Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
środa, 31 maja 2017
Song to Song

body to body

Song to SongSong to Song (2017) USA

reżyseria i scenariusz: Terrence Malick
aktorzy: Ryan Gosling, Rooney Mara, Michael Fassbender, Natalie Portman, Cate Blanchett, Holly Hunter, Bérénice Marlohe
zdjęcia: Emmanuel Lubezki
montaż: Hank Corwin, Keith Fraase, Rehman Nizar Ali

 (2/10)

Michael Fassbender tarza się po podłodze.  Rooney Mara opiera się o gigantyczne okna i w zamyśleniu patrzy się gdzieś w dal.  Natalie Portman przechadza się po wielkich apartamentach.  Ryan Gosling przygrywa na pianinie.  Natalie Portman przechadza się w krótkiej spódniczce nad leżącym Fassbenderem.  Gosling z Marą biegają po pustkowiu w czasie zachodu słońca. Cate Blanchett chodzi na spacery z Goslingiem, a Holly Hunter tuła się po wielkim parkingu wołając o pomoc.  Kogo grają, kim są, to zupełnie nieistotne.  Normalnych rozmów nie prowadzą, w większości odzywają się z offu, wygłaszając po kilka nieistotnych, pustych zdań.  Śledzeni są przez okrążającą ich, nieustannie biegająca za nimi kamerą Emmanuela Lubezkiego, która spogląda na nich z różnych stron.  Lawiruje, wiruje, często zbacza na bok, by zamiast na bohaterów spojrzeć na przyrodę, latające chmarą ptaki, uginające się pod naporem wiatru drzewa.  Tak jakby zdjęcia miały wypełnić brak treści.

"Song to Song" to zapis obrazów, improwizowane sceny pozbawione scenariusza.  Zaczątki historii kilku postaci, o których niczego się nie dowiadujemy, których myśli wygłaszane zza kadru są tylko pretekstem do kolejnych ładnych obrazów.  Bohaterowie przeskakują strumyk na pustkowiu.  Przechadzają się po pięknych, nowoczesnych mieszkaniach.  Podglądają koncerty festiwalowe zza kulis.  Bohaterki zaplątują się w powiewające na wietrze firanki, obijają się o ściany w zamyśleniu i smutku rozmyślając o tym co się im (nie) przydarza.  Tarzają się po ziemi, obściskują, dotykają, spoglądają na siebie, najczęściej w promieniach zachodzącego słońca.  Bo hej, tak przecież będzie ładnie.  Tak jakby te obrazy, te krótkie scenki bez większego znaczenia miały trafić na insta, jakby miały być częścią tamtego przefiltrowanego story, w którym liczy się tylko uchwycony kadr, lub fragment ruchu.  Problem tylko w tym, że nie jest to story w odcinkach, tylko film bez scenariusza, co boli najbardziej, bo bez tej podstawy, nadbudówki w postaci świetnych aktorów, dobrze dobranej muzyki, czy ładnych zdjęć, nie są w stanie tu niczego uratować.

Improwizowana forma tego filmu zaczyna denerwować po pierwszym kwadransie.  Wypowiadane szeptem myśli bohaterów nie interesują.  Przypadkowość formy z powodu której można by wyciąć z tego filmu dowolną postać, bez jakiejkolwiek większej straty dla całości, jest co najmniej irytująca.  Brak chronologii (nawet w pojedynczych scenach) nie składa się na żaden celowy zabieg, staje się niedbalstwem, lenistwem twórcy, który nie ma zamiaru ułożyć z tych obrazów pasjonującej opowieści.  A skoro jemu się nie chce, to czemu nam miałoby się chcieć?  Koncertowe tło, prócz gościnnych występów kilku znanych artystów (chociażby Patti Smith, Lykke Li, Iggy Pop) nie zostaje w ogóle wykorzystane, stając się jedynie ładnym obrazkiem, wyglądającym ciekawie, nietypowo, ale nie mającym żadnego wpływu na rozwój wydarzeń, bo bez niego poczynania bohaterów w ogóle by się nie zmieniły.  W końcu same zdjęcia stają się nudne, a powtarzalność inscenizacji kolejnych scen zaczyna denerwować, irytować i smucić. Okrutnie zmarnowany potencjał.

