Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
niedziela, 31 maja 2015
Wiek Adaline

Della

Wiek AdalineWiek Adaline (2015) USA

reżyseria: Lee Toland Krieger
scenariusz: J. Mills Goodloe, Salvador Paskowitz
aktorzy: Blake Lively,Michiel Huisman, Harrison Ford, Ellen Burstyn, Kathy Baker, Amanda Crew, Lynda Boyd
muzyka: Rob Simonsen
zdjęcia: David Lanzenberg
montaż: Melissa Kent

 (7/10)

Adaline jest młodą kobietą, która cierpi na pewną niezwykłą przypadłość.  W wyniku nieszczęśliwego wypadku, od prawie osiemdziesięciu lat się nie starzeje.  Jej wiek, a co za tym idzie jej wygląd zatrzymały się pewnego dnia i od tamtego czasu nie ulegają zmianie.  Nieśmiertelność, wieczna młodość, odwieczne marzenie ludzkości jest dla niej rzeczywistością.  I choć może brzmieć to jak cudowny dar, którego dostąpiła kobieta, tak naprawdę szybko staje się on dla niej przekleństwem.  By nie stać się wybrykiem natury, sensacją, obiektem badań, Adaline musi stale zmieniać miejsce zamieszkania, zmieniać swoją tożsamość, i co najważniejsze - nie może przywiązywać się do ludzi.  Co dziesięć lat znika bez śladu i w zupełnie odmiennym miejscu rozpoczyna nowe życie.  Tylko w ten sposób jest w stanie ukryć przed światem swoją nieustanną młodość.  Tylko co to za życie, którego nie przeżywa się z innymi ludźmi, które nie zmienia się z czasem, nie podlega starzeniu?  

"Wiek Adaline" jest filmem, który podobnie jak niedawny "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona", poprzez małe komplikacje z czasem i wiekiem bohaterów, próbuje mówić o życiu, przemijaniu i miłości.  W tamtym genialnym obrazie sprzed siedmiu lat bohater zamiast starzeć się młodniał, jego zegar biologiczny odmierzał czas w przeciwną stronę.  W "Wieku Adaline" zegar bohaterki zatrzymuje się całkowicie.  I o ile obraz Finchera był filmem, który naprawdę zbliżał się do uchwycenia istoty życia, tak film Lee Tolanda Kriegera nie ma aż tak wielkich ambicji.  To tak naprawdę zwykły romantyczny schemat komedii, ujęty w zupełnie odmiennej formie i innych okolicznościach.  Podobnie jak w każdym rom-komie i tu główni bohaterowie podążają utartym szlakiem - on zakochuje się w niej, ona niechętnie przystaje na jego zaloty, on robi coś głupiego, ona go odtrąca, by jednak na końcu zejść się razem. Jednak podejście do tego schematu, forma, jak i bohaterowie drugoplanowi (grani przez Harrisona Forda, Ellen Burstyn i Kathy Baker) są tym co wyróżnia ten obraz.  Forma, pewna otoczka czyni go wyjątkowym.  Bo nawet gdy historia zaczyna podążać znanym szlakiem, potrafi dzięki przypadłości bohaterki, bądź kontaktowi z kimś z drugiego planu skierować tę opowieść w odrobinę odmienne, orzeźwiające rejony.  

