Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
wtorek, 31 maja 2016
Ślepowidzenie

imagine

ŚlepowidzenieŚlepowidzenie (2015) Norwegia

reżyseria i scenariusz: Eskil Vogt
aktorzy: Ellen Dorrit Petersen, Henrik Rafaelsen, Vera Vitali, Marius Kolbenstvedt
muzyka: Henk Hofstede
zdjęcia: Thimios Bakatakis
montaż: Jens Christian Fodstad

 (7/10)

“Ślepowidzenie” jest bardzo spokojnym, wyciszonym i niezwykle przygnębiającym studium godzenia się z pogłębiającym się stanem utraty wzroku. To film opowiadający historię pewnej młodej kobiety, która w wyniku choroby traci wzrok. Właściwie to nic już nie widzi. Siedzi całymi dniami w domu próbując odważyć się by wyjść na zewnątrz. Słucha radia, nasłuchuje odgłosów w mieszkaniu i zaczyna pisać opowiadanie o pewnym mężczyźnie i kobiecie, którzy mieszkają w okolicy. Poprzez ich historie próbuje uporać się ze swoim strachem, wątpliwościami, niepewnością i pochłaniającą wszystko ciemnością. 

“Ślepowidzenie” to film, który z początku całkiem mocno szokuje swoją bezpośredniością. Wpierw w bardzo stonowany, wyciszony sposób poznajemy główną bohaterkę. Zamknięta w sobie trzydziestolatkę, która próbuje przyzwyczaić się do ślepoty i wynikającej z niej zmiany stylu życia. Chwile później ona sama przedstawia nam drugoplanowego bohatera, którego powołuje do życia poprzez swoje opowiadanie. I w czasie jego introdukcji przez ekran przelewa się fala przeróżnego rodzaju porno, które w zderzeniu z melancholijną, bardzo bliską atmosferą wstępu, jest dość szokująca. Później jednak film wraca na spokojniejsze tory, choć wtedy zaczyna eksperymentować z formą. Czasem łączy oddzielne sceny i miejsca akcji w jednej scenie, przeplatając je na zmianę i bezpośrednio ingerując w równolegle opowiadaną historię. Czasem zmienia przebieg wydarzeń, na bieżąco w trakcie ich trwania, tak jakby film ten nie opowiadał historii, która już się zdarzyła, ale kreował wydarzenia w czasie rzeczywistym. Z początku zdaje się to być trochę przesadnie udziwnioną zabawą, sztuką dla sztuki. Jednak jest to podejście, które ma swój cel i powód, prowadząc do całkiem poruszającego zakończenia.

Ta opowieść o kobiecie unieruchomionej w czterech ścianach, przez stan w jakim się znajduje, przez strach i ciemność, zostaje poszerzona ponad jej osobę dzięki wyobraźni samej bohaterki. Kobieta niewiele robiąc w ciągu dnia, mając tyle wolnego czasu, zaczyna snuć domysły na temat tego co może robić sąsiadka, sąsiad i jej własny mąż, którego podejrzewa o zdradę. Jej strach, jej poczucie zagubienia, odseparowanie od dotychczasowego szczęśliwego życia, pisze rożne scenariusze, które dzięki jej wyobraźni stają się rzeczywistością. Dzięki tym własnym opowieścią kobieta jest w stanie przepracować leki, oswoić się ze swoim stanem. Popadając w rozpacz, popadając w absurd. Tak jak jej myśli wędrują w rożnym kierunku, tak i ten film skręca w najróżniejsze strony, szukając ukojenia, które mimo przerażającej ciemności, jest możliwe do odnalezienia.

Tagi: dramat
22:20, milczacy_krytyk , 07
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 maja 2016
X-Men: Apocalypse

Henryku!

X-Men: ApocalypseX-Men: Apocalypse (2016) USA

reżyseria: Bryan Singer
scenariusz: Simon Kinberg
aktorzy: James McAvoy, Michael Fassbender, Jennifer Lawrence, Nicholas Hoult, Oscar Isaac, Rose Byrne, Evan Peters, Josh Helman, Sophie Turner, Tye Sheridan, Lucas Till, Kodi Smit-McPhee, Ben Hardy, Alexandra Shipp, Lana Condor, Olivia Munn Olivia Munn
muzyka: John Ottman
zdjęcia: Newton Thomas Sigel
montaż: John Ottman, Michael Louis Hill

 (6/10)

