Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
sobota, 30 października 2010
Chrzest

tydzień

ChrzestChrzest (2010) Polska

reżyseria: Marcin Wrona
scenariusz: Grażyna Trela, Dariusz Glazer, Grzegorz Jankowski
aktorzy: Wojciech Zieliński, Tomasz Schuchardt, Aleksandra Radwańska, Mikołaj Kałucki, Adam Woronowicz, Natalia Rybicka,  Paweł Tomaszewski, Krzysztof Czeczot, Michał Koterski, Robert Jurczyga, Andrzej Franczyk, Iwona Bielska, Sławomir Rokita, Klaudia El Dursi, Zbigniew Konopka, Anita Poddębniak
muzyka: Marcin Macuk
zdjęcia: Paweł Flis
montaż: Piotr Kmiecik

 (7/10)

Michał prowadzi firmę zajmującą się sprzedażą okien.  Chwali się, że pół osiedla na którym mieszka patrzy się przez jego produkty i cieszy się z tego, bo ma poczucie, ze do czegoś w życiu doszedł.  Zarabia bardzo dobrze, mieszka w wielkim, nowoczesnym mieszkaniu.  Ma żonę, która go kocha i synka, który w najbliższą niedzielę będzie mieć chrzest.  Z tej okazji zaprasza do siebie swojego przyjaciela z dawnych lat - Janka by ten został ojcem chrzestnym dziecka.  Ma wobec niego również inny plan, chciałby bowiem by ten zastąpił go w roli ojca rodziny, w przypadku gdyby jego samego zabrakło.  Przez ten tydzień będzie próbował przekonać go do swojego życia, powoli mu je przekazując, bo nie ma innego wyboru.  I tak zaczyna się historia o tym, jak nie sposób uciec od mrocznej przeszłości, bo ta się o nas kiedyś upomni, najczęściej w najmniej odpowiednim do tego momencie.  Historia, która skończy się w dość zaskakujący sposób, szybko, niespodziewanie, ale co najważniejsze nie głupio.

"Chrzest" to po prostu dobry filmy.  Nie rewelacyjny, nie taki po którym wzdychalibyśmy z zachwytu, tylko taki który można obejrzeć, chwilę się nad nim zamyślić.  Film po którym nie mamy uczucia zmarnowanego czasu ani straconych pieniędzy na bilet do kina.  Co ważne, film który rozwija się z każdą kolejną minutą.  Bo zaczyna się jak zwykła polska, nieciekawa produkcja.  Przeciętna, chwilami nawet trochę irytująca przez zbyt powolną narrację, średnie dialogi i niezbyt interesujący wstęp.  Jednakże w miarę upływu seansu, gdy ta historia dwóch przyjaciół postawionych pod ścianą zaczyna się rozwijać, a bohaterowie stają przed wyborami niemożliwymi do dokonania, obraz ten coraz bardziej wciąga, interesuje.  Momentem zwrotnym jest tu z pewnością niezwykle brutalna i szokująca scena wizyty u dłużnika.  Po dość spokojnym rozpoczęciu i rozwinięciu jest niesamowicie mocnym uderzeniem, potrząśnięciem, które wybija nas ze spokojnej atmosfery.  Od tej chwili film ten staje się coraz lepszy, coraz bardziej ciekawszy.

Produkcja Marcina Wrony jest świetna od strony technicznej.  Dźwięk, odpowiedni montaż, niezwykle białe zdjęcia pasujące do tytułowego wydarzenia, wszystko jest tu na swoim miejscu, odpowiednio wykonane, w pełni dopracowane.  Dobrze brzmi również muzyka Marcina Macuka, która od razu przywodzi na myśl twórczość Gustavo Santaolalli, szczególnie jego niedawną kompozycję do filmu "Babel".  I choć geograficznie te dwa filmy są bardzo odległe, to te podobne dźwięki bardzo dobrze spisały się w polskim filmie, umiejętnie budując nastrój tej smutnej, gorzkiej historii.  Dobrze, że przynajmniej na te techniczne szczegóły nie trzeba już narzekać, że prezentują one odpowiedni poziom, że nie stanowią już problemu i oglądając polski film możemy skupić się na historii, aktorach, tym jak grają swoje role, nie denerwując się pewnymi technicznymi niedociągnięciami.  Pisząc o aktorach muszę koniecznie wspomnieć o odtwórcach głównych ról - Wojciechu Zielińskim i młodszym Tomaszu Schuchardtcie, którzy fantastycznie spisali się w swoich rolach i zasłużenie zostali wyróżnieni Złotymi Lwami na tegorocznym festiwalu w Gdyni.

