Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
sobota, 29 października 2011
Contagion - Epidemia strachu

forsycja

Contagion - epidemia strachuContagion - Epidemia strachu (2011) USA, Zjednoczone Emiraty Arabskie Jedenastki 2011 - Najlepszy Soundtrack

reżyseria: Steven Soderbergh
scenariusz: Scott Z. Burns
aktorzy: Marion Cotillard, Matt Damon, Laurence Fishburne, Jude Law, Gwyneth Paltrow, Kate Winslet, Bryan Cranston, Jennifer Ehle, Chin Han, John Hawkes, Sanaa Lathan, Demetri Martin, Anna Jacoby-Heron, Elliott Gould, Enrico Colantoni, Larry Clarke, Armin Rohde, Monique Gabriela Curnen
muzyka: Cliff Martinez
zdjęcia: Steven Soderbergh
montaż: Stephen Mirrione

 (7=/10)

Ten film spisuje się świetnie jako informacja poglądowa.  Przypomnienie, ostrzeżenie, unaocznienie.  Zwraca uwagę na rzeczy, z których nie do końca zdajemy sobie sprawę, które w zabieganej codzienności uchodzą naszym oczom, a zdecydowanie nie powinny.  Bo kto by pomyślał, że tylko w ciągu jednego dnia dotykamy swojej twarzy ponad dwa tysiące razy, ułatwiając wszelakiego rodzaju mikrobom dojście do naszego organizmu?  W międzyczasie mamy jeszcze kontakt z przekaźnikami czyli klamkami od drzwi, poręczami, zwykłymi przedmiotami, które dotykają również inne osoby, zostawiając na nich swój ślad, tworząc tym samym błyskawiczną, trudną do wyśledzenia drogę dla wirusów, bakterii.  I takie zwrócenie uwagi na to niewidzialne zagrożenie, udaje się filmowi Soderbergha perfekcyjnie.  Jego obraz zwiększa naszą świadomość, otwiera nam oczy, uwidacznia to co niewidzialne, wręcz zmusza by od razu, po zakończonym seansie, czym prędzej pobiec do toalety i dokładnie umyć swoje ręce.  By zastosować się do kilku wskazówek, pojawiających się w trakcie seansu.

 

„Epidemia strachu” to obraz podsuwający pewne wątpliwości, nie mówiący wprost, ale spoglądający krytycznym okiem na przemysł farmaceutyczny.  Który jest czystym biznesem, wykorzystującym nadarzające się okazje.  A jaka może być większa okazja, niż światowa epidemia, rozprzestrzeniająca się w błyskawicznym tempie po kolejnych kontynentach?  To film sugerujący, że potencjalne miliony zarobione na szerzącej się epidemii będą (są) znacznie ważniejsze od milionów ludzkich istnień.  Bo przemysł ten, jak każdy inny, kieruje się przede wszystkim chęcią zysku, korzyściami finansowymi.  Jest zależny, skomplikowany,  stojący w poprzek innych, alternatywnych sposobów leczenia, odrzucających nowoczesną medycynę, zwracających się w kierunku tradycji, natury.  Wychodzący z założenia, że skoro nie można na czymś wystarczająco dobrze zarobić, to nie może być to skuteczne.  Stąd też orędowników alternatywy najlepiej byłoby jak najszybciej uciszyć, by nie przeszkadzali, nie podsuwali wątpliwości.

"Contagion" to film rozpoczynający się niezwykle szybko i bardzo mocno.  W ciągu zaledwie kilku pierwszych minut, na naszych oczach, umiera pierwsza osoba.  I to nie byle jaka, bo grana przez Gwyneth Paltrow kobieta, która właśnie co wróciła z biznesowej podróży z Hong Kongu.  I nie jest to wcale spoiler, bo o tym, co się z nią stanie, informował nas już bardzo dobry zwiastun.  Jednak, dosłownie chwilę później, umiera ktoś jeszcze.  Ktoś zdecydowanie bardziej nietykalny w amerykańskich produkcjach: dziecko.  I to już jest nie lada szok, bo takie sytuacje w kinie nieczęsto mają miejsce.  W dalszej części filmu, umierają kolejne osoby i tak naprawdę nikt nie może czuć się bezpieczny.  Reżyser tym pierwszym zgonem, daje nam jasno do zrozumienia, że każdy może się zarazić.  Choć obsada jest tu naprawdę imponująca, prawie każdą postać gra rozpoznawalny aktor, ale gdy wejdzie już w kontakt z wirusem, wkrótce zniknie z ekranu.  Bez znaczenia, jak znane nazwisko nosi. 