Jest w tym filmie taka scena.  Bohaterowie wychodzą z kina z "Powrotu Jedi".  Dyskutują o tym, która z części „Gwiezdnych Wojen” była najlepsza.  I wtedy jedna z osób oznajmia, że część trzecia prawie zawsze jest najsłabsza i tak też było i tym razem.  A ponieważ tak się składa, że "Apocalypse" jest właśnie trzecią częścią nowej trylogii X-Men, nie da się nie odnieść tego komentarza bezpośrednio do samego filmu.  Jest to takie autoironiczne spojrzenie twórców na tę produkcję, które niestety ma w sobie wiele racji, bo nie da się ukryć, że "Apocalypse” jest najsłabszą częścią nowej trylogii, stojąc daleko w tyle za "First Class", oraz najlepszym z tej trójki "Days of Future Past".  Mam jednak wrażenie, że twórcy poprzez ten żart chcieli się niejako wytłumaczyć ze swojego filmu, usprawiedliwić.  Jakby z założenia spodziewali się, że to co tym razem przygotowali jest słabsze od poprzednich produkcji.  Bo jest i to znacznie.  "Apocalypse" sprawia wrażenie filmu zrealizowanego na szybko, po najmniejszej linii oporu.  Nie jest co prawda taką porażką jak niedawny "Batman v Superman", ale do poziomu prezentowanego przez inne filmy Marvela naprawdę wiele mu brakuje.

Najsłabszym elementem tego filmu jest tytułowy Apocalypse, którego motywacje należą do tych najprostszych z możliwych - po przebudzeniu się z odwiecznego snu koleś chce wszystko zniszczyć, obrócić cały świat w pył.  To okrutnie patetyczna, nudna i nieciekawa postać, która w kółko wygłasza te same banały o potrzebie zbudowania nowej, lepszej rzeczywistości.  Co prawda bohaterowie muszą się trochę natrudzić by go w końcu pokonać. Nie jest to może tak łatwe jak w innych filmach Marvela, ale prócz swej mocy ten bad guy charyzmy nie ma za grosz.  Niestety Oscar Isaac totalnie poległ w tej roli, przygnieciony przez kiczowaty kostium, zakryty przez tonę makijażu.  Strasznie słabo wypada również cały wątek rozgrywający się w Polsce, w którym co ciekawe sporo dialogów (a nawet jedna piosenka) prowadzonych jest w języku polskim.  Oczywiście amerykańskie wyobrażenie Polski Ludowej lat osiemdziesiątych jest dalekie od prawdy, oczywiście Michael Fassbender nijak nie radzi sobie z naszym językiem, kalecząc wszystkie swoje kwestie, wywołując tym samym uzasadniony śmiech widowni.  To co jednak najgorsze w tym wątku, to statyści, w założeniu prawdziwi Polacy, którzy również po polsku mówić nie potrafią.  Tak jakby nie można było do tych kilku krótkich scen zatrudnić prawdziwych Polaków, nie mających trudności z płynnym wypowiedzeniem kilku zdań.  Skoro twórcy zdecydowali się na tak odważny ruch i zrezygnowali z języka angielskiego, to mogli zrobić to już po całości.  Tak wyszło zabawnie i chwilami niestety żenująco.

Sam film niestety ale momentami zalatuje tandetą. Krzykliwe, plastikowe stroje bohaterów rażą swoim wyglądem szczególnie w naturalnych sceneriach, a zdjęcia wyglądają po prostu okropnie.  Aż trudno uwierzyć, że odpowiada za nie Newton Thomas Sigel, ten sam, który tworzył chociażby dopracowane "Drive".  Co najgorsze jednak, również efekty specjalne zostawiają wiele do życzenia - są niedopracowane, a ich sztuczność momentami bardzo mocno daje się odczuć.  Szczególnie w scenie z Quicksilverem, który podobnie jak i w poprzednim filmie w zwolnionym tempie błyskawicznie ratuje sytuację.  Szkoda tylko, że ta scena zostaje tu doczepiona na siłę, wynika bardziej z zachwytu sceną w kuchni z "Days of Future Past" niż z wydarzeń mających miejsce w tej produkcji.  Jest takim wykorzystywaniem sukcesów poprzednika - skoro wtedy tego typu scena się spodobała, to musiał pojawić się również i teraz.  Sam film jest ponadto bardzo nierówny.  Chwilami zdecydowanie zbyt powolny, momentami niezamierzenie zabawny, przesadnie podniosły i plastikowy.  Tak jakby kino superbohaterskie zatrzymało się na produkcjach sprzed ostatnich dziesięciu lat.  Najgorsze jest jednak to, że "Apocalypse" jest krokiem wstecz dla serii o X-Men.  Po jej odnowieniu przez "First Class" i wzmocnieniu naprawdę bardzo udanym "Days of Future Past", ta część jest zdecydowanym wycofaniem się, krokiem w kierunku bezmyślnej, sztucznej, popcornowej rozrywki.  A X-Meni, szczególnie w czasach rozkwitu bardzo udanych komiksowych produkcji, zasługują na coś znacznie lepszego.

