Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
wtorek, 31 lipca 2012
Bez wstydu

uczucie

Bez wstydu

Bez wstydu (2011) Polska

reżyseria: Filip Marczewski
scenariusz: Grzegorz Łoszewski
aktorzy: Mateusz Kościukiewicz, Agnieszka Grochowska, Anna Próchniak, Maciej Marczewski, Paweł Królikowski, Dariusz Majchrzak
muzyka: Paweł Mykietyn
zdjęcia: Szymon Lenkowski
montaż: Rafał Listopad

 (6/10)

Pewnego dnia do małego miasteczka przyjeżdża nastoletni Tadzik, który w trakcie trwających właśnie wakacji nie ma za bardzo co ze sobą zrobić.  Zatrzymuje się w mieszkaniu kilka lat od siebie starszej Anki.  Tadzik jest nią zafascynowany, zauroczony jej zmysłowością, dojrzałością, niezwykłą kobiecością.  Uwielbia jej zadziorny charakter, nieustannie pożera ją wzrokiem.  Krytycznie i z wielką zazdrością patrzy na jej związek z pewnym facetem, jak przypuszcza kolejnym z wielu, który choć na pierwszy rzut oka wydaje się być dobrą partią, ma pewnie wiele za uszami.  W skrytości marzy, że kiedyś on i Anka stworzą udaną parę.  Bo kocha ją, całym swoim sercem, choć uczucie to jest zakazane.  Bo Tadzik i Anka są rodzeństwem.

Całkiem niezły jest to film, ciekawie poprowadzony (choć chwilami zbyt uproszczony i zbyt łatwo łączący kolejne wydarzenia), unikający dłużyzn i scen kompletnie niepotrzebnych.  Prosty ale nie przesadnie uproszczony, spokojny ale też nie tak bardzo, by za szybko tracić tempo czy wiać nudą.  Oszczędny w słowach, ale ich nie unikający, nie mówiący wszystkiego wprost, ale wspominający tyle, by historia ta była zrozumiała i miała swój sens.  Trochę tylko dziwny, w stosunku do zwiastunów i zapowiedzi, jest tu niespodziewany i całkiem rozbudowany wątek cyganki, która czuje coś do Tadzika i ma nadzieję, że on odpowie kiedyś jej tym samym.  Niby jest związany z historią rodzeństwa, i to nie tylko za sprawą głównego bohatera, niby tu pasuje, ale jednak chwilami zabiera dla siebie trochę za wiele miejsca, przez co odciąga uwagę od najważniejszego.

A tym jest zakazane, nieodpowiednie, niewłaściwe uczucie jakim brat pała do siostry.  Właśnie ta relacja, a szczególnie sposób w jaki została oddana przez aktorów, jest jednym z najsilniejszych elementów tego obrazu.  Perfekcyjnie udało się im przedstawić tragizm relacji jaka między nimi zachodzi.  Z jednej strony są jak brat i siostra, żartują, droczą się, dokuczają sobie, ale jedno dla drugiego jest dobre i zrobi wiele.  To czysta relacja, zależność krwi, która ich łączy od urodzenia i w której nie ma nic więcej, która jest wolna od jakichkolwiek podtekstów czy krępujących sytuacji.  Jednak co jakiś czas, w niewielkich przebłyskach, pojawia się ta dodatkowa zażyłość, ta fascynacja jego nią.  Niezręczne sytuacje, cisza, która mówi nawet zbyt wiele, czy przeciągnięte spojrzenia.

I choć sposób wypowiadania dialogów przez Mateusza Kościukiewicza zdaje się wielokrotnie trochę sztuczny, nienaturalny i niezbyt przekonujący, to aktor ten świetnie niewerbalnie tworzy postać Tadzika.  Gołym okiem widać jego rozdarcie, jego wewnętrzne cierpienie, próby zwalczenia uczucia i chwile zwątpienia.  Jego występ blednie jednak przy perfekcyjnej Agnieszce Grochowskiej, która zagrała tu jak dotąd chyba swoją najlepszą rolę.  Jest idealna w każdej scenie, radzi sobie z każdą ciszą i każdym dialogiem.  Jest niesamowicie wyrazista, zaskakująca i konkretna.  Jeszcze jej takiej w żadnym innym filmie nigdy nie widziałem.  Fantastyczny występ, który nieprawdopodobnie mocno napędza ten obraz i zadziwia do samego końca.  Właśnie dla niej warto wybrać się na ten film.  Oklaski na stojąco.