"Wiek Adaline" to opowieść niesamowicie melancholijna, delikatna, wyczulona na szczegóły (podobnie jak wyczulona na nie jest główna bohaterka, posiadająca bardzo dobry zmysł obserwacji).  Opowieść niczym spokojna baśń, pełna magii, niezwykłości i uczucia powodująca, że to co widzimy na ekranie staje się szczególne, klimatyczne, wzniosłe.  Tę nietypową atmosferę, mistyczny wręcz klimat udaje się wytworzyć przede wszystkim dzięki przepięknej muzyce Roba Simonsena.  Już dawno nie słyszałem kompozycji z jednej strony tak zwyczajnej, ale jednocześnie, tak ciepłej, gładkiej, czarującej.  Przecudowne dźwięki otulające ten film w niezwykłość, czar, przyciągające uwagę, idealnie dopasowane do kolejnych scen.  Delikatne, ale nie przesadnie słodkie, przywołujące uczucie tęsknoty, zadumy, nad czymś co minęło, co niedostępne.  Co więcej "Wiek Adaline" jest filmem bardzo ładnym, przepięknie sfotografowanym, filmowanym z różnych ciekawych perspektyw (jak chociażby pierwsze ujęcia z lotu ptaka bezpośrednio nad jadącym przez miasto samochodem).  Te spokojne zdjęcia tylko wzmagają wyciszony klimat tej historii, a odzywający się zza kadru narrator dodaje jej jeszcze więcej bajkowości.  

I wreszcie to co tak dobrze zagrało w tej produkcji, to co powoduje, że tak świetnie się ją ogląda, choć na pozór nie jest ona niczym nietypowym - aktorzy.  Świetna Blake Lively jako Adaline, rozdarta między tęsknotą za bliskością do drugiego człowieka, a strachem przed tym, że jej tajemnica wyjdzie na jaw.  Fantastyczna Ellen Burstyn jako jej dorosła córka, która martwi się, że jej matka choć będzie żyć wiecznie, tak naprawdę nie przeżywa swego czasu, nie korzysta z życia.  Gdyby nie wątek córki, motyw upływającego życia obok niezmiennej bohaterki nie byłby tak znaczącym elementem w tej romantycznej opowieści.  A na koniec ogromne zaskoczenie, fenomenalny Harrison Ford, który choć rolę ma tutaj niewielką, prezentuje się w niej tak swobodnie, tak dobrze, tak naturalnie, że aż się go z początku nie poznaje.  Przejmujący występ, jedna z najlepszych ról Forda od wielu, wielu lat.  Gdyby nie on, trzeci akt tej opowieści nie miałby takiej siły, nie dostarczałby tylu emocji, nie wybrzmiewałby w pełni.  Wielkie brawa.

Tagi: melodramat
20:28, milczacy_krytyk , 07
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 maja 2015
Wszystkie wcielenia Tary - sezon II

multiple personalities

Wszystkie wcielenia TaryWszystkie wcielenia Tary - sezon II (2010) USA

reżyseria: Craig Zisk, Adam Davidson, Craig Gillespie, Tricia Brock, Penny Marshall, Jamie Babbit
scenariusz: Diablo Cody, Jill Soloway, Tracy McMillan, Dave Finkel, Brett Baer, Sheila Callaghan, Craig Wright, David Iserson
aktorzy: Toni Collette, John Corbett, John Corbett, Keir Gilchrist, Rosemarie DeWitt, Patton Oswalt, Fred Ward, Pamela Reed, Matthew Del Negro
muzyka: Benjamin Forrest Davis, Craig Wedren
zdjęcia: M. David Mullen
montaż: Bill Turro, Shannon Mitchell, Tim Boettcher

 (6/10)

Nadrabiam serialowe zaległości.  Produkcje, których oglądanie rozpocząłem dawno temu, ale których z różnych powodów nie dokończyłem.  Bo choć obejrzane odcinki mi się podobały, na kolejne przyszło mi czekać zdecydowanie za długo, dłużej niż z początku myślałem.  Jedną z takich produkcji są "Wszystkie wcielenia Tary".  Serial komediowy, wyprodukowany przez Spielberga, którego twórcą jest Diablo Cody, o której głośno było kilka lat temu przy okazji filmu "Juno", do którego napisała scenariusz.  Pierwszy sezon tego serialu obejrzałem w telewizji, dokładniej rzecz biorąc w tvn, w czasach gdy stacja ta starała się być w miarę na bieżąco z zagranicznymi produkcjami, w nocnym paśmie wyświetlając niektóre z amerykańskich seriali.  I choć historia kobiety, która cierpi na rozszczepienie osobowości, posiada kilka wcieleń, które w stresujących sytuacjach przejmują władzę nad jej ciałem, mnie nie porwała, to z sympatii do Toni Collette, która gra tutaj główną bohaterkę  byłem w stanie kontynuować tę produkcję.  Tyle tylko, że sezon drugi przeleciał w telewizji bez żadnej zapowiedzi i na swój czas musiał czekać aż do teraz.