20:14, milczacy_krytyk , 06
Link Komentarze (3) »
piątek, 20 maja 2016
Niewygodna prawda

-th

Niewygodna prawdaNiewygodna prawda (2015) USA

reżyseria i scenariusz: James Vanderbilt
aktorzy: Cate Blanchett, Robert Redford, Topher Grace, Dennis Quaid, Elisabeth Moss, Bruce Greenwood, Stacy Keach, John Benjamin Hickey, David Lyons, Dermot Mulroney, Rachael Blake, Andrew McFarlane, Natalie Saleeba, Noni Hazlehurst
muzyka: Brian Tyler
zdjęcia: Mandy Walker
montaż: Richard Francis-Bruce

na podstawie: książki "Truth and Duty: The Press, the President, and the Privilege of Power" Mary Mapes

 (7,5/10)

Debiut reżyserski scenarzysty Jamesa Vanderbilta to opowieść o dziennikarstwie telewizyjnym.  Prawdziwa historia producentki Mary Mapes, która realizowała program "60 minut" nadawany przez wiele lat w stacji CBS.  Jest rok 2004, zbliżają się kolejne wybory prezydenckie, a Mary wpada na temat, który może okazać się kluczowy w tej kampanii.  Podejrzany jest bowiem okres życia obecnego prezydenta George'a W. Busha, który pod koniec lat sześćdziesiątych, nie został wysłany do Wietnamu, ale miał odbywać sześcioletnią służbę w Gwardii Teksańskiej.  „Miał” w tym przypadku jest słowem kluczowym.  Okazuje się bowiem, na podstawie dokumentów, które zdobywa dziennikarka, że prezydent nie odbył całej służby i nie miał takich osiągnięć jak się powszechnie o tym mówi.  Ponieważ ramówka stacji jest bardzo napięta, dziennikarze mają niewiele czasu na przygotowanie materiału na ten temat.  Reportaż zostaje złożony na szybko, właściwie w ostatniej minucie.  A gdy pojawia się na wizji, okazuje się, że najprawdopodobniej dokumenty na których opierała się Mary zostały sfałszowane, a dziennikarze dali się nabrać.  Ale czy na pewno?

Ponieważ "Niewygodna prawda" weszła do kin niedługo po premierze nagrodzonego Oscarem "Spotlight", który również mówił o dziennikarstwie, tyle tylko, że prasowym, nie da się pisząc o filmie Vanderbilta nie wspomnieć i nie porównać go właśnie do "Spotlight".  O ile tamta produkcja była wzorcem, niejako materiałem szkoleniowym traktującym z sentymentem o rzetelnym dziennikarstwie śledczym, wychwalającym dziennikarzy dla których od samego tematu ważniejszy był efekt jaki wywoła ich tekst, tak ten obraz jest niejako przestrogą przed szukaniem tematu w pośpiechu, za wszelką cenę, bez stuprocentowej pewności, dobrego przygotowania.  Jak wynika bowiem z przedstawionej tu opowieści, choć (prawie) wszystko wskazywało na to, że dziennikarze trafili na wielki temat, nie mieli jednak całkowitej pewności (i potwierdzenia), czy materiały jakie zdobyli są autentyczne.  Co w erze mediów społecznościowych bardzo szybko się na nich zemściło, bo wszyscy przeciwnicy wyemitowanego reportażu, na własną rękę zaczęli szukać słabych punktów teorii przedstawionej przez reporterów. Wynajdując niejasności, wątpliwe elementy materiału, których dziennikarze nie zdążyli potwierdzić, spiesząc się z emisją reportażu.  "Niewygodna prawda" nie jest więc tym samym dla dziennikarstwa, czym był "Spotlight".

