Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
wtorek, 29 października 2013
7.AAFF / Nocne gry / Gatekeepers

 7.AAFF / Nocne gry / Gatekeepers

Night Moves

Nocne gry | Night Moves | dramat | USA | 2013
reż. Kelly Reichardt

 (7/10)

Pierwotnie we środę, szóstego dnia festiwalu All About Freedom, miał zostać zaprezentowany film "Wilgotne miejsca".  Ponieważ jednak zakwalifikował się do konkursu głównego w Sundance, producenci musieli zablokować wszystkie pokazy festiwalowe jakie zaplanowane zostały aż do lutego 2014 roku.  W tym też i ten, który odbyć się miał na siódmym AAFF.  W zamian za tę produkcję do programu festiwalu dołączył film "Night Moves", nominowany do Złotych Lwów na Festiwalu w Wenecji, który swą światową premierę miał pod koniec sierpnia tego roku.  Film, który poszczycić się może świetną obsadą, bo z trójki głównych bohaterów, na których w większości skupia się kamera, wszystkich grają znani i utalentowani aktorzy.  Nominowany do Oscara za swoją rolę w "The Social Network" Jessie Eisenberg, jedna z najciekawszych aktorek młodego pokolenia - Dakota Fanning, oraz obsadzany częściej na drugich planach, świetny Peter Sarsgaard.

"Night Moves" to film bardzo skromny, delikatny i ładny.  Posiada niespieszne ale nie przedłużone przesadnie tempo, przez które naprawdę dobrze się go ogląda.  Trudno jednak o nim pisać, bo to o czym opowiada, jest tu właściwie kluczowe, to niewiadoma, której przed seansem lepiej nie wyjawiać. Tajemnica, która wyjaśnia się z czasem, do której dochodzi się samemu, obserwując poczynania bohaterów, widząc ich przygotowania do pewnego zdarzenia.  Co to będzie można się jedynie domyślać.  I właśnie przez tę niewiadomą udaje się wytworzyć całkiem spore napięcie, atmosferę oczekiwania, na to co nadejdzie.  Choć właściwie dzieje się tu niewiele.  Szkoda tylko trochę, ze po połowie, po tym jak wreszcie nadchodzi to co miało nadejść, napięcie trochę siada i ta drażniąca atmosfera się rozmywa.  Wtedy co prawda przychodzi czas na ukazanie konsekwencji tego co zaszło, jednak choć te są coraz bardziej znaczące, choć sytuacja się zagęszcza, to jakoś nie udaje się powrócić do grozy tych wcześniejszych minut i ogląda się je znacznie spokojniej niż wynikałoby to z powagi prezentowanych zdarzeń.

Dzieje się może tak dlatego, bo konsekwencje tego co nastąpiło są dość oczywiste, i to jak potoczy się już dalej ta opowieść nie jest żadną zagadką.  Wtedy pozostaje jedynie obserwacja tego, co nadejść musi.  Innej możliwości nie ma, inaczej historia ta stałaby się nieprawdziwa.  Być może dzieje się tak również dlatego, bo twórcy w drugiej części swojego obrazu wpadają w przesadną dydaktykę, wkładając w usta bohaterów zdania ważne, ale będące pewnego rodzaju niepotrzebnym wykładem.  Obraz ten jest filmem mocno ekologicznym.   Pyta się jak daleko można się posunąć w walce o dobro środowiska, w celu uświadomienia społeczeństwu, że obecna sytuacja nie jest wcale dobra, w celu zwrócenia uwagi na problemy jakie będą coraz bardziej dotykać naszą planetę, a więc i nas samych.  Filmem zastanawiającym się które działania są silnym głosem w sprawie, a które przekraczają już granice dozwolonego sprzeciwu. 