 

Szkoda jednak, że po tak dobrym rozpoczęciu, obraz ten coraz bardziej się rozmywa.  Aby pokazać postawę przemysłu farmaceutycznego, kolejnych organizacji, a także rządu, szybko (już tak gdzieś w połowie seansu) na horyzoncie pojawia się możliwe wybawienie -  szczepionka.  I dokładnie wtedy całe napięcie drastycznie siada.  Bo tak jak początkowy strach o to co przyniesie przyszłość, widmo paniki i zagłady, świetnie podkręcały napięcie, tak późniejsza, co prawda daleka, ale jednak, istniejąca szansa ratunku powoduje, że kolejne wydarzenia nie są już tak emocjonujące.  Źle oddziałuje na ten obraz również globalny zasięg rozgrywającej sie akcji.  Z jednej strony dzięki takiemu całościowemu spojrzeniu, otrzymujemy obraz tego co dzieje się w wielu miejscach na świecie, śledząc kolejne postaci i ich losy.  Ale właśnie przez to, obraz ten coraz mocniej oddala się od osobistych dramatów.  Kolejne zgony nie są już tak szokujące, historia przestaje być bliska.  Co prawda nadal jest ciekawa, ale daleko jej do początkowego napięcia.

Niezbyt dobrze wypada w tym obrazie również zakończenie.  Jak na taki film, zdecydowanie zbyt optymistyczne, lekkie, za bardzo ugrzecznione.  Zupełnie jakby zostało wyjęte z trochę innego obrazu, a nie z produkcji opowiadającej o epidemii wirusa, na który umierają miliony ludzi na całym świecie.  Szczególnie razi scena rozgrywająca się wieczorem w domu bohatera, którego gra Matt Damon.  Cały film niestety bardzo mocno podąża za standardowym schematem charakterystycznym dla tego typu produkcji, składającym się z kilku faz: zakażenie, rozprzestrzeniający się wirus, obserwacja zachowań społeczeństwa, poszukiwania szczepionki, dzięki której trochę później, niż prędzej, udaje się opanować sytuację.  Szkoda, że Soderbergh nie zdecydował się na zerwanie z tym schematem, na pójście trochę inną drogą.  Kłopotliwe dla reżysera okazuje się również tak szerokie spojrzenie na zaistniałą sytuację.  Nie udaje mu się bowiem pozamykać wszystkich wątków: niektóre co prawda całkiem zgrabnie kończy, inne jednak zostawia samym sobie, jakby o nich zupełnie zapominając.

 

To, co najlepsze można powiedzieć o tym obrazie, to to, że jest… interesujący.  Tylko tyle i aż tyle.  To wieloosobowe spojrzenie na hipotetyczną sytuację.  Taki żywy eksperyment, symulacja, ukazująca co by było gdyby.  Wykonana jednak w niezbyt szczegółowym zakresie, wyciągająca i skupiająca się jedynie na pewnych aspektach takiej sytuacji.  Historia opowiedziana ze sporym dystansem, chłodna, jakby wycofana.  Przedstawiająca kolejne wydarzenia jakby z oddali, bez przesadnych emocji, dramatyzowania.  By uniknąć zbyt laboratoryjnego i zimnego klimatu, z pomocą przychodzi całe szczęście świetna muzyka Cliffa Martineza - bardzo dobry rok dla tego kompozytora.  Proste brzmienia, rytmiczne melodie, nieskomplikowane zapętlające się elektroniczne motywy, które zapamiętuje się w mig i które świetnie podkręcają ten bardzo spokojny obraz.  Dzięki muzyce nawet najnudniejsze momenty, najbardziej spokojne chwile nabierają odpowiedniego charakteru, zyskują wiele.  Świetny soundtrack.

21:37, milczacy_krytyk , 06
Link Komentarze (7) »
czwartek, 27 października 2011
Paranormal Activity 3

Toby

Paranormal Activity 3Paranormal Activity 3 (2011) USA

reżyseria: Henry Joost, Ariel Schulman
scenariusz: Christopher B. Landon
aktorzy: Katie Featherston, Sprague Grayden, Mark Fredrichs, Lauren Bittner, Christopher Nicholas Smith, Chloe Csengery, Brian Boland, Dustin Ingram, Jessica Tyler Brown
zdjęcia: Magdalena Górka
montaż: Gregory Plotkin

 (8/10)

