Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
czwartek, 29 maja 2014
Grace księżna Monako

rola życia

Grace księżna MonakoGrace księżna Monako (2014) USA

reżyseria: Olivier Dahan
scenariusz: Arash Amel
aktorzy: Nicole Kidman, Tim Roth, Frank Langella, Paz Vega, Parker Posey, Milo Ventimiglia, Derek Jacobi, Robert Lindsay, Geraldine Somerville, Nicholas Farrell, André Penvern
zdjęcia: Éric Gautier
montaż: Olivier Gajan

 (6/10)

Dawno temu, gdy dopiero rozpoczynałem swoją małą przygodę z pisaniem o filmach, zdawało mi się, że najgorsze co może być to obejrzeć zły film i musieć później o nim coś napisać.  Nie dość, że zmarnowało się cenny czas na oglądanie rozczarowującej produkcji, później traci się go jeszcze na pisanie.  Dość szybko zdałem sobie jednak sprawę, z tego że pisanie o złych filmach jest stosunkowo łatwe, bo po pierwsze skoro film jest nieudany od początku do samego końca, to posiada mnóstwo wad, które jedne po drugich można mu wytknąć, a na dodatek ciśnienie związane ze zmarnowanym seansem jest całkiem niezłą motywacją do ułożenia kilkunastu krytycznych zdań.  Co więcej, niejednokrotnie pisanie o złych filmach jest prostsze od opisywania tych naprawdę dobrych, bo w ich przypadku bardzo często ma się ochotę na sklecenie jednego pochlebnego zdania w stylu: "genialny film, który trzeba zobaczyć na własne oczy" i pozostanie w błogim uczuciu spełnionego seansu.  Najtrudniejsze okazuje się pisanie o filmach nijakich.  Takich, które specjalnie niczym nie grzeszą, ale niczym szczególnym się również nie wyróżniają.  O filmach, które w zasadzie ogląda się przyjemnie, ale po których nic w nas nie zostaje.  I takim obrazem jest niestety "Grace księżna Monako".  Film okrutnie letni, nijaki, niewyróżniający się, a przez to obojętny i nie pozostawiający po sobie żadnego śladu.  

Nijakość zapowiada już przedziwny napis pojawiający się na początku sensu, informujący, że film ten przedstawia fikcyjną relację inspirowaną prawdziwymi zdarzeniami.  Taka ni to prawda, ni to fikcja, zawieszenie między jednym a drugim.  To zawieszenie powoduje, że produkcja ta zaskakująco słabo zgłębia portret księżnej, przeznaczając zaskakująco wiele czasu na wątek zaogniającego się konfliktu między Monako a Francją.  Istotne tło, które musiało się tu pojawić, bo dotyczy czasów w których rozgrywa się ta opowieść, ale odciąga za bardzo uwagę od głównej bohaterki.  Polityka, która spycha Grace do roli żony przejmującej się błahymi sprawami, a skomplikowaną i wielowarstwową historię zamienia w zwykłą opowieść o kobiecie, która porzuciwszy dawne życie musi nauczyć się nowego, stać się aktorką totalną, bo nie tylko na planie filmowym, ale i w codzienności.  Bajka staje się zwykłym życiem, czarująco wyglądając wyłącznie na zewnątrz, a dramat bohaterki spychany jest przez rozwijający się konflikt międzypaństwowy.  Do tego dochodzi jeszcze przedziwne uczucie telewizyjności towarzyszące w trakcie seansu, które wywoływane jest w dużej mierze przez pewnego rodzaju cofnięcie w sposobie filmowania tej opowieści, stylizowane na lata 60-te (chociażby nierealne sceny jazdy samochodem).  Najgorsze są jednak makabrycznie biskie zbliżenia, nie ukazujące twarzy bohaterki, ale jej wycinek, oko, policzek, zamiast zbliżać się do emocji bohaterki, jedynie rozmazujące ekran. 

