Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
sobota, 30 lipca 2011
Green Lantern

siła woli

Green LanternGreen Lantern (2011) USA

reżyseria: Martin Campbell
scenariusz: Michael Goldenberg, Greg Berlanti, Michael Green, Marc Guggenheim
aktorzy: Ryan Reynolds, Blake Lively, Peter Sarsgaard, Mark Strong, Angela Bassett, Tim Robbins, Geoffrey Rush, Taika Waititi, Temuera Morrison, Jay O. Sanders, Jon Tenney, Mike Doyle, Leanne Cochran, Dylan James, Gattlin Griffith, Jenna Craig, Clancy Brown, Michael Clarke Duncan
muzyka: James Newton Howard
zdjęcia: Dion Beebe
montaż: Stuart Baird

na podstawie: serii komiksów Johna Broome'a i Gila Kane'a

 (7/10)

Wśród najbardziej znaczących amerykańskich wytwórni filmowych, największe zaufanie pokładam w Warner Bros.  Gdy tylko pojawia się nowy film tego studia, mogę iść na niego w ciemno.  Rzadko kiedy zawodzą mnie jego produkcje, bo prezentują przynajmniej przyzwoity poziom.  A to w przypadku filmów typowo rozrywkowych jest osiągnięciem naprawdę sporym.  Dlatego dziwiły mnie opinie na temat "Green Lantern" jakie od dłuższego już czasu napływały zza Oceanu.  Bardzo krytyczne, zniechęcające do obejrzenia tego filmu.  I prawdę powiedziawszy Warner trochę na własne życzenie sam je na siebie ściągnął, gdy kilka miesięcy temu wypuścił pierwszy zwiastun tej produkcji.  Nieciekawy, niedopracowany, zmontowany jakby reklamował komedię, a nie film o jednym z najbardziej znanych superbohaterów.  Nie był ani śmieszny, ani efektowny, ani specjalnie zachęcający.  To od tego momentu rozpoczęła się zła prasa tej produkcji.  I choć później studio próbowało promować swój najnowszy blockbuster na różne sposoby, zalewając nas chociażby kolejnymi zwiastunami, to właśnie ten pierwszy zaważył na przyszłym życiu obrazu.  Nie jest jednak prawdą, że "Green Lantern" jest obrazem tak złym, jak o nim piszą.  To przyjemna, dobrze opowiedziana historyjka.  Co prawda nie wyróżnia się znacząco na tle innych opowieści opartych na powieściach graficznych, ale niczym też specjalnym nie grzeszy.  Ot, przyjemny obrazek na którym nie trzeba specjalnie myśleć ale co ważne, nie ogłupia, nie każe na początku seansu wyłączyć nam myślenia, bo w przeciwnym wypadku oglądanie go może okazać się dla nas torturą.

Aktorzy grają tu nieźle, niektórzy trochę lepiej (Peter Sarsgaard, którego rola jest niestety trochę krótka), inni trochę słabiej ale nikt nie schodzi poniżej odpowiedniego poziomu.  To na co warto zwrócić uwagę, to to, że postaci mają za sobą jakąś przeszłość, o której dowiadujemy się w miarę rozwoju akcji.  To przez nią są ze sobą w jakiś sposób powiązani, więc ich interakcje wydają się naturalniejsze, bardziej prawdopodobne.  Po za tym wiedząc o bohaterach trochę więcej, niż to czym zajmują się obecnie, możemy się do nich zdecydowanie szybciej i łatwiej przywiązać, a to w filmie w którym w większości chodzi o akcję rzecz bardzo cenna.  Efekty specjalne nie wyróżniają się niczym specjalnym ale też i nie rażą sztucznością.  Choć osobiście trochę dziwi mnie, że to właśnie "Green Lantern" ma najwyższy budżet ze wszystkich adaptacji komiksów, jakie w tym roku pojawiły się w kinach.  Szkoda trochę, że trójwymiar jest tak naprawdę dwuwymiarowy, przestrzennych scen jest tyle co kot napłakał, a najbardziej widoczne są polskie napisy pojawiające się przed aktorami.  Nie ma w "Green Lantern" co prawda wielu scen bardzo widowiskowych, w gruncie rzeczy pojawiają się tylko te, które mogliśmy zobaczyć w zwiastunach, w trochę tylko dłuższych wersjach.  Co ciekawe pomimo tak niewielkiej ilości szybszych scen nie ma się wrażenia, że film ten jest skromny, czy niewiele się w nim dzieje.  Twórcy po prostu nie przesadzają z ilością wielkich scen i rozmieszczają je równomiernie w całej swojej produkcji, przez co nie jest ich ani za mało, ani zbyt wiele.