Gatekeepers

Gatekeepers | dokument | Izrael, Francja, Niemcy, Belgia | 2012
reż. Dror Moreh

 (7/10)

Po filmie fabularnym zaprezentowany został tego samego wieczoru dokument "Gatekeepers" składający się z serii wypowiedzi byłych szefów służb Szin Bet - Izraelskich Sił Bezpieczeństwa, które są odpowiedzialne za zapobieganie atakom terrorystycznym.  To agencja wywiadowcza zajmująca się monitorowaniem podejrzanych osób, przewidywaniem niebezpiecznych sytuacji i zapobieganiem kolejnym atakom.  Swoje początki ma w latach 60' gdy została założona niedługo po Wojnie Sześciodniowej.  W tym nominowanym do Oscara dokumencie byli szefowie mówią wprost do kamery o swojej zakończonej już pracy, tłumacząc historie powstania służb, sens ich działania, śledząc najważniejsze wydarzenia z historii Izraela, w których czynny udział mieli oni sami oraz agencja.  Podróżując przez ostatnie pięćdziesiąt lat, przybliżając przebieg największych zamachów, kolejnych wybuchów konfliktu palestyńsko - izraelskiego, wyjaśniając jakie były alternatywne rozwiązania, czemu podjęto takie a nie inne decyzje, zastanawiając się jak mogłaby się rozwinąć historia gdyby nie ludzkie błędy, decyzje polityków, czy często zwykły przypadek, decydujący o losach ludzi.  Odnalezienie się w tej długiej historii ułatwia podział tej produkcji na mniejsze rozdziały, których tytuły pochodzą od najbardziej szokujących, najwyrazistszych wypowiedzi zaproszonych gości.  

Prócz interesującej treści bardzo ciekawie prezentuje się tu również i forma tego dokumentu.  Fragmenty wywiadów przeplatane są archiwalnymi zdjęciami oraz animacjami, które łączą stare zdjęcia tworząc z płaskich fotografii przestrzenną rzeczywistość, pozwalającą zrozumieć w mig jak przebiegały pewne zdarzenia, odnaleźć się w tamtej przestrzeni.  Wszystko to zmontowane zostało pewną ręką, w szybki i naprawdę wciągający sposób, przez co ogląda się ten dokument w pełnym zaciekawieniu od pierwszej do ostatniej minuty.  To co jest w nim jednak najbardziej niezwykle, to to, ze choć wypowiadające się tu osoby reprezentują wyłącznie jedną stronę konfliktu, wymowa tego obrazu nie sprawia wrażenia stronniczej.  Byli szefowie patrzą również krytycznie na działania swoich rodaków.  Obwiniając polityków za niewłaściwie decyzje, spoglądając krytycznym okiem na decyzje Izraela jakie zostały podjęte na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat.  Decyzje w sprawie konfliktu, który trwa od dawna i co najgorsze nadal nie widać żadnych szans na jego zakończenie.  I to jest tu chyba najbardziej przerażające.  To w jak prosty ale uderzający sposób, przez zwykle wypowiedzi kilku osób, udaje się tej produkcji ukazać, po pierwsze bezsens wojny i konfliktów zbrojnych jako takich, a po drugie przerażającą niemożność zakończenia tego konkretnego sporu, przez który nadal będą ginąć ludzie.  

Tagi: aaff
20:58, milczacy_krytyk , festiwal
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 października 2013
7.AAFF / Życie Adeli. Rozdział 1 i 2

 7.AAFF / Życie Adeli. Rozdział 1 i 2

Życie Adeli

Życie Adeli. Rodział 1 i 2 | La vie d'Adele - chapitre 1 & 2 | melodramat | Francja | 2013
reż. Abdellatif Kechiche

 (8,5/10)

Są takie nieliczne filmy, po obejrzeniu których świat wygląda odrobinę inaczej.  Rzeczywistość do której wracamy z ciemnej sali kinowej jest trochę inna od tej z której przyszliśmy.  "Życie Adeli" jest jednym z takich filmów.  Trudno jednak w pełni wytłumaczyć na czym polega jego osobliwość, jak to się dzieje, że wyzwala takie nietypowe uczucie.  To, że jest to produkcja wyjątkowa czuje się jednak już od pierwszych minut tego długiego seansu, który jednak choć trwa aż trzy godziny, ani przez chwilę nie wydaje się być wydłużony na siłę, czy przegadany.  Choć mówi się tu dużo i długo na tematy poważne ale i błahe.  "Życie Adeli" to wycinek z życia pewnej młodej dziewczyny.  Dokładniej rzecz biorąc dwa fragmenty, o czym świadczy chociażby sam tytuł, dzielący ten obraz na dwa rozdziały.  Pierwszy, gdy jeszcze jako nastolatka chodzi do szkoły, zaczyna umawiać się z chłopakami i w tym czasie poznaje zjawiskową Emmę, dziewczynę o niebieskich włosach.  Drugi, oddalony od poprzedniego o kilka lat, gdy Adela żyje już wspólnie z Emmą, dzieląc z nią razem swoje życie.  Jednak choć ten krótki opis wskazywać by mógł na to, że "Życie Adeli" jest filmem dość hermetycznym, należącym do nurtu kina LGBT, wszak opowiada o związku dwóch kobiet, historia w nim opowiadana jest nadzwyczaj uniwersalna.