Niesamowita jest ta seria filmów.  Banalny koncept, bardzo niski budżet, niezwykle proste wykonanie.  Spełnienie marzeń każdego producenta - filmy kręcone niezwykle szybko, z pominięciem jakichkolwiek wielkich nazwisk w obsadzie, nie potrzebujące ani wielu lokalizacji, ani licznej obsady, a i tak przyciągające do kin prawdziwe tłumy widzów.  Produkcje, które można bez problemu streścić w dwóch zdaniach, a które nadal są interesujące, wciągające i o dziwo stale mają wiele do zaoferowania, chyba nawet jeszcze więcej niż na samym początku.  Bo choć pierwsza kontynuacja „Paranormal Activity” nie była zbyt udana, tak druga nadrabia i to bardzo.  To wprost niebywałe, że trzecia część tak prostego horroru prezentuje tak wysoki poziom.  Niezwykle dobrze trzyma w napięciu, ma gęstą, ani na chwilę nie rozwiewającą się atmosferę, straszy perfekcyjnie i wielokrotnie.  Bo "Paranormal Activity 3" to film znacznie bardziej przerażający od niezbyt udanej pierwszej kontynuacji, co więcej miejscami nawet bardziej straszny niż część pierwsza.  Być może trochę dlatego, bo pozwalający sobie tym razem na znacznie więcej.  Wszyscy Ci, którym nie podobały się dwie poprzednie części, lub którzy ich nie widzieli, bo nie przekonał ich sam koncept na te horrory, nie znajdą i w tym obrazie jednak niczego dla siebie.  Bo trójka utrzymana jest w klimacie poprzednich aktywności, polega na tym samym i straszy w bardzo podobny sposób (choć jak się jej bliżej przyjrzeć, jako film, jest jednak trochę inna od poprzedniczek).  Natomiast wszyscy Ci, którym przypadły do gustu poprzednie paranormalne aktywności, jak najbardziej powinni wybrać się do kina, o ile jeszcze tego nie zrobili w pierwszy weekend otwarcia.

Bardzo, ale to wręcz bardzo, podoba mi się w tej serii to, że kolejne części nie są oddzielnymi sequelami, a kontynuacją tej samej prostej historyjki.  To niezwykłe, bo po finale jedynki (nawet tym zaprezentowanym w kinach), wydawać by się mogło, że nie sposób będzie nakręcić bezpośrednio związanej z nią kontynuacji.  Udało się, i choć co prawda kolejny film nie był już tak przerażający i jako straszak trochę niedomagał, to w zamian w bardzo zgrabny i ciekawy sposób rozwijał historię Katie, dopowiadając to, co nie znalazło się w pierwszym filmie, budując jednocześnie własną mitologię, którą teraz twórcy mogą rozwijać w dalszych częściach.  A ponieważ robią to niezwykle powoli i oszczędnie, ten prosty zamysł może spokojnie wystarczyć na jeszcze kilka epizodów.  Część trzecia, która tak naprawdę powinna się nazywać częścią zero, bo jest prequelem pierwszego filmu, ukazuje wydarzenia, które rozegrały się w czasach dzieciństwa Katie i jej siostry Kristi.  O tym, że coś się wtedy wydarzyło, wiemy z luźnej wspominki z poprzedniego filmu, którą w tamtym obrazie można było nawet przegapić, biorąc ją jedynie za mało znaczące wspomnienie.  Takich ukrytych przekazów jest też sporo i w tym obrazie, co z pewnością ułatwi twórcom kręcenie następnych części (które, patrząc na fenomenalne wyniki z amerykańskiego box-office na pewno powstaną).  Fantastyczne w tej prostej serii jest również to, że snuta przez twórców opowieść, układa się jak na razie w logiczną całość.  W życiu bym nie pomyślał, że coś takiego będzie możliwe, a jednak się udało.  W trójce wyjaśnia się trochę sytuacji z poprzednich dwóch części, ale co więcej, wszystkie wcześniejsze wydarzenia pasują do tych widzianych w poprzednich filmach, tłumacząc pozostawione w nich wątki.

Fantastyczne jest w tym obrazie przede wszystkim oczekiwanie.  Oczekiwanie, na to co może się stać, na to co może się dosłownie za sekundę lub dwie wydarzyć. Jest ono tak potwornie wymęczające, tak niesamowicie stresujące, że chwilami ciężko aż wytrzymać narastające w nieskończoność napięcie.  Tym razem jednak, w przeciwieństwie do poprzedniej części, w której twórcy wielokrotnie zostawiali nas z niczym, przez co ich film stawał się coraz bardziej nudny i nijaki, każde nagranie z kamer do czegoś prowadzi.  Albo zostajemy nastraszeni przez paranormalne siły, albo wystraszeni przez coś innego, albo coś nas zaskoczy, lub zaistniała sytuacji coś wyjaśni.  W trójce więcej jest również scen, które robią ogromne wrażenie, pokazówek, które zaskakują, zadziwiają i rozwijają się w trochę innym kierunku, niż można by początkowo myśleć.  Do takich zaskakujących momentów należą przede wszystkim te zarejestrowane przez potwornie denerwującą kamerę numer trzy, zamontowaną na parterze domu, która omiata swoim okiem kuchnię oraz salon, niespiesznie (jak na złość) kręcąc się to w lewo, to w prawo.  Do części trzeciej całe szczęście powróciły dziwne odgłosy, stukoty, dźwięki niewiadomego pochodzenia, które co jakiś czas słychać, w które wraz z bohaterami zaczynamy się coraz bardziej wsłuchiwać, starając się odgadnąć ich pochodzenie.  Właśnie przez nie, jeszcze bardziej wciągamy się w ten obraz, poświęcamy mu jeszcze więcej uwagi, wyczulając się na szczegóły, detale.  Przez cały seans wpatrujemy się z uwagą w obraz, z jednej strony nie chcą niczego przegapić, żadnego, nawet najmniejszego ruchu, z drugiej jednak bojąc się, że przez tak mocne przyglądanie się temu co dzieje się na ekranie, jeszcze bardziej wystraszy nas to, co się na nim wkrótce pojawi.