Choć za scenariusz "Green Lantern" odpowiedzialne były aż cztery osoby (a tak spora liczba piszących nigdy nic dobrego nie wróży), historia opowiedziana jest w tym filmie w całkiem ciekawy i logiczny sposób.  Jedno prowadzi do drugiego, kolejne wydarzenia wynikają z tych, które przed chwilą widzieliśmy.  Nie ma zbyt wielu dziur w scenariuszu, ani idiotyzmów czy nielogiczności, przez które trzeba by było załamywać ręce.  Ponadto opowieść ta jest naprawdę nieźle prowadzona, nie ma tu specjalnych zwolnień, wypełniaczy czy naprawdę niepotrzebnych scen.  No może prócz tej z przyjacielem Hala, przed którym chwali się on swoim kostiumem  - choć i tak wypada ona lepiej niż jej zapowiedź, widoczna w pierwszym zwiastunie.  Ogólnie rzecz biorąc ogląda się ten obrazek nadspodziewanie dobrze, co prawda bez specjalnej ekscytacji, ale też bez znudzenia.  Po prostu dobrze.  "Green Lantern" to opowieść o zdawaniu sobie sprawy ze strachu, który w nas tkwi i konieczności pokonania go, stawieniu mu czoła.  Opowieść o przeszłości, z którą trzeba sobie jakoś poradzić, bo odłożona na potem, zaczyna zatruwać życie.  A także o sile wyobraźni, własnej woli, dzięki której możemy tworzyć cuda, dokonywać rzeczy niezwykłych.  Na plus trzeba koniecznie zaliczyć jedną, bardzo pomysłową i zabawną scenę, która odnosi się do wszystkich ekranizacji komiksów.  W scenie tej Carol po raz pierwszy spotyka Hala jako Zieloną Latarnię i zachowuje się dokładnie tak, jak zachowałby się normalny, myślący człowiek. Świetne! 

Przyczepić się w tym filmie jeśli już, można do dwóch rzeczy.  Po pierwsze twórcy przez bardzo długi czas, a właściwie prawie do samego końca, nie potrafią się zdecydować do kogo tak naprawdę kierują swoją produkcję.  Do fanów komiksu, zwykłych widzów, czy dzieci?  Dlatego zdarzają się tu sceny dość poważne, skupiające się na dłużej na bohaterach, a jednocześnie serwowany jest nam przede wszystkim humor niczym z podstawówki (całe szczęście nie taki poniżej pasa).  Chwilami bohaterowie zachowują się odpowiednio poważnie, innym razem jakby występowali w jednej z wielu komedii.  Całe szczęście tych akcentów komediowych nie jest zbyt wiele i trwają krótko, więc można je przetrwać i nie psują one znacznie ogólnego wrażenia.  Drugi problem, trochę wynikający z tego pierwszego, dotyczy mocy jaką Hal zaczyna wykorzystywać.  Jego twory wyobraźni nie pasują do filmu, wyglądają w nim sztucznie i nieprzekonująco.  Zdecydowanie lepiej sprawdzałyby się w kreskówce, czy bajce skierowanej bezpośrednio do dzieci, a nie w blockbusterze o wielomilionowym budżecie, w którym da się obecnie pokazać juz chyba wszystko i który przeznaczony jest do trochę starszego widza.  Hal materializuje tak nieciekawe rzeczy jak tor wyścigowy, karabiny, dziwaczne katapulty, czy nawet gigantyczne sprężyny, wyjęte jakby z powiększonego łóżka.  Wygląda to chwilami strasznie komiksowo i śmiesznie.  Choć może tak właśnie miało być?

12:19, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (8) »
czwartek, 28 lipca 2011
28 dni później

pure rage

28 dni później28 dni później (2002) Francja, Holandia, USA, Wielka Brytania

reżyseria: Danny Boyle
scenariusz: Alex Garland
aktorzy: Christopher Eccleston, Ray Panthaki, Megan Burns, Brendan Gleeson, Noah Huntley, Cillian Murphy, Naomie Harris, Luke Mably, Toby Sedgwick, David Schneider, Leo Bill, Stuart McQuarrie, Jukka Hiltunen, Bindu de Stoppani
muzyka: John Murphy, Brian Eno
zdjęcia: Anthony Dod Mantle
montaż: Chris Gill

 (8/10)

"28 dni później" to jeden z bardziej znanych i chwalonych horrorów ostatnich lat.  Nakręcony za niespełna 10 milionów dolarów zarobił tylko w samych Stanach ponad cztery razy tyle i doczekał się (jak na razie) jednej kontynuacji. To właśnie po części po nim do kin powróciła moda na filmy o zombie, choć tak naprawdę nie opowiada on o żywych trupach, a o epidemii szaleństwa, która w niecały miesiąc obejmuje całą Wielką Brytanię.  Rozpętują ją obrońcy zwierząt, którzy sprzeciwiając się przetrzymywaniu kilkunastu małp w pewnym tajnym laboratorium, włamują się do niego i uwalniają je z klatek.  Ignorują ostrzeżenia naukowca, który próbuje ich powstrzymać, ostrzegając iż małpy są zarażone tajemniczym wirusem wściekłości i tak sprowadzają na siebie i całą Anglię (a może i świat) zagładę.  Reżysera nie interesuje jednak sama epidemia, jej przebieg, bo od razu po incydencie w laboratorium, przenosi akcję swojego filmu o 28 dni wprzód, gdy praktycznie jest już po wszystkim. Świat się skończył, a osoby, które przeżyły epidemię można zliczyć na palcach jednej ręki.  Nie zobaczymy więc w tym filmie ani pierwszej paniki, ani prób ewakuacji ludności, czy prób ratowania normalności, bo ważniejsze dla reżysera jest ukazanie rzeczywistości już po wszystkim.  Tej, którą zastaje Jim po nagłym przebudzeniu się w opustoszałym szpitalu i zdaniu sobie sprawy z faktu, że świat jaki znał przestał istnieć.