22:20, milczacy_krytyk , 06
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 maja 2014
X-Men: Przeszłość, która nadejdzie

good to see you again

X-Men: Przeszłość, która nadejdzieX-Men: Przeszłość, która nadejdzie (2014) USA

reżyseria: Bryan Singer
scenariusz: Simon Kinberg
aktorzy: Hugh Jackman, James McAvoy, Michael Fassbender, Jennifer Lawrence, Halle Berry, Nicholas Hoult, Ellen Page, Peter Dinklage, Shawn Ashmore, Omar Sy, Evan Peters, Josh Helman, Daniel Cudmore, Bingbing Fan, Adan Canto, Booboo Stewart, Ian McKellen, Patrick Stewart, Lucas Till, Evan Jonigkeit, Mark Camacho
muzyka: John Ottman
zdjęcia: Newton Thomas Sigel
montaż: John Ottman

 (8,5/10)

Rewelacyjny. Taki jest najnowszy film Bryana Singera "X-Men: Przeszłość, która nadejdzie".  I choć można było mieć nadzieję, że tak właśnie będzie, efekt finalny wcale nie był taki pewny.  Więcej - niezwykłe, że ten obraz w ogóle się udał, bo zadanie jakie postawili przed sobą twórcy było szalenie trudne.  Produkcja ta, to takie trzy w jednym.  Z jednej strony jest to kontynuacja poprzedniej trylogii, powracająca do starszych wcieleń bohaterów, zastająca ich w świecie pogrążonym w całkowitej destrukcji, w którym zagrożone jest nie tylko życie mutantów, ale również zwykłych ludzi.  Prócz tego jest to kontynuacja prequela, inaczej mówiąc, kontynuacja najnowszego filmu z serii X-Men (pomijając spin-offy z Wolverinem), który cofał się do lat 60. ukazując początkowe losy bohaterów.  A na dodatek jest to reboot całej serii, niejako nowe rozpoczęcie, w pewnym sensie skreślające poprzednie filmy, w szczególności okrutnie nieudaną część trzecią, wyreżyserowaną przez Bretta Ratnera.  Singer w "Days of Future Past" naprawia więc wszystko to co zostało zepsute po drodze, kierując tę serię na nowe, lepsze tory. I co niezwykłe, ze wszystkich trzech zadań: sequela, kontynuacji prequela i reboota, wychodzi obronną ręką.

Choć akcja „Days of Future Past” rozgrywa się w dwóch przestrzeniach czasowych, produkcja ta nie rozjeżdża się w przeciwstawne strony, nie sprawia wrażenia zbyt skomplikowanej, zagmatwanej czy przepełnionej postaciami (choć tych jest naprawdę wiele).  Singerowi udało się utrzymać swój film w bardzo zwartej, konkretnej konstrukcji, jednocześnie różnicując klimatycznie dwie przestrzenie czasowe.  Czasy, które nastąpią są mroczne, niebezpieczne, pozbawione nadziei.  Przeszłość, która się dopiero dokona jest za to pełna niepewności i niekończących się możliwości, bo wszystko można jeszcze rozegrać inaczej.  Dodając do tego to, że Singer świetnie czuje klimat tej opowieści, otrzymujemy cudownie komiksową historię, będącą powrotem do dawnych, dobrych X-Menów.  Niezwykłe w tym filmie jest również to, że choć od początku dokładnie wiadomo jak się skończy  (wszystkie blockbustery kończą się przecież w taki sam sposób, i w tym wypadku wyjątku być nie może),  dajemy się wciągnąć w akcję, zupełnie zapominając, że zakończenie nie może być inne od pozytywnego.  Przez piętrzące się przeciwności losu, przez plany, które jedne po drugich się nie udają, zdaje się, że wszystko może się tu zdarzyć.  Akcja komplikuje się z minuty na minutę, nic nie jest pewne, a całość wciąga niebywale i nie pozwala przestać zadawać sobie pytania - ale jak to się wszystko skończy?  Za przywołanie tej bezcennej (pozornej) niewiadomej, która bywa tak rzadka w tego typu produkcjach, należą się Singerowi wielkie brawa.