Sezon drugi właściwie niczym szczególnym nie różni się od pierwszego.  To prosta kontynuacja losów Tary i jej bliskich, niezbyt normalnej rodziny, która zmierzyć się musi z kolejnymi wcieleniami kobiety.  Do Bucka - weterana wojny i harleyowca, Alice - idealnej pani domu wyjętej z lat sześćdziesiątych, T. - szalonej nastolatki oraz Gimme - zwierzaka w czerwonej pelerynie, który objawił się pod koniec pierwszej serii, teraz dochodzą jeszcze Shoshana - terapeutka która poprowadzi terapię Tary, spróbuje pomóc jej przypomnieć sobie co zdarzyło się w przeszłości, co spowodowało, że kobieta przemienia się w inne osoby, oraz Kurczak - dziecięce wcielenie Tary, które namiesza szczególnie w ostatnich odcinkach.  Choć od poprzedniego finału w świecie bohaterów minęły trzy miesiące, choć od tego czasu, Tara będąc na lekach była ciągle sobą, pewne dramatyczne wydarzenie z naprzeciwka spowoduje, że pozostałe jej osobowości będą znów wychodzić na wierzch, komplikować życie bohaterów.  Czyli dziać się będzie dokładnie to samo co w pierwszych dwunastu odcinkach tej produkcji.

Pamiętam, że kilka lat temu, gdy dopiero poznawałem "United States of Tara" najbardziej przeszkadzało mi w tym serialu to, jak daleki jest on od swoich bohaterów, jak po łebkach pokazuje problem z jakim muszą się zmagać, jak nie wgłębia się w to co przeżywają, jak choroba Tary wpływa na każde z nich z osobna.  Swobodna komedia traktująca wszystko na luzie kłóciła mi się z tematem tej produkcji, lekceważyła przypadłość bohaterki.  I niestety w sezonie drugim to się nie zmienia, jest on tak samo lekki, niepoważny i błahy jak pierwsze odcinki.  Do tego gdyby tak streścić go w całości, to w sumie niewiele się w nim dzieje.  Moosh próbuje być hetero co nie bardzo mu wychodzi, Kate zaczynają swoją pierwszą pracę po studiach, przy okazji poznaje ekscentryczną artystkę (świetna Viola Davis), siostra Tary poznaje księcia z bajki i szykuje się do ślubu, Max jest po prostu mężem Tary, a ona sama stara się dociec prawdy, cóż takiego zdarzyło się w jej dzieciństwie.  Pewne światło na przeszłość zostaje rzucone, ale finał w gruncie rzeczy za wiele nie wyjaśnia, niemrawo zapraszając na serię trzecią, po której serial został zdjęty z anteny.

20:15, milczacy_krytyk , serial
Link Komentarze (2) »
niedziela, 24 maja 2015
Mad Max: Na drodze gniewu

what a lovely day

Mad Max: Na drodze gniewuMad Max: Na drodze gniewu (2015) Australia, USA

reżyseria: George Miller
scenariusz: Nick Lathouris, Brendan McCarthy, George Miller
aktorzy: Tom Hardy, Charlize Theron, Nicholas Hoult, Hugh Keays-Byrne, Josh Helman, Nathan Jones, Zoë Kravitz, Rosie Huntington-Whiteley, Riley Keough, Abbey Lee, Courtney Eaton, John Howard, Richard Carter
muzyka: Junkie XL
zdjęcia: John Seale
montaż: Jason Ballantine, Margaret Sixel