Długo zwlekałem z obejrzeniem tego filmu bo nie przepadam za opowieściami o żywych trupach i obawiałem się, że będzie on w większości tylko bezmyślną, krwawą jatką i niczym więcej.  Co ciekawe film ten jest mądrzejszy niż można byłoby sądzić na podstawie reklamujących go zwiastunów, czy gatunku z jakiego się wywodzi.  Nie jest to obraz nastawiony wyłącznie na szokowanie widza wymyślną przemocą, straszenie czy obrzydzanie krwawymi obrazami, choć jest w nim też kilka drastyczniejszych scen.  Najważniejsi są tutaj bohaterowie i ich walka o przetrwanie w zniszczonym po epidemii świecie.  Boyle nakręcił film o ludziach, którzy znalazłszy się w krytycznej sytuacji, muszą jakoś dożyć do następnego dnia, muszą w jakiś sposób przetrwać koniec świata, który właśnie nastąpił.  Szaleńcy, zarażeni są tutaj jedynie dodatkiem mającym od czasu do czasu przyspieszyć bicie naszego serca, ale przede wszystkim pokazać jak w takich sytuacjach zachowają się bohaterowie, kto okaże się silny a kto słaby, kto sie zmieni a kto nie, kto przeżyje śmierć swoich bliskich a kto sobie z tym nie poradzi.  Nie jest to więc film, który jedynie pędzi od jednej brutalnej sceny do następnej, wylewając na nas z ekranu hektolitry sztucznej krwi.  Wolniejszych momentów, spokojnych chwil, w czasie których bohaterowie tylko ze sobą rozmawiają jest tu tak wiele, że dla niektórych widzów obraz ten może wydać się nawet nudny, ale taki nie jest.  Wystarczy jedynie wczuć się w opowiadaną przez twórców historię.  To także obraz, który dyskretnie pokazuje jak szalony, zwariowany jest świat w którym obecnie żyjemy, a także do czego zdolni są ludzie w sytuacjach kryzysowych.  Bo jak nie trudno się domyślić w prymitywnych warunkach, walcząc o przetrwanie, odzywają się z nich najbardziej prymitywne instynkty i stają się oni równie wielkim zagrożeniem (o ile nie jeszcze większym), co zainfekowani.

"28 dni później" jest obrazem , który hipnotyzuje, zaskakuje i trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej sceny.  Reżyserowi perfekcyjnie udało się stworzyć i co ważniejsze utrzymać, praktycznie przez cały seans, niezwykle wysokie napięcie i uczucie ciągłego zagrożenia, które powoduje iż siedzimy przed ekranem jak na szpilkach, mając nadzieję, że bohaterom uda się przeżyć i wyjść cało z kolejnych beznadziejnych sytuacji.  Niestety nie ustrzegł się pewnych nieścisłości czy naciągnięć, które nie zaistniałyby, gdyby bohaterowie zachowywaliby się logicznie.  Co ciekawe jednak te trochę na siłę stworzone sceny zagrożeń, zupełnie nie rażą, nie denerwują, bo przyspieszają tak bicie serca i podkręcają akcję tego filmu, że aż nie sposób wysiedzieć na miejscu.  Co ważniejsze to dziwne uczucie zagrożenia, niepewności, które odczuwamy w czasie seansu, pozostaje z nami także i po jego zakończeniu, co tym bardziej świadczy o tym jak dobry jest to horror.  Szkoda tylko trochę, że twórcy po pokazach testowych zrezygnowali z pierwotnego zakończenia  i zastąpili je otwartym, zdecydowanie bardziej optymistycznym, które trochę gryzie się z klimatem wcześniejszych scen. Na plus muszę jeszcze koniecznie zaliczyć niesamowite zdjęcia opustoszałego, zastygłego Londynu, które robią przeogromne wrażenie.  Ta cisza, brak jakichkolwiek odgłosów, ta pustka, to obrazy, które są niezwykle niepokojące i na długo zostaną w pamięci.  Świetna w filmie Boyla jest również muzyka, której choć nie ma za wiele, brzmi tak fantastycznie, tak rewelacyjnie pasuje do obrazu, że wzmacnia go niebywale. O jej wielkości świadczyć może chociażby to, jak często sięgają po nią inni twórcy.

