkowych rodzin, opowiedzieć ich historię z różnych punktów widzenia.  Wypadek zapowiadany jest więc jako punkt wyjścia do dalszej opowieści, sytuacja, która stanie się początkiem, do dalszej fascynującej historii.  Tak jednak nie jest.  Co prawda potrącenie rowerzysty ma miejsce na początku tej produkcji, ale później film ten cofa się w czasie, ukazując losy kilku osób, które doprowadzają do tragicznej sytuacji.  Nie konsekwencje są więc tu (przede wszystkim) widoczne, a to co działo się z bohaterami przed ich nastąpieniem.  Okazuje się więc, że film ten jest innym obrazem, niż wynikałoby to z opisu.

Produkcja ta podzielona jest na kilka rozdziałów, które przybliżają sylwetki kilku osób, ukazują to co robili do momentu wypadku.  Całość rozpoczyna się od Dino, prostego naiwniaka, który marzy o wielkiej fortunie.  Trochę przypadkowo zaprzyjaźnia się z lokalnym biznesmenem i wchodzi w inwestycję o wielkim stopniu ryzyka, umieszczając w niej wszystkie swoje oszczędności, oraz pieniądze z kredytu, który specjalnie zaciągnął.  Dino to pierwszy bohater tej produkcji i wielka próba cierpliwości dla widza, bo przez swój charakter, jest on osobą tak okrutnie denerwującą, że naprawdę niezwykle ciężko z nim wytrzymać.  Na szczęście kolejne postaci nie są już tak irytujące.  Poznajemy m.in. żonę biznesmena, niepewną kobietę, znudzoną dostatnim życiem, starającą się znaleźć jakiś szczytny cel w swym życiu; jej męża, pewnego siebie biznesmena, który wpada w poważne tarapaty, przez które najpewniej niedługo zostanie bankrutem; młodą dziewczynę, która związana była z synem biznesmena, i ciągle z nim zrywa, choć on nadal pragnie z nią być; oraz jeszcze kilka innych, pobocznych osób.

"Kapitał ludzki" jest filmem powstałym na podstawie amerykańskiej powieści o tym samym tytule.  I choć oryginał rozgrywał się za Oceanem, a akcja tego filmu ma miejsce w niewielkim włoskim miasteczku, historia tu opowiadana jest (niestety) tak uniwersalna, że pasuje i tu i tu.  Oczywiście większy nacisk kładzie się w tym obrazie na włoski kryzys ekonomiczny, z jakim ten kraj zaczął borykać się kilka lat temu, ale pozostałe tematy: przekręty, bezrobocie, upadek kultury, problemy młodych w odnajdywaniu się w trudnej rzeczywistości, ogromne różnice kulturowe i klasowe, są częścią dzisiejszego zachodniego świata, bez różnicy na kraj.   I choć opowieść ta jest chwilami strasznie przegadana, choć momentami za bardzo się dłuży, to jednak ciekawa jest to historia, warta obejrzenia.

All About Freedom

Tagi: aaff
11:41, milczacy_krytyk , festiwal
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3