Trójka ma jedynak dwie podstawowe wady.  To co w niej trochę gryzie, to zdecydowanie zbyt spektakularne (na tle poprzedniczek) działania demona.  Oczywiście zgodnie z prawem serii, istotne jest by w każdej kolejnej części działo się coraz więcej i mocniej, i taki kierunek rozwoju kolejnych filmów można by było zrozumieć jak i zaakceptować, gdyby następne odsłony serii rozgrywały się po wydarzeniach z poprzednich filmów.  Trójka jest jednak prequelem, do tego bardzo cofniętym w czasie i teoretycznie powinna być najłagodniejsza ze wszystkich poprzednich filmów.  Tym bardziej jeśli weźmie się pod uwagę, że bohaterki w swoim dorosłym już życiu, zupełnie nie pamiętały dramatycznych i mrożących krew w żyłach wydarzeń ze swojego dzieciństwa, a jak widać po tym obrazie, nie były one czymś, o czym łatwo można by było zapomnieć.  Drugi zgrzyt to jakość oraz długość prezentowanych nagrań.  Teoretycznie pochodzą one z końca lat osiemdziesiątych, a są to panoramiczne, doskonałe z punktu widzenia dźwięku i obrazu zdjęcia.  Gdyby naprawdę chcieć wyświetlić takie amatorskie nagrania, byłyby one znacznie mniej wyraźne.  Krzywdzący również dla samego filmu, jest sposób jego promowania przez dwa zwiastuny i serię clipów, z których chyba ani jedna scena nie znalazła się w gotowym obrazie!  Z jednej strony to dobrze, bo oglądanie tej produkcji nie ogranicza się jedynie do przypominania sobie kolejnych scen widzianych w materiałach promocyjnych, co nie byłoby w ogóle straszne.  Z drugiej jednak strony, możemy przez taki zabieg poczuć się po seansie jakby trochę oszukani, bo kilka znaczących i świetnie wyglądających scen jednak nie zobaczymy.  Ciekawe, czy oznacza to jednocześnie, że obraz ten miał dwa zakończenia, z których jedno pokazano nam w zwiastunie, a drugie czeka na nas w kinie.

Tagi: horror
21:38, milczacy_krytyk , 08
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 października 2011
Baby są jakieś inne

kondycja

Baby są jakieś inneBaby są jakieś inne (2011) Polska

reżyseria i scenariusz: Marek Koterski
aktorzy: Adam Woronowicz, Robert Więckiewicz, Małgorzata Bogdańska, Michał Koterski, Elżbieta Romanowska
zdjęcia: Jerzy Zieliński
montaż: Ewa Smal, Andrzej Kowalski

 (6/10)

Dwóch facetów, Jeden i Drugi, jadą nocą samochodem.  Błądzą po mieście i po jego okolicach.  Przejeżdżają przez niezliczone mosty, skrzyżowania, czekają przed przejazdami kolejowymi na toczące się wolno pociągi.  I ględzą.  Ich podstawowym i jedynym tematem są baby.  Narzekają na to jak one prowadzą samochody, jakimi są matkami, jak wiele wymagają od mężczyzn.  Żalą się na to, że te stale paplają, że ziewają jak smoki, że nie mogą niczego znaleźć w przepastnych torebkach, że wymagają od mężczyzn niemożliwego.  Bo z jednej strony Ci mają być twardzi, niedostępni, rycerscy, z drugiej, mili, czuli i opiekuńczy.  Denerwują ich te babskie sprzeczności, chęć równouprawnienia nie wykluczająca potrzebę uprzywilejowanego traktowania.  Narzekają na wszystko co się da, bo baby są jakieś, no jakieś inne są.  I właśnie na tym mija cały film Marka Koterskiego, pełne półtorej godziny.  Przebywamy cały czas z bohaterami, w jednym ciasnym samochodzie, robiąc tylko krótkie postoje to na stacji benzynowej, to na poboczu, to gdzieś na środku drogi, wysłuchując ich skarg. 