23:04, milczacy_krytyk , 06
Link Komentarze (4) »
sobota, 28 lipca 2012
Mroczny Rycerz powstaje

the legend ends

Mroczny Rycerz powstaje

Mroczny Rycerz powstaje (2012) USA, Wielka Brytania

reżyseria: Christopher Nolan
scenariusz: Jonathan Nolan, Christopher Nolan
aktorzy: Christian Bale, Gary Oldman, Tom Hardy, Joseph Gordon-Levitt, Anne Hathaway, Marion Cotillard, Morgan Freeman,  Michael Caine, Matthew Modine, Alon Aboutboul, Ben Mendelsohn, Burn Gorman, Daniel Sunjata, Aidan Gillen, Sam Kennard, Aliash Tepina, Nestor Carbonell, Brett Cullen,
muzyka: Hans Zimmer
zdjęcia: Wally Pfister
montaż: Lee Smith

 (9-/10)

Trochę smutne jest to, że jakkolwiek dobry nie byłby to film, nie miał nawet najmniejszych szans by dorównać poprzedniej części, o jej przewyższeniu nawet nie wspominając.  Bo "Mroczny Rycerz", mimo swych wad, był obrazem niemal idealnym, z łatwością, pod każdym względem przewyższającym „Batman: Początek”, i wynoszącym poprzeczkę dla ostatniej części do takich wysokości, że nawet Nolanowi nie mogło udać się ponowne osiągnięcie takiego poziomu.  Stąd pojawiające się po seansie uczucie niedosytu, niespełnienia, może nawet i trochę rozczarowania, jest jak najbardziej oczywiste, choć niezwykle niesprawiedliwe i kompletnie niepotrzebne.  Bo "Mroczny Rycerz powstaje" (co za idiotyczny tytuł) to fenomenalne kino, zapierające dech w piersiach, gigantyczne ale jednocześnie niesamowicie bliskie i kameralne gdy trzeba.  Perfekcyjnie poprowadzone przez co choć rozwija się bardzo powoli, to gdy nabiera już prędkości, nic nie jest w stanie go zatrzymać, a każda z pojawiających się tu postaci jest istotna i zauważalna.  To godne zakończenie jednej z najlepszych trylogii jakie kiedykolwiek powstały, podniosłe, zgrabnie wiążące wszystkie rozpoczęte na przestrzeni poprzednich obrazów wątki.  Emocjonujące, wzruszające, przyspieszające bicie serca i będące czymś znacznie więcej, niż tylko ekranizacją komiksu. 

  

Można by wiele napisać o tym filmie, wymieniać wszystkie jego silne strony (zdjęcia! muzyka!), chwaląc poszczególne sceny, kolejne rozwiązania i pomysły.  Bo jest to świetnie pomyślana, wielowątkowa i niezwykle wciągająca opowieść.  Historia o stracie, radzeniu sobie z bolesną przeszłością, opowieść o dojrzewaniu do ról, które powinno się spełniać.  Opowieść o wściekłości, żalu, gniewie, pielęgnowanej przez lata zemście, rozgoryczeniu, a także o jakże bolesnej i zwodniczej nadziei.  Nie tylko odnosząca się do bohaterów, ale i komentująca naszą rzeczywistość, zahaczająca o czasy w których żyjemy, problemy jakie ich dotyczą.  Choćby nawiązując do rozgoryczenia spowodowanego nierównościami, niesprawiedliwościami przez które niektórzy mają tak wiele, a inni tak mało.  I tak można by wymieniać niemal bez końca, bo ten obraz to znacznie więcej niż tylko udane domknięcie wielkiej trylogii, to coś znacznie więcej niż  tylko świetne kino rozrywkowe i fantastyczna ekranizacja komiksu.  To produkcja wykraczająca daleko poza to, broniąca się bez najmniejszego nawet problemu jako… film.  Po prostu.  Film, który mam wrażenie powinno się obejrzeć przynajmniej jeszcze raz, by ocenić go na spokojnie, by w pełni go docenić.