Przy tym wszystkim ciekawe, że nie ma w tej produkcji jednoznacznego, czarnego charakteru.  Nie ma głównego przeciwnika, a akcję napędza nie sam konflikt dobra ze złem, a uciekający czas w przeszłości, który przybliża przyszłość do całkowitej zagłady.  Co jeszcze bardziej interesujące, nie ma tu również postaci wyłącznie pozytywnych, lub jednoznacznie negatywnych.  Charaktery postaci pozostają w odcieniach szarości, zawieszone między tym co dobre, a tym co złe.  Każdy z osobna kieruje się swoimi racjami, i choć wielokrotnie intencje bywają dobre, choć cel do którego dążą bohaterowie jest taki sam, to co ich różnicuje, to efekty ich działań, nie zawsze pozytywne.  Najbardziej tę różnicę widać w działaniach Xaviera i Erika - obaj dążą do tego samego, jednak każdy zupełnie inną drogą, co jednoznacznie nie czyni z nich bohaterów ani złych ani dobrych. Świetnie spisuje się tu cała obsada (mało który film może poszczycić się tyloma wielkimi nazwiskami).  Świetnie sprawdza się stare pokolenie, które dobrze znów widzieć na wielkim ekranie.  Równie dobrze sprawdza się też nowe.  I tak jak przy poprzednim filmie ("Pierwsza klasa") nie do końca byłem przekonany o wyborach obsadowych, bo choć w główne postaci wcielali się uzdolnieni aktorzy, tak nie do końca widziałem w nich postaci z poprzednich filmów, tak w "Days of Future Past" w pełni widać już granych przez nich bohaterów.  Najlepiej prezentuje się Fassbender, co do którego ani przez moment nie ma się wątpliwości, że jest młodszą wersją bohatera granego przez Iana McKellena.

Do tego wszystkiego dodać jeszcze warto, że produkcja Singera to film, który po prostu dobrze wygląda.  Świetne zdjęcia, idealnie dobrane kostiumy, nienachalnie dawkowane efekty specjalne, które są tylko koniecznym środkiem do celu, a nie celem samym w sobie, powodują, że patrzy się na ten obraz z wielką przyjemnością.  Co więcej, film ten jest momentami niezwykle pomysłowy, jak chociażby w genialnej sekwencji rozgrywającej się w Pentagonie, która jest jednocześnie zaskakująca, wizualnie oszałamiająca, emocjonująca i szczerze zabawna.  Dawno w blockbusterach nie było tak świeżych pomysłów na rozegranie scen akcji.  Jednocześnie, mimo bycia blockbusterem, nie jest to film przeładowany akcją, bo ani na chwilę się tu nie zapomina, że najważniejsi są bohaterowie, wybory jakich muszą dokonywać, i uczucia jakie im towarzysza, a nie cyfrowe efekty specjalne.  I tak "Days of Future Past" staje się interesującym obrazem o nadziei i konsekwencjach działań jednostki, które przekładają się na losy ogółu.  W zasadzie jedyne co można ewentualnie zarzucić tej produkcji to to, że nie sprawdza się jako osobne dzieło (za wiele w nim nawiązań do poprzednich filmów o mutantach).  Jednak czy musi?  Singer kieruje swój obraz do fanów komiksu, i fanów serii kinowej.  To dla nich w pełni przygotował ten film.  I oni będą z niego najbardziej zadowoleni.

19:19, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (3) »
piątek, 23 maja 2014
Tom

farma

TomTom (2013) Francja, Kanada

reżyseria: Xavier Dolan
scenariusz: Xavier Dolan, Michel Marc Bouchard
aktorzy: Xavier Dolan, Pierre-Yves Cardinal, Lise Roy, Evelyne Brochu, Manuel Tadros, Jacques Lavallée
muzyka: Gabriel Yared
zdjęcia: André Turpin
montaż: Xavier Dolan

na podstawie: sztuki Michela Marca Boucharda

 (6/10)

Xavier Dolan nie zwalnia tempa.  "Tom" to już czwarty film jaki zrealizował w przeciąg ostatnich pięciu lat.  I choć początkowo zastanawiano się czy jego głośny debiut "Zabiłem moją matkę" nie jest jedynie pojedynczym wystrzałem, każdym kolejnym filmem ten młody reżyser udowadniał, że ma jeszcze wiele do powiedzenia, że nie jest tylko gwiazdą jednego sezonu.  Tak powstały romantyczne "Wyśnione miłości", oraz jak dotąd najbardziej złożony i dojrzały projekt Kanadyjczyka - "Na zawsze Laurence".  O ile jednak dotychczasowe projekty Dolana oparte były na jego oryginalnych pomysłach, "Tom" jest filmem powstałym w oparciu o sztukę Michela Marca Boucharda.  Razem z nim Xavier przeniósł teatralne przedstawienie na wielki ekran.  Inaczej niż poprzednimi razy jego film nie jest jednak dramatem.  Zdecydowanie bliżej tej produkcji do thrillera, mrocznej opowieści o obsesji, zniewoleniu, uzależnieniu, choć klimat jaki jej towarzyszy trudno jednoznacznie określić, bo jest dość przedziwny.  Niestety jednak w thrillerze Dolanowi nie do twarzy.

