Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
sobota, 31 lipca 2010
Incepcja

mind-blowing

IncepcjaIncepcja (2010) USA Najlepszy film 2010Najlepszy scenariuszNajlepsze efekty specjalne

reżyseria i scenariusz: Christopher Nolan
aktorzy: Joseph Gordon-Levitt, Leonardo DiCaprio, Marion Cotillard, Cillian Murphy, Ellen Page, Tom Hardy, Ken Watanabe, Michael Caine, Dileep Rao, Tom Berenger, Claire Geare, Johnathan Geare
muzyka: Hans Zimmer
zdjęcia: Wally Pfister
montaż: Lee Smith

 (10/10)

Już dawno nie czekałem na żaden film, tak jak na „Incepcję”. Już dawno tak bardzo nie emocjonowałem się wyjściem do kina, jak w przypadku najnowszego filmu Christophera Nolana.  Już dawno nie czułem, że muszę jakiś film obejrzeć jak najszybciej, jak to tylko jest możliwe, bo inaczej nie wytrzymam z niecierpliwości i dalszego oczekiwania.  Przed premierą napięcie jeszcze bardziej podkręcały niebywale pozytywne opinie nie tylko widzów ale również krytyków, napływające z zachodu, gdzie film ten miał premierę już dwa tygodnie temu – jak zwykle polski dystrybutor dał ciała – a wcześniej intrygujące, efektowne i niezwykle kuszące zwiastuny, które sugerowały, że „Incepcja” będzie czymś, czego w kinie jeszcze nie widzieliśmy.  Wszystko wskazywało na to, że obraz ten będzie prawdziwym wydarzeniem.  Nie często bowiem się zdarza, by film za którym stoi ogromny budżet, który wypełniony jest scenami akcji był czymś więcej niż tylko przyjemną, jednorazową rozrywką.  Nie często się zdarza, by kolejne zwiastuny reklamujące daną produkcję, zupełnie nic z niej zdradzały, zupełnie nie tłumaczyły o czym będzie ona opowiadać, jedynie coraz bardziej zachęcały i przyciągały do jej obejrzenia. Normalnym jest bowiem, ze często już po jednym trailerze do takiej letniej produkcji jesteśmy mniej więcej w stanie streścić cały film, albo najważniejsze jego momenty.  W przypadku „Incepcji” nie ma takiej możliwości i to z bardzo prostej przyczyny.  To nie jest zwyczajny blockbuster…

Właśnie dlatego w tej notce postaram się nie zdradzać o czym ten film opowiada, uniknąć jakichkolwiek wskazówek, które podpowiedziałyby o czym tak naprawdę on mówi, które zdradzałyby coś więcej niż można było dowiedzieć się ze zwiastunów.  Po pierwsze by nie psuć nikomu radości z samodzielnego odkrywania w kinie tej poplątanej historii, a po drugie bo tego filmu po prostu nie da się opisać w kilku zdaniach.  Jego fabuła jest w gruncie rzeczy niestreszczana.  To film tak złożony, składający się z tylu warstw, że sam jego opis, naprowadzający widza na to z czym spotka się w sali kinowej, spokojnie zająłby kilka stron.  Dopiero teraz po obejrzeniu „Incepcji” rozumiem zagraniczne opinie widzów którzy pisali, że choć zrozumieli film Nolana, choć wiedzą o czym on opowiadał, nie potrafią o nim nic napisać, nie potrafią opowiedzieć co tak naprawdę widzieli.  Bo tego naprawdę nie sposób opisać.  O wiele bardziej zrozumiałe jest też dość szokujące zdanie Leonardo DiCaprio, który w jednym z wywiadów powiedział, iż on oraz pozostali aktorzy mieli ogromny problem ze zrozumieniem o co chodzi w tej produkcji i ma ona sens chyba tylko dla reżysera, bo ją napisał. „Incepcja” to wyśniona przez Nolana historia, skomplikowana, zakręcona i tajemnicza, po której przez cały czas poruszamy się po omacku, starając się pojąć jej sens ale chyba nigdy nie będziemy mogli być w stu procentach pewni, że ją do końca zrozumieliśmy.