I tak, oczywiście, zdarzyło się tu kilka zbyt wielkich naciągnięć, chwilami jedne sytuacje zbyt łatwo wynikają z poprzednich, chwilami zbyt wiele tu szczęśliwych zbiegów okoliczności, ale mój Boże, jak dobrze się to ogląda, jak idealnie tu wszystko do siebie pasuje!  Przy okazji od razu pojawia się też pytanie, czy te uproszczenia, czy te pójścia na łatwiznę, są tylko lenistwem scenarzystów, czy nie są może w jakimś stopniu celowym zabiegiem?  Takim puszczeniem oka do komiksowego widza, właśnie poprzez te schematy, które bardzo mocno przypominają o źródłach pochodzenia tej historii.  Niedosyt po sobie pozostawić może tu również odrobinę inny klimat, trochę odmienne podejście do całości w stosunku do poprzednich filmów, choć ta zmiana jak najbardziej wpisuje się w to, jak do tej trylogii podszedł Nolan.  Tworząc spójną całość, filmy układające sie w jedną, wielką historię, ale znacznie się od siebie różniące.  Rozpoczynając od najbardziej rozrywkowego ze wszystkich "Początku", przechodząc przez absolutnie nieobliczalnego "Mrocznego Rycerza" i kończąc na najbardziej mrocznym i chyba z nich wszystkich najspokojniejszym "Mroczny Rycerz Powstaje".  Nie dziwne, że każdy z nich może podobać się inaczej, bo ciężko je nawet ze sobą porównać, tak odmiennie się prezentują. 

  

Mam też wrażenie, że trochę tej produkcji zaszkodziła jej promocja, zwiastuny w szczególności, które choć nie wydawało się by zdradzały zbyt wiele, bo nie układały się odruchowo w gotowy obraz, to jednak z ich znajomością, oglądanie tej części stało sie zdecydowanie mniejszą przyjemnością, takim trochę łączeniem kolejnych zapamiętanych wcześniej scen i dialogów, a nie całkiem wolnym od oczekiwań poznawaniem rozwoju wydarzeń.  Całe szczęście, że nie zdradziły one przynajmniej jak ważną i nieprawdopodobnie charakterną postacią będzie grana przez Anne Hathaway Selina Kyle (ani razu nie nazwana tu Catwoman).  Jest ona zdecydowanie najjaśniejszym punktem z całej obsady, jak również chyba największym szczęściem jakie mogło przytrafić się tej produkcji.  Bo z całą pewnością film ten straciłaby wiele ze swojej zadziorności, nieprzewidywalności, gdyby właśnie nie obecność Anne.  Ogromne zaskoczenie, w życiu bym się nie spodziewał, że tak dobrze poradzi sobie z tą rolą.  Pociągająca, nieprzewidywalna, intrygująca, kąśliwa, dowcipna, ożywiająca każdą scenę w której się pojawia.  Cudowny występ.

22:17, milczacy_krytyk , 09
Link Komentarze (11) »
czwartek, 26 lipca 2012
Zabójstwo Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda

no applause

Zabójstwo Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda

Zabójstwo Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda (2007) Kanada, USA

reżyseria i scenariusz: Andrew Dominik
aktorzy: Brad Pitt, Casey Affleck, Sam Shepard, Mary-Louise Parker, Jeremy Renner, Garret Dillahunt, Barbara Kozicki, Sam Rockwell, Ted Levine, Pat Healy, Brooklynn Proulx, Paul Schneider, Michael Parks, Hugh Ross, Alison Elliott, Zooey Deschanel
muzyka: Nick Cave, Warren Ellis
zdjęcia: Roger Deakins
montaż: Dylan Tichenor, Curtiss Clayton

na podstawie: powieści Rona Hansena

 (6/10)