Tagi: horror
21:42, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (1) »
wtorek, 26 lipca 2011
Castle - sezon III

solving murder has never been so much fun

Castle - sezon IIICastle - sezon III (2010-2011) USA

reżyseria: Rob Bowman, John Terlesky, Bryan Spicer, Bill Roe, Félix Alcalá, Bethany Rooney, Jeff Bleckner, Millicent Shelton, Tom Wright, Emile Levisetti, David M. Barrett, Steve Boyum, Paul Holahan
scenariusz: Andrew W. Marlowe, Moira Kirland, Alexi Hawley, David Grae, Terence Paul Winter, David Amann, Elizabeth Davis, Matt Pyken, Shalisha Francis, Scott Williams, Terri Miller, Will Beall, David Amann
aktorzy: Nathan Fillion, Stana Katic, Jon Huertas, Seamus Dever, Tamala Jones, Ruben Santiago-Hudson, Molly C. Quinn, Susan Sullivan
muzyka: Robert Duncan
zdjęcia: Bill Roe, Daryn Okada 
montaż: Marta Evry, Warren Bowman, Edward A. Warschilka, Sue Blainey

 (9/10)

Bohaterowie serialu "Castle" rozstali się na przerwę wakacyjną w ostatnim odcinku drugiej serii.  On pojechał pisać swoją nową książkę, ona wzięła wolne.  Po zakończeniu urlopów mieli razem wrócić do pracy.  Tak się jednak nie stało.  On, choć dawno temu przyjechał do miasta, nie oddzwania do niej, a ona nie chce okazać, że jego towarzystwo zaczęło jej bardzo odpowiadać i się do niego przez ostatnie dwa lata przywiązała.  Ale choć żadne nie chce zrobić pierwszego kroku i tak ich drogi się wkrótce zejdą i to w dość zaskakujący sposób, bo Castle będzie podejrzanym w sprawie kolejnego zabójstwa.  W kolejnych odcinkach znów między bohaterami będzie iskrzyć, ciekawe sprawy kryminalne będą rozwiązywane w szybki i często dowcipny sposób, a i kilku mocniejszych, poważniejszych i bardziej podnoszących napięcie odcinków, też nie zabraknie.  Czyli ogólnie rzecz biorąc, w trzecim sezonie otrzymujemy dokładnie to, co oferowały poprzednie dwie serie. I jest to jak najbardziej zaleta tej serii, w żadnym wypadku jej wada.

Na sukces tego serialu składają się trzy elementy.  Po pierwsze świetne, barwne, bardzo wyraziście zarysowane postaci, do tego perfekcyjnie zagrane przez aktorów, którzy nie odgrywają ich, tylko w pewnym momencie się po prostu nimi stali.  I to nie tylko Ci na pierwszym planie, bo i tło wygląda tu nad wyraz dobrze.  Między Richardem a Kate nadal wyczuwalna jest wyraźna chemia, chwilami wreszcie twórcy robią następny krok w tej dość bojaźliwej relacji, ale zawsze coś stoi bohaterom na drodze, by w pełni przyznać się do swoich uczuć.  Jednak o ile w poprzednim sezonie to ciągłe nieprzekraczanie pewnej granicy mogło trochę irytować, tak tu jest bardzo zgrabnie rozegrane i wykorzystane do samego końca.  Fantastycznie, bardzo naturalnie wypada również drugoplanowy wątek matki i córki Richarda, które swoimi problemami pomagają mu w kolejnych sprawach kryminalnych, powiązać czasem niemożliwe do powiązania fakty.  Bo to, co dzieje się na drugim planie zawsze odnosi się w jakiś sposób do głównego wątku, a przy okazji stanowi miły dodatek do całości.  Dobrze wypadają także Espozito i Ryan, czyli dwaj policjanci pracujący w biurze razem z Kate, tworzą oni bardzo zgrany zespół i niejeden raz znacząco przyczyniają sie do rozwiązania kolejnych zagadek.

Po drugie "Castle" to niezwykle lekka i przyjemna produkcja, która jest prowadzona w zdecydowany i przekonujący sposób.  Co więcej, potrafi ona bardzo płynnie przechodzić przez różne klimaty: od śmiechu, przyjemnych i zabawnych scen w jednej chwili, gładko nabiera poważniejszego tonu, gdy sprawy zaczynają przybierać groźniejszy obrót.  Twórcy starają się również mieszać same odcinki, w jednym oferując trochę więcej luzu, w następnym przyspieszając i traktując historię trochę poważniej, dzięki czemu ani nie przygniatają nas przyciężkim klimatem, ani zbytnio nie rozluźniają swojej produkcji.  Kolejne sprawy kryminalne są pomysłowe, nietypowe i wciągające. Twórcy wyciągają kolejne pomysły niczym z rękawa, opowiadając kolejne historie z niezwykłą lekkością, bawiąc się nimi, co chwila eksperymentując.  Raz nawiążą do innych seriali, raz do telenowel, innym razem powiedzą coś na temat horrorów, magii, czy samych pisarzy kryminałów.  Czuć, że świetnie bawią się tworząc kolejne epizody do tego serialu, a dzięki temu i nam oglądanie ich produkcji sprawia ogromną przyjemność.