To był wstęp, który w dużym stopniu mogłem napisać jeszcze przed obejrzeniem samego filmu, a teraz przyszedł czas na właściwą recenzję i tu pojawia się problem, bo zupełnie nie wiem od czego zacząć, jak ubrać w słowa wszystkie myśli jakie kołaczą mi się w głowie od wczorajszego wieczora, jak opisać to co wczoraj przeżyłem na sali kinowej.  Jak w czytelny, dokładny sposób ale nie zdradzając za wiele z samej fabuły napisać jaki jest ten film.  I wiem, że już na starcie jestem na przegranej pozycji, bo „Incepcję” trzeba po prostu zobaczyć na własne oczy, trzeba ją samemu przeżyć, by w pełni pojąć na czym polega niezwykłość tego obrazu.  Żadna recenzja, żadna relacja z pokazu, żadna opinia, nie są w stanie oddać czym tak naprawdę on jest.   Ja sam jeszcze do końca nie ochłonąłem po wczorajszym seansie, jeszcze nie do końca poukładałem sobie poszczególne elementy „Incepcji” w całość.  Bo choć wydaje mi się, że prawie wszystko zrozumiałem, choć wybrałem jeden z dwóch możliwych wariantów zakończeń (fantastyczna, urwana scena), ten który najbardziej mnie przekonuje, to jednak nadal mam sporo wątpliwości i pytań na które ciężko znaleźć odpowiedzi.  „Incepcja” to film tak ogromny, że nie sposób go objąć za pierwszym razem, nie sposób zarejestrować wszystkich najważniejszych wskazówek, szczegółów jakimi jest wypełniony po brzegi.  Wiem, że wiele z nich podczas seansu mi umknęło, pewnie nawet więcej niż mógłbym teraz przypuszczać. Dlatego też na razie wstrzymuję się z ostateczną oceną, wahając się ciągle w okolicach 9 i by ocenić najnowsze dziecko Nolana jeszcze raz je zobaczę i to w niedługim czasie, bo to obraz, który trzeba koniecznie obejrzeć na dużym ekranie. (po drugim seansie i całkowitym zachwycie nim, podwyższam ocenę do 10/10)

„Incepcja” to wielki, skomplikowany, wielowarstwowy i wielopoziomowy film.  I choć nie jest on do końca taki, jaki myślałem że będzie, choć nie pasuje on do mojego wyobrażenia jakie miałem na jego temat, to podobał mi się. Mógłbym trochę ponarzekać na zbytnie skupienie się na scenach akcji, które trochę zasłania poważniejszy wątek chęci odkupienia głównego bohatera, na zbyt duże skupienie się na scenach pościgów, czystej sensacji, która odrobinę kłóci się z bardzo interesującym i spokojnym wątkiem podróży wewnątrz ludzkiej podświadomości.  Mógłbym napisać, że choć jestem zachwycony tym filmem to gdzieś w głębi czuję mały niedosyt, pewien niewielki zawód, ale byłoby to bardzo krzywdzące wobec filmu Nolana.  Nie mogę bowiem narzekać, że jego film okazał się być inny niż myślałem, że będzie. Moje oczekiwania co do niego nie powinny mi przesłaniać tego jaki naprawdę on jest,  jakim stworzył go Nolan.  Dlatego na razie to drobne uczucie niedosytu odsuwam na bok, może zniknie ono z czasem, gdy przyzwyczaję się już do tego co widziałem, gdy po raz drugi już bez zaskoczenia, ale ze spokojniejszym nastawieniem, bez tak niebotycznie wywindowanych oczekiwań będę go oglądał.

