Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
poniedziałek, 30 lipca 2007
X men: Ostatni bastion

kocioł

X men: Ostatni bastionX men: Ostatni bastion (2006) USA, Wielka Brytania

reżyseria: Brett Ratner
scenariusz: Simon Kinberg, Zak Penn
aktorzy: Patrick Stewart, Hugh Jackman, Ian McKellen, Halle Berry, Famke Janssen, James Marsden, Rebecca Romijn, Kelsey Grammer, Vinnie Jones, Aaron Stanford, Daniel Cudmore, Shawn Ashmore, Olivia Williams, Ellen Page, Shohreh Aghdashloo, Ben Foster, Anna Paquin, Anthony Heald, Cameron Bright
zdjęcia: Dante Spinotti, Philippe Rousselot, Newton Thomas Sigel
muzyka: John Powell
montaż: Mark Goldblatt, Julia Wong, Mark Helfrich

na podstawie: serii komiksów Marvela

 (5/10)

Niestety nie wyszła na dobre zmiana na stanowisku reżysera trzeciej części X-menów, a co za tym idzie zmiana scenarzystów.  Bryan Singer odszedł od mutantów by nakręcić nową wersję Supermana, a zastąpił go Brett Ratner reżyser m.in. Godzin Szczytu.

Nie trudno zauważyć różnicę pomiędzy 1i2 a częścią trzecią.  Tu chodzi jedynie o efekty specjalne i bijatykę.  Singer próbował urzeczywistnić historię mutantów, przybliżyć ją zwykłemu widzowi, stworzyć prawdziwy film, a nie jedynie ożywić komiks.  Dlatego w poprzednich dwóch odsłonach historii prócz przygodówki oferowano nam dobrze napisane, interesujące dialogi i próbowano nadać historii jakiejś głębi, drugiego dna.

Twórcy "Ostatniego bastionu" nawet nie wykazali odrobiny chęci by choćby trochę nadać ostatniej? części jakiejś dwuznaczności czy stworzyć film nad którym można by choć trochę pomyśleć.  Trójka jest więc zwykłą, bezsensowną przygodówką na podstawie komiksu.  Pomijając spłaszczenie opowiadanej fabuły jeszcze nie byłoby aż tak źle, bo przecież i blockbustery potrafią być całkiem dobre.  Czego jednak można się spodziewać po scenarzystach którzy pracowali m.in. przy "Elektrze" czy "Fantastycznej 4"??

Scenariusz napisany jakby od niechcenia, bez żadnej lekkości czy fantazji.  Dodatkowo na siłę wprowadzony humor, który w ogóle nie śmieszy i chyba największy minus filmu czyli nijakie sceny akcji, zrobione bez pomysłu, które zupełnie nie porywają.  Wszystko to takie bez dreszczyku emocji.  Nie sztuką jest mieć duży budżet, ważne jest jak się go wykorzystuje.

Ponadto twórcy przedobrzyli i wcisnęli w tak krótki film za wiele nowych postaci przez co pojawiają się one dosłownie na kilka minut i nie mogą pokazać się w całej okazałości.  Scenarzyści pogubili się w tym tłoku i nie do końca wiedzieli, która postać jest ważniejsza i którą wysunąć bardziej na pierwszy plan.  Dlatego też wszystkich jest tu dużo, a na żadnym z mutantów skupić się nie możemy.  Chyba najbardziej widać to przy postaci Jean Grey.  Bezsensu uśmiercono też kilka głównych bohaterów i kilkoro wprowadzonych dopiero w trzeciej części.

Na plus można zaliczyć całkiem dobrą choć trochę zbyt ilustracyjną muzykę Johna Powella.

19:32, milczacy_krytyk , 05
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 lipca 2007
Szklana pułapka 4.0

tatuś na 5+

Die Hard 4.0Szklana pułapka 4.0 (2007) USA

reżyseria: Len Wiseman
scenariusz: Mark Bomback  
aktorzy: Bruce Willis, Timothy Olyphant, Justin Long, Maggie Q, Cliff Curtis, Jonathan Sadowski, Mary Elizabeth Winstead
zdjęcia: Simon Duggan
muzyka: Marco Beltrami
montaż: Nicolas De Toth

na podstawie: John Carlin :"A Farewell to Arms" (artykuł) 

 (7/10)

Zachęcony bardzo dobrymi zwiastunami oraz pozytywną recenzją Ani z bloxów skusiłem się na Szklaną pułapkę 4.0.  Poprzednich trzech części nie widziałem, więc przy tej recenzji nie sugerowałem się wrażeniami z poprzednich filmów.