I po trzecie, i chyba najważniejsze, "Castle" to serial oparty na świetnym scenariuszu i świetnie wyreżyserowany.  Pomysłowy, ciekawy, dynamicznie poprowadzony.  Kolejne dochodzenia przeprowadzane są w błyskawicznym tempie, dzięki czemu epizody wciągają nas na te niespełna trzy kwadranse i powodują, że czas mija jak z bicza strzelił.  Epizodami wartymi wspomnienia są z pewnością odcinek jedenasty w którym pojawia się aktorka, grająca główną bohaterkę w filmie na podstawie książki Castle'a i obserwując Kate coraz bardziej zaczyna się do niej upodabniać, czym zjednuje sobie Castle'a i coraz bardziej zaczyna przerażać Beckett, Świetny jest również epizod osiemnasty w którym gościnnie pojawia się Jane 'Dr Quinn' Seymour.  Koniecznie trzeba również wspomnieć o dwóch odcinkach oddzielonych gigantycznym cliff-hangerem, które ogląda się jednym tchem i rewelacyjnym finale, który pozostawia akcję zawieszonym w takim momencie, że jedyne co pozostaje zrobić oglądającym, to na głos wykrzyczeć twórcom, że: "tak się nie robi!" i jak na szpilkach czekać na jesienny, czwarty już sezon (a pomyśleć, że stacja zamierzała anulować go po pierwszym).  To wszystko razem powoduje, że moim zdaniem, "Castle" jest obecnie najlepszym serialem wśród tych, jakie oferują kanały bezpłatne.  I jak dotąd, z każdym kolejnym odcinkiem, jest coraz lepszy.

23:44, milczacy_krytyk , serial
Link Komentarze (2) »
sobota, 23 lipca 2011
Naznaczony

the further

NaznaczonyNaznaczony (2010) USA

reżyseria: James Wan
scenariusz: Leigh Whannell
aktorzy: Patrick Wilson, Rose Byrne, Ty Simpkins, Andrew Astor, Lin Shaye, Leigh Whannell, Angus Sampson, Barbara Hershey,  Corbett Tuck, Heather Tocquigny, Ruben Pla
muzyka: Joseph Bishara
zdjęcia: John R. Leonetti, David M. Brewer
montaż: James Wan, Kirk M. Morri

 (7/10)

Młode małżeństwo sprowadza się do nowego, wielkiego domu.  Jeszcze nie zdążą się dobrze rozpakować, gdy zaczną się w nim dziać dziwne rzeczy.  Książki same spadają z półek, drzwi się same otwierają.  Te drobne sytuacje umykają jednak początkowo ich uwadze.  Pewnego wieczoru wydarza się jednak wypadek, który wywróci ich życie do góry nogami.  Jeden z synów odwiedza zagracony strych, a następnego dnia nie wybudza się ze snu.  Zapada w dziwną śpiączkę, której przyczyny nie potrafią określić lekarze.  Trwa ona przez następne trzy miesiące.  Przez ten czas dziwne zdarzenia zaczynają coraz bardziej się nasilać.  Alarm sam się włącza w środku nocy, w czujce dla dzieci słychać dziwne szepty, a matce zaczynają pojawiać się także i w dzień okropne postaci, biegające po domu.  Po którymś z kolei ataku sił nadprzyrodzonych, rodzina w końcu decyduje się na przeprowadzkę.  Jednak jak się wkrótce okaże, to co nawiedzało ich w starym mieszkaniu, zawędrowało też do nowego i z każdym kolejnym dniem staje się coraz silniejsze...

Film Jamesa Wana na początku straszy bardzo dyskretnie.  To typowa opowieść o domu, w którym czai się coś złego.  Przedmioty same się poruszają, w pustych pomieszczeniach wyczuwalna jest obecność osób trzecich.  Reżyser straszy dźwiękiem, dziwnymi odgłosami, samą możliwością pojawiania się w kadrze czegoś strasznego.  Zdecydowanie więcej sugeruje, niż faktycznie pokazuje, działa przede wszystkim na naszą wyobraźnię.  Co ciekawe jednak, nawet później gdy kolejne ataki paranormalnych sił stają się coraz brutalniejsze, nawet wtedy zachowuje klasę.  Sceny, typowe straszaki, w których coś wyskakuje zza kadru, lub głośno się zachowa, nie sprawiają wrażenia pustych czy idiotycznych, jak to wielokrotnie bywa w dzisiejszych horrorach.  Mają sens, idealnie pasują do tej opowieści.  Co więcej twórcom udaje się przez bardzo długi czas utrzymać wysokie napięcie na stałym poziomie.  Nie ma irytującego falowania, niepotrzebnych chwil rozluźnienia, w których nic się nie dzieje, które rozdzielane są kilkusekundowymi straszakami.  Od początku udaje się wprowadzić zagadkową atmosferę, i nawet w momentach gdy nie dzieje się nic ważnego, trzymać nas w niepewności.  Przez większą część seansu siedzimy jak na szpilkach, bo a nóż widelec, zaraz coś może się wydarzyć.