A o czym on tak naprawdę jest?  W gigantycznym skrócie to na pozór niemożliwe połączenie niebywałych scen akcji niczym z „Matrixa”, dynamicznych i stylowych historii o agencie 007 z historiami o genialnych i perfekcyjnie zaplanowanych napadach jak z „Ocean’s 11”.  Połączenie doprawione złożonością i wielopoziomowością świata niczym z „eXistenZ” Cronenberga i emocjami jakie towarzyszyły bohaterom „Solarisa” Soderbergha.  A to tylko kilka z największych i najbardziej wyraźnych inspiracji i nawiązań jakie bez problemu można wychwycić w najnowszym filmie Nolana, bo dalsze moglibyśmy jeszcze długo wymieniać.   Nolan miksuje poszczególne filmy, poszczególne historie i tworzy swój własny niezwykły koktajl, pomysłowy i odważny miszmasz, coś czego w kinie jeszcze nigdy w pełni nie widzieliśmy.  Warto również zauważyć, że Nolan kręcąc swoje poprzednie filmy niejako tylko przygotowywał się do „Incepcji”. Jego poprzednie dokonania są jakby tylko pewną wprawką do tego obrazu.  „Incepcja” bowiem tak jak „Prestiż” jest niezwykle skoncentrowaną i przewrotną historią, która eksperymentuje z warstwami opowieści, która składa się z wielu przeplatających się płaszczyzn.  Tak jak „Mroczny rycerz” jest ambitną rozrywką, spektakularnym filmem akcji, który nie zapomina o bohaterach.  Filmem niezwykle szybko opowiedzianym, który jak kula śnieżna, gdy zacznie się toczyć, nic go już nie zatrzyma, bo będzie z coraz większą prędkością pędził do świetnego, wgniatającego w fotel finału.  Nic więc dziwnego, że przy ostatniej scenie cała sala aż jęknęła z wrażenia.

Oceniając ten film trzeba koniecznie także pamiętać, że jest to blockbuster, a więc film, który teoretycznie powinien zapewniać nam tylko dobrą rozrywkę.  Również dlatego jest on tak niezwykły, bo stara się wynieść ten gatunek na zupełnie inny poziom, stara się go uszlachetnić, pokazując, że popcornowe kino nie musi być tylko i wyłącznie widowiskowe, że może być również poważne i wcale nie głupie.  To film, który wymusza na widzu ciągłą obecność nie tylko ciałem ale i duchem, który wymaga od niego myślenia, a nie tylko zwyczajnego chłonięcia obrazu bez konieczności jego bieżącej analizy.  To film, na którym trzeba ciągle uważać, na którym trzeba być stale skupionym i otwartym na nowe informacje, kolejne wskazówki jakie podsuwa nam reżyser, bo łatwo się w nim zagubić.  I choć sama historia nie jest aż tak skomplikowana jak mogłoby się na początku wydawać, to jest jednak pokazana w taki sposób, że po seansie pozostają z nami pewne wątpliwości, pytania na które musimy sobie sami odpowiedzieć, pewne otwarte kwestie, które powinniśmy sami wypełnić wedle uznania.  To film nad którym myślimy nie tylko w czasie seansu, nie tylko od razu po napisach końcowych, ale na wiele godzin po.  Już samo to powoduje, że Nolanowi udało się stworzyć coś więcej niż tylko dobry blockbuster.

Jego produkcja jest wielka, niesamowicie napompowana ale nie patetyczna.  To wymagające kino w którym obok zapierających dech w piersiach scen akcji (przy których nie jeden raz zastanawiamy się, jak oni to zrobili?) znalazło się również miejsce na odrobinę humoru, a także szczyptę rozważań na temat rzeczywistości, snów, wpływu myśli na nasze życie, a także wspomnień, które w pewnych chwilach mogą okazać się zabójcze.  To świetnie opowiedziana historia, która choć rozgrywa się jednocześnie aż na czterech płaszczyznach, nie zwalnia, nie traci ani na chwilę tempa, nie gubi się w sobie.  Nolan przez całe dwie i pół godziny perfekcyjnie panuje nad swoim światem, nie pozwalając mu się rozejść na wszystkie kierunki.  Światem, który fascynuje, ciekawi i zastanawia.  Niesamowite jest oglądanie jak ambitny, niezwykle trudny ale możliwy do wykonania plan zaczyna się coraz bardziej sypać, jak nic nie idzie tak jak miało pójść i teraz postawieni pod ścianą bohaterowie muszą się jakoś z tego wykaraskać.  Fascynujące jest również to, że nie ma w „Incepcji” jednoznacznego czarnego charakteru, który naturalną koleją rzeczy napędzałby akcję.  Nolan utrudnił sobie bardzo zadanie bo nie wprowadzając do swojej historii takiej postaci pozbawił się naturalnego motoru napędzającego swój obraz.  Nie przeszkodziło mu to jednak w rozkręceniu tej historii i skomplikowaniu jej ponad miarę.  Nie zdradzę co ją tak naprawdę napędza, ale jest to pomysł niezwykły, jednocześnie niesamowicie prosty, mądry i bardzo odważny. 