Koniec XIX wieku, Dziki Zachód.  Jesse James jest najbardziej poszukiwanym bandytą, napadającym na banki i pociągi, o którym niektórzy mówią, iż jest drugim najsławniejszym Amerykaninem znanym w Europie, zaraz po Marku Twainie.  To żywa legenda, człowiek uznany przez ludzi za ówczesnego Robin Hooda, o którym krążyły najróżniejsze opowieści, opisujące jego przygody.  Na tych historiach wychował się Robert Ford, niespełna dwudziestoletni chłopak, najmłodszy z rodzeństwa, który w swojej przeszłości widzi wiele podobieństwa do drogi jaką przeszedł James.  Jest nim zafascynowany, podziwia go i pragnie wstąpić do jego bandy, by razem z nim prowadzić od tak dawna upragnione życie.  Chce przeżywać przygody, chce by jego nazwisko stało się znane, pragnie zauważenia i tego, by inni zaczęli traktować go poważnie.  "Zabójstwo Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda" to spokojna, wyciszona opowieść.  To spojrzenie na prawdziwą historię pewnego chłopaka, który z potrzeby stania się kimś, stał się jednocześnie katem i ofiarą własnych marzeń.  To również spojrzenie na manipulującego otoczeniem mężczyznę, zmęczonego swym niebezpiecznym choć wybranym życiem.  Opowieść o zdradzie i nieufności, która każe kwestionować wszystkie, w szczególności te najbliższe znajomości, oraz o zazdrości i rozczarowaniu, gdy dziecięce marzenia mijają się z dorosłą rzeczywistością.

   

To co jest najbardziej zachwycające w tym filmie, to jego strona audiowizualna.  Przecudowne, nieprawdopodobnie wyczulone na światło zdjęcia Rogera Deakinsa, w każdej scenie tak zjawiskowo piękne, że aż dech zapiera.  Właściwie to dla samych nich, dla tych przecudownych obrazów, które zaczarowują tę opowieść, warto sięgnąć po ten film.  Złote od słońca, jednocześnie smutno szare, w niezwykły sposób łączące spokój, z melancholią i gdzieś czającym się zagrożeniem i niepokojem.  Niebywała jest tu również muzyka, właściwie cały soundtrack, a w szczególności niesamowicie urzekający motyw przewodni, napisany dla postaci Jamesa, który rozbrzmiewa już w pierwszych sekundach seansu, później powracając co jakiś czas.  Delikatny, czarujący, skromnie wzniosły, kryjący w sobie trudne do określenia pokłady smutku, powagi i wielkości.  Z całą pewnością jedna z najpiękniejszych melodii jakie przyszło mi do tej pory słyszeć, która to właśnie zachęciła mnie do obejrzenia tej produkcji.  Szkoda tylko trochę, że film ten, choć tak piękny w dźwiękach i obrazie, jest tak przedziwnie chłodny i niedostępny.  Brakuje w nim większych emocji, brakuje uczuć, przez co ten niezwykle długi seans (prawie trzy godziny) z czasem zaczyna wydawać się płaski, nudny i jednak trochę nieciekawy.

   

Szkoda, że choć produkcja ta opowiada o człowieku legendzie, nie udaje się przybliżyć na czym polegała jego wielkość, dlaczego zyskał taką sławę, czemu był uwielbiany przez ludzi, a jego oczekiwana przez stróżów prawa śmierć, nie spotkała się jednak z pozytywnym przyjęciem.  Wszak był jednym z największych i najgroźniejszych bandytów tamtych lat, wiec jego brak powinien wywołać ulgę.  Obraz ten byłby pełniejszy, bliższy widzu i dużo ciekawszy, gdyby bardziej zgłębiał jego postać, oraz prowadzącą do nieuniknionego relację z Fordem.  Szkoda, bo z tak imponującą i silną obsadą, nietrudno byłoby zdecydowanie więcej wyciągnąć z tej historii jak i większości postaci, czyniąc z niej coś więcej niż tylko przydługą opowieść o pewnym bandycie.  Stąd też chwilami ma się wrażenie pewnego zaniedbania tak wspaniałych aktorów, którzy nie do końca mogli rozwinąć tu skrzydła.  Renner, Rockwell, Dillahunt, Parker, Schneider i Shepard, wszyscy świetnie obsadzeni, ale ze względu na surowość scenariusza, nie mogący mocniej się wybić, ani stworzyć bardziej zapadających w pamięć kreacji.  Najbardziej widoczni są oczywiście Pitt, czyli Jesse, pogrążony w ukrywanej za udawaną uprzejmością i pewnością siebie depresji, oraz Affleck czyli młody, niepewny siebie, niedoceniony i rozczarowany Robert.