Jednakże chociaż działania bohaterów nie są tak godne pochwały jak te ukazane w "Spotlight", to nie da się ukryć, że "Niewygodna prawda" jest filmem ciekawszym od tegorocznego laureata nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej.  Film Vanderbilta jest produkcją bardziej filmową, obrazem nasączonym większym napięciem, bardziej zróżnicowanym emocjonalnie.  Wyraźnie podzielonym na kolejne akty: dochodzenie, skutki błędu dziennikarzy, oraz okres komisji śledczej mającej skontrolować sposób ich pracy.  Więcej w tym filmie emocji, filmowego napięcia, energii, która trzyma przed ekranem i hipnotyzuje.  Może to dzięki temu, że nie do końca udany reportaż jest ciekawszym materiałem na film, niż mozolne śledztwo w czasach gdy większość czytała jeszcze gazety?  A może dlatego, że o ile "Spotlight" właściwie nic nie mówiło o bohaterach tamtej historii, skupiając się jedynie na pracy dziennikarzy, tak tutaj postać głównej bohaterki zostaje całkiem znacząco pogłębiona, i świetnie zagrana przez Cate Blanchett.  Poznajemy jej motywacje, wywodzące się jeszcze z czasów nieszczęśliwego dzieciństwa, które rzuca się cieniem na jej obecne życie.  Widzimy jej tryumf, upadek, jak i próbę podźwignięcia się po porażce.

11:51, milczacy_krytyk , 07
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 maja 2016
Z daleka

pozory

Z dalekaZ daleka (2015) Wenezuela

reżyseria i scenariusz: Lorenzo Vigas
aktorzy: Alfredo Castro, Luis Silva, Jericó Montilla, Catherina Cardozo, Jorge Luis Bosque
zdjęcia: Sergio Armstrong
montaż: Isabela Monteiro de Castro

 (7/10)

Armando jest zamożnym mężczyzną w średnim wieku.  Jest spokojny, cichy i samotny.  Jego życie jest uporządkowane i precyzyjne tak jak i jego praca - jest protetykiem.  Armando ma pewną tajemnicę.  Wśród tłumu ludzi na ulicy wypatruje młodych chłopaków.  Szuka zadziornych, niepokornych nastolatków, którym oferuje pieniądze i zaprasza ich do siebie do domu.  Zachowuje jednak dystans, nie dotyka ich, prosi jedynie o powolne rozebranie się, w czasie którego będzie mógł się im przyglądać. Z daleka.  Któregoś razu na ulicy zauważa Eldera.  I tak rozpoczyna się bardzo specyficzna, pełna napięcia i przemocy relacja między zbuntowanym nastolatkiem, a ułożonym mężczyzną, której konsekwencje będą dość nieoczekiwane.

"Z daleka" jest bardzo niespiesznym, spokojnym filmem, którego klimat utrzymywany jest w niepewności.  Przez bardzo długi czas trudno bowiem zrozumieć postępowanie głównego bohatera, jego motywacje.  Wydają się one co najmniej dziwne, nielogiczne, sprzeczne.  Tajemnica jego postępowania napędza ten film, powoduje, że z ciekawością śledzimy tę przedziwną relację jaka łączy dorosłego mężczyznę i gniewnego nastolatka.  W głowie ciągle przewijają się pytania.  Kim tak naprawdę jest Armando? Czego chce od chłopaka? Dlaczego sam, na własne życzenie wplątuje się w tę przedziwną, sadomasochistyczną relację?  Co też takiego nim kieruje?  I wszystko w tym filmie działa bardzo dobrze aż do momentu, gdy tuż przed trzecim aktem, pada jedno krótkie zdanie, które zdradza intencje mężczyzny.  Niby przenośnia, niby zwykły komunikat, ale ukierunkowuje akcję na właściwie, jasne tory.  Z początku niby zaskakujące, ale logiczne, wyjaśniające wszystko to, co zdarzyło się do tej pory.  Niestety jednak przez to jedno zdanie, choć nadal czeka się na to co się wydarzy, napięcie gwałtownie siada.  Karty zostały całkiem odkryte, a trzeci akt staje się tylko podsumowaniem, rozegraniem tego co zostało powiedziane. 