I choć „Incepcja” jest ogromną produkcją, to Nolan nie zapomina jednak o tym co jest w niej najważniejsze – bohaterowie, ich uczucia, rozterki i motywacje jakimi się kierują.  Nolan zawsze był świetny w opowiadaniu tak naprawdę skromnych i bardzo bliskich historii i tak jest i tym razem.  Bo „Incepcja” to obok spektakularnej opowieści o śmiałym i nietypowym napadzie, także bardzo ludzka historia, która w większym lub mniejszym stopniu trafi do każdego z nas.  To poruszający dramat, emocjonująca, chwilami wzruszająca opowieść o miłości, tęsknocie, niespełnieniu, żalu i wyrzutach sumienia, które nie pozwalają dalej żyć.  I to właśnie dzięki ukazaniu prostych ludzkich emocji i uczuć tak bardzo przywiązujemy się do bohaterów, tak bardzo dajemy się porwać temu filmowi.  Zależy nam na nich, ciągle kibicujemy im w ich misji mając nadzieję, że wszystko jakimś cudem się jednak uda, że wszyscy wyjdą z tej przygody cało i nawet gdy przenosimy się w bezpieczny świat snów, stale boimy się o ich los.  Ale „Incepecja” jest też czymś więcej niż tylko świetnym kinem akcji nie zapominającym o bohaterach.  To zachwyt nad magią kina, nad miejscem w którym mogą się spełniać nasze sny.  To film, który pokazuje, że kino jest właśnie takim odpowiednikiem filmowego wchodzenia w świat podświadomości, przeżyciem łączącym widzów, którzy mogą oglądać na srebrnym ekranie niezapomniane i niezwykłe historie.  Magicznym snem, z którego czasem ciężko jest się wybudzić. I za ten wczorajszy sen na jawie Nolanowi serdecznie dziękuję.

PS.  Muzyka Hansa Zimmer nie dość, że świetnie brzmi jako oddzielna kompozycja, to jeszcze w samym filmie spisuje się genialnie. Świetny soundtrack.

17:00, milczacy_krytyk , 10
Link Komentarze (24) »
piątek, 30 lipca 2010
Inception soundtrack
Inception soundtrack

Jutro / dzisiaj (nareszcie!!) premiera "Incepcji".  W oczekiwaniu na ten, jak można przeczytać na zagranicznych forach, wielki film, do przesłuchania sześć utworów Hansa Zimmera z oficjalnej ścieżki dźwiękowej.  Co by się wprowadzić w odpowiedni klimat przed seansem.  Jeszcze tylko kilka godzin i sen stanie się realny...



00:44, milczacy_krytyk , soundtrack
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 lipca 2010
Eli Stone - sezon I

just when you think you've found your way... life changes direction

Eli Stone - sezon IEli Stone - sezon I (2008) USA

reżyseria: Ken Olin, Michael Shultz, Christopher Misiano, David Patrarca, Ron Underwood, Sandy Smolan, Vincent Misiano, Perry Lang, Michael Lange
scenariusz: Greg Berlanti, Marc Guggenheim, Alex Taub, Brett Mahoney, Courtney Kemp Agboh, Wendy Mercile, Leila Gerstein, Steve Lichtman, Andrew Kreisberg, Moira Walley, Leila Gerstein, Oscar Balderrama, Anna Beth Chao
aktorzy: Jonny Lee Miller, Natasha Henstridge, Julie Gonzalo, Victor Garber, Loretta Devine, Matt Letscher, James Saito, Matt Dowd, Laura Benanti, Jodi Long, Tom Cavanagh, Steve Harris, Patrick Breen, Ajay Mehta, Jason Winston George, Keith Bennett, Martin Posner
muzyka: Blake Neely
zdjęcia: Michael Bonvillain

 (6/10)