Muszę się jednak niestety przeczepić do dwóch spraw.  Pierwsza z nich to dialogi, szczególnie te które słyszymy w pierwszej części filmu.  Są one mało ciekawe, jakby pourywane, czasem nie wnoszą za wiele do toczącej się akcji.  Służą one wtedy bardziej jako wypełniacz kolejnych scen, w których jednak ktoś powinien coś powiedzieć, niż konieczny element, do przedstawienia bohaterów tej opowieści, do budowania tej historii.  Co prawda (i całe szczęście, że tak jest) nie brzmią one tak sztucznie jak te, które mogliśmy usłyszeć w niedawnym obrazie "Matka Teresa od kotów", ale mam nieodparte wrażenie, że można było je zdecydowanie bardziej poprawić, że gdyby twórcy popracowali nad nimi trochę dłużej, wycisnęli z nich to co najważniejsze,  to końcowy efekt jaki zostałby zaprezentowany nam w gotowym filmie, byłby o wiele lepszy niż ten, który usłyszeliśmy teraz.  W obecnej formie są one bowiem trochę rozczarowujące.

Drugi minus to sposób w jaki reżyser przedstawił nam główną bohaterkę „Chrztu” czyli Magdę, żonę Michała.  Jest ona bowiem tutaj tylko tłem, szarym, nijakim cieniem, który pojawia się od czasu do czasu na ekranie.  Czasem się uśmiechnie, czasem rozbierze, czasem zapyta czy wszystko jest w porządku, bo intuicyjnie wyczuwa, ze mąż zaczyna miewać niemożliwe do pokonania problemy.  Wiemy o niej jednak jedynie tyle, że jest pracowita, uczynna i... robi dobre kanapki.  Trochę ręce opadają , bo w filmie, który aspiruje do bycia jednak czymś więcej niż tylko wydłużonym odcinkiem telenoweli, takie przedstawienie głównej bohaterki woła o pomstę do nieba.  Oczywiście, "Chrzest" to głównie historia przyjaźni dwóch facetów, którzy znaleźli się w sytuacji bez wyjścia, ale nie znaczy to, że można w tak lekceważący sposób traktować bądź co bądź ważną postać, która mogła wiele wnieść do tej historii.  Szkoda, bo gdyby poszerzyć jej udział w tym filmie, byłby on jeszcze lepszy.

18:58, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (1) »
czwartek, 28 października 2010
TRON night

Ponad tydzień czekania, wysłany mail do dystrybutora, odebrane potwierdzenie o otrzymanych wejściówkach i... już po "TRON Night".  Czy było warto?  Tak, choć tak jak po obu zwiastunach moje oczekiwania co do tej produkcji poszybowały wysoko w górę, tak po tych 23 minutach nie czuję się bardziej zachęcony, by w grudniu wybrać się do kina.  Ale do rzeczy.

put on your 3D glasses

Pierwszym co zobaczyliśmy na pokazie, były słowa reżysera Josepha Kosinskiego, które powoli pojawiały się na czarnym ekranie.  Witał nas na ogólnoświatowym wydarzeniu, życzył udanego seansu i prosił o założenie okularów 3D, bo choć nie wszystkie sceny jakie za chwilę zobaczyliśmy były wypukłe, to zostały tak nakręcone, by można było je oglądać również z okularami.  Reżyser w swoim liście do widzów napisał również, że jesteśmy nielicznymi szczęśliwcami, którzy mogą jako pierwsi na świecie obejrzeć 23 minuty kontynuacji kultowego TRONu, której premiera przewidziana jest na koniec grudnia tego roku.  I faktycznie, jeśli się rozejrzeć dookoła, byliśmy nieliczni - w największej sali w gdańskim Heliosie, która może pomieścić 350 widzów, zajętych zostało około... 30 miejsc.  Ciekawe jak wyglądała frekwencja w innych multiplexach w Polsce…