Banalny to pomysł, niezwykle prosty, bo można by bez problemu odegrać ten film na deskach teatru, stawiając na scenie tylko dwa krzesła i usadzając w nich dwóch mężczyzn, wypluwających z siebie potok słów, żali i narzekań.  Bo nawet przerwy w tym obrazie, na pokazanie okolicy, mijanych miejsc są tu tak nieliczne, i niewiele znaczące, że właściwie niezauważalne.  Problem jednak w tym, że ten prosty pomysł, jest jednocześnie zbyt jednostajny i w pewnym momencie staje się największą wadą tego obrazu.  Bo ileż można tak siedzieć w aucie?  Ileż można słuchać tego smęcenia, jakkolwiek chwilami zabawne by ono nie było?  Dlatego od pewnego momentu całość staje się po prostu nudna i zaczyna się niestety ciągnąć.  Problem polega również na tym, że choć reżyser decyduje się na kilka urozmaiceń w czasie seansu, małych wyskoków poza cztery kółka, to są one za bardzo rozciągnięte, przedłużone, jak chociażby scena z ziewającą babą, która powinna się skończyć w połowie, bo wszyscy już dawno zrozumieli jej sens i wydłużana ponad miarę przestaje być zabawna, zaczyna tylko irytować.

Koterskiemu nie można oczywiście odmówić zmysłu obserwacji.  Zawsze potrafił patrzeć na ludzi, ich zachowania, idiotyzmy codzienności, w niesamowicie spostrzegawczy sposób i tak jest i tym razem.  Wyłapuje wszystkie charakterystyczne zachowania i wyśmiewa je niezwykle celnie.  Widać to w szczególności, gdy wyjdzie się już z kina, gdy opuści się salę kinową i wkroczy w normalne życie.  Wtedy dopiero zaczyna się w pełni zwracać uwagę na te cechy, wtedy dopiero rzucają się w oczy wypunktowane przez reżysera przywary przedstawicieli obu płci.  Bo choć film ten teoretycznie jest o babach, nawet jest im bezpośrednio zadedykowany, a obaj faceci właśnie o nich stale rozprawiają, to tak naprawdę jest on również, jeśli nie o dziwo przede wszystkim, o mężczyznach.  To w gruncie rzecz strasznie smutne spojrzenie na współczesnych facetów.  Wycofanych, zagubionych, rozgoryczonych, którzy nie potrafią się odnaleźć w zagarnianym przez baby świecie.  Nie rozumieją ich, narzekają na wszystkie ich cechy, sposób bycia, ale (o czym mówi pod koniec jeden z nich), nie potrafiliby bez nich żyć.  Nie mieliby po co rano wstawać z łóżka.  Bo odpychanie łączy się z przyciąganiem.  Tak było, jest i będzie.

"Baby są jakieś inne" to film bardzo ciekawy od strony językowej.  Rozmowa bohaterów jest pokręcona, zaplątana, chwilami jakby przekombinowana.  Pełno w niej błędów językowych, przejęzyczeń, gry słów.  Tak, jakby bohaterowie naprawdę narzekali, mówili to co przyjdzie im na myśl, wykrzykiwali to co leży im akurat, w danym momencie, na sercu, czasem nie potrafiąc się wysłowić, przekręcając słowa, łącząc je w dziwne pary, co rusz nawzajem siebie poprawiając.  Świetnie się tego słucha, chwilami nawet nie słychać przekleństw, które jako przerywniki padają z ich ust.  W starciu z tym trochę dziwnym materiałem wyjściowym zdecydowanie lepiej poradził sobie jednak Robert Więckiewicz niż Adam Woronowicz.  Ten pierwszy jest naturalny, swobodny, pełen życia.  Ten drugi stale szepcze, odpowiada jakby nie na temat, i ciężej się go słucha, tak jakby nie potrafił do końca wpasować się w ten dziwny teatr.  Przez to wypada zdecydowanie mniej naturalnie, grając bardziej swoją postać niż nią będąc.  Wypowiadając zapisane myśli, a nie je (jakby) na bieżąco tworząc. 

Między innymi właśnie dzięki tym zabawom językowym, nieskładnemu wypowiadaniu zdań, film ten jest momentami niezwykle zabawny.  Te uszczypliwe spostrzeżenia na temat zachowań kobiet, te narzekania na nie, które również rewelacyjnie punktują słabe strony mężczyzn, tak widoczne w codziennej bieganinie, powodują, że chwilami nie sposób nie wybuchnąć śmiechem, nawet z kwestii, które słyszało się już wcześniej w zwiastunach.  Ten śmiech jest jednak trochę śmiechem przez łzy.  Bo śmiejemy się w tym filmie nie do końca z bohaterów, ale raczej sami z siebie.  Baby z Bab, Faceci z Facetów i jedni z drugich nawzajem. Ciekawe w tej produkcji jest również to, że przede wszystkim została ona nakręcona w studio.  W jednym małym samochodzie otoczonym zielonym ekranem, na który w późniejszym czasie dołożono otoczenie, migające światła, mijane drzewa, domy, mosty.  Nie czuć tej sztuczki zupełnie i pewnie gdybym o niej nie wiedział przed seansem, gdybym nie wypatrywał w czasie filmu oznak sztuczności, nawet bym jej nie zauważył i był przekonany, że nakręcono ten obraz naprawdę na mieście.  Dobrze wiedzieć, że stworzenie sztucznego otoczenia nie sprawia polskim twórcom już żadnego problemu.