19:53, milczacy_krytyk , 02
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 maja 2017
Obcy: Przymierze

Covenant

Obcy: PrzymierzeObcy: Przymierze (2017) Australia, Nowa Zelandia, USA

reżyseria: Ridley Scott
scenariusz: John Logan, Dante Harper
aktorzy: Michael Fassbender, Katherine Waterston, Billy Crudup, Danny McBride, Demián Bichir, Carmen Ejogo, Jussie Smollett, Callie Hernandez, Amy Seimetz, Nathaniel Dean, Alexander England, Benjamin Rigby, Uli Latukefu, Tess Haubrich
muzyka: Jed Kurzel
zdjęcia: Dariusz Wolski
montaż: Pietro Scalia

 (5/10)

Niech Was nie zwiedzie tytuł.  "Obcy: Przymierze" to tak naprawdę kontynuacja "Prometeusza".  "Covenant" bez tytułowego Aliena, który został tu dodany tylko i wyłącznie by przyciągnąć przed ekrany więcej widzów.  Zachęcić tytułem, zachęcić wizerunkiem potwora, który był nadmiernie eksponowany w kampanii reklamowej, dając złudną nadzieję, że po nieudanym "Prometeuszu" tym razem Ridley Scott zaprezentuje nam historię godną klasycznego Obcego, starającą się równać poziomem do dwóch pierwszych filmów z serii.  Niestety Scott na swoje stare lata błądzi okrutnie i choć nie jest zadowolony z tego w jakim kierunku pozostali reżyserzy poprowadzili historię zapoczątkowaną w jego obrazie z 1979 roku, teraz sam niszczy legendę Obcego, powołując na świat tak nieudane, nielogiczne i głupie filmy jak "Prometeusz" czy właśnie "Obcy: Przymierze".

"Covenant" to film składający się z trzech różnych części, z czego niestety każda kolejna jest coraz gorsza.  Całość zaczyna się całkiem interesująco.  Statek kolonizacyjny Covenant przemierza kosmos wraz z kilkunastoosobową załogą, androidem oraz zahibernowanymi kolonistami w liczbie dwóch tysięcy, zmierzając na planetę Origae-6, by tam założyć nowy dom.  Po drodze załoga przypadkiem natrafia na sygnał ludzkiego pochodzenia dochodzący z planety, która zdaje się być idealnym miejscem do zamieszkania.  Ponieważ oryginalny cel misji jest oddalony o kolejne siedem lat dalszej wędrówki, załoga decyduje się sprawdzić tą nową planetę.  I choć historia rozwija się w oczywistym kierunku, ten wstęp ogląda się zaskakująco dobrze.  Oczywiście na planecie odkryty zostanie pewien tajemniczy statek, oczywiście załoga zarazi się obcą formą życia (bo po co komu skafandry ochronne).  Akcja prowadzona jest jednak na tyle sprawnie, że na te nielogiczności łatwo przymknąć oko.  I wtedy rozpoczyna się druga część tego obrazu, która jest jednocześnie powrotem do "Prometeusza" ale i zerwaniem z tamtym obrazem.  To powolne bajdurzenie, które o zgrozo tłumaczy pochodzenie Obcego.  W prosty, rozczarowujący sposób obdziera legendę z tajemnicy.  A później następuje akt trzeci, będący mieszanką finałów Aliena i Aliens, zawierający z pozoru zaskakujący twist, którego można się jednak domyślić już na początku seansu.