To, że partnerką bohaterki jest kobieta, a nie mężczyzna jest tu prawie nieistotne.  To szczegół, który niewiele interesuje reżysera, pozwalający przede wszystkim skupić się na kobiecej naturze, w pełni kontemplować jej niezwykłość.  Tematem tego filmu nie jest bowiem homoseksualizm głównej bohaterki.  Reżyser pełnym łukiem omija schemat, który kierowałby tę opowieść na takie tory.  Bo choć bohaterka dopiero co odkrywa swoje pragnienia, choć dopiero zaczyna do nich dorastać i je rozumieć dzięki relacji jaka zaczyna łączyć ją z Emmą, to nie jest tu ważne.  To zaledwie pewna strona więzi jaka wytwarza się między dziewczynami, która naturalnie się pojawia, bo musi się pojawić, inaczej historia ta byłaby nieprawdziwa, ale nie interesuje ona reżysera.  Dlatego też po poznaniu się dziewczyn przenosi akcję o kilka lat wprzód, omijając kolejno etapy 'godzenia' się z własną orientacją seksualną, omija proces akceptacji jej przez rodzinę, znajomych i samą bohaterkę.  Nie o tym jest bowiem ten obraz.  Jego tematem jest miłość.  Po prostu.  To film o pierwszej miłości.  Prawdziwej, wielkiej, dodającej skrzydeł, zatrzymującej wszechświat, która mimo wszelkich przeciwności wybucha wielkim ogniem i trwa w spełnieniu.  To produkcja mówiąca o uczuciu, które jest tajemnicą, o szczęściu, które wszystkiemu nadaje sens.  

To film o miłości, która łączy w sobie fascynację osobą ale również jej fizycznością.  Tej drugiej jest tutaj niezwykle dużo.  Jednak choć sceny zbliżeń są niezwykle szczegółowe i bliskie, choć w dokładności prezentacji erotycznych uniesień mogą ocierać się o pornografię, są jednak nakręcone z ogromnym wyczuciem, smakiem i gustem.  Choć wszystko jest w nich na wierzchu, choć są energiczne i długie, jednocześnie fizyczna miłość bohaterek ukazana jest tu z delikatnością, czułością i smakiem.  To małe dzieła sztuki, które ukazują piękno aktu miłosnego, w którym łączą się ciała, ale również jeśli panuje między nimi miłość, łączą się też dusze.  Bo seks ukazany jest tu nie jako nieprzyjemna, wstydliwa czynność, pewien niechciany obowiązek, sprawiający ból.  Wstydliwy, dokonywany w pośpiechu, po ciemku, jak często widzi się go chociażby w polskim kinie.  To uczta ciał, odczuwających kontakt z drugim człowiekiem wszystkimi zmysłami.  Fizyczna oznaka miłości, którą można się delektować, pożerać łapczywie, przeciągać w kolejnych uniesieniach.  Fizyczny akt, z którego można czerpać duchową przyjemność i dzielić się nią z najbliższą osobą.  Trochę niczym jedzenie, smakowanie, do którego reżyser również przywiązuje sporą uwagę, wielokrotnie ukazując bohaterkę gdy konsumuje różne dania, te sobie znane, ale również te, które jak jej się dotychczas zdawało, nie będą jej smakować.  