Choć zakończenie tego filmu wywołuje mieszane uczucia, z jednej strony jest dość zaskakujące, z drugiej odrobinę rozczarowuje, to sama droga do niego, jest ciekawym doświadczeniem.  W dużej mierze dzięki dyscyplinie jaką wykazują się twórcy.  Dokładną, skupioną reżyserią, porządnymi występami aktorskimi i ciekawymi zdjęciami, które utrzymane są w nieostrościach.  Tylko pierwszy plan tego filmu jest wyraźny, całe otoczenie staje się rozmytą plamą.  Bohaterowie przechodzą pomiędzy tymi strefami, raz przebywając w tej wyraźnej strefie, innym razem przechodząc w ten niejasny obszar.  Co idealnie komponuje się z tematem tej produkcji, jest niejako komentarzem na stan niepewności, w jakim znajdują się bohaterowie, tak Armando jak i Elder.

Tagi: dramat
21:01, milczacy_krytyk , 07
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 maja 2016
Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów

two sides

Kapitan Ameryka; Wojna bohaterówKapitan Ameryka: Wojna bohaterów (2016) USA

reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo
scenariusz: Christopher Markus, Stephen McFeely
aktorzy: Chris Evans, Robert Downey Jr., Scarlett Johansson, Sebastian Stan, Anthony Mackie, Don Cheadle, Jeremy Renner, Chadwick Boseman, Paul Bettany, Elizabeth Olsen, Paul Rudd, Emily VanCamp, Tom Holland, Daniel Brühl, Frank Grillo, William Hurt, Martin Freeman, Marisa Tomei, John Kani, John Slattery, Hope Davis, Alfre Woodard
muzyka: Henry Jackman
zdjęcia: Trent Opaloch
montaż: Jeffrey Ford, Matthew Schmidt

 (8,5/10)

Marvel nie przestaje zaskakiwać.  Konsekwencja z jaką od ostatnich kilku lat buduje swoje kinowe uniwersum jest niebywała.   Każdy kolejny film jest elementem większej układanki, każdy ma znaczenie i prowadzi do następnego.  W przeciwieństwie do konkurencyjnego DC, które od kilku lat plącze się i gubi, nie mając żadnego planu na to by przedstawić swoich komiksowych super bohaterów, Marvel zdecydowanie dąży do celu, stale podnosząc sobie poprzeczkę.  Kolejne produkcje studia nie są jedynie odcinaniem kuponów od sukcesu poprzedników.  Nie są szybkim skokiem na kasę, przez dobrze rozreklamowany ale słaby film, który w efekcie zaszkodzi następnym produkcjom.  Marvel na szczęście zdaje sobie sprawę z tego, że tylko utrzymywanie kolejnych filmów na wysokim poziomie, gwarantuje sukces tych produkcji.  Tylko w ten sposób możliwe jest budowanie marki, prezentowanie coraz lepszych obrazów, które nie tylko będą utrzymywać w zainteresowaniu dotychczasowych fanów, ale co ważniejsze, będą przyciągać kolejnych widzów, którzy do tej pory nie byli przekonani do produkcji studia.  I co niezwykłe Marvelowi udaje się podnosić poprzeczkę z każdym kolejnym filmem (z drobnymi wyjątkami w postaci chociażby "Avengers 2").  Tym razem prezentuje trzecią część "Kapitana Ameryki", która jest zdecydowanie najlepszą z tego cyklu.

W teorii "Wojna bohaterów" nie miała prawa się udać.  To jak trudne było to zadanie pokazuje chociażby porażka jaką dosłownie miesiąc temu poniósł "Batman v Superman" próbując ugryźć podobny temat, i zupełnie sobie nie dając z tym rady, tworząc produkt filmopodobny.  Bracia Russo mieli za zadanie stworzyć cztery filmy w jednym.  Po pierwsze kontynuację przygód Kapitana Ameryki, po drugie kontynuację losów pozostałych bohaterów Uniwersum, które mogłyby prowadzić do kolejnych, zaplanowanych filmów studia.  Po trzecie przedstawić kilka nowych postaci, oraz po czwarte opowiedzieć tytułową "Wojnę bohaterów", czyli konflikt pomiędzy Iron Manem a Kapitanem.  I to wszystko w zaledwie dwu i półgodzinnym filmie, który dodatkowo miał być zabawny, lekki, pomysłowy i efektowny.  I choć bardzo prawdopodobnym było, że ta sztuka tym razem się nie uda, jakimś cudem dali radę w niezwykle zgrabny i strawny sposób łącząc te cztery teoretycznie oddzielne filmy w jeden, naprawdę emocjonujący blockbuster, który inaczej niż jego niedawny konkurent, wcale nie sprawia wrażenia sklejki oddzielnych scen, przypadkowych ruchomych obrazów.  