"Naznaczony" nie jest też całe szczęście durny, co może zabrzmi trochę dziwnie.  Bohaterowie nie zachowują się nielogicznie, nawet pamiętają o takich szczegółach jak zapalenie światła gdy wchodzą do ciemnych pomieszczeń.  Dzięki temu bardzo dobrze ogląda się ten film, bo nie musimy co chwila załamywać rąk z powodu głupoty bohaterów, ich idiotycznych decyzji, które mają na celu tylko pociągnięcie fabuły w mroczniejsze strefy.  Tutaj opowieść sama, naturalnie dąży do konkretnego celu, strasznego finału, bez niepotrzebnych naciągnięć, uproszczeń.  Bardzo podobało mi się wytłumaczenie śpiączki, w którą nagle wpada synek małżeństwa, wyjaśnienie tego, dlaczego zaczynają wokół niego pojawiać się duchy, a przedziwny demon nękać całą rodzinę, nie dając jej chwili spokoju.  Wreszcie jest to pomysł, który ma ręce i nogi, który da się ciekawie rozwinąć, w który można spokojnie uwierzyć.  Widać, że twórcy choć trochę posiedzieli nad fabułą do swojej produkcji, że nie tworzyli jej na szybko, na chwilę przed zdjęciami, pisząc scenariusz na kolanie.  Zaprezentowali nam historię, która nie brzmi idiotycznie od samego początku, co więcej jest interesująca, ciekawa, nietypowa, a scena w której medium wyjaśnia rodzicom zaistniałą sytuację, jest prawdziwie hipnotyzująca

Niestety jednak z wyjaśnieniem całej sytuacji wiąże się pewien problem.  Dobrze bowiem wiedzieć jeszcze przed seansem (o czym niestety nie wspominają zwiastuny), że "Naznaczony" nie jest wyłącznie horrorem.  Od momentu, gdy dowiadujemy się co dzieje się z synkiem bohaterów, film ten zaczyna zmieniać swój klimat.  Odchodzi coraz bardziej od typowej opowieści o nawiedzonym domu i zaczyna zmierzać w kierunku baśni, filmu fantasy.  Staje się chwilami, groteskowy, kiczowaty, momentami nawet zamierzenie zabawny!  Przypadkowo pomaga w tym również bardzo skromny budżet (zaledwie 1,5 miliona dolarów!), przez który niektóre sceny wyglądają jakby zostały wyjęte z "Gęsiej skórki" i zamiast straszyć, intrygować, zadziwiać, są niestety niezbyt przekonujące, dziwaczne, upodabniają ten film do produkcji prawie, że amatorskich (ten dymek unoszący się w powietrzu).  I od tego momentu, od tej wyraźnej zmiany klimatu tej opowieści, ogólny odbiór tego obrazy zależy już tylko od nas.  Jeśli damy się ponieść historii (która całe szczęście do samego końca nie jest głupia), jeśli zaakceptujemy taką niespodziewaną mieszankę gatunkową, taką zabawę twórców ze swoją historią, to do samego końca będziemy dobrze bawić się na tym obrazie.  Jeśli jednak będziemy kurczowo trzymać się jego pierwszej części, końcówka może okazać się dla nas niepotrzebną, przekombinowaną i dziwaczną męczarnią.

Klimat z drugiej połowy "Naznaczonego" zupełnie nie przystaje do tej niezwykle gęstej atmosfery z jego pierwszej części.  Trochę szkoda, że twórcy tak bardzo od niego odeszli, bo przez to ich film przestaje tak naprawdę straszyć i staje się wyłącznie ciekawym przedstawieniem, całkiem emocjonującym, ale nie przyprawiającym o szybsze bicie serca, jak ma to miejsce na początku.  Trochę szkoda, że jego rozwinięcie zostało przez nich potraktowane zbyt płytko, trochę po łebkach.  Sam pomysł na kierunek poprowadzenia tej historii był genialny i dawał niesamowite możliwości.  Być może gdyby twórcy mieli do dyspozycji trochę większy budżet, wtedy druga połowa ich obrazu pasowałaby bardziej do pierwszej.  Tak występuje między nimi pewien zgrzyt, który może być problematyczny dla sporej liczby widzów.  Dlatego całościowo "Naznaczonemu" zdecydowanie bliżej do "Drag Me To Hell" Raimi'ego niż na przykład takiego "Paranormal Activity", choć początkowo wydaje się, że to właśnie z tym drugim obrazem będzie mieć on więcej wspólnego.  Ale i tak, pomimo tej małej niedogodności trzeba zauważyć, że jest to jeden z ciekawszych i lepszych horrorów ostatnich miesięcy (jeśli nie lat).  W zalewie kolejnych nieciekawych kopii, wiecznych powtórek z rozrywki,  to ciekawa odmiana, wreszcie jakiś powiew świeżości.  Wart obejrzenia, pomimo że nie do końca jest udany.