Obejrzeliśmy w sumie pięć scen:
- Rozmowę znajomego ojca z Samem w jego domu, która była rozszerzoną migawką sceny jaką widzieliśmy już w zwiastunie.
- Przyjazd Sama do klubu Flynna, odkrycie małego pokoju za automatem do gry i przetransportowanie się do świata Tronu
- Złapanie Sama przez strażników i wytypowanie go do udziału w Igrzyskach
- Przygotowanie do igrzysk i pierwsza wygrana walka
- Ucieczka z platformy przed motorami i spotkanie z ojcem medytującym w białym pomieszczeniu, gdzieś w górach.
Całość została zakończona migawkami z jeszcze innych scen, zapraszających nas na właściwy seans za ponad dwa miesiące, z których część znamy już ze zwiastunów. I tyle.

 


sweet dreams are made of these...

Być może moje oczekiwania co do tego filmu poszybowały zbyt wysoko i dlatego nie opadła mi szczęka po tym pokazie.  Nie powalił mnie trójwymiar, bardziej oniemiałem na zwiastunie, który widziałem kilka miesięcy temu przed sensem "Alicji w krainie czarów".  Być może to dlatego, że przez te 23 minuty nie sposób się tak naprawdę rozgościć w kinie, wciągnąć w pokazywane sceny i przyzwyczaić do tego co zostało nam pokazane, bo żaden film dotychczas nie wyglądał właśnie tak jak "TRON".  Czarne otoczenie, czarne postacie z  kolorowymi pasami na ubraniach i niezwykle futurystyczne wnętrza pomieszczeń.  Fragmenty te przelatywały tak szybko, że nawet nie było jak się nimi w pełni nacieszyć.  Bach, jedna scena, bach już po piątej i koniec.

Za to dźwięk i muzyka wgniotły mnie w fotel.  Bywały chwile gdy całe kino, ściany, fotele dosłownie drżały przez dźwięki jakie wydobywały się zza ekranu.  Przed seansem byłem bardzo ciekawy jak muzyka francuskiego zespołu Daft Punk poradzi sobie jako komentarz do ruchomych obrazków, bo choć osobno brzmi ona świetnie, nie byłem przekonany czy w filmie znajdzie swoje miejsce i czy będzie do niego pasować.  Po tych kilkunastu minutach mogę ze spokojem napisać, że brzmi idealnie, pasuje do obrazu i do tego świata perfekcyjnie i nie mam najmniejszych wątpliwości, że w gotowym filmie sprawdzi się wyśmienicie.  Warto też napisać, ze pojawiające się w sieci od jakiegoś czasu  fragmenty soundtracku faktycznie są fragmentami z muzyki do filmu.  Dla ciekawskich do przesłuchania w clipach z youtube.  Track 04 pojawił się nawet w całości w jednej ze scen na TRON Night.

 


what am I supposed to do?  ...survive

"TRON Legacy" zapowiada się na lekki choć nie głupi film o gigantycznych rozmiarach, nakręcony z rozmachem, przepełniony świetnymi efektami specjalnymi, opowiadający chyba całkiem zgrabną historię.  Już teraz można powiedzieć, że świetnie spiszą się w nim efekty specjalne, dzięki którym ten stworzony prawie 30 lat temu świat zyskał na jakości, dzięki którym stał się monumentalny, niezwykły, intrygujący.  Kosinski bardzo rozbudował to środowisko, nadał mu odpowiedniej podniosłości, wykorzystał możliwości współczesnego kina i stworzył TRON taki, jaki powinien wyglądać od początku.  Świecące kostiumy, pędzące motory, skąpane w mroku otoczenie, programy roztrzaskujące się na małe kawałeczki szkła, wszystko to wygląda naprawdę fantastycznie.  Będzie na co popatrzeć.  Po ostatnich migawkach widać wyraźnie, że będzie się działo i mam nadzieję, że ta kontynuacja nie będzie tylko półtoragodzinną pogonią za kolejnymi scenami, że będzie trochę dłuższa niż standardowy film akcji.