   

22:12, milczacy_krytyk , 06
Link Komentarze (4) »
sobota, 21 lipca 2012
Prometeusz

intergalactic squid

Prometeusz

Prometeusz (2012) USA

reżyseria: Ridley Scott
scenariusz: Jon Spaihts, Damon Lindelof
aktorzy: Noomi Rapace, Michael Fassbender, Charlize Theron, Idris Elba, Guy Pearce, Logan Marshall-Green, Sean Harris, Rafe Spall, Emun Elliott, Benedict Wong, Kate Dickie, Patrick Wilson, Lucy Hutchinson, Giannina Facio
muzyka: Marc Streitenfeld
zdjęcia: Dariusz Wolski
montaż: Pietro Scalia

 (6=/10)

Wiele by można było napisać o tym filmie, a właściwie o wszystkim dookoła niego.  Bo "Prometeusz" to jedna z najbardziej oczekiwanych produkcji ostatnich miesięcy, film, który intrygował i przyciągał uwagę jeszcze na długo przed rozpoczęciem oficjalnych zdjęć.  Prequel, sequel, remake, a może zupełnie oddzielna historia?  Mroczna produkcja z wielkimi ambicjami, powrót do porzuconego gatunku, czy niepotrzebne nawiązanie do przeszłości, nadużycie, które będzie kłaść się cieniem na genialnym "Obcym"?  Film nie bojący się zadawać odważnych pytań i przedstawiać na nie znaczących odpowiedzi, czy może zwykła historyjka przesadnie wychwalana przez swych twórców?  Z całą pewnością widowisko świetnie wypromowane, niesamowicie interesującymi i elektryzującymi zwiastunami i pomysłową promocją viralową.  Tylko, że wszystko to, cały ten hype, to zwykła otoczka, mylący skafander założony tylko po to, by przyciągnąć do kin jak najwięcej widzów.  Bo pod nim, w środku, kryje się niestety niewiele.  Niespełniona obietnica, zupełnie niewykorzystana szansa, nielogiczna i wielokrotnie przerabiana papka.  Bo "Prometeusz" to film, który choć miał wielkie ambicje, nawet nie spróbował ich w niewielkim stopniu spełnić. 

To co jest najgorsze w tej produkcji, to nieustanne skakanie po łebkach i porzucanie ledwo zaczętych myśli i wątków, na rzecz kolejnych, równie szybko pozostawianych samym sobie.  Widać, że za krótko (choć niby tak długo) za wiele osób pracowało nad scenariuszem, bo odmiennych pomysłów na tę historię jest tu od groma i nijak one ze sobą nie współgrają.  Zaczyna się od prostych i stale ignorowanych: 'nie dotykaj!', 'nie zdejmuj hełmu', 'nie idź tam', przechodzi przez zapominanie o kolejnych postaciach, które nagle znikają z ekranu nie wiedzieć gdzie i czemu, a kończy na porzucanych ideach, tak jakby się twórcom znudziły, lub nie wydawały jednak wystarczająco interesujące, by się nad nimi choć na chwilę zatrzymywać.  Czego tu właściwie nie ma?  Pojedynek wiary z rozumem, poszukiwanie początków istnienia i rozczarowanie wynikające z braku odpowiedzi, spór sztucznej inteligencji z ludzką duszą, chęć wiecznej młodości i konieczność godzenia się z nieuniknionym, tworzenie nowego życia i ponoszenie za niego odpowiedzialności, interesy korporacji i interesy jednostki.  I wiele innych.  Tylko, że wszystko to zaledwie zaznaczone, wspomniane w jednym czy dwóch zdaniach, zapomniane chwilę później.  Po co więc w ogóle wyciągane na powierzchnię?

Wszystko to wina nieudolnego scenariusza, jego potwornej chaotyczności i przekombinowanej prostoty, bo nic tu do siebie nie pasuje, nic nie wynika z niczego.  Do tego dochodzą nieliczne, do bólu oczywiste dialogi, które nie tylko nie wnoszą nic do sprawy, ale co gorsze, opisują to co właśnie dzieje się na ekranie.  Całość jest nielogiczna, przekombinowana i nawet nie próbuje się z tym kryć.  Zdarzyć się tu może wszystko, im bezsensowniej tym lepiej, byleby tylko coś się działo, choć nie dzieje się tu za wiele i jak na tak długi obraz, w gruncie rzeczy zawiera się w jednym zwiastunie.  Desperacko brakuje tu napięcia, brakuje zaskoczenia, brakuje jakiegokolwiek klimatu, o klaustrofobii (niby tak naturalnie pasującej do tego typu opowieści) nawet nie wspominając.  Tę atmosferyczną pustkę starają się nadrabiać cudowne zdjęcia Dariusza Wolskiego (jeszcze bardziej niż kiedykolwiek zapragnąłem pojechać na Islandię), stara się też soundtrack, przeplatając na zmianę trzy główne melodie, z czego dwie całkiem dobrze współgrają z obrazem i pozostają w pamięci na dłużej, podczas gdy trzecia, napisana przez Harry Gregsona – Williamsa, jest jak na tego typu obraz zdecydowanie zbyt optymistyczna i bardziej przywodzi na myśl melodie z romantycznego "Star Treka", niż historie rozgrywające się w uniwersum „Obcego”.