Eli Stone jest prawnikiem pracującym w renomowanej kancelarii adwokackiej gdzieś w gigantycznym San Francisco.  Jest zaręczony z córką szefa, mieszka w pięknym mieszkaniu, wygrywa kolejne ciężkie sprawy i generalnie nie może w życiu na nic narzekać.  Aż do momentu, gdy pewnego pięknego wieczoru zobaczy w swoim salonie śpiewającego na stole George Michaela, wykonującego jeden ze swoich przebojów „Faith”.  Z początku te dziwne halucynacje – coraz częściej wydaje mu się, że ludzie dookoła niego zaczynają tańczyć i śpiewać piosenki – okazują się być czymś znacznie bardziej niebezpiecznym – nieoperowalnym tętniakiem mózgu.  Eli by nie stracić pracy zataja tę informację przed swoim szefem i stara się żyć normalnie ale przez nawiedzające go wizje nie jest w stanie się normalnie zachowywać – przez co czasem rzuca się na swoich współpracowników chroniąc ich przed wyimaginowanym niebezpieczeństwem lub zaczyna tańczyć w takt muzyki płynącej w swojej głowie.  Jak się jednak wkrótce przekona wizje, których doświadcza nie są luźnymi obrazami, a podpowiedziami w sprawach, które akurat prowadzi, lub ukrytymi wspomnieniami z przeszłości.  Dlatego akupunkturzysta do którego chodzi na zabiegi uznaje w nim proroka, który dzięki swym zdolnościom (widzenia przebłysków przyszłości) może zmieniać świat na lepsze, przyjmując konkretne sprawy, których nigdy normalnie by nie przyjął i pomagając naprawdę potrzebującym.

Serial ten bardzo zalatuje klimatem znanym z innej produkcji stacji abc, a mianowicie obyczajowym serialem „Bracia i siostry”.  Ale to nic dziwnego bo za produkcję „Eli Stone” odpowiadał między innymi Ken Olin – producent, scenarzysta i aktor występujący właśnie w „Brothers and Sisters”, a muzykę (w tym temat przewodni i końcowy) napisał  Blake Neely odpowiedzialny również za soundtrack do tego pierwszego serialu.  Dzięki temu „Eli Stone” to z klimatu produkcja lekka, przyjemna, chwilami zabawna, ale także całkiem magiczna i momentami melancholijna.  Bo nie jest to tylko historia prawnicza, w której procesy sądowe są najważniejsze (jak na przykład w takiej „Kancelarii adwokackiej”) tylko są one pewnym dodatkiem, częścią składową tej dziwnej opowieści.  „Eli Stone” to również serial obyczajowy w lekki i przyjemny sposób opowiadający o pracownikach kancelarii i ich relacji z głównym bohaterem, jak również pokazujący na podstawie Eli’a i jego brata jak dzieciństwo wpływa na dorosłe życie.  Jest to także momentami całkiem zabawny serial komediowy, bo w każdym odcinku bohaterowie mają kilka humorystycznych kwestii do wygłoszenia lub biorą udział w całkiem zabawnych sytuacjach.  To również dość odważna i - szczególnie w pierwszych odcinkach - niezbyt poważnie, przez co niestety lekceważąco opowiedziana historia człowieka, który musi się uporać z ciężką chorobą, zmieniającą jego życie.  Historia mężczyzny, który musi się zdecydować czy chce żyć z halucynacjami, które zaczynają nim rządzić, czy poddać się ryzykownej operacji, która najprawdopodobniej się nie uda i zamieni go w warzywo.

Najbardziej denerwujące w tej produkcji – przynajmniej dla mnie bo osobiście nie cierpię musicali – były taneczne i śpiewane wstawki, w chwilach gdy bohater doznaje swoich wizji i wszystko dookoła niego zaczyna zamieniać się w zwariowany i kolorowy musical, a gdy się one kończą, Eli zostaje przyłapany w dziwnych pozach lub dziwnych miejscach.  Całe szczęście w późniejszych odcinkach (tak gdzieś od piątego) twórcy rezygnują z tych musicalowych wstawek, przez które bohater wychodził co najmniej na głupka lub ciamajdę.  Od tych odcinków jego wizje stają się poważniejsze, bardziej stonowane, mniej komediowe, przez co serial bardzo zyskuje bo nie jest już tak rozdarty między poważną historią, a chwilami żenującymi i nie śmiesznymi przerywnikami na halucynacje.  Z odcinka na odcinek, gdy dowiadujemy się coraz więcej o przeszłości bohatera, robi się również coraz bardziej interesująco i ciekawie.  Również sprawy sądowe nabierają rumieńców bo są dobrze poprowadzone ciekawie napisane i czasem trochę nietypowe jak na przykład obrona pary szympansów lub pozew przeciwko mieście San Francisco.  Ważne jednak, że dobrze się je ogląda i choć w większości w każdym odcinku prowadzona jest tylko jedna sprawa to nie jest ona nudna czy nazbyt rozciągnięta.  Na plus trzeba jeszcze zaliczyć występ fantastycznej Loretty Devine, która w roli energicznej i charakternej asystentki głównego bohatera jest przesympatyczna i dodaje niezwykle dużo energii do tej produkcji.  Całość składa się z tylko 13 odcinków (obok serii pierwszej jest jeszcze seria druga, która również liczy 13 odcinków) więc z braku laku można obejrzeć, ale jeśli macie coś innego do oglądania, to już niekoniecznie…