 (9/10)

Trzydzieści lat (!) po premierze "Pod kopułą Gromu" George Miller powraca do kultowej serii tworząc bez dwóch zdań jeden z najciekawszych, najbardziej szalonych i spektakularnych filmów akcji ostatnich kilkunastu lat.  "Mad Max: Na drodze gniewu" to film brutalny, odważny, konsekwentny, przemyślany od początku do samego końca, z szacunkiem podchodzący do pierwszej trylogii, ale nakręcony w duchu nowoczesności.  Nie do końca sequel, bo nie bezpośrednio połączony z poprzednimi produkcjami, a i samego Maxa gra tym razem Tom Hardy a nie jak poprzednio Mel Gibson.  Nie do końca reboot, bo nie rozpoczyna historii od początku, nie przekreśla poprzednich filmów, a nawet zawiera całkiem sporo odniesień do poprzednich części trylogii.  To pewnego rodzaju ponowna wizyta, jak z resztą w jednym z wywiadów określił tę produkcję sam George Miller.  Ponowne wejście w świat, który stworzył trzy dekady temu.  Wizyta, która rozbudowuje tę wtedy zapoczątkowaną rzeczywistość.  "Fury Road" nie jest filmem tylko większym, bardziej spektakularnym, ale znacznie wzbogacającym świat "Mad Maxa", dokładającym wiele nowych, interesujących cegiełek do uniwersum. 

To czym najnowszy "Mad Max" wygrywa z większością blockbusterów jakie obecnie powstają, jest realność efektów specjalnych.  Ograniczenie do minimum sztucznego CGI i zmaksymalizowanie prawdziwych wyczynów kaskaderskich, wybuchów, scen nakręconych w rzeczywistości bez użyciea green screen.  "Fury Road" to film, który zapiera dech w piersiach, który nie pozwala oderwać od siebie oczu, w którym sceny akcji robią przeogromne wrażenie, bo czuć i widać, że dzieją się naprawdę.  Cudowne jest to uczucie towarzyszące podczas seansu, ta możliwość nieustannego zadawania sobie wciąż tego samego pytania: "jak oni to nakręcili"?  Jak udało się zrealizować te wszystkie szalone, niebezpieczne, sceny pościgów i wybuchów?  W jaki sposób twórcom udało się stworzyć film tak przepełniony detalami, w którym akcja rozgrywa się nie tylko na pierwszy planie, ale i w oddali?  Tak gęsto zaaranżowana, że chwilami nie sposób jej ogarnąć, tyle dzieje się na ekranie.  Ale nie przez zbyt szarpany, błyskawiczny montaż, ale poprzez fantastyczną kompozycję panoramicznego ekranu, mnogość poruszających się elementów, które tworzą niesamowite sceny.  Arcydzieło kina akcji, niezwykły film odtrutka na zalew sztucznego CGI.

"Fury Road" jest filmem, która nie posiada wolniejszych momentów, który pędzi na złamanie karku, który w chwilach gdzie inne produkcje stanęłyby w miejscu, nadal podąża przed siebie (naprawianie ciężarówki podczas szaleńczej jazdy przez pustynię).  To obraz, który rozpoczyna się błyskawicznym wstępem i rozpędza się podczas pierwszego kwadransa, by z jasno określonym celem pędzić przed siebie przez bite dwie godziny wypełnione po sam brzeg akcją.  Bez przesadnego gadania, bez patetycznych gadek, bez uwznioślających dialogów, przemów bohaterów.  W świecie Mad Maxa liczą się bowiem tylko czyny.  Podobnie jak w "Wojowniku szos" i tu również konkretny cel i mnóstwo pościgów nakręca cały obraz, powoduje, że ten piękny wizualnie film ogląda się z zapartym tchem (cudne żółte i niebieskie filtry wyostrzające kolory).  Ale co najważniejsze choć produkcja ta wypełniona jest po brzegi akcją, Miller nie zapomina, że to nie pościgi są najważniejsze, ale bohaterowie.  Jeśli nie będziemy przejmować się ich losem, jeśli nie wytworzy się między nimi a nami nić porozumienia, sympatii, nawet najbardziej ambitne, zwariowane wyczyny kaskaderskie na nic się zdadzą, nie zdołają wywołać żadnych emocji.