Najgorsze w "Obcy: Przymierze" jest to, że znów członkami załogi jest banda idiotów, podejmujących głupie decyzje (prym wiedzie zastępca kapitana).  Właściwie jedynym motorem napędowym akcji są kolejne błędne decyzje bohaterów, którzy sami na własne życzenie pakują się w tarapaty. O ile jednak jeszcze takie strzelanie na oślep w początkowych scenach paniki można jakoś wytłumaczyć, tak bezwolne podążanie za czarnym charakterem tego filmu, czy narażanie życia kolonistów woła o pomstę do nieba i odbiera jakąkolwiek radość z oglądania tego widowiska.  Denerwujące jest tu również to, jak instrumentalnie zostają potraktowane kolejne hybrydy obcego (bo potwór grasujący w tym filmie to nie ten sam którego znamy z pierwszych produkcji).  Są one wcale nie tak inteligentnym narzędziem do zabijania licznej załogi.  Załoga natomiast w większości pełni tutaj rolę mięsa do rozszarpywania.  Nie zna się poszczególnych bohaterów, nic się o nich nie wie, przez co kolejne śmierci nie robią większego wrażenia, chwilami nawet się ich nie zauważa.  Głupim, ale i niewykorzystanym pomysłem jest obsadzenie w roli załogantów par lub małżeństw.  Głupim, bo oczywistym było, że osobiste zażyłości w sytuacji kryzysowej wezmą górę i cała misja się posypie. Niewykorzystanym, bo trudno połapać się w relacjach typu mąż-żona, trudno skojarzyć kto jest z kim, przez co zgony małżonków są tylko zgonami kolejnych bezimiennych osób i nie idą za nimi żadne większe emocje.

W filmie Scotta bronią się tak naprawdę tylko trzy rzeczy.  Po pierwsze genialne zdjęcia Dariusza Wolskiego, które (wraz ze scenografią) tworzą niesamowity klimat, budują całkiem gęstą atmosferę i tworzą zupełnie nowy świat.  Świetnie patrzy się na ten film, z przyjemnością odkrywa się kolejne miejsca akcji.  Wolski przeszedł sam siebie, tworząc film zdecydowanie bardziej mroczny od "Prometeusza".  Po drugie bardzo dobrze sprawuje się w tym filmie (jak i poza nim) muzyka Jeda Kurzella.  Bierze on najlepsze z Alien, Aliens, dodaje trochę nowych brzmień i tworzy zaskakująco udane, klimatyczne tło muzyczne, które świetnie buduje klimat, fantastycznie podbija atmosferę.  I po trzecie warty wychwalenia w tym filmie jest podwójny występ Michaela Fassbendera, który błyszczy tutaj w roli androida, tworząc dwie zupełnie różne, skonfliktowane ze sobą postaci.  Szkoda tylko, że ta cała dyskusja jaka rozwija się w środkowej części tej produkcji jest po pierwsze momentami niezamierzenie zabawna, po drugie wydaje się wyjęta jakby z zupełnie innego filmu.

Wszyscy Ci, którzy od najnowszego filmu Ridleya Scotta oczekiwali logicznej historii, która by w ciekawy sposób prowadziła do wydarzeń z pierwszego "Obcego", która przedstawiałaby niegłupich bohaterów i dodatkowo z poszanowaniem podchodziła do filmu z 1979 roku, niestety srogo się zawiodą, bo "Covenant" podąża śladami "Prometeusza".  Kontynuuje wątki z tamtego filmu, momentami zdaje się być ponowną opowieścią tamtej historii.  Jest nielogiczny, bzdurny, denerwujący, przesadnie przyspieszony.  Smutno patrzeć na to jak Scott, sam na własne życzenie niszczy legendę, której był współautorem.  Smutno patrzeć na to jak z premedytacją wykorzystuje postać Obcego do odcinania kuponów od kultowej serii.  Podpinając się pod znany tytuł, opowiadając bzdurną historyjkę, która nie może się zdecydować czy chce być ambitnym kinem rozprawiającym o istocie życia, kompleksie boga i potrzebie kreacji, czy krwawym horrorem rozgrywającym się w kosmosie, czy opowieścią prowadzącą do klasycznego Obcego.  Dobudowując historię, której tak naprawdę nigdy nikt nie potrzebował. 