Całe szczęście choć zobaczyliśmy dziś te ponad dwadzieścia minut, w gruncie rzeczy (przynajmniej takie mam jak na razie wrażenie) twórcy nie zdradzili nam niczego kluczowego dla seansu i nadal nie do końca wiadomo o czym będzie opowiadać „Dziedzictwo”. Oczywiście teraz łatwiej się tego domyślać niż kilka miesięcy temu, ale idąc za kilkadziesiąt dni do kina na gotowy film nie będę miał wrażenia, że wiem o nim wszystko, jak czasem bywa po obejrzeniu samego zwiastuna, a tego się trochę obawiałem przed tym pokazem.  Nadal nie wiemy kto jest kim, o co będzie toczyć się gra i jak się skończy.  I choć mój entuzjazm trochę osłabł, choć TRON night podziałał na mnie trochę jak kubeł zimnej wody (oby szczęśliwie), nadal czekam na ten film i z pewnością wybiorę się na niego w dzień premiery.  Wydaje mi się bowiem, że będzie dobrze.  Nie (jak wcześniej uważałem) rewelacyjnie, ale po prostu dobrze.  Co na tle tegorocznych blockbusterów może oznaczać, że będzie to kawał świetnego kina rozrywkowego.  Tak więc do 31 grudnia!

 
23:17, milczacy_krytyk , inne
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 października 2010
Paranormal Activity 2

everything's fine...

Paranormal Activity 2Paranormal Activity 2 (2010) USA

reżyseria: Tod Williams
scenariusz: Michael R. Perry
aktorzy: Katie Featherston, Micah Sloat, Brian Boland, Sprague Grayden, Molly Ephraim, Tim Clemens
montaż: Gregory Plotkin
zdjęcia: Michael Simmonds
 

 (5/10)

Twórcy z Hollywood wypracowali przez ostatnie kilka lat sprawdzony, choć nie zawsze skuteczny przepis na udany sequel.  Otóż w drugich częściach ma pojawić się dokładnie to samo, co widzieliśmy za pierwszym razem.  Bo przecież skoro pewien schemat sprawdził się poprzednio, to czemu miałby się nie sprzedać i następny raz?  Skoro pierwsza część odniosła wystarczająco duży sukces, by kręcić kolejny film na ten sam temat, twórcy najczęściej dysponują większym budżetem na drugą odsłonę i mogą sobie pozwolić na wiele więcej.  Dlatego najczęściej tego samego jest jeszcze więcej niż poprzednio i jest ono jeszcze większe niż ostatnim razem.  Stąd w kontynuacjach najczęściej występuje więcej bohaterów, więcej jest miejsc akcji, efektów specjalnych itp. itd. w zależności od tego jaki gatunek reprezentuje dany sequel.  Jak tu jednak zastosować te gwarantujące sukces reguły jeśli realizuje się horror za śmieszne 3 miliony dolarów?  Jak pokazuje "Paranormal Activity 2" można to zrobić.

Zamiast jednej kamery, która przez dwadzieścia cztery godziny na dobę obserwuje bohaterów w ich nawiedzonym domu, instaluje się ich aż 6.  Zamiast filmować jedynie sypialnię w której najczęściej coś straszy, obserwuje się pozostałe pokoje, a nawet to co znajduje się poza domem, jak basen czy schody wejściowe.  Zamiast pary bohaterów, którzy muszą zmagać się z coraz bardziej agresywnym demonem, podgląda się tym razem całą rodzinę czyli mamę, tatę, nastoletnią córkę, rocznego synka, gosposię, która opiekuje się dziećmi, gdy rodziców nie ma w domu oraz psa, który najszybciej wyczuwa, czy coś złego dzieje się w domostwie.  Taki sam pozostaje jedynie pomysł na film: coś nawiedza dom pewnej rodziny i widoczne objawy jego działalności zostają zarejestrowane przez domowe kamery, a całość udaje, że mogłaby wydarzyć się naprawdę.  No dobrze, ale jak ma nas wystraszyć dokładnie to samo, co straszyło nas poprzednim razem, skoro prócz pewnych szczegółów film ten nie różni sie od poprzednika?  I tu pojawia się problem: niestety już nie straszy...