To niezwykłe ale choć portrety bohaterów są bardzo proste, choć prezentacja postaci jest błyskawiczna, Millerowi udaje się stworzyć kilka niezwykłych postaci, którym zaczynamy kibicować, do których się przywiązujemy.  Świetny jest Nicholas Hoult jako Nux, rewelacyjna jest Charlize Theron jako Imperatorka Furiosa - wreszcie silna kobieca bohaterka w kinie akcji. Postać bardziej wyrazista, konkretna od samego Maxa, który co ciekawe, w swoim filmie wielokrotnie schodzi na dalszy plan.  To dzięki nim i ich rolom najnowszy "Mad Max" jest obrazem nieprawdopodobnie emocjonującym.  To niesamowite jakiego kopa dają niektóre sceny, jak chociażby ta, gdy Furiosa klęka na pustyni i krzyczy w niebo.   Zaskakujące również jak w pewnym sensie kobiecy, feministyczny jest to film.  Jak wiele kobiecych bohaterek się w nim pojawia i jak inaczej niż zwykle nie są traktowane wyłącznie jako ozdoba produkcji, dodatek do całości na którym można zawiesić oko (żeby tylko spojrzeć jak modelkę Rosie Huntington-Whiteley portretował Bay w Transformers, a jaką bohaterką jest tutaj, a przecież i tak postacie matek są w "Fury Road" potraktowane najbardziej stereotypowo).  Marsz do kin!

18:30, milczacy_krytyk , 09
Link Komentarze (1) »
wtorek, 19 maja 2015
Motyl Still Alice

living in the moment

Motyl Still AliceMotyl Still Alice (2014) USA

reżyseria i scenariusz: Richard Glatzer, Wash Westmoreland
aktorzy: Julianne Moore, Kate Bosworth, Shane McRae, Hunter Parrish, Alec Baldwin, Seth Gilliam, Kristen Stewart, Stephen Kunken, Erin Darke, Daniel Gerroll
muzyka: Ilan Eshkeri
zdjęcia: Denis Lenoir
montaż: Nicolas Chaudeurge

na podstawie: powieści "Motyl" Lisa Genova

 (8/10)

Co roku zastanawia mnie jak to jest, że niektóre dobre, nagradzane filmy nie mają szans zaistnieć na ekranach naszych kin.  I nie myślę tu wcale o szerokiej dystrybucji, tylko nawet o obecności w kinach studyjnych.  I nie mam również na myśli ważnych bądź co bądź ekskluzywnych nagród jak Złoty Niedźwiedź, Złota Palma czy Złoty Glob.  Chodzi mi o te najbardziej rozpoznawalne, najbardziej popularne i w teorii najważniejsze nagrody jakimi są Oscary.  Jak to jest, że co roku przynajmniej jeden film zauważony przez Akademię, najczęściej poprzez wyróżnienia aktorki bądź aktora, nie ma szczęścia trafić do polskich kin?  W poprzednich latach ominęły nas tak "Nebraska", "Strasznie głośno, niesamowicie blisko", czy "Wielki Mike".  W tym roku stało się to ze "Still Alice", która nie doczekała się nawet wąskiej dystrybucji w kinach studyjnych (pojedyncze pokazy w krakowskim Kinie pod Baranami, czy warszawskiej Kinotece wiosny nie czynią).  Na szczęście jest jeszcze cykl Kino Konesera organizowany w kinach Helios w całej Polsce, w ramach którego ten obraz zyska swoje krótkie, ale kinowe życie.