19:40, milczacy_krytyk , serial
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 lipca 2010
300

this is madness...

300300 (2006) USA

reżyseria: Zack Snyder
scenariusz: Michael Gordon, Kurt Johnstad, Zack Snyder
aktorzy: Gerard Butler, Lena Headey, David Wenham, Dominic West, Vincent Regan, Michael Fassbender, Rodrigo Santoro, Andrew Tiernan, Andrew Pleavin, Giovani Cimmino, Maurizio Terrazzano, Dennis St John, David Leitch, Tom Wisdom, Dylan Smith, Tyrone Benskin, Richard Cetrone, Ryan Watson, Neil Napier, Deke Richards, Marc Trottier, Marcel Jeannin, Peter Mensah, Tim Connolly,  Tyler Neitzel
muzyka: Tyler Bates
zdjęcia: Larry Fong
montaż: William Hoy

na podstawie: komiksu Franka Millera

 (7,5/10)

"300" było jednym z największych zaskoczeń box-office w 2007 roku. Wydawałoby się bowiem, że ta bardzo specyficzna produkcja nakręcona za śmieszne jak na taki obraz 65 milionów dolarów, trafi tylko do fanów gatunku i tych, którym nie obca jest twórczość Franka Millera.  Wydawałoby się, że masową widownię odstraszą liczne sceny przemocy, niezwykłe brązowo - złote zdjęcia, obraz w większości nakręcony na blue-boxie, przerobiony i podrasowany za pomocą komputerów, który strasznie udziwniał i odrealniał tę i tak już mocno sztuczną historię.  Stało się jednak inaczej i "300" pobiło rekordy box-office, tylko w jeden weekend przebijając cały swój budżet, a na świecie zarabiając prawie pół miliarda dolarów, zajmując tym samym aż 10 miejsce wśród najbardziej kasowych filmów tamtego roku.  A to wszystko z kategorią R przez którą osoby nieletnie muszą mieć przy sobie pełnoletniego opiekuna, by znaleźć się na widowni.  Tak niebywały sukces tej produkcji dał reżyserowi Zackowi Snyderowi szansę na realizację innego wymarzonego projektu - ekranizacji jednego z najznamienitszych komiksów jakie kiedykolwiek powstały czyli "Straźników" Alana Moore'a i Dave'a Gibbonsa. I choćby z tego powodu dobrze, że taki film jak "300" jednak powstał.