To wyczulenie na zmysły możliwe jest dzięki bliskim planom, w których przede wszystkim nakręcony jest ten film.  Obraz bliski Adeli, jej uczuć i myśli, śledzący jej życie, ale nie robiący tego w dokumentalnej formie.  To dokładne ale w pełni fabularne spojrzenie, któremu daleko do chłodnej obserwacji, zwykłego podglądactwa.  Jest bowiem w tym obrazie niezwykły szacunek do bohaterek.  Spojrzenie z pewnego rodzaju podziwem, dostrzegające ich zmysłowość, wydobywające z nich pełnię kobiecości.  To film starający się w pełni zrozumieć na czym polega istota kobiecości, oddać na ekranie to co niewytłumaczalne.  Przedstawiający kobiety w piękny i prawdziwy sposób.  Ich uczucia, emocje, skomplikowanie.  Zjawiskowość, która kryje się w szczegółach, spojrzeniach, gestach.  Ukazywana w ciepłych kadrach, w filmie, który płynie spokojnie przed siebie i właściwie mógłby się nie kończyć.  Jednej z najlepszych produkcji jaka w tym roku odwiedza polskie ekrany.  Pięknej historii miłosnej, zgłębiające sens tego uczucia.  Uczucia, które jak mówi do bohaterki pewien starszy już mężczyzna - nie posiada płci.  A jeśli już ktoś obdarzy nas miłością, to jedyne co powinniśmy zrobić, to pójść z nią przez życie.  Bo tylko wtedy ma ono sens.

Tagi: aaff
16:16, milczacy_krytyk , festiwal
Link Komentarze (1) »
niedziela, 20 października 2013
7.AAFF / Heli / Ambasador / Pussy Riot

 7.AAFF / Heli / Ambasador / Pussy Riot: Modlitwa Punka

Drugi dzień siódmej edycji All About Freedom Festival (na pierwszy niestety nie udało mi się dojechać) obfitował w masę filmowych wrażeń.  Trzy filmy pokazane w jednym ciągu - fabularny "Heli", oraz dwa dokumenty wzbogacone o debaty po seansach z ich reżyserami: duński "Ambasador" i rosyjsko-angielski "Pussy Riot: Modlitwa Punka".  Wszystkie poruszające temat wolności, jednak każdy dotykający trochę innego jej aspektu.

Heli

Heli | dramat | Francja, Holandia, Meksyk, Niemcy | 2013 
reż. Amat Escalante

 (6/10)

"Heli", meksykański kandydat do Oscara, rozpoczyna się tak jakby miał być spokojną choć dość smutną historią trzynastoletniej dziewczynki, która mieszka w niewielkim domu, wraz z ojcem, bratem, jego żoną oraz ich ledwo co narodzonym dzieckiem.  Historią dziewczynki, która przeżywa swoje pierwsze zakochanie, w siedemnastoletnim Beto.  Jednak wtedy ta treść zupełnie nie pasowałaby do tytułu tego obrazu, a ten jest imieniem brata dziewczynki.  Chłopaka, który ledwo co przestał być nastolatkiem, który od niecałego roku jest żonaty, ma dziecko, ledwo wiąże koniec z końcem, pracując w lokalnej fabryce samochodów.  Heli staje się głównym bohaterem tej opowieści dopiero po rozpoczęciu drugiego aktu, gdy w wyniku pomyłki zostaje porwany wraz z siostrą przez zamaskowanych ludzi i wciągnięty w wyrównywanie rachunków narkotykowego biznesu.  Poprzez te dwie postaci reżyser przedstawia współczesny Meksyk.  Skorumpowany kraj w którym mafia współpracuje z policją, w którym rachunki wyrównuje się ponad prawem, nielegalne biznesy kwitną w najlepsze, a władze organizują pokazowe akcje palenia i niszczenia nielegalnych przedmiotów, czy przejętych narkotyków.  Smutny to film, ale jakoś przedziwnie odległy.  Mało angażujący i kończący się właściwie na niczym.  Być może dlatego, że jest on takim wycinkiem życia, spojrzeniem na kilka chwil z życia młodego chłopaka i jego rodziny, które rozpoczyna się bez wyraźnego początku i kończy bez konkretnego finału.  Wycinek z trudnej, biednej rzeczywistości bez jasnych widoków na przyszłość.  Choć wielokrotnie przedstawianych w pięknych barwach zachodzącego słońca.