Mam wrażenie, że twórcy powiększając swój film w stosunku do pierwszej części, zapomnieli wypełnić go po brzegi strasznymi scenami, przez które albo podskakiwalibyśmy na kinowych fotelach, albo zastygali w bezruchu na długie minuty w oczekiwaniu na to co nadejdzie, albo po prostu czuli niepokój, który uczepiwszy się nas odpowiednio silnie, towarzyszyłby nam po seansie.  Oczywiście jest tu kilka straszniejszych scen, ale mam wrażenie, że jest ich mniej niż w jedynce i nie są aż tak straszne jak te, które widzieliśmy w filmie Orena Peli.  W dwójce zdecydowanie mniej się dzieje i jest to tym bardziej dziwne, bo twórcy powiększywszy miejsce akcji i wprowadziwszy do niego więcej niewinnych osób, mogli spokojnie zrobić z nimi co tylko im się podobało, a prawie w ogóle nie skorzystali z tej okazji.  Najgorsze jest jednak chyba to, że w drugiej części nie słychać prawie żadnych złowieszczych odgłosów, które tak przerażały w poprzednim filmie.  Brak stukotów, kroków, dziwnych szmerów.  Zupełnie jakby twórcy o nich zapomnieli i skupili się na samym obrazie.  Dlatego tak naprawdę tylko końcówka, od momentu gdy w domu gaśnie światło, podnosi bardziej napięcie.  Reszta jest zwykła.

Co ciekawe, choć "Paranormal Activity 2" jest horrorem, jest to też całkiem zabawny obraz.  I wcale nie dlatego, że twórcom nie udały się niektóre sceny i zamiast przerażać wywołują one w nas jedynie wybuchy śmiechu, tylko dlatego, że dialogi zostały napisane w zabawny sposób.  Ogólnie rzecz biorąc trzeba twórcom policzyć na plus sam pomysł na tę kontynuację, bo od początku ma się wrażenie, że przynajmniej w czasie pisania scenariusza, została ona przemyślana i nie nakręcono jej ot tak, by pokazać tylko kilka latających garnków, czy zatrzaskujące się drzwi.  Jest ona bardzo silnie związana z pierwszą częścią i całkiem sporo wyjaśnia z tamtego filmu, odpowiadając na pewne pytania, które wtedy pozostały dla nas otwarte.  Tak więc dla tych którzy oglądali pierwsze „Paranormal Activity”, kontynuacja będzie nowym spojrzeniem na tamten film. Ponadto choć dwójka jest tak mocno związana z jedynką, nie skreśla od razu na stracie osób, które tamtego filmu nie widziały.  Tak więc Ci, którzy nie widzieli pierwszego „Paranormal Activity” a chcieliby obejrzeć jego kontynuację, mogą spokojnie się na nią wybrać.  Powinni zrozumieć wszystko bez problemu.  Moim zdaniem jednak lepiej zostać przy filmie Peliego.  Jest zdecydowanie bardziej udany.

Tagi: horror
22:17, milczacy_krytyk , 05
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 25 października 2010
Scott Pilgrim vs. the World - trailer

Scott Pilgrim vs. the World - trailer

A już myślałem, że bardziej zwariowanej adaptacji komiksu niż "Kick-Ass" w kinie nie zobaczę.  A tu proszę, nadchodzi Scott Pilgrim.  To będzie dopiero odjazd!  Tylko nie potrafię zrozumieć dlaczego ten film poniósł tak ogromną klęskę w amerykańskim box-office...

21:01, milczacy_krytyk , zwiastuny
Link Komentarze (1) »
niedziela, 24 października 2010
Kancelaria adwokacka - sezon IV

there are heroes in this world...