20:45, milczacy_krytyk , 05
Link Komentarze (3) »
środa, 17 maja 2017
Strażnicy Galaktyki vol. 2

vol.2

Strażnicy Galaktyki vol.2Strażnicy Galaktyki vol. 2 (2017) USA

reżyseria i scenariusz: James Gunn
aktorzy: Chris Pratt, Zoe Saldana, Dave Bautista, Vin Diesel, Bradley Cooper, Michael Rooker, Karen Gillan, Pom Klementieff, Sylvester Stallone, Kurt Russell, Elizabeth Debicki, Chris Sullivan, Sean Gunn
muzyka: Tyler Bates
zdjęcia: Henry Braham
montaż: Fred Raskin, Craig Wood

 (7,5/10)

"Strażnicy galaktyki" byli seansem niespodzianką, niezwykle pozytywnym zaskoczeniem.  Filmem, który niespodziewanie zawojował box-office na całym świecie i dla wielu stał się ulubioną produkcją studia Marvel.  Choć był przedsięwzięciem ryzykownym, opartym na szerzej nieznanym komiksie, zachwycił widzów lekkością, humorem, oraz na pozór niedobranymi bohaterami, którzy tworzyli bardzo zgrany zespół.  Był inteligentną rozrywką, przypomnieniem, że kosmos może być miejscem w którym mogą rozgrywać się wielkie, rozrywkowe przygody.  To co najbardziej doskwierało tamtej produkcji, było również piętą achillesową większości filmów Marvela, a mianowicie słaby, nieprzekonujący czarny charakter, który na domiar złego był tylko pachołkiem większego przeciwnika, na którego dopiero przyjdzie czas w kolejnych filmach.  A szczęście jednak nie przysłaniał licznych pozytywów tej produkcji, nie psując ogólnie bardzo dobrych wrażeń z seansu. Nic więc dziwnego, że po sukcesie pierwszej części, kontynuacja była tylko kwestią czasu, a jej premiera była wielce wyczekiwana.

Kontynuacja "Strażników Galaktyki", awesome mix vol.2, jest właściwie taką wariacją na temat części pierwszej. To list miłosny do tamtego filmu, który przypadnie do gustu wszystkim fanom pierwszej części, bo bierze z niej wszystko to co najlepsze.  Od początku widać, że James Gunn miał wolną rękę przy kreacji tego widowiska, że świetnie bawił się rozwijając kolejną opowieść o Strażnikach.  Eksperymentując z historią jak i formą, pozwalając sobie na wielokrotne mruganie okiem do widza, wypełniając swój film przesadnymi ilościami humoru, bawiąc się możliwościami przedstawienia na ekranie właściwie wszystkiego co mogło pojawić się w jego wyobraźni.  Chociażby genialne cameo Davida Hasselhoffa czy Pac-mana.  Przez cały seans czuć tą twórczą swobodę, dzięki której kontynuacja jest zabawą w najczystszej postaci.  Filmem, który nie boi się iść po bandzie, który robi wszystko byleby tylko jak najbardziej zadowolić fanów, i to nie tyle komiksu, co fanów pierwszego filmu.

Już sama struktura tego obrazu jest nietypowa, i przez to pewnie nie wszystkim przypadnie do gustu.  Trudno wyodrębnić tutaj pierwszy i drugi akt.  Właściwie tylko finał podporządkowuje się blockbusterowym prawidłom według których powinno być wybuchowo, efektownie i wzruszająco.  Przez bardzo długi czas właściwie nie wiadomo o co będzie toczyć się cała rozgrywka, na czym polegać będzie główna intryga.  Nie ma jasnego kierunku w którym podążałaby akcja, nie ma typowego pościgu za wzrastającym w sile czarnym charakterem, nie ma wyraźnego zagrożenia, które wisiałoby nad bohaterami.  Oczywiście pojawia się rasa Suwerennych ale bardziej w formie efektownego przerywnika, niż głównego wątku.  Sama akcja po dość szybkim prologu rozwidla się na kilka oddzielnych wątków, które dopiero pod koniec seansu zbiegają się ze sobą, ukazując sens tej opowieści.  I choć taki pozorny brak celu, choć takie rozlanie akcji na wielu bohaterów może z początku dziwić, bądź też nawet i irytować, wychodzi w sumie tej produkcji na dobre, bo zrywa z odtwarzanym do znudzenia schematem, udaje się zaprezentować coś innego, w natłoku bliźniaczo podobnych opowieści.