I tylko dzięki sprawnej reżyserii (Scott to jednak nadal fantastyczny twórca), ogląda się ten koszmarek całkiem dobrze, właściwie nawet bezboleśnie, odruchowo przymykając oko na wszystkie bzdury, idiotyzmy i naciągnięcia.  Choć głupota pogania głupotę, schemat goni schemat, a nielogiczności ukrywane są niedopowiedzeniami, udającymi furtki do jakiejś większej treści, zupełnie jakbyśmy nadal jeszcze byli na wyspie wraz z rozbitkami, a nie gdzieś w zimnym i niebezpiecznym kosmosie.  A ponieważ leży scenariusz, który wydaje się być zaledwie wstępnym szkicem do większej, dłuższej i zdecydowanie poważniejszej historii, to i aktorzy nie mają za bardzo czego grać.  I choć Prometeusz ma na pokładzie aż siedemnastu członków załogi, to zapamiętywalne są może ze trzy.  Pozostali to bezimienne tło, wspomniane na początku, które w pewnym momencie po prostu znika bez żadnego wyjaśnienia. W swojej roli nie sprawdza się niestety Noomi Rapace, która stać się miała nową Ripley, a jest jedną z najnudniejszych i najbardziej nieciekawych postaci w całym obrazie, bo choć wiemy o niej niby najwięcej, to ta wiedza się zupełnie do niczego nie przydaje.  

Najlepiej ze wszystkich wypada tu chyba Michael Fassbender jako robot nienawidzący swoich rodziców, który postanawia przy okazji nadarzających się okazji, zabawić w stwórcę (przewidując przy tym to czego przewidzieć się nie dało, no ale przecież coś się tu dziać musi).  Niezła jest też zimna jak lód Charlize Theron, w pewnej chwili nazwana nawet robotem, której zadaniem jest nadzorowanie całej ekspedycji.  Widoczny na ekranie jest także Idris Elba czy pilot Janek.  Pozostali to jacyś tam ludzie, zgraja amatorów, którzy zachowują się niczym dzieci w sklepie z zabawkami, a nie naukowcy, przybywający na obcą planetę w niezwykle ważnej misji, która może udzielić odpowiedzi na jedno z najważniejszych pytań ludzkości.  Przez to kolejne zgony (których o dziwo nie ma aż tak wiele) nie robią na nas żadnego wrażenia.  Z resztą jakżeby też mogły jeśli niektóre są tak koncertowo spierniczone (i to najlżejsze słowo jakiego można było tutaj użyć), że nie wiadomo czy się śmiać czy płakać.  Z całości do zapamiętania zostaje chyba tylko jedna scena operacji, choć to co dzieje się później, to kolejna radosna twórczość scenarzysty, której nie sposób zaakceptować.

   

20:49, milczacy_krytyk , 06
Link Komentarze (6) »
wtorek, 17 lipca 2012
Millennium: Zamek z piasku, który runął

rozciągnięte zakończenie

Millennium: Zamek z piasku, który runął

Millennium: Zamek z piasku, który runął (2009) Dania, Niemcy, Szwecja

reżyseria: Daniel Alfredson
scenariusz: Jonas Frykberg, Ulf Ryberg
aktorzy: Michael Nyqvist, Noomi Rapace, Michalis Koutsogiannakis, Lena Endre, Per Oscarsson, Sofia Ledarp, Jacob Ericksson, Annika Hallin, Mirja Turestedt, Niklas Hjulström, Anders Ahlbom, Micke Spreitz, Hans Alfredson, Niklas Falk, Lennart Hjulström, Magnus Krepper,  Aksel Morisse, Georgi Staykov,  Carl-Ake Eriksson, Jacob Nordenson, Peter Andersson, Sanna Krepper, Tomas Köhler
muzyka: Jacob Groth
zdjęcia: Peter Mokrosinski
montaż: Hakan Karlsson

na podstawie: powieści Stiega Larssona

 (6/10)