Ambasador

Ambasador | dokument | Dania | 2011
reż. Mads Brügger  

 (6/10)

Drugim filmem wieczoru był "Ambasador".  Dokument, przy którym już na wstępie zaznaczano, nie był sztucznie wyreżyserowany, zagrany czy ustawiony.  Jak zapewniał reżyser Mads Brügger wszystko co zostało nagrane było prawdą, a jedynym "teatrem" wytworzonym na potrzeby tej produkcji, były postaci w jakie wcielił się on i jego asystentka.  Wszystkie postaci tu występujące są prawdziwe, jak również ich reakcje i zachowania nie były udawane.  Rzecz dzieje się w Afryce, w biednym państwie Liberii, do którego przyjeżdża reżyser podając się za dyplomatę.  Człowieka z tysiącem pomysłów na ulepszenie życia mieszkańców kraju wyniszczonego przez niedawno co zakończoną wojnę domową.  Jego głównym pomysłem jest budowa fabryki wytwarzającej zapałki, w której zatrudnienie będą mogli znaleźć mieszkańcy wiosek oraz pigmeje.  "W podzięce" konsul będzie mógł wzbogacić się otrzymując cenne diamenty, jakie wydobywane są w licznych kopalniach tego kraju.  A dokument ten jest podglądem na jego pracę tam.  Pracę polegającą na spotykaniu się z innymi dyplomatami, członkami rządu, wysoko postawionymi osobami, oraz zwykłymi ludźmi, których poznaje na swojej drodze.  Jak reżyser mówił w debacie, która odbyła się tuż po zakończonym seansie, chciał nakręcić film, który byłby cyniczny, który nie przypominałby innych obrazów o Afryce - w którym nie byłoby chorych dzieci, przedstawicieli różnego rodzaju organizacji wtrącających się w lokalne życie, który przybliżyłby sytuację jaka naprawdę panuje w najbiedniejszych krajach Czarnego Kontynentu.  I takiego typowego obrazu Afryki tutaj faktycznie nie ma.  Jest obłuda, wszechobecna korupcja, straszny smutek z powodu zawiedzionych nadziei ludzi, którzy są wykorzystywani przez nielegalne interesy bogaczy.  Jedno wielkie bagno, w którym zwykli ludzie nie mają szans na dobre życie.  A przy okazji jest to film, który ukazuje potęgę wizerunku, i siłę przekonań.  Bo przez sam wygląd, pewność z jaką reżyser grał swoją rolę, jego postać dla wszystkich stała się rzeczywista i nikt nie kwestionował jej prawdziwości.  Niezwykłe.

Pussy Riot

Pussy Riot. Modlitwa Punka | Pussy Riot. A Punk Prayer | dokument | Rosja, Wielka Brytania | 2012 
reż. Mike Lerner, Maxim Pozdorowkin 

 (8/10)

Na koniec drugiego dnia festiwalu wyświetlony został najciekawszy film ze wszystkich trzech.  Interesujący, wciągający i zaskakująco obiektywny dokument "Pussy Riot: Modlitwa Punka", który przybliża postaci dziewczyn, które trochę ponad rok temu, w kolorowych kominiarkach, weszły do jednej z moskiewskich cerkwi i tam dały zaledwie 40 sekundowy występ muzyczny, będący właściwie wystąpieniem politycznym, za który zostały później postawione przed sądem i skazane na dwa lata zamknięcia w kolonii karnej.  Feministki, artystki, młode dziewczyny, które sprzeciwiają się rządom obecnej władzy w Rosji.  Które protestują przeciwko umniejszaniu roli kobiet w społeczeństwie, które nawołują do rozdzielenia instytucji kościoła od państwa, które walczą o prawa dla społeczności LGBT, a wszystko to poprzez swoje spontaniczne akcje, niezapowiedziane koncerty, organizowane w nietypowych miejscach: w sklepie z odzieżą, na Placu Czerwonym itp.  Film niezwykle ciekawy, bardzo dokładnie przybliżający całe zajście, o którym i w Polsce było swego czasu dość głośno.  Rozpoczynający się na kilka miesięcy przed feralnym występem grupy, towarzyszący w jej przygotowaniach do koncertu, później śledzący kolejno: zatrzymanie, proces i wreszcie niekorzystny wyrok.  Wykorzystujący nagrania z sal sądowych, z przesłuchań, jak również nagrania realizowane przez sam zespół.  Dokument przemyślany, uporządkowany, zmontowany z werwą.  Ukazujący sylwetki trzech dziewczyn, które zostały zatrzymane (choć Pussy Riot jest grupą składającą się z kilkunastu osób, które nadal aktywnie działają), czy to poprzez archiwalne nagrania z ich lat młodzieńczych, czy to poprzez rozmowy przeprowadzane z ich rodzicami.  Przeplatające się często ale niezwykle płynnie.  Naprawdę świetny dokument, który nie tylko przybliża intencje jakimi kierowały się dziewczyny, sens ich działalności, tłumacząc i wyprostowując kontrowersyjną sytuację, która w mediach została przedstawiona w różnym świetle, ale który również jest interesującym spojrzeniem na współczesną Rosję.  Demokratyczny kraj, któremu niby blisko do zachodniej Europy, ale który jednak nadal jest bardzo mocno zatopiony w dawnym systemie.  W systemie z którym coraz głośnej zaczynają sprzeciwiać się młodzi.  Przekonani o swojej sprawie, inteligentni i pełni ideałów, którzy swoim działaniem chcą doprowadzić do zmian.  Którym przede wszystkim zależy na wolności, pełnej i nadal niestety jeszcze niedostępnej.