"Still Alice" to spokojna, wyciszona, bliska i cholernie wzruszająca historia Alice, która jest profesorem lingwistyki, utytułowanym naukowcem, matką trojga dorosłych już dzieci.  Niedługo po pięćdziesiątych urodzinach zauważa, że coraz częściej zapomina słowa, nie poznaje dobrze znanych miejsc, z trudem zapamiętuje terminy, daty nadchodzących wydarzeń.  Po kilku wizytach u neurologa postawiona zostaje diagnoza - Alice choruje na Alzhaimera, wczesną fazę choroby, niezwykle rzadki przypadek, biorąc pod uwagę jej młody wiek.  Choroba nie dość, że pojawiła się szybko, również rozwija się w błyskawicznym tempie.  Alice będzie musiała nauczyć się jak żyć w świecie straty.  Zapominając coraz więcej, tracąc swoje wspomnienia, swoją przeszłość, ale co gorsza, gubiąc się w teraźniejszości.  Tym gdzie jest, kim są ludzie ją otaczający.  Film ten jest niezwykle bliskim zapisem tego powolnego osuwania się w zapomnienie.  Zapisem dramatu tym tragiczniejszego, gdyż Alice była człowiekiem nauki, której pasją były słowa, zwroty, wyrażenia, język.  Czyli wszystko to co odbierze jej choroba. 

"Still Alice" na szczęście nie jest jednym z tych Oscarowych filmów, którego spaja wyłącznie występ pierwszoplanowej aktorki bądź aktora.  Nie jest jednym z tych obrazów, który gdyby nie fantastyczne nazwisko, nie broniłby się wcale.  To dobry, poruszający, smutny obraz, który nie da się ukryć, został uwznioślony przez fantastyczny występ Julianne Moore, ale sam w sobie jest bardzo udaną produkcją.  I choć moim zdaniem rola Moore nie jest wcale najlepszą w jej długiej karierze, to ten Oscar jak najbardziej się jej należał, choćby za wszystkie wcześniejsze kreacje, które nie zostały należycie docenione.  Dzięki udanemu połączeniu bliskich zdjęć, dobrze rozpisanej historii, oraz kreacji Julianne, udało się przybliżyć poruszającą opowieść, w taki sposób by nie była tylko historią o chorobie, ale o kobiecie walczącej o swoją pamięć, jak najdłuższe bycie sobą.  I choć "Still Alice" jest filmem niewielkim, kameralnym, pozbawionym jakichkolwiek fajerwerków (historia rozwija się dokładnie tak jak można by się tego spodziewać), to jest jednak filmem, który dotyka, filmem który wciąga, z którego nie sposób ot tak po prostu otrząsnąć się po zakończonym seansie.

Tagi: dramat
21:07, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (4) »
czwartek, 14 maja 2015
Mad Max pod Kopułą Gromu

another hero

Mad Max pod Kopułą GromuMad Max pod Kopułą Gromu (1985) 

reżyseria: George Miller, George Ogilvie
scenariusz: George Miller, Terry Hayes
aktorzy: Mel Gibson, Bruce Spence, Adam Cockburn, Tina Turner, Frank Thring, Angelo Rossitto, Paul Larsson, Angry Anderson, Robert Grubb, George Spartels, Helen Buday
muzyka: Maurice Jarre
zdjęcia: Dean Semler
montaż: Richard Francis-Bruce

 (6/10)