Trzecia, ostatnia część "Millennium", ekranizacji powieści Stiega Larssona, rozpoczyna się dokładnie w momencie, w którym zakończyła się "Dziewczyna, która igrała z ogniem".  Odnaleziona przez Mikaela, ledwo żywa Lisbeth, przewieziona zostaje do szpitala.  Po przeprowadzonej operacji, jej stan określany jest jako stabilny, życiu nie zagraża niebezpieczeństwo, ale czeka ją długotrwała rehabilitacja.  Dochodząc do siebie, zaczyna przygotowywać się do procesu o morderstwo, o które jest oskarżana.  W międzyczasie Blomkvist rozpoczyna prace nad obszernym artykułem, w którym udowodni niewinność dziewczyny i przy okazji odkryje tajemnice przeszłości, opisując grupę wpływowych osób, która niegdyś miała znaczący wpływ na decyzje i działania szwedzkiego rządu.  Jego śledztwo szybko doczeka się odzewu, bo zainteresowane osoby zrobią wiele, byleby tylko prawda sprzed lat nie wyszła na jaw.  A na dodatek, gdzieś w tle, czai się zbiegły Niedermann, mężczyzna nieodczuwający bólu, którego zamiarem jest zabicie Lizbeth.

"Zamek z piasku, który runął" to zdecydowanie najspokojniejsza część z trylogii filmów "Millennium".  Rozwijająca się wpierw przez mozolne dziennikarskie śledztwo, oraz podglądanie ruchów członków tajnej organizacji, starającej się pozostać w ukryciu, a później przez proces sądowy w którym oskarżoną jest Salander.  Przez takie ustatycznienie tej historii, to chyba najnudniejsza ze wszystkich części.  Bo pasjonujące na kartach powieści spokojne wydarzenia, napędzane słowami i kolejnymi odkryciami, w większości dokonywanymi w stertach starych akt, na ekranie wypadają niezwykle blado i nieciekawie.  Ponieważ nie udało się ich zdynamizować, podkręcić napięcia, całość dłuży się okropnie, wielokrotnie traci tempo i nie zachęca do śledzenia.  Brakuje tu napięcia, które elektryzowałoby przed ekranem, brakuje również mroźnego klimatu, podobnie jak przy poprzednim filmie, tak charakterystycznego dla skandynawskich kryminałów.  I choć produkcja ta nie mogłaby być krótsza, bo nie miałaby wtedy za bardzo sensu - i tak została pewnie bardzo mocno przycięta w porównaniu z powieścią - to w czasie seansu chciałoby się by trwała jednak choć odrobinę krócej.

Znów najbardziej z całej obsady wyróżnia się Noomi Rapace, znów postać Blomkvista traktowana jest jakby na doczepkę (choć w tym filmie jest go i tak więcej niż poprzednio), i znów zakończenie jest przesadnie rozciągnięte i podzielone na wiele oddzielnych fragmentów.  Choć za wiele wątków zostało tu poruszonych, by mogło być inaczej, stąd choć jest to pewna niedogodność tego obrazu, trudno było jej uniknąć.  Znów brakuje mocniejszego pogłębiania charakterów postaci i szerszego spojrzenia na całą historię, bo twórcy skupiają się wyłącznie na głównej intrydze, pomijając wszystkie pozostałe wnioski, od których powieść z pewnością aż pękała w szwach.  Potwornie denerwująca w tej części jest również naiwność bohaterów, szczególnie dziennikarzy prowadzących Millennium, którzy wielokrotnie zachowują się jakby po raz pierwszy pracowali nad tak kontrowersyjnym artykułem, jakby nie zdawali sobie sprawy, że szukając pewnych informacji, zadrą z ludźmi, z którymi zadzierać nie powinni, a konsekwencje takiej dociekliwości, będą bardzo bolesne.  Taka beztroskość jest tu potwornie denerwująca i mocno odbiera radość z oglądania tego obrazu.

20:02, milczacy_krytyk , 06
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2