7.AAFF

Tagi: aaff
14:14, milczacy_krytyk , festiwal
Link Komentarze (1) »
wtorek, 15 października 2013
Legenda Kaspara Hausera

Io sono

Legenda Kaspara HauseraLegenda Kaspara Hausera (2012) Włochy

reżyseria i scenariusz: Davide Manuli
aktorzy: Vincent Gallo, Fabrizio Gifuni, Elisa Sednaoui, Silvia Calderoni, Claudia Gerini, Marco Lampis
muzyka: Vitalic
zdjęcia: Tarek Ben Abdallah
montaż: Rosella Mocci 

 (6/10)

Jakiś czas temu, będzie już chyba z rok, w sieci zadebiutował pewien niezwykły zwiastun do czarno-białego filmu.  Prezentował on mężczyznę stojącego tyłem do kamery, gdzieś na pustyni, który zaczyna tańczyć w rytm elektronicznej muzyki, a kilka sekund później, co by jeszcze było dziwniej, przelatują nad nim trzy niezidentyfikowane obiekty latające.  Niby tak niewiele, a ciekawość zaostrzona do granic możliwości.  Choć właściwie nic z tych obrazów nie wynika.  Był to zwiastun do włoskiego filmu "Legenda Kaspara Hausera".  I co najciekawsze ten szalony obrazek w nim prezentowany nie jest wcale czymś najdziwniejszym co czeka na widza w czasie samego seansu.  Ten jest jednym z najbardziej odjechanych, zwariowanych i chwilami pozytywnie zakręconych, jakie zobaczyć można w tym roku w kinach.  

Jest rok zerowy.  Miejscem akcji jest Wyspa X nad Morzem Y.  Albo na odwrót, to nie jest akurat ani trochę ważne.  Całość rozgrywa się na bliżej nieokreślonym pustkowiu, w miejscu w którym lokalni mieszkańcy wierzą w pewną historię.  Opowiada ona o chłopcu o imieniu Kasper Hauser, który któregoś dnia zostanie odnaleziony na plaży.  Kim jest tego nikt nie wie.  Prorok, cudotwórca, zwykły człowiek, albo wybraniec?  Trudno powiedzieć.  Dzieje się jednak tak, że mityczna historia zaczyna wcielać się w życie i któregoś dnia naprawdę na brzeg morza woda wyrzuca ciało chłopaka w samym dresie, ze słuchawkami na uszach, i swoim imieniem wypisanym na torsie.  Myśleć by można, że pojawienie się nieznajomego będzie przyczynkiem do wielu, konkretnych zdarzeń, że znacząco wpłynie na (nielicznych) mieszkańców wyspy.  Nic z tych rzeczy.  Dalej czeka na nas potok niewiele znaczących, ale rozbrajających scen, które układają się w idiotyczną historię, z której niewiele co wynika.  Ale wygląda ona i brzmi świetnie, o co zadbali zdjęciowiec Tarek Abdallah, oraz autor utworów tu wykorzystywanych czyli Vitalic.  