W gruncie rzeczy to nie przepadam za takimi filmami, gdzie jeden niezniszczalny człowiek musi uratować cały Świat i oczywiście zabić gościa odpowiedzialnego za cały bałagan.  Jednak o dziwo 4.0 podobało mi się bardzo.  McClane tym razem musi uratować "jedynie" USA, hakera Matta Farrella oraz swoją córkę przed terrorystami komputerowymi.

Praktycznie od samego początku rozpoczyna się właściwa akcja  - która zwalnia jedynie na chwilę w połowie filmu -  czyli strzelaniny, pościgi i bójki.Wszystko zrealizowane profesjonalnie, szybko i efektownie.  Oczywiście jak to w tego typu filmach bywa, bohaterowie są kilka razy silniejsi i sprawniejsi niż prawdziwi ludzie, ale o dziwo zupełnie to nie razi.  Tak samo kilka niemożliwych i przesadzonych scen da się obejrzeć bez zażenowania, wręcz z przyjemnością, co jest dużym sukcesem twórców, ponieważ najczęściej nie potrafię przełknąć naciąganych akcji, a tu kupiłem je bez problemu.

Kolejny plus za sam pomysł na nową część, a więc trochę inne zagrożenie terrorystyczne.  W dobie coraz większego uzależnienia od komputerów taki atak jest coraz bardziej prawdopodobny i twórcy idealnie wykorzystali dzisiejsze lęki i obawy przed totalnym paraliżem informatycznym.  Oczywiście wszystko w filmie jest dosyć umowne, ale i tak ten szkic robi duże wrażenie. 

Jeśli chodzi o aktorów to spisali się poprawnie.  Duet Willis - Long, a więc glina zaprawiony w tego typu akcjach i całkowicie nieświadomy niczego haker, wypadł naprawdę dobrze.  Od czasu do czasu jest zabawnie a przez to, że McClane jest niejako nie z tej epoki, wyjaśnienia tego co dzieje się na ekranie są jednocześnie wyjaśnieniami dla widzów.  Brawa dla Willisa, facet pomimo pięćdziesiątki na karku trzyma się świetnie.
Nie poradził sobie niestety z rolą Timothy Olyphant.  Jego czarny charakter jest płaski i bez wyrazu.  A szkoda, bo materiał na "bad guya" był naprawdę świetny - chyba po raz pierwszy motywy jakie kierowały tym „złym” wydały mi się logiczne i uzasadnione.

Kolejne plusy to bardzo dobra, choć tylko ilustracyjna muzyka Marco Beltramiego i dobre zdjęcia Simona Duggana oraz montaż dzięki któremu prawie wszystkie sceny akcji widzimy dokładnie.  I jeszcze raz napiszę, bo to się rzadko zdarza: porządny, zabawny, dobrze napisany scenariusz unikający patosu, pompatyzmu czy powiewającej flagi.

16:37, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (3) »
niedziela, 22 lipca 2007
Plac Zbawiciela

zbawienia nie będzie...

Plac ZbawicielaPlac Zbawiciela (2006) Polska

reżyseria i scenariusz: Joanna Kos-Krauze, Krzysztof Krauze
aktorzy: Jowita Budnik, Arkadiusz Janiczek, Ewa Wencel, Dawid Gudejko, Natan Gudejko, Beata Fudalej
zdjęcia: Wojciech Staroń
muzyka: Paweł Szymański

 (9/10)

Zdecydowanie "Plac Zbawiciela" zasługuje na wszystkie nagrody i wyróżnienia jakie otrzymał w zeszłym roku.  Prawdę powiedziawszy nie spodziewałem się jednak, że jest on aż tak dobrym filmem.

W gruncie rzeczy, co nie zdarza mi się często, nie mam się do czego przyczepić. 
"Plac Zbawiciela" rozpoczyna się od kilku na pozór niezwiązanych ze sobą, luźnych scen pokazujących nam życie bohaterów - Beaty, Bartka i Teresy, którzy po tym jak bankrutuje deweloper u którego kupili swoje nowe mieszkanie, będą skazani na życie ze sobą po jednym dachem.  Od tej chwili rozpoczyna się powolna destrukcja małżeństwa  Beaty i Bartka.  Krauzowie pokazują nam powolny rozpad rodziny, który zostaje zapoczątkowany przez teściową, a który nieco później zostaje przyspieszony przez męża.  Pokazują jak łatwo i niby niczym szczególnym można upodlić człowieka, raniąc go zwykłym słowem, każdego dnia.  Pokazują prywatne tortury jakie przeżywa Beata z powodu teściowej, która krytykuje wszystko czego dziewczyna się dotknie oraz mąż, który zachowuje się jak dzieciak, a nie dorosły mężczyzna, nie potrafiący obronić swojej żony, a wkrótce decydujący się na odejście.  Widzimy jak dziewczyna z dnia na dzień pogrąża się we wszechogarniającej bezradności nie wiedząc jak sobie dalej radzić, jak żyć…

Ogromne brawa dla aktorów nie tylko głównych ale i pobocznych. Chyba wszyscy spisali się tu fantastycznie.  Na szczególną uwagę zasługują jednak dwie panie - Jowita Budnik oraz Ewa Wencel, których role są popisowe, stworzyły niesamowite kreacje i razem tworzą niezapomniany duet.