Tagi: horror
16:01, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (2) »
czwartek, 21 lipca 2011
24 - sezon VIII

survive one more day...

24 - sezon VIII24 - sezon VIII (2010) USA

reżyseria: Brad Turner, Milan Cheylov, Nelson McCormick, Michael Klick
scenariusz: Howard Gordon, Evan Katz, Manny Coto, Brannon Braga, David Fury, Alex Gansa, Chip Johannessen, Patrick Harbinson, Shauna McGarry, Geoff Aull
aktorzy: Kiefer Sutherland, Mary Lynn Rajskub, Elisha Cuthbert, Cherry Jones, Annie Wersching, Katee Sackhoff, John Boyd, Freddie Prinze Jr., Mykelti Williamson, Nazneen Contractor, Bob Gunton, Chris Diamantopoulos, Anil Kapoor, Doug Hutchison, Paul Wesley, Jennifer Westfeldt, Gregory Itzin, Necar Zadegan, TJ Ramini, Mido Hamada, Clayne Crawford, Reed Diamond, Akbar Kurtha
muzyka: Sean Callery
zdjęcia: Rodney Charters
montaż: David Latham, Scott Powell, Casey O. Rohrs, Elisa Cohen

 (7/10)

Już jakiś czas temu zauważyłem ciekawą prawidłowość.  Parzyste serie "24" podobały mi się znacznie bardziej, niż te nieparzyste.  Nie wiem z czego to wynika, chyba po prostu jakoś tak wyszło.  Sezon ósmy w porównaniu do poprzednich prezentuje się przyzwoicie.  Co prawda w przeszłości bywały lepsze serie (np. druga lub czwarta), ale zdarzały się też o wiele gorsze (trzecia czy piąta).  Jak na ostatnią serię w całym serialu, wypada on  całkiem dobrze.  Zaczyna się intrygująco, kończy w szokujący sposób i tylko przez kilka środkowych odcinków trochę za bardzo i niepotrzebnie zwalnia.  Prawie każdy epizod kończy się zawieszeniem akcji, przez które od razu chcielibyśmy sięgnąć po kolejny, a to przy produkcjach telewizyjnych niezmiernie ważne.  Jack w tej serii jest rozdarty między dwoma światami: tym, który dawno temu stracił, a który zaczyna się o niego upominać za sprawą uroczej wnuczki, oraz tym, który pochłaniał go przez ostatnie lata i który znów go do siebie wzywa.  I choć nie wiadomo jak bardzo by tego chciał, nadal nie może przejść na zasłużoną emeryturę.  Tym razem, ma teoretycznie wykonać jedno proste zadanie i wreszcie zerwać z przeszłością.  W wyniku kolejnych wypadków, rozciągnie się ono do całego dnia, jednego z najdłuższych w jego życiu... 

W ósmym sezonie zmieniło się miejsce akcji, tym razem zamiast w Los Angeles czy w Waszyngtonie jesteśmy w Nowym Jorku.  Pojawia się również wiele, zupełnie nowych postaci.  W otworzonym znów CTU ze znanych bohaterów pracuje jedynie znana z poprzednich odcinków Chloe, choć na początku nie czuje się pewnie w nowym mieście i nowym miejscu pracy.  W połowie serii pojawia się również poznana w serii siódmej Renne, tym razem, po przebytej depresji, zdolna do wszystkiego.  Pozostali pracownicy biura, włącznie z jego szefem, to zupełnie nowi bohaterowie.  Wśród dość znanych aktorów, w tej serii pojawia się Freddy Prince Jr., który gra jednego z agentów CTU.  Niestety nie wszystkie postaci się twórcom udały, niektóre są strasznie denerwujące i psują trochę przyjemność z oglądania serialu. Jedną z takich osób jest nowy dyrektor CTU, który myśli wolniej niż wszyscy dookoła niego i nie potrafi kojarzyć oczywistych faktów, przez co sam kładzie kłody pod nogi bohaterom, tak jakby z samymi terrorystami nie było za wiele problemów.  Zdecydowanie gorsza od niego jest jednak Dana, która choć pracuje w CTU, zachowuje się na początku jakby była jeszcze naiwną nastolatką, plączącą się w swoich zachowaniach.  Dopiero w połowie sezonu okazuje się po co tak naprawdę twórcy wprowadzili tę postać, bo początkowo wydaje się być całkowicie zbędna.  Szkoda, że nie udało się poprowadzić jej w lepszy sposób, bo jej wątek jest najbardziej denerwujący i najmniej ciekawy.