Po premierze „300” publiczność zdecydowanie się podzieliła - jedni piali z zachwytu nad oryginalnością i niezwykłością tej ekranizacji, innym przeszkadzał wszechobecny patos i niesamowita podniosłość tego filmu. Faktem jest jednak to, że te niezwykle napuszone momenty, liczne zwolnienia, dopracowane sceny i ogólne napompowanie są jednocześnie największą wadą tego filmu, ale również powodem przez który jest on tak niezwykłym dziełem.  Dlatego jeśli kogoś denerwują zwolnione momenty, pompatyczne dialogi i nie potrafi przełknąć takiego sposobu na opowiadanie tej antycznej historii, to lepiej z niej po prostu od razu zrezygnować, bo do samego końca na tym polu nic się nie zmieni, a przecież oglądanie filmu, który jedynie irytuje nie ma kompletnie sensu.  Jeżeli jednak potrafimy przymknąć oko na te chwilami, niezamierzenie śmieszne momenty, to seans może okazać się całkiem przyjemną rozrywką, która jeśli damy się ponieść historii, może nas zaskoczyć, a nawet chwilami zachwycić.  I nie jest to wcale źle dobrane słowo, bo złoto-brązowe zdjęcia, sztuczny, przerobiony w komputerze, dopieszczony w każdym calu, a raczej w każdej sekundzie obraz naprawdę zachwyca.  Każda kolejna scena to bowiem małe arcydzieło, mały obraz, który swobodnie można by wyjąć z filmu, oprawić w ramkę i powiesić na ścianie.  A dzieje się tak dlatego, bo Snyder podobnie jak w przypadku późniejszych "Strażników", niezwykle wiernie podszedł do tej ekranizacji i przeniósł komiks Millera strona, w stronę na duży ekran, kopiując z komiksu wprost na ekran kolejne zapierające dech w piersiach obrazy, wprawiając je tylko w ruch i dodając do nich głosy i strasznie rozbuchaną muzykę Briana Tylera. 

I choć te napompowane sceny, sztuczne zdjęcia, dopracowane co do milimetra pozy jakie bohaterowie przyjmują w kolejnych scenach mogą powodować, że cała ta historia wydaje się być udawana i sztuczna, to jednak twórcom udaje się sporo z niej wycisnąć i stworzyć kilka nie tylko emocjonujących ale również emocjonalnych scen, jak chociażby końcowe pożegnanie, dzięki którym nie można nazwać tego filmu pozbawionym uczuć.  I moim zdaniem byłoby ich również znacznie więcej gdyby nie fatalny narrator, który w równie podniosłym tonie tłumaczy co drugą scenę, mówiąc o rzeczach oczywistych, które sami możemy zobaczyć na własne oczy w ruchomych obrazach i poczuć dzięki stworzonemu przez twórców klimatowi.  Teoretycznie ten komentarz zza kadru ma sens, bo cały film jest tylko opowieścią przekazywaną z ust do ust, by następne pokolenia nie zapomniały o wydarzeniach w wąskim gardle, oraz zapewne w komiksie znajdował się w dymkach jako wytłumaczenie poszczególnych obrazów, ale w samym filmie zupełnie się on nie sprawdza, co więcej psuje klimat, odbiera nam możliwość do samodzielnego odczuwania kolejnych scen i co gorsza traktuje nas jak bandę dzieci z podstawówki, które same nie zrozumieją tego co dzieje się na ekranie. 

A dzieje się wiele i ten dwugodzinny seans jest wypełniony po brzegi niezwykłymi scenami walk, pojedynków, dopracowanych w najmniejszych szczegółach, nakręconych z niezwykłą precyzją i pomysłem.  Dzięki fantastycznej pracy kamery - jak chociażby w scenie pierwszego odparcia ataku przeciwnika, gdy kamera co chwila przybliża się i oddala, by w jak najbardziej korzystny i efektowny sposób pokazać to co się dzieje - sceny te robią ogromne wrażenie i pozostają na długo w pamięci.  Obraz wielokrotnie przyspiesza i zwalnia, skupiając się na najistotniejszych elementach, a dzięki dobremu montażowi ani przez chwilę nie gubimy się w tych obrazach.  Na pochwałę zasługuje również Gerard Butler, który fantastycznie gra Leonidasa i chyba nie będzie przesadzonym jeśli napiszę iż urodził się do tej roli, bo wtopił się w tę postać idealnie i gdybym nie wiedział, że to on ją odtwarza, pewnie bym go nie rozpoznał.  Pomimo jednak tylu technicznych plusów "300" pozostaje nadal tylko pustą rozrywką, momentami strasznie brutalną, bo krew bryzga tu obficie, a odcięte kończyny latają we wszystkich kierunkach i jak dla mnie całkowicie jednorazową.  Na dłuższą metę te piękne obrazki stają się bowiem męczące, no bo ileż można oglądać kilkudziesięciu półnagich mężczyzn, machających dzidami, mieczami i czym tam jeszcze popadnie, rozpruwającymi ciała kolejnych przeciwników?  No właśnie.