Kancelaria adwokacka - sezon IVKancelaria adwokacka - sezon IV (1999-2000) USA

reżyseria: Arvin Brown, Alex Graves, Dennis Smith, Dennie Gordon, Michael Zinberg, Jeannot Szwarc, James Frawley, Oz Scott, Dwight Little, Andy Wolk, Mel Damski, Keith Samples, Duane Clark, Michael Schultz,
scenariusz: David E. Kelley, Christopher Mack, Todd Ellis Kessler, Jill Goldsmith, Samantha Howard Corbin, Alfonso H. Moreno, Adam Armus, Kay Foster
aktorzy: Camryn Manheim, Michael Badalucco,  Steve Harris, Dylan McDermott, Lisa Gay Hamilton, Kelli Williams, Lara Flynn Boyle, Ray Abruzzo, Linda Hunt, Richard McGonagle, John Larroquette, Marla Sokoloff, Holland Taylor, Michael Monks, Edward Herrmann, Jason Kravits
muzyka: Christophe Beck 
zdjęcia: Dennis Smith, Norman G. Langley
montaż: Michael F. Anderson, Charles McClelland, Susanne Stinson Malles

 (10/10)

Ostatni odcinek trzeciej serii "Kancelarii adwokackiej" zakończył się gigantycznym cliffhangerem, który zostawił nas w nie lada szoku, bo sugerował iż za atak na jedną z bohaterek była odpowiedzialna osoba, którą bardzo dobrze poznaliśmy przez poprzednie odcinki i po której byśmy się czegoś takiego nigdy nie spodziewali.  Po takiej końcówce moje oczekiwania co do kolejnej serii "The Practice" poszybowały niesamowicie w górę.  Kelley poradził sobie jednak z nimi (ku mojej uldze) bez najmniejszego kłopotu.  Wszystkim niezakończonym wątkom poświęcił odpowiednią ilość czasu w trzech pierwszych epizodach tej serii.  Przesunął więc jakby zakończenie poprzedniej serii na ten sezon i wyszło to fantastycznie, bo dzięki temu pierwsze odcinku nie są tylko zwykłym wstępem, a zaskakującym finałem, który zaszokuje niejednego.  Z tak wysoko ustawionego poziomu przeszedł później do kolejnych odcinków, w czasie których prawnicy kancelarii muszą zmierzyć się z kolejnymi, wcale nie mniej dramatycznymi i trudnymi sprawami.  To niebywałe ale w tym sezonie nie ma słabych, a nawet słabszych odcinków, każdy jest perfekcyjny, praktycznie pod każdym względem.  Wszystkie niesamowicie trzymają w napięciu, przelatują jak z bicza strzelił i co najważniejsze, nie zapomina się o nich od razu przy napisach końcowych, bo zmuszają one do myślenia.

Kelley nie boi się poruszać w swojej produkcji naprawdę poważnych i ciężkich tematów i za to mu chwała, bo dzięki temu jego serial nie jest jednorazową rozrywką, lekką opowieścią o kilku prawnikach, tylko prawdziwym dramatem, nad którym można, wręcz trzeba się trochę zastanowić.  W każdym odcinku tej produkcji bohaterowie muszą zmierzyć się z niemożliwymi wręcz do rozwiązania przeciwnościami.  Serial ten nie porusza bowiem jakichś tam problemów, które rozwiązują się same w następnych odcinkach.  W każdym epizodzie poruszane są poważne problemy moralne, niejednoznaczne dylematy, które mogą się stać, o ile tylko będziemy mieć na to ochotę, początkiem poważnych dyskusji i rozważań na bardzo długi czas.  Bohaterowie wielokrotnie znajdują się w sytuacjach w których muszą wybrać mniejsze zło, z których nie ma dobrego wyjścia, bo każda decyzja pociąga za sobą określone konsekwencje.  Nie sposób tutaj nikogo osądzać, nie sposób podjąć decyzji kto ma rację a kto nie, bo odpowiednie argumenty stoją po obu stronach i często taki wybór jest niemożliwy.  Kelley w kolejnych odcinkach mówi między innymi o eutanazji, in vitro, karze śmierci (kilkakrotnie), pedofilii, molestowaniu nieletnich czy zemście za śmierć bliskich.  Zastanawia się też jak daleko prawnik może posunąć się w obronie swoich klientów, a jak daleko prokurator by wsadzić oskarżonych za kratki.