Świetna muzyka Pawła Szymańskiego oraz porządne zdjęcia Wojciecha Staronia tworzą bardzo hermetyczny i przejmująco smutny klimat filmu. Filmu który pokazuje dzisiejszą chorą, szarą, polską rzeczywistość, w której liczy się jedynie moje JA.  Ponadto na pochwałę, zasługuje (co jest przekleństwem w innych polskich filmach, a w "Placu Zbawiciela" jest na wysokim poziomie) czyli dźwięk - wreszcie słyszymy to co mówią aktorzy, a nie wszystko dookoła.

Krauzowie napisali świetny scenariusz (unikający łopatologii oraz mówienia wprost) i nakręcili dość powolny ale poruszający film o ogromnym napięciu, przekazujący widzom wielkie emocje.  Wszystkie sceny są niesamowicie naturalne, a dialogi jakby wyjęte z życia codziennego, tak jakbyśmy byli naocznymi świadkami wydarzeń.  Stworzyli wreszcie normalny, polski film, bez ubarwiania rzeczywistości, product placementu i pseudofilozofowania.  Za to wielkie brawa.

Można by co prawda ponarzekać, że w filmie pojawia się kilka niepotrzebnych, albo trochę niezrozumiałych scen, lecz to byłoby jedynie czepianie się, a w porównaniu do całościowego obrazu filmu ten minus jest tak mały, ze go prawie nie ma.  Także w pewnym momencie może drażnić trochę ilość nieszczęść która sypie się na bohaterów, ale ten argument też jest bezpodstawny gdyż film jest w dużej mierze nakręcony na faktach.

Powoli zaczynam odzyskiwać wiarę w polskie filmy

Tagi: dramat polski
17:16, milczacy_krytyk , 09
Link Komentarze (1) »
czwartek, 19 lipca 2007
1-18-08

Dopiero dziś dowiedziałem się o tym tajemniczym projekcie i wg mnie jest on wart uwagi.  Na razie nie wiadomo prawie nic o czym tak naprawdę będzie Cloverfield bo taki podobno ma nosić tytuł ten film, którego zwiastun pokazywany jest przed Transformersami.  W sieci panuje już totalne szaleństwo i m.in. trwają dyskusje dotyczące tych zdjęć http://www.1-18-08.com/ Widać specjaliści od marketingu wzięli się ostro do roboty i narazie radzą sobie świetnie.  Mnie już złapali w swe sidła i Cloverfield zapisuję na listę filmów do obejrzenia.

Dlaczego warto się interesować 1-18-08?  M.in. ponieważ za produkcję odpowiedzialny jest J.J.Abrams oraz "jego ludzie" pracujący też przy Lost.  Ponadto patrząc na zwiastun można przypuszczać, że wreszcie będziemy mogli obejrzeć naprawdę dobry, realistyczny monster movie z niesamowitym klimatem bardziej przypominający The Blair Witch Project niż amerykańską Godzillę.

Sami zobaczcie:

00:16, milczacy_krytyk , inne
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 16 lipca 2007
Piraci z Karaibów: Na krańcu świata

bez mapy....

Piraci z Karaibów: Na Krańcu ŚwiataPiraci z Karaibów: Na krańcu świata (2007) USA

reżyseria: Gore Verbinski
scenariusz: Terry Rossio, Ted Elliott
aktorzy: Johnny Depp, Orlando Bloom, Keira Knightley, Geoffrey Rush, Jonathan Pryce, Bill Nighy, Yun-Fat Chow, Tom Hollander, Stellan Skarsgard, Kevin McNally, Keith Richards, Naomie Harris
zdjęcia: Dariusz Wolski
muzyka: Hans Zimmer

 (5/10)

Długo się zbierałem, żeby wybrać się do kina na trzecią część Piratów.  Po rewelacyjnej części drugiej z niecierpliwością oczekiwałem na zakończenie przygód Sparrowa i reszty...  Oczekiwania miałem duże, nadzieję też ale niestety trwającą krótko ponieważ im bliżej premiery, tym coraz mniej przekonujące stawały się dla mnie pomysły scenarzystów.  Ale skoro już widziałem dwie poprzednie części to niejako wypadało, żebym zobaczył też "Na krańcu świata"