20:07, milczacy_krytyk , 06
Link Komentarze (2) »
czwartek, 20 października 2011
Siostra Jackie - sezon II

holy shift

Siostra Jackie - sezon IISiostra Jackie - sezon II (2010) USA

reżyseria: Paul Feig, Alan Taylor, Adam Bernstein,
scenariusz: Linda Wallem, Liz Brixius, Mark Hudis, Rick Cleveland, Christine Zander, Nancy Fichman, Jennifer Hoppe-House, Liz Flahive
aktorzy: Edie Falco, Merritt Wever, Eve Best, Peter Facinelli, Paul Schulze, Anna Deavere Smith, Dominic Fumusa, Ruby Jerins, Mackenzie Aladjem, Daisy Tahan, Arjun Gupta, Stephen Wallem, Lenny Jacobson
muzyka: Wendy Melvoin, Lisa Coleman
zdjęcia: Christopher LaVasseur, Vanja Cernjul, Igor Martinovic
montaż: Gary Levy, Anne McCabe

 (8/10)

Znacznie lepszy sezon od poprzedniego.  Pełniejszy, bardziej korzystający z potencjału wszystkich postaci - nie tylko głównej bohaterki, ale również bohaterów drugoplanowych.  Zdecydowanie zabawniejszy, interesujący i wciągający.  Więcej tu energii, humoru i pomysłów na zaskakujące rozwijanie historii pracowników szpitala.  W kolejnych odcinkach dzieje się znacznie więcej, twórcom w jakiś niezwykły sposób udaje się niesamowicie dużo upchnąć w dwudziestominutowe epizody.  Bo i prowadzą historię głównej bohaterki, i z odcinka na odcinek dopowiadają życie pozostałych postaci, a i potrafią w tym krótkim czasie rzucić okiem na pacjentów, co w poprzednim sezonie zbytnio się nie udawało.  Dlatego serię tę ogląda się bardzo dobrze, kolejne odcinki mijają jak z bicza strzelił i od razu ma się ochotę na następne.  Postaci są wyraziste i ciekawe, i choć nadal pojawiają się w większości tylko na chwilę, każdą się zauważa.  Dlatego dzięki drugiej serii tej produkcji tak naprawdę polubiłem ten serial.  Przyzwyczaiłem się do wszystkich bohaterów, których twórcy po długim okresie przedstawiania, umieścili teraz w różnych interesujących sytuacjach.  Znacznie lepiej oglądało mi się te dwanaście odcinków i z większą przyjemnością zasiadałem do kolejnych epizodów.

Życie Jackie komplikuje się coraz bardziej.  Jej były kochanek zupełnie przez przypadek - jak to w życiu bywa - poznaje jej męża i - teraz już nie przez przypadek - zaczyna się z nim coraz bardziej zaprzyjaźniać, czym doprowadza Jackie do szału.  Obawia się ona bowiem, że prawda o jej podwójnym życiu wyjdzie kiedyś na jaw, a Eddie zacznie ją w pewnym momencie szantażować.  To byłaby dla niej katastrofa, z której chyba by się już nie podniosła.  Jej starsza córka boi się coraz bardziej otaczającego ją świata, a mąż czuje się coraz mocniej zaniedbywany.  Na domiar złego w szpitalu zaczyna na nowo pracować pielęgniarz, który domyślał się jej uzależnieniu od leków.  To jednak tylko niektóre elementy składające się na wydarzenia, jakie będą miały miejsce w odcinkach drugiego sezonu, bo jest tego znacznie więcej.  Twórcy bowiem jednocześnie rozwijają historie pozostałych bohaterów - coraz lepszej pielęgniarki Zoey, samotnej doktor O'Hary, czy butnego lekarza Coopa.  Mam wrażenie, że tym razem pogłębili również bardzo mocno postać głównej bohaterki, która wielokrotnie w tym sezonie bierze sprawy w swoje ręce, pomagając pacjentom, którym nikt nie chce pomóc, a także w trudnych sytuacjach, służąc pomocną dłonią współpracownikom, łamiąc regulamin, rozwiązując sytuacje, których teoretycznie nie da się rozwiązać.  Szkoda tylko, że w tej serii twórcy pozbyli się zupełnie bez uprzedzenia jednej z najciekawszych i najbardziej sympatycznych postaci pierwszego sezonu - pielęgniarza Mo-Mo, który był najlepszym przyjacielem Jackie.  Jeszcze większa szkoda, że w nowym sezonie jego nagłe zniknięcie nie jest w ogóle wytłumaczone, tak jakby ta postać wcale nie istniała, nie była zupełnie ważna. 