Początek tego obrazu jest całkiem obiecujący.  Tom (w tej roli oczywiście sam reżyser) jedzie na pogrzeb swojego chłopaka, który zmarł w bliżej nieokreślonych okolicznościach.  Jedzie do niewielkiego miasteczka w którym mieszka matka zmarłego, oraz jak się okazuje jego starszy brat Francis.  Na miejscu Tom dowiaduje się ze zdziwieniem, że nikt nie wiedział o jego istnieniu, co więcej, że orientacja seksualna jego chłopaka była w rodzinie tajemnicą.  Tajemnicą skutecznie skrywaną przez Francisa, który stworzył przed matką pozytywny obraz swego młodszego brata, zdolnego, heteroseksualnego chłopaka, który na stałe związany jest z dziewczyną o imieniu Sara.  Teraz Francis wciąga w swoją grę również Toma, który przed matką swojego byłego kochanka będzie musiał udawać jedynie dobrego znajomego, podtrzymując obraz "zdrowego", "normalnego" syna, jakiego zapamiętała kobieta.  I gdyby ta historia rozwinęła się w kierunku na pozór zwykłego dramatu chłopaka, który nie dość, że musi ukrywać swoje "ja", jest zmuszony jeszcze brać udział w przedstawieniu mającym na celu utrzymanie dobrego wizerunku zmarłego, wtedy ta opowieść mogłaby chwytać za gardło, hipnotyzować i prawdziwe wzruszać.  Niestety jednak Dolan zaczyna kombinować, i skręca w kierunku przedziwnej relacji między Tomem a Francisem.  Kipiącej testosteronem nienawiści, obsesyjnego przywiązania, relacji kat ofiara.  I właśnie w tej relacji tkwi największy problem tego obrazu, bo strasznie trudno jest uwierzyć w zaistniałą sytuację, w zachowania bohaterów, w rozwój relacji jaka między nimi zachodzi.  Za wiele w niej teatralnej sztuczności, umowności, która na wielkim ekranie okropnie razi, wydaje się zupełnie nieprawdziwa.

Szkoda, że Dolan zdecydował się na takie rozwinięcie, bo właśnie przez nie, "Tom" staje się jak na razie najsłabszym z jego czterech filmów.  Jest on również jak dotąd najbardziej surowym dokonaniem, wizualnie najprostszym ze wszystkich poprzednich.  Zdjęcia utrzymane są w odcieniach brązu, mglistej szarości.  Brudne od piachu i błota, od żółtawej kukurydzy rosnącej na polach, od zachmurzonego nieba z którego często leje się deszcz.  Nie uświadczy się tu również za wiele spowolnień ruchu.  Jedyne co zostało z Dolanowskiej ekspresji obrazu to ciekawy zabieg na zwężanie ekranu w kluczowych scenach, gdy sytuacja najbardziej zaognia się między bohaterami.  Wtedy z tradycyjnej panoramicznej wielkości obrazu, ekran zaczyna się zwężać do paska zajmującego tylko niewielki fragment.  Również od strony muzycznej "Tom" wydaje się filmem uboższym, zamiast licznych, świetnie dobranych piosenek, w tle przygrywa tylko smutna kompozycja Gabriela Yareda.

21:19, milczacy_krytyk , 06
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 maja 2014
Transcendencja

only human

TranscendencjaTranscendencja (2013) USA

reżyseria: Wally Pfister
scenariusz: Jack Paglen
aktorzy: Johnny Depp, Rebecca Hall, Morgan Freeman, Paul Bettany, Cillian Murphy, Kate Mara, Cole Hauser, Clifton Collins Jr.
muzyka: Mychael Danna
zdjęcia: Jess Hall
montaż: David Rosenbloom

 (5/10)