Choć trzecia część "Mad Maxa" utrzymana jest w identycznej postapokaliptycznej scenerii, w jakiej rozgrywał się "Wojownik szos" (wyglądem więc bardzo przypomina tamten obraz), to jednak film ten znacznie różni się od dwóch pierwszych odsłon trylogii.  Brakuje w nim pazura, zadziorności, szaleństwa, które wypełniały poprzednie epizody.  Jest produkcją zaskakująco ugrzecznioną, spokojną, a przez to niestety w większości nudną.  Max z bezwzględnego mściciela i samotnego wędrowca dbającego tylko o swój interes, zamienił się w człowieka, który jest w stanie służyć pomocą uciśnionym i będącym w potrzebie, nie otrzymując nic w zamian.  Sam obraz również gwałtownie zwolnił, złagodniał i nabrał niepotrzebnego humoru, wystrzegając się tym razem golizny, bezpośredniej przemocy i niepokojących obrazów.  Ta różnica między "Pod kopułą gromu" a poprzednimi filmami jest odczuwalna już od pierwszych sekund seansu, gdy podczas napisów pojawiających się na czarnym ekranie wybrzmiewa zza kadru lekka piosenka Tiny Turner, a później muzyka napisana przez innego niż dotychczas kompozytora - tym razem Maurice'a Jarre'a.

W finale trylogi Max trafia do miasta Barter, zamkniętej społeczności, której przewodzi cioteczka Entity.  Jak sama o sobie mówi, kiedyś była nikimi, teraz gdy dawny świat runął, stała się najważniejszą osobą spośród wszystkich.  Dzięki niej powstało miasto, to ona wprowadziła ścisłe reguły w nim panujące, dzięki którym udaje się utrzymać (względny) spokój i porządek.  Max zostaje jednak wplątany w wewnętrzny konflikt pomiędzy tymi, którzy żyją na powierzchni, a tymi którzy zamieszkują podziemną część miasta, odpowiedzialną za dostarczanie energii.  To co bowiem odróżnia miasto Barter od innych ludzkich osad, to to, że posiada ono energię elektryczną.  Max decyduje się na podjęcie misji na śmierć i życie, bo chce odzyskać to co należy do niego, to co mu skradziono.  "Pod kopułą gromu" to ten rodzaj kontynuacji, który zamiast bezpośrednio kontynuować, niejako powielać (ale z większym rozmachem) poprzednie filmy, umieszcza bohaterów w całkiem nowej, odmiennej sytuacji.  Świat filmu jest więc wciąż ten sam, głownym bohaterem jest nadal Max, ale przedstawiona tu opowieść to całkiem inna bajka.  Twórcy porwali się więc na trudniejszy rodzaj kontynuacji, i niestety na tym polegli.

"Pod kopułą gromu" straciło pazur i brutalność, które tak świetnie spisywały się w "Wojowniku szos".  "Mad Max" stał się taką trochę komedią akcji, wręcz filmem familijnym, w którym humor i opowiastki o lepszym świecie zastąpiły ponurą wizję zwariowanej przyszłości, w której nie obowiązywały żadne reguły.  Ogromnym błędem twórców było również znaczne ograniczenie pościgów, które tak mocno napędzały poprzednie odsłony serii, w szczególności "Wojownika szos".  Z dróg przenieśliśmy się do osad, ryczące, pędzące maszyny zostały zastąpione przez podziemne fabryki oraz arenę na której odbywają się pojedynki na śmierć i życie.  I takie stałe, nieruchome miejsce akcji sprawdza się niestety znacznie gorzej niż niekończące się drogi do nikąd po którym z zawrotną prędkościa pędziły motory, samochody i ciężarówki.  Brakuje w tej części myśli przewodniej, głównego celu do którego na łeb na szyję dążyłaby ta historia (ten zmienia się w trakcie seansu ze dwa razy).  Co więcej cały trzeci akt mija się z sensem.  To rozróba, która zdaje się być wciśnięta tylko po to by się coś działo, by wreszcie pokazać kilka wybuchów i bardziej spektakularnych scen.  Jak końcowy pościg (jedyny w całym filmie), który kończy się całkiem na niczym, pełen absurdów jak nienaruszona linia kolejowa w postapokaliptycznym świecie.

 
1 , 2