W kolejnych dwudziestu czterech odcinkach dzieje się całkiem wiele, chwilami bardzo szybko i chyba dlatego, pomimo, że sporo jest tu schematów tak dobrze znanych i wypracowanych przez twórców w poprzednich siedmiu sezonach, i ten ogląda się zaskakująco dobrze.  Bez zbędnego gadania pędzimy do przodu, zaliczając kolejne stałe punkty programu.  Jak zwykle w szeregach CTU jest zdrajca, jak zwykle Jack będzie musiał zbawiać cały świat, jak zwykle ludzie będą popełniać karygodne błędy.  Oszczędzono nam tylko w dużej mierze wątków rodzinnych, przypadkowych rodzin, wplątanych w główny wątek, co nie zawsze dobrze wypadało w poprzednich sezonach.  Zaskakujące jest jednak to, jak wiele schematów, twórcom udaje się złamać lub ominąć.  Choć pojawiają się tu dobrze nam znane sytuacje czy klisze postaci, tak typowe dla tego serialu, to czeka na nas również po drodze sporo prawdziwych niespodzianek, gigantycznych zaskoczeń.  Widać wyraźnie, że twórcy starali się jak mogli, by w tym ostatnim, pożegnalnym sezonie zaprezentować "24" z jak najlepszej strony, by zostawić po sobie jak najlepsze wspomnienie.  I choć materiał jest już w dużej mierze wyeksploatowany, przedstawić go w najbardziej interesujący, wciągający sposób, w jaki to możliwe.

Mam wrażenie, ze w tej serii znalazło się o wiele więcej części typowo rządowej.  Tych rozgrywek politycznych na najwyższym szczeblu, w których udział biorą prezydent USA, jego doradcy, a także prezydenci i szefowie rządów innych krajów.  Jednocześnie z akcją w terenie, a właściwie wyprzedzając ją, rozgrywają się wydarzenia w ONZ.  To finałowe negocjacje, mające na celu podpisanie traktatu o nieagresji między USA, Rosją, a pewnym islamskim krajem o dziwnej nazwie Kamistan.  Mają one zakończyć wieloletnie starania tych trzech państw o podpisanie tego porozumienia.  Może im jednak w tym przeszkodzić planowany przez terrorystów atak na prezydenta Kamistanu, który dąży do pokoju, sprzeciwiając się swoim radykalnym oponentom.  Te rozmowy w budynkach rządowych są bardzo dobrze rozegrane, ciekawe, interesujące i trzymają w napięciu równie dobrze, co sceny w terenie.  Spora w tym zasługa aktorów, którzy wyłącznie za pomocą samych słów, potrafią podgrzać atmosferę i przykuć do ekranu kilkuminutową rozmową.  Świetnie sprawdza się w szczególności Cherry Jones jako prezydent USA, zdecydowanie lepiej niż w poprzedniej serii.  Za to ciekawe poprowadzenie części politycznej twórcom należy się spory plus, bo dzięki niej możemy odpocząć od typowo sensacyjnej części akcji, jednocześnie nie nudząc się, a sam serial nie zamienia się dzięki niej w głupią bieganinę, przeplataną kolejnymi scenami tortur (których również wiele tym razem nie ma).

Trochę szkoda, że pod koniec serii pojawia się jeden z największych krętaczy, jacy przewinęli się przez cały serial i, że na jego pokrętne propozycje przystaje obecna prezydent, wplątując się tym samy w niezłe gówno, bo inaczej tego nazwać nie można.  No ale, wtedy nie byłoby o czym opowiadać w ostatnich odcinkach, po dość szybkim ale naprawdę szokującym zakończeniu głównego wątku.  Wtedy to ostatnie epizody zamieniają się w czyste kino zemsty.  Są zdecydowane, brutalne, nietypowe.  Trup ściele się gęsto, a główny bohater zachowuje się jak bezlitosny rzeźnik, idąc po trupach do celu, prowadząc bezwzględną grę na śmierć i życie.  Aż chwilami nie sposób go rozpoznać.  Twórcy oferują nam tym samym świetne zakończenie sezonu.  Trzymające w napięciu, szybkie, wiążące wątki dosłownie w ostatnich sekundach, bo do samego końca nie wiadomo jak scenarzyści rozwiążą to, co sami tak potwornie naplątali przez poprzednie odcinki.  Jak na koniec serialu, świetnie wypada również pożegnanie z Jackiem i jedną z najważniejszych postaci w tej produkcji czyli z Chloe - dobrze, że twórcy o niej nie zapomnieli.  To ciekawe, o czym z resztą wspomina w ostatnich swoich słowach Jack, że to Chloe była tą osobą, która zawsze go wspierała, zawsze pomagała w najtrudniejszych sytuacjach, choć na początku, pięć sezonów wcześniej, wydawało się, że będzie jedną z mniej znaczących postaci.

17:37, milczacy_krytyk , serial
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3