W „Transcendencji” czuć przedziwny klimat jakby z produkcji wyjętej z lat 80-tych.  Jest coś takiego w sposobie filmowania tej opowieści, w zdjęciach, ale chyba przede wszystkim w samym pomyśle na fabułę tego filmu, co tak bardzo przybliża ten obraz do atmosfery tamtych lat.  Takie poczucie możliwości płynących z najnowszych technologii, z przełomu technologicznego, ale jednoczesne wynikające z tego zagrożenia, trudne nawet do zdefiniowania, ale mogące nastąpić.  Pewnego rodzaju fascynacja technologią ale i strach przed nią.  Tutaj jest nią sztuczna inteligencja, jednak nie będąca w pełni komputerowym wytworem, a zapisaną ludzką świadomością na dyskach komputera, później rozprzestrzeniającą się w sieci, która zaczyna rozwijać się w nieoczekiwanym kierunku, ewoluować i przewyższać ludzkie możliwości, stając się zagrożeniem dla ustalonego porządku rzeczy.  Tą świadomością jest umysł doktora Willa Castera, który w wyniku zamachu powoli umiera od zatrutej polonem kuli, a dzięki eksperymencie, któremu przewodzi jego partnerka w pracy jak i w życiu osobistym, doktor Evelyn Caster, jego świadomość zostaje wgrana w komputer.  Jednak czy to co udało się zachować, czy przetworzone impulsy elektryczne, jakie naukowcy ściągnęli z jego umysłu, to nadal on?  Czy przemawiający głos z komputera jest nadal Willem, czy jednak już nie?

Pomysł na ten obraz był całkiem ciekawy.  Nasuwał pytania o to czym jest nasza świadomość, jak stwierdzić jej obecność, jak udowodnić jej istnienie, prawdziwość?  Co czyni z nas ludzi?  Co stanie się jeśli nowy, sztuczny umysł zacznie rozwijać się szybciej niż my?  Co jeśli zmieni kierunek ewolucji, wyprzedzi ją, zacznie zmieniać cały świat?  O ile jednak pomysł na ten obraz był ciekawy, z egzekucją wiąże się niestety więcej problemów niż zalet.  Po pierwsze, choć intrygujący, temat na tę produkcję okazuje się być całkiem nie filmowy.  Brakuje tu akcji, brakuje napięcia.  Dzieje się niewiele, szczególnie w czasie potwornie długiego drugiego aktu, który rozgrywa się w niewielkim miasteczku pośrodku przysłowiowego nigdzie.  Rozmowy, komputery, cyfry, świadomości, rozważania.  Wszystko to strasznie ulotne, niekonkretne, odległe i nieciekawe.  Co więcej, i co jeszcze gorzej wpływa na tę produkcję, brakuje tu wyraźnego konfliktu, brakuje bardziej namacalnego zagrożenia, wroga.  Czegoś co podkręcałoby akcję.  Nowa świadomość, która zaczyna zmieniać świat, jednocześnie nie chcąc nikogo krzywdzić takim zagrożeniem z pewnością nie jest.  Tak, wzbudza pewne obawy, pewnego rodzaju sprzeciw, ale jest za mało konkretnym punktem spornym by elektryzować przez ponad godzinę seansu.  A same rozterki bohaterki, czy przemawiający z komputerów głos należy nadal do Willa to za mało by odpowiednio podnieść napięcie i utrzymać je do samego końca sensu.

Poza tym, za wiele w tej produkcji całkiem zbędnych postaci, żeby tylko wymienić okropnie nieciekawych, upchniętych tu na siłę bohaterów granych przez Freemana i Murphy'ego.  Przez cały seans sprawiają wrażenie zabłąkanych statystów, a ich obecność zdaje się być wynikiem pójścia na łatwiznę w czasie pisania scenariusza.  Zdecydowanie łatwiej było bowiem rozegrać pewne sceny mając dodatkowe postaci na stanie, nie ważne, że później już nic więcej do akcji one nie wnoszą.  Niepotrzebnych jest tu również mnóstwo ujęć, scen jeszcze bardziej zwalniających i tak powolną akcję.  Do tego dochodzi bezsensowny prolog, który automatycznie kreśli możliwe zakończenie tej historii.  Szkoda również, że wyjściowy pomysł zostaje tu zamieniony właściwie w totalny schemat, opowiastkę jakich było już wiele.  Składającą się z pomysłów znanych i wykorzystywanych wielokrotnie w innych produkcjach kinowych i telewizyjnych (ze Star Trekiem na czele).  Jednak, mimo tych wszystkich wad nie można powiedzieć, że "Transcendencja" to zły film.  Jest po prostu obrazem okrutnie niedopracowanym, ani trochę nie wykorzystującym szans i możliwości jakie tkwiły w tej historii.  Szkoda zmarnowanego potencjału i dobrych aktorów tu grających - Deppa po tylu latach wreszcie w normalnej roli, oraz Hall i Bettany'ego.