W drugiej serii "Siostry Jackie" czuć wyraźnie, że dwanaście nowych odcinków do czegoś dąży, że zmierza w konkretnym kierunku, którego nie sposób będzie zmienić.  Że poszczególne wydarzenia zmierzają do nieuniknionego finału.  Twórcy fantastycznie rozwijają swoją opowieść.  Mając wszystkich bohaterów przedstawionych, przechodzą w tym sezonie do właściwej akcji.  Zaczynają w pierwszych odcinkach od małych spraw, niezauważalnych wręcz rzeczy, niewinnych sytuacji i zdarzeń, które z czasem urastają do niebotycznych rozmiarów.  Idealnie ułożony świat bohaterki zaczyna się walić, pętla na jej szyi coraz mocniej zaciska, ze wszystkich stron nadciąga katastrofa, od której, jak się wydaje, nie będzie mogła uciec.  Pod koniec sezonu jej bardzo starannie zbudowany świat, składający się z pomniejszych światów, między którymi dotychczas umiejętnie lawirowała, zaczyna się rozsypywać.  Wychodzą na jaw jej kłamstwa, granie na kilka frontów, uzależnienie.  To, co tak ukrywała, nad czym tak panowała, wymyka się spod kontroli, a nam pozostaje patrzeć na tę nieuniknioną destrukcję, a właściwie tylko jej początek, bo tak naprawdę to dopiero wstęp do kłopotów jakie pewnie czekają Jackie.  Mam ogromny apetyt na kolejne serie tego serialu, i mam wielką nadzieję, że po tak udanym rozwinięciu, twórcom uda się nie obniżyć lotów, choć zdaję sobie sprawę z tego, że nie będzie to łatwe.

17:51, milczacy_krytyk , serial
Link Komentarze (6) »
niedziela, 16 października 2011
5.AAFF Podsumowanie

 5.AAFF / Podsumowanie

Zakończyła się właśnie piąta edycja All About Freedom Festival.  Interdyscyplinarnego wydarzenia kulturalnego, łączącego w sobie film, teatr, dyskusje i muzykę, by mówić o różnie postrzeganej wolności.  Przestrzeń intelektualnej regeneracji, jak o festiwalu powiedział Basil Kerski, dyrektor Europejskiego Centrum Solidarności, które jest organizatorem tego przedsięwzięcia.  W tym roku różniącego się trochę od poprzednich edycji, bo bardziej uporządkowanego, niespiesznego i zróżnicowanego. 

Dobrze, że w tym roku zdecydowano się na ograniczenie liczby pokazów filmowych, w sumie do dwunastu filmów.  Zdecydowanie łatwiej było objąć dwa pokazy dziennie, odbywające się w jednym kinie, do tego w jednej sali kinowej, niż jak to było w poprzednich latach, kilka obrazów dziennie, wyświetlanych jednocześnie w kilku Multikinach, rozrzuconych po całym Trójmieście.  Dzięki takiemu skróceniu listy wyświetlanych filmów, organizatorzy dali widzom więcej czasu na przemyślenia, przetrawienie poszczególnych produkcji, umożliwiając wręcz delektowanie się niektórymi, a nie tylko hurtowe oglądanie, jedynie kilku wybranych pozycji z festiwalowego repertuaru.  Szkoda tylko trochę, że nie udało się załatwić większej sali kinowej na pokaz najnowszego filmu Agnieszki Holland "W ciemności", na który bilety rozeszły się w ciągu pierwszych dni imprezy, a sala kinowa została zapełniona do ostatniego miejsca.  W przypadku tego filmu refleks przy rezerwacji miejsc był jak najbardziej wymagany.

Dobrze, że organizatorzy zdecydowali się na zróżnicowanie repertuaru i spojrzenie na zagadnienie wolności z różnych punktów widzenia.  Dzięki temu filmy zaprezentowane podczas tego tygodnia nie były tak tematycznie monotonne, męczące i odległe w prezentowanej przez siebie tematyce.  Stąd obok obrazów takich jak "Krzyczący mężczyzna", który opisuje antyrządowe powstanie we współczesnym Czadzie, czy "Zielona rewolucja" portretującym falę protestów jaka przetoczyła się w 2009 roku przez Teheran, zaprezentowane zostały również filmy mogące być bliskie każdemu Europejczykowi: najnowszy obraz Toma Tykwera "Trzy", skupiający się na przedziwnym trójkącie wzajemnej fascynacji czterdziestolatków mieszkających w Berlinie, czy "Gunnar szuka Boga" w którym reżyser poszukuje utraconego sensu życia i nienamacalnej duchowości w dostatnim, niezwykle materialnym świecie.  Wszystkie filmy, co nie wynikało bezpośrednio z repertuaru, prezentowane były w małych blokach: filmy norweskie, niemieckie, polskie, co bardzo ułatwiło oglądanie, bo nakierowywało na pewien problem, klimat, tematykę.