Bracia Russo (oraz scenarzyści Christopher Markus i Stephen McFeely, którzy są z Kapitanem od pierwszego filmu) znajdują czas na wszystko.  Po pierwsze kontynuują wątki z poprzednich produkcji o Kapitanie.  Pojawiają się znów odniesienia do organizacji Hydra, wraca przeszłość w osobach Bucky'ego czy Peggy.  Po drugie twórcy znajdują czas na przedstawienie nowych zamaskowanych postaci. I ta introdukcja nie polega na żenującym przeglądaniu plików na komputerze, tylko na zaprezentowaniu nowych twarzy w akcji.  Krótka, ale konkretna charakterystyka, wspomnienie o ich przeszłości, motywacjach, zarysowanie charakteru, dzięki czemu momentalnie akceptuje się te nowe osoby i traktuje nie jako niepotrzebny dodatek do całości, ale ważny element tej dużej układanki.  I tak poznajemy Czarną Panterę, który okazuje się być całkiem mroczną postacią z ogromnym potencjałem, oraz nowego Spider-Mana, który choć już pięciokrotnie pojawiał się na wielkim ekranie w swoich solowych filmach, dopiero teraz, za sprawą Marvela, prezentuje się tak jak powinien.  

Ponadto twórcy znajdują czas na tytułową Wojnę między bohaterami, konflikt między Iron Manem a Kapitanem.  I tu też dają radę, bo każda za stron wyposażona zostaje w swoje racje, które są jasno i logicznie przedstawione.  Co więcej każdy z bohaterów ma czas by zdecydować po której stronie konfliktu stanie, ma czas by wątpić, zmieniać zdanie, a my razem z nim, raz przychylając się ku TeamCap, a raz ku TeamIron.  I wreszcie twórcom udaje się coś co niestety przerosło Jossa Whedona.  "Civil War" to kolejny odcinek serialu, jaki od ponad dwunastu filmów buduje Marvel.  I choć jest mocno zakotwiczony w poprzednich filmach, choć ma stać się punktem wyjścia do następnych obrazów, nie odczuwa się w czasie seansu swego rodzaju przystanku.  Pojedynczego epizodu, odcinka większej części, który składa się z wymuszonych, narzuconych przez studio elementów składowych, które mają pasować do wielkiej układanki.  Nie ma się poczucia swego rodzaju produktu bez rozpoczęcia i bez zakończenia.  "Civil War" jest oczywiście sequelem, ale jest też pełnoprawnym filmem.  

Bracia Russo już przy okazji "Zimowego żołnierza" udowodnili, że doskonale wiedzą jak powinien wyglądać nowoczesny blockbuster.  Idealnie łączą dynamiczne, całkiem brutalne sceny akcji z humorem i poważniejszymi momentami.  Nie przeładowują swego filmu rozbuchanymi scenami akcji, ale gdy trzeba doskonale wiedzą jak je rozegrać tak aby emocjonowały i wyglądały odpowiednio spektakularnie.  W międzyczasie idealnie dawkują humor słowny jak i sytuacyjny, szczególnie od momentu gdy na ekranie pojawia się Ant-Man i Spider-Man.  I wreszcie dla równowagi łączą te zabawne sceny z powagą i wzruszeniem, momentami w czasie których liczą się tylko dialogi i relacje między bohaterami.  Bo co również ważne, bracia Russo świetnie czują swoich bohaterów, traktując ich nie jako jednego bohatera zbiorowego, ale jako oddzielne postaci.  Co na pierwszy rzut oka widać patrząc na przeróżne style walki - każda z postaci ma swój charakterystyczny styl, który wyróżnia ją od pozostałych.  I choć ten dwuipółgodzinny blockbuster trochę wolno się rozkręca, właściwie przez pierwszą godzinę przygotowując widzów na kolejne elementy tej wielkiej opowieści, to gdy wreszcie dochodzi do właściwego starcia, całość nabiera rumieńców, zaskakując i ekscytując szczególnie podczas pomysłowego pojedynku na lotnisku.  Świetne kino rozrywkowe.

PS. Jestem spokojny o dwie części "Infinity War" w wykonaniu braci Russo i duetu scenarzystów Markus + McFeely.  Skoro dali sobie rade z "Wojną bohaterów" to nic im już nie jest straszne.

18:41, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2