Co ciekawe, choć film ten jest całkiem efektowny, reżysera nie interesuje jedynie akcja, potyczki i kolejne sceny kosmicznej zawieruchy.  Momentami je wręcz ignoruje, jak chociażby w pomysłowym prologu, który zamiast na walkę z potworem plującym tęczą, zwraca uwagę na małego Groot'a.  Zupełnie jakby Gunn nie był zainteresowany akcją, jakby chciał ją zepchnąć gdzieś na dalszy plan, by jego film nie stał się kolejnym pustym akcyjniakiem, pędzącym od jednego pościgu do kolejnego.  To co znacznie bardziej interesuje reżysera, i to co stanowi o sukcesie tego filmu, to postaci.  Gunn poświęca zaskakująco wiele czasu by pokazać relacje ich łączące, pokazać rozterki i problemy z jakimi muszą się zmagać, pokazać ewolucję jaką przechodzą od pierwszego filmu.  Stąd wątek ojcowski i historia o poszukiwaniu ojca, ale i pragnieniu potomstwa.  Stąd historia dwóch skłóconych sióstr, które starają się odbudować bardzo skomplikowaną, bolesną relacją.  Stąd opowieść o odgradzaniu się od ludzi i świata w celu ochrony samego siebie, swoich uczuć.  Sednem tego obraz zamiast wybuchowej, kolorowej akcji stają się emocje jak i postaci.  A ponieważ nie da się nie kibicować tej niedobranej bandzie dziwaków, seans wciąga właściwie od samego początku.

Nieźle w kontynuacji wypadają również nowi bohaterowie, chociażby Mantis - empatka nie nauczona relacji międzyludzkich przez co mówiąca dokładnie to co myśli, co pociąga za sobą mnóstwo niezręcznych ale i zabawnych sytuacji.  Na bliższy plan wysuwa się tym razem Drax, który wraz z Mantis świetnie się uzupełnia, rzucając żartami właściwie w każdej scenie w jakiej się pojawia. Świetnie wygląda tutaj również Kurt Russell jako Ego, bardzo swobodnie bawiący się swoją rolą.  Warto wspomnieć również o soundtracku, który przepełniony jest piekielnie dobrze dobranymi piosenkami, które idealnie wpisują się w obraz.  Jednak choć ten blockbuster mija całkiem szybko, choć jest zabawny, przyjemny, pomysłowy, to jednak po seansie ma się odczucie, że czegoś w nim jednak zabrakło.  Seans się kończy, przewijają się napisy końcowe, wraz z pięcioma scenami dodatkowymi, ale nic nie pozostaje w pamięci na dłużej.  Stając się obrazem tylko na raz, blockbusterem, który zachwyca tylko w momencie swojej obecności na wielkim ekranie.  Być może problem tkwi w tym, że brakuje tym razem tego elementu zaskoczenia jaki towarzyszył części pierwszej? A może tak po prostu ma być, i akurat od Strażników nie powinno się wymagać niczego więcej jak tylko kolorowej, radosnej rozrywki do popcornu?

21:11, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (2) »
sobota, 13 maja 2017
Uciekaj!

Get Out!