Świetnym pomysłem były również dyskusje odbywające się po niektórych zaprezentowanych filmach.  Debaty z twórcami (m.in. reżyserem filmu "Chodorkowski", aktorką występującą w filmie "Stepy" i oczywiście Agnieszką Holland prezentującą „W ciemności”), a także ekspertami, publicystami, osobami starającymi się rozszerzyć dany temat.  Nie wszystkie wyszły perfekcyjnie, niektóre były bardziej burzliwe inne mniej, ale dobrze, że pojawił się taki pomysł rozmawiania po zakończonych projekcjach, o filmach jak i o zjawiskach, bo bardzo ubogacił to wydarzenie.  Cieszę się, że mogłem wysłuchać interesującej i pełnej życia debaty z Agnieszką Holland (dostępna pod tym linkiem), dobrze wspominać będę również debatę po filmie "Gunnar szuka Boga" na której posypało się chyba najwięcej pytań z publiczności, niejednokrotnie bardzo krytycznych.  Dla mnie osobiście najpełniejsza i najbardziej spójna wydała się ostatnia dyskusja, z aktorką Aleksandrą Justą, po filmie „Stepy”, świetnie poprowadzona przez Michała Chacińskiego, odpowiedzialnego za wybór filmów polskich na festiwalu.  Najbardziej ze wszystkich dotyczyła samego filmu i pracy nad nim, co dla mnie jako kinomaniaka był osobiście najciekawsze.

W ciągu tego tygodnia obejrzałem w sumie dwanaście filmów: cztery dokumenty i osiem filmów fabularnych z czego aż trzy polskie.
Poniżej lista podsumowująca z odnośnikami do recenzji każdego z filmów.

- Chodorkowski  - recenzja -    8/10
- Dwa ognie  - recenzja -    6/10
- Gunnar szuka Boga  - recenzja -    6/10
- Krew w twoim telefonie  - recenzja -    8/10
- Krzyczący mężczyzna  - recenzja -    6/10
- Łono  - recenzja - 7,5/10
- Obca  - recenzja -    8/10
- Oslo, 31 sierpnia  - recenzja -    8/10
- Stepy  - recenzja -    7/10
- Trzy  - recenzja -    7/10
- W ciemności  - recenzja -    8/10
- Zielona rewolucja  - recenzja -    7/10

Ponieważ notka ta jest podsumowaniem, dobrze by było wskazać najsilniejsze pozycje festiwalowego repertuaru.  Filmy dla mnie najważniejsze, które najbardziej na mnie wpłynęły, wyzwoliły najwięcej emocji, najdłużej we mnie wybrzmiewały, lub które były największymi zaskoczeniami.  Wskażę trzy, choć wartych obejrzenia jest znacznie więcej i jeśli kiedykolwiek będziecie mieli możliwość obejrzenia któregoś z nich, warto poświęcić na nie czas.

Te trzy najbardziej wyróżniające się filmy to według mnie: "Łono", "Oslo, 31 sierpnia", oraz dokument "Krew w twoim telefonie".  "Łono" ze względu na niesamowicie oryginalny pomysł, niezwykle przemyślaną i doprowadzoną do samego końca egzekucję, zupełnie inny klimat i atmosferę, która zostaje na długo po seansie, z której nie sposób się wybudzić.  Drugi to "Oslo, 31 sierpnia" w którym razem z pogrążonym w depresji bohaterem, przeżywamy jeden dzień we współczesnym, zabieganym świecie, i spoglądamy na jego nielogiczności, bezsens, jednorazowość, jednocześnie zachwycając się przebłyskami piękna, jakie on oferuje.  Przejmujący to obraz, w którym współodczuwa się wewnętrzne zagubienie i ból bohatera.  I wreszcie fantastyczny dokument "Krew w twoim telefonie", niezwykle emocjonujący, perfekcyjnie pomyślany i zmontowany, który ogląda się jednym tchem, bo trzyma w napięciu lepiej niż niejeden film akcji.

I już na sam koniec tej przydługiej notki, chciałbym jeszcze raz podziękować organizatorom za możliwość uczestniczenia w tym wydarzeniu, za otrzymane materiały prasowe, wprowadzające we wszystkie festiwalowe filmy, świetną organizację oraz przede wszystkim za możliwość obejrzenia wszystkich produkcji.  Dziękuję jeszcze raz, bo ten tydzień był dla mnie niczym święto.  Święto filmów, na które kolejną edycję już nie mogę się doczekać.  Do następnego roku!

Tagi: aaff festiwal
21:40, milczacy_krytyk , festiwal
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3