19:42, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (16) »
sobota, 24 lipca 2010
Zamieć

pustynia

ZamiećZamieć (2009) Francja, Kanada, USA

reżyseria: Dominic Sena 
scenariusz: Erich Hoeber, Jon Hoeber, Carey Hayes, Chad Hayes 
aktorzy: Kate Beckinsale, Gabriel Macht, Tom Skerritt, Alex O'Loughlin, Shawn Doyle, Patrick Sabongui, Nicolas Wright, Alexander Bisping, Julian Cain, Bashar Rahal, Columbus Short, Sean Tucker
muzyka: John Frizzell 
zdjęcia: Christopher Soos 
montaż: Martin Hunter

na podstawie: komiksu Grega Rucka "Whiteout"

 (4/10)

Jak dobrze, że ten film jednak nie trafił na nasze ekrany, tylko od razu wylądował na dvd.  "Zamieć" to przeciętniak, na którego szkoda nawet czasu na małym ekranie, co jest dla mnie sporym zaskoczeniem z dwóch powodów.  Po pierwsze jest to film oparty na komiksie, co mogło sugerować iż będzie on opowiadał ciekawą i dobrze przemyślaną historię, a po drugie został on wyprodukowany przez Warner Bros, które ostatnimi czasy rzadko zawodzi swoimi filmami i trzyma całkiem wysoki poziom w porównaniu z konkurencją. ("Zamieć" oglądałem w lutym tego roku i wtedy też pisałem tę opinię, czyli jeszcze przed koszmarkiem jakim ukazało się być "Starcie Tytanów").  Niestety tym razem zawiodło na całej linii.

Od samego początku nie mogłem się wczuć w tę historię, nie potrafiłem popłynąć razem z prezentowanymi przez twórców wydarzeniami.  Zupełnie nie wziął mnie ten film, a co gorsza ciągle miałem wrażenie, że oglądam jedynie przedstawienie, że wszystko jest tu udawane i nie mogłoby się naprawdę wydarzyć.  Nie przekonała mnie do siebie ta historia, jedynie strasznie zmęczyła.  I choć film Dominica Seny zaczyna się nieźle, od zagadkowego morderstwa, to brak w nim jakiegokolwiek napięcia, które napędzałoby akcję.  Nie ma w nim krztyny atmosfery czy emocji, dzięki którym przejęlibyśmy się rozgrywającymi na ekranie wydarzeniami.  Jego film jest przewidywalny, nudny, praktycznie nic w nim nie zaskakuje.  Akcja się kompletnie nie spieszy, śledztwo wlecze się niesamowicie, a cały ten pomysł z mordercą, który pojawia się i znika niewiadomo gdzie, jest tak idiotyczny i naciągany, że gorszego chyba się już wymyślić nie dało.  Również finałowa konfrontacja z zabójcą jest dziwnie nijaka i pozbawiona choćby odrobiny napięcia, przez co ogląda się ją z równą ekscytacją, co napisy końcowe przewijające się na czarnym tle.

Twórcy niestety nawet nie silili się by ich film był chociażby odrobinę interesujący.  Na początku swojej produkcji umieścili kompletnie niepotrzebny prolog (chyba tylko po to by później jego fragmenty pokazać w trailerze), przez co już na samym początku zaprezentowali nam odpowiedzi na pytania, które pojawiły się w filmie wiele minut później.  Zagranie idiotyczne, tym bardziej, że w połowie filmu cały prolog jest powtórzony z dodatkowym komentarzem bohaterów - tak jakby już samo dwukrotne obejrzenie jednej sytuacji nam nie wystarczało do zrozumienia tego co się stało.  Zakończenie "Whiteout" jest natomiast tak oczywiste, że aż prawdziwie zaskakujące, że twórcy nie wysilili się by wymyślić czegoś choćby odrobinę oryginalnego.  Bo to, kto jest zamieszany w główną sprawę, można się bez trudu domyślić już po kilku pierwszych minutach filmu.  Prawdę powiedziawszy nawet domyślać się nie trzeba, bo ta postać rzuca się nam w oczy już od pierwszego pojawienia się na ekranie i naprawdę chyba tylko ten, kto nie widział dotąd ani jednego kryminału, mógł dać się nabrać.

23:32, milczacy_krytyk , 04
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4