Uciekaj!Uciekaj! (2017) USA

reżyseria i scenariusz: Jordan Peele
aktorzy: Daniel Kaluuya, Allison Williams, Catherine Keener, Bradley Whitford, Caleb Landry Jones, Marcus Henderson, Betty Gabriel, LilRel Howery
muzyka: Michael Abels
zdjęcia: Toby Oliver
montaż: Gregory Plotkin

 (7-/10)

Rose i Chris są ze sobą od czterech miesięcy.  Wydają się być parą idealną, zakochaną w sobie do szaleństwa.  Najbliższy weekend mają spędzić poza miastem, w ogromnej posiadłości rodziców Rose.  Będzie to pierwsze spotkanie Chrisa z rodzicami dziewczyny.  Chłopak bardzo obawia się tego wyjazdu.  Przede wszystkim martwi się o to jak zareagują, gdy zobaczą, że jest czarnoskóry.  Choć mamy rok 2017, Chris podświadomie czuje się niepewnie, obawiając się, że nie będzie mile widziany w domu bogatych rodziców swojej perfekcyjnej dziewczyny.  Rose uspokaja go, twierdząc że gdyby byli rasistami to nie ciągnęłaby go do nich, i naprawdę nie ma się czym martwić.  Na miejscu Chris zastaje piękny dom w którym oprócz rodziców Rose mieszka jeszcze dwuosobowa, czarnoskóra służba.  Kucharka i ogrodnik, którzy od przyjazdu chłopaka zaczynają się dziwnie zachowywać.  Chris początkowo ignoruje podejrzane sytuacje, ale z czasem nabiera coraz większych podejrzeń, wyczuwając, że coś w zastanej rzeczywistości jest zdecydowanie nie tak.  Atmosfera gęstnieje z każdą kolejną minutą.

"Get Out" to całkiem udany thriller i bardzo ciekawy debiut fabularny, który jednak nie jest aż tak przewrotny, wyróżniający się jaki chciałby być.  To całkiem pomysłowy dreszczowiec, który stara się być również komentarzem, trochę innym, nietypowym spojrzeniem na problem rasizmu.  Pod płaszczykiem thrillera (sci-fi) stara się pokazać jak uprzedzenia podświadomie powodują pewne reakcje, jak kierują myśli na krzywdzące tory, które prowadzą do negatywnie nacechowanych osądów.  Jak dwuznaczne i niesprawiedliwe potrafią być z pozoru niewinne uwagi, komentarze czy żarty.  Jak głęboko zakorzeniona i trudna do zwalczenia bywa podświadoma niechęć, zachowawczość.  Ten społeczny komentarz czyni ten film bardziej interesującym, bardziej wartościowym i powoduje, że nie jest tylko kolejnym thrillerem, którego zadaniem jest jedynie nieźle nastraszyć widza.  "Get Out" ma odrobinę bardziej ambitne zamiary, dzięki czemu jest bardziej interesujący.

"Get Out" nie jest jednak pozbawione pewnych wad.  Po pierwsze dwa pierwsze akty tego filmu są odrobinę zbyt powolne, za bardzo rozciągnięte w czasie, podczas gdy finał zdaje się być przesadnie przyspieszony, przez co nie robi takiego wrażenia jakie mógłby robić.  Poza tym nie do końca działa w tym filmie humor wprowadzany poprzez drugoplanową postać przyjaciela głównego bohatera.  Z jednej strony dzięki niemu udaje się spuścić z tonu, spowodować, że trochę absurdalne rozwiązanie całej sytuacji nie zdaje się być głupie ani przesadnie naciągane, z drugiej jednak strony, humor, który broni ten film przed wyśmianiem, powoduje, że napięcie momentami za bardzo siada i zamiast emocjonującego thrillera, oglądamy produkcję, której bliżej do zabawnej komedii akcji.  Nie wszystkim przypadnie do gustu również finał całej opowieści w klimacie fantastyki, który zostawia za sobą kilka denerwujących nieścisłości i naciągnięć.  Choć dzięki takiemu rozwiązaniu twórcom udaje się nastraszyć nas chociażby tak niewinnym przedmiotem jak filiżanka do herbaty, czy wprowadzić kilka bardzo ładnych wizualnie scen - spadanie do otchłani.

18:09, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (1) »