Kelley rozwija niezwykle płynnie tę budowaną od pierwszych odcinków historię, przywołując co jakiś czas bohaterów i sprawy znane nam z poprzednich serii.  Rozwija również postacie adwokatów, o których powoli dowiadujemy się nowych rzeczy, poznając coraz dokładniej ich życie osobiste.  Najbardziej skupił się na dwójce głównych bohaterów czyli Bobbym i Lindsay, którzy planują w tej serii swój ślub.  W kilku odcinkach skupił się też na  pozostałych adwokatach.  Mamy więc tu i odcinek o Eugene i jego byłej żonie, rozwiniętą historię Eleonor i Vogelmana, a także kilka epizodów na temat Jimmy’ego i jego związku z Sędzia Robertą Kittleson.  Najmniej w tej serii jest natomiast Rebecci oraz Lucy, która w poprzednich odcinkach była często przez twórców wykorzystywana jako akcent komediowy.   Ponieważ tym razem więcej spraw jest zdecydowanie bardziej poważnych, więc jej zachowanie psułoby trochę ten klimat i na ekranie pojawia się ona rzadziej niż poprzednio.  Widać, że Kelley otrzymał na produkcję tego sezonu znacznie większy budżet, bo o wiele częściej akcja kolejnych odcinków rozgrywa się poza kancelarią i salą sądową, przenosząc sie na ulice, czy nawet do innych miast.  Bo kilka procesów odbywa się poza Stanem Massachusetts w którym mieszkają i pracują bohaterowie.  Dzięki tej zmianie miejsca akcji serial również wiele zyskał, bo prawnicy muszą się dostosować do trochę innych obyczajów panujących na salach sądowych innych Stanów i by wygrać kolejne sprawy, stosować trochę inne, często zaskakujące taktyki.

Czwarty sezon "Kancelarii adwokackiej" to czas największego sukcesu produkcji Davida E. Kelleya.  Publiczność przed ekranami telewizorów stale przybywała, średnio każdy kolejny odcinek śledziło prawie 18 milionów widzów, co jest ogromnym postępem w stosunku do pierwszych epizodów tego serialu, które oglądało tylko 9 milionów. Spora w tym zasługa "Milionerów", którzy przyciągnęli nowych widzów do tej produkcji, ale przede wszystkim samego twórcy, który wyniósł swój serial na wyżyny, prezentując niebywały wręcz poziom.  Najsilniejszym punktem „The Practice” jest oczywiście scenariusz, w większości pisany przez Kelleya, który obfituje w rewelacyjnie napisane dialogi, porywające mowy końcowe, które są tak świetnie skonstruowane, że można ich słuchać wielokrotnie.  Każdy odcinek to mistrzostwo świata w budowaniu napięcia i rozwoju akcji.  Oczywiście nawet najlepszy scenariusz na nie wiele by sie zdał, gdyby trafił w niedoświadczone ręce i tu pochwały należą się wszystkim aktorom, którzy bez problemu udźwignęli swoje role i poradzili sobie z nimi wyśmienicie.  I nie mam tutaj na myśli tylko głównej obsady, ale także tych, którzy pojawiają się tu tylko na jeden odcinek jako oskarżeni lub ich rodziny.  Kelley w tym sezonie wyeliminował też w gruncie rzeczy jedyny poważny minus tej produkcji, czyli kiepską muzykę, bo od pierwszego odcinka czwartej serii za kompozycje do kolejnych epizodów odpowiada Christophe Beck, który idealnie wyczuł klimat tej produkcji i rewelacyjnie wzmocnił poszczególne jej sceny, dzięki czemu wydają się one nam jeszcze bardziej dramatyczne, a serial jeszcze bardziej wciąga i trzyma w napięciu.  Rewelacja!

16:40, milczacy_krytyk , serial
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4