Wszystko co zawiera się na ten film jest umowne i tworzone jakby dla zgrywu.  To taka bardzo luźna, posunięta do granic absurdu wariacja na temat prawdziwej legendy o Kasparze Hauserze.  Już sam wybór bohaterów rozbraja.  Jest tu bowiem szeryf, nieustannie powtarzający "yeah", który pojedynki zamienił na taniec.  Jest Prostytutka, która pragnie opuścić opustoszałą wyspę, jest Sługa nie mający z kim grać w nogę.  Jest też jeżdżący na białym motorze diler narkotykowy, który wykonuje polecenia Księżnej, kobiety jakby żywcem wyjętej z dawnego Moulin Rouge.  Jest też ksiądz noszący przy sobie broń, którego męczą myśli niespokojne, oraz wreszcie nie potrafiący sklecić zdania Kasper, wiecznie bujający się do elektronicznych rytmów chłopak, które słyszy w niepodłączonych do niczego słuchawkach.  Wszyscy Ci bohaterowie to pewne pozy, reprezentacje, a nie postaci z krwi i kości.  Zamknięte w historii bez większego sensu, którą obejrzeć można z ciekawości, dla pośmiania, zadziwienia się, jednak niczego więcej.  Niestety to nie drugie "Holy Motors", które mimo swej abstrakcyjności i absurdalności było filmem, z którego czerpać można było niemal bez końca.

Tagi: dramat
19:19, milczacy_krytyk , 06
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 października 2013
Grawitacja

don't let go

GrawitacjaGrawitacja (2013) USA, Wielka Brytania

reżyseria: Alfonso Cuarón
scenariusz: Jonás Cuarón, Alfonso Cuarón
aktorzy: Sandra Bullock, George Clooney
muzyka: Steven Price
zdjęcia: Emmanuel Lubezki
montaż: Alfonso Cuarón, Mark Sanger

 (8,5/10)

"Grawitacja" to jeden z tych filmów, które perfekcyjnie udowadniają, że to kino jest najlepszym miejscem do oglądania filmów.  Tu przede wszystkim jest ich miejsce: na wielkim ekranie, w ciemnej sali, w której w pełni można docenić wszystko to co składa się na dzieło filmowe.  Nie telewizja, nie małe ekrany tabletów.  "Grawitacja" jest obrazem stworzonym na wielki ekran, im większy tym lepiej.  Jej premiera to prawdziwe święto dla wszystkich tych, którzy kochają kino, dla których jest ono czymś znacznie więcej niż tylko miejscem, w którym wyświetla się filmy.  Dla których kontakt z X muzą jest doznaniem znacznie donioślejszym, którzy przeżywają i chłoną ją wszystkimi zmysłami, przenosząc się dzięki niej do miejsc całkiem niedostępnych.  I choć historia opowiadana w „Grawitacji” jest banalnie prosta, choć można ją streścić w dwóch, trzech zdaniach, choć nie jest to film ani głęboki ani szczególnie rozbudowany pod względem fabuły, jest to obraz który robi ogromne wizualne wrażenie.  I choć stara się odrobinę wzbogacić swą treść wspominając o samotności, o stracie i ogólnej równości nas wszystkich (bo mimo, że na kokpitach stawiane są rożne figurki czy święte obrazki, w obliczu ostatecznego wszyscy jesteśmy przecież tacy sami, wszyscy jesteśmy po prostu ludźmi) w sumie to banał, do tego momentami przesadnie ckliwy.  Najbardziej bolą tu niektóre dialogi, typowo amerykańskie wstawki, bliższe filmowi pokroju "Armageddonu" niż produkcji bądź co bądź mającej ambitniejsze aspiracje.  Wszystkie te niedogodności jednak nie denerwują bo wygląd tego filmu w pełni wynagradza wszystkie dialogowe i scenariuszowe słabości.