Jak sami twórcy mówili, każda część Piratów miała mieć innym klimat.  Jedynka była rodzinnym filmem przygodowym, dwójka komedią akcji ocierającą się o parodię, natomiast trójka miała być podniosłym, trochę mrocznym widowiskiem kończącym w wielkim stylu trylogię.  Problem jednak w tym iż nie da się filmu niejako dla dorosłych kierować dla pg-13.  Scenarzyści o tym nie pomyśleli i zamiast wielkiego widowiska wyszła dziwna kreatura, w którą napakowano wszystkie pomysły, które tylko miano pod ręką nie patrząc się ani zastanawiając czy wyjdzie z tego coś logicznego.  Oczywiście (jaka szkoda) nie wyszło, bo film śmieszy dzieciaki, ale ma sceny - jak choćby pierwsza w której widzimy jak wiesza się piratów - która już dla dzieci nie powinna być przeznaczona.

Elliott i Rossio wyraźnie pogubili się tym razem.  Zaczęli naprawdę dobrze.  Całą pierwszą godzinę aż do chwili gdy uratowano Jacka Sparrowa ogląda się przyjemnie.  Pierwsze sceny w Singapurze, spotkanie z Jackiem, up-is-down.  Potem jednak coś się psuje i niestety im bliżej finału, tym bardziej cały film się sypie.  Nagle znika gdzieś ta lekkość i łatwość w opowiadaniu historii, humor wyparowuje, a o scenach akcji możemy zapomnieć, bo scenarzyści raczą nas przydługimi dialogami.  Raz patetyczno -wzniosłymi z których nic nie wynika, raz próbującymi nas trochę wzruszyć.  Na dodatek postanowili, że tym razem poplączą całkowicie aż do oporu akcję, tak więc każda z postaci ma swój plan, gra jedynie dla siebie i knuje ile się da.  Pół biedy gdyby film był skomplikowany i byśmy musieli śledzić uważnie kto z kim zawarł układ i dlaczego.  Byłby to nawet dobry pomysł na film gdyby nam choć trochę zależało na bohaterach.  Tak oczywiście nie jest, więc zupełnie jest nam obojętne czemu Will brata się z Lordem Beckett czy Elizabeth przystaje do Sao Fenga.

Później jest jeszcze gorzej.  Godzilla - Tia Dalma, i niesamowicie przydługa i nie emocjonująca bitwa morska w czasie burzy w wielkim wirze.  To chyba bym jeszcze przełknął gdyby nie żenująca scena ze ślubem w czasie tejże bitwy.  W założeniu miało być to pewnie zabawne i niejako wyśmiewać inne tego typu sceny w wakacyjnych hitach z Hollywood, wyszło niestety tragicznie.

Jeśli chodzi o aktorów to tu wiele się nie zmieniło od ostatniego filmu.  Bloom jak był drewnem, tak nadal nim jest i nic nie zapowiada, żeby się to miało zmienić.  Knightley radzi sobie trochę lepiej, ale tylko trochę.  Szkoda mi Deppa, bo w tej części już wyraźnie jest cieniem starego dobrego Jacka Sparrowa.  Przy drugiej części mówiło się, że będzie go w filmie mniej, okazało się, że dopiero w trójce stanie się on bohaterem pobocznym.  Twórcy co prawda go skopiowali, ale kilku Jacków w jednej scenie to jednak nie to samo co jeden w wielu.  Dobrze, że wrócił Rush i wreszcie pojawił się Richards bo bez nich w trzeciej części nie zobaczylibyśmy żadnego energicznego aktora, który jest przynajmniej jakiś.

Muszę natomiast serdecznie pogratulować Hansowi Zimmerowi, który spisał się znakomicie i chyba to on najbardziej napracował się przy tworzeniu części trzeciej.  Napisał kolejny zupełnie nowy motyw przewodni - który wg mnie jest najlepszy ze wszystkich - a dodatkowo połączył go ze znanymi już nam z poprzednich części dwoma motywami w jedną spójną i dobrze brzmiącą całość.  Ponadto Zimmer zabawił się muzyką, tak jak to zrobił w przypadku Waltza w drugiej części i napisał jeden utwór nawiązujący do muzyki Ennio Morricone.  Naprawdę świetne!

Chyba najlepiej "Na krańcu świata" podsumował sam Jack Sparrow mówiąc w pewnym momencie: "Durnoły, ględoły"......

21:31, milczacy_krytyk , 05
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2