Nie było w tym roku filmu tak efektownego.  Nie było filmu, który tak perfekcyjnie udawałby rzeczywistość, który w tak przekonujący sposób wciągałby do swego świata, który tak znacząco wpływałby na zmysły.  "Grawitacja" to popis dzisiejszych możliwości technicznych filmowców.  Nie od parady Hollywood nazywane jest Fabryką Snów.  To miejsce w którym najbardziej szalone i wydawać by się mogło niewykonalne pomysły stają się realne. "Grawitacja" jest tego najlepszym przykładem.  Bo pytanie "ale jak oni to nakręcili?" można tu zadawać bez końca.  Jednocześnie, pamiętając, że to tylko film, udawane przedstawienie, ani przez chwilę nie ma się tu wątpliwości gdzie rozgrywa się akcja tego obrazu.  Jesteśmy w kosmosie.  W przeraźliwie zimnej i ogłuszająco cichej próżni, na orbicie nad Ziemią wraz z dwójką astronautów - doktor Stone (świetna Bullock) i Mattem Kowalsky'm (epizodyczny ale wyraźnie zaznaczający swoją obecność Clooney), którzy jako jedyni ocaleli z deszczu szczątków po rosyjskim satelicie, który wyrządził ogromne szkody w ich promie, uniemożliwiając im powrót do domu.  Teraz z coraz szybciej kończącym się zapasem tlenu muszą wymyślić jak wrócić na Ziemię, z którą na domiar złego całkiem stracili kontakt.  I co najbardziej niezwykłe, i czego w ogóle nie widać było po zwiastunie, te półtorej godziny spędzone z nimi w kosmosie to totalna jazda bez trzymanki, thriller, który wbija w fotel, przyspiesza bicie serca i nie pozwala się choćby odrobinę ruszyć aż do napisów końcowych.  Nigdy w życiu bym nie pomyślał, że to co w zapowiedziach wyglądało na powolny, spokojny i może nawet odrobinę nudny film, okaże się być produkcją wypakowaną po brzegi akcją, potrafiącą zagwarantować więcej emocji niż niejeden ziemski konkurent.  Bo gdy po krótkim wstępie nadlatują pierwsze szczątki, powodując totalne zniszczenie promu kosmicznego na którym byli astronauci, akcja dostaje ogromnego kopa i nie zwalnia ani na trochę, aż do bardzo efektownego finału.  

Efektowny z resztą jest cały film.  To półtora godzinny pokaz genialnych efektów specjalnych, oraz umiejętności jednego z najlepszych autorów zdjęć dzisiejszych czasów - Emmanuela Lubezki.  „Grawitacja” to arcydzieło pracy operatorskiej.  Doskonałe w każdym ujęciu, perfekcyjnie w każdej minucie, od pierwszych scen w całkowitej ciszy ukazujących piękno Ziemi, przez kilkunastominutową scenę wstępu, zrealizowaną w jednym ujęciu, przez kolejne coraz bardziej rozbuchane dziewięćdziesiąt minut. Arcydzieło zdjęć, perfekcyjnie uzupełnionych o nieziemskie efekty specjalne, które doprowadzone sa do takiej perfekcji, że chwilami aż ich nie widać.  Łzy zamieniające się w lewitujące krople, krople wody padające na obiektyw kamery, płynna praca kamery, która niczym wszystko widzące oko jest w stanie zajrzeć wszędzie gdzie to tylko możliwe, wlatując za skafander astronautów, pokazując ich punkt widzenia.  Płynne przeloty przemyślane w każdym nawet najmniejszym ruchu.  Majstersztyk.  To właśnie dzięki mistrzowskiej pracy Lubezkiego udaje się tu oddać uczucie braku przyciągania, bezwładności przez którą wszystkie ruchy odbywają się jakby w zwolnionym tempie.  To dzięki nim w pełni rozumie i czuje się tę ogromną potrzebę odnalezienia stałego punktu jaki panicznie szuka bohaterka lewitując w bezkresnej przestrzeni.  I przede wszystkim dla tych zdjęć warto wybrać się do kina.  By przeżyć tę historię, by złapać się na tym, że przez cały seans kurczowo trzymało się oparć fotela, by (być może po raz pierwszy w życiu) poczuć zawroty głowy od tego co widoczne na ekranie.  Marsz do kin!

*

Za możliwość obejrzenia "Grawitacji" na specjalnym pokazie przedpremierowym, serdecznie dziękuję dystrybutorowi filmu - Warner Bros. Polska.

12:01, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2