19:02, milczacy_krytyk , 05
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 maja 2014
Godzilla

gojira

GodzillaGodzilla (2014) USA

reżyseria: Gareth Edwards
scenariusz: Max Borenstein
aktorzy: Aaron Taylor-Johnson, Ken Watanabe, Bryan Cranston, Elizabeth Olsen, Sally Hawkins, Juliette Binoche, David Strathairn, Richard T. Jones, Victor Rasuk, CJ Adams
muzyka: Alexandre Desplat
zdjęcia: Seamus McGarvey
montaż: Bob Ducsay

 (7/10)

(Możliwe spoilery)

Choć zwiastuny tego nie zapowiadały (a przynajmniej nie bezpośrednio), najnowszy film Garetha Edwardsa nie jest tylko produkcją traktującą o Godzilli.  W istocie tytułowy potwór pojawia się na ekranie na krócej niż jego przeciwnicy.  Bo prócz Godzilli występują tu jeszcze dwa inne monstra - MUTO, z którymi Król Potworów będzie musiał się zmierzyć, by ochronić ludzkość.  I tak produkcja Warner Bros. staje się (dość niespodziewanie) bardzo ładnym nawiązaniem do wielu starych, japońskich filmów, w których ogromny jaszczur wychodził z morza za każdym razem gdy Ziemię atakowały różnego rodzaju stwory.  W produkcji tej jest więc obrońca, są zapasy wśród wysokościowców, a nawet atomowy promień (co w jakimś stopniu zapowiadał już soundtrack Alexandre Desplata, tytułowy utwór, który po raz pierwszy usłyszeć można było już kilkanaście dni temu).  Zwiastuny nie tylko nie zdradzały obecności dwóch MUTO, udało im się również nie zdradzić zbyt wiele z samego filmu.  Dzięki czemu seans bywa całkiem zaskakujący, a po drodze czekają na nas chociażby pewne niespodzianki obsadowe.  Jedna związana z (bardzo dobrze) grającym tu Bryanem Cranstonem, druga z Sally Hawkins, której w materiałach promocyjnych nie było wcale widać, a jak się okazuje, również tu gra.

O dziwo czas ekranowy przeznaczony na ukazywanie ogromnych bestii przynoszących zagładę kolejnym metropoliom nie jest w najnowszej "Godzilli" wcale tak długi.  Również potyczek między potworami nie jest dane nam widzieć wiele.  Wielokrotnie w momentach, gdy już zaraz ma do nich dojść, sceny te są gwałtownie przerywane, a akcja przenosi się w inne miejsce.  Z jednej strony takie rozwiązanie pozwala uchronić ten obraz przed staniem się zwykłą nawalanką, przedłużonym pokazem ogromnych zapasów i zaostrzyć apetyt przed finałową walką, która nie staje się jedynie nudną formalnością.  Z drugiej jednak strony zanim dojdzie do wielkiego finału, za każdym razem gdy przenosimy się w inne miejsce, z dala od walczących potworów, ma się wrażenie, jakby coś nas omijało, że nie pokazuje się nam wszystkiego, co chcielibyśmy jednak zobaczyć.  Jak chociażby w starciu na Hawajach, które widać jedynie w migawkach w telewizorach.  Całe szczęście finałowa bitwa wynagradza to długie oczekiwanie, jest ekscytująca i naprawdę robi wielkie wrażenie, udanie podnosząc napięcie. Całość potraktowana jest z powagą, podniosłością, utrzymana w mrocznym klimacie.  Nie jest tak komiksowa jak na przykład niedawne "Pacific Rim".  Niestety do bycia porywającą trochę jej brakuje.  Chyba, że zastosuje się pewnego rodzaju taryfę ulgową i zacznie się rozpatrywać tę produkcję jako pewnego rodzaju wstęp, zapowiedź, próbny występ, sprawdzający czy takie owoczesne spojrzenie na tę opowieść się przyjmie, by dopiero w kontynuacji pójść na całość, zostawiając za sobą wszystko to, co w tym obrazie jest całkiem niepotrzebne.  A takich zbędnych elementów jest tu niestety całkiem dużo.  

Strasznie denerwujące są na przykład oczywiste wstawki melodramatyczne, przerabiane po tysiąckroć w innych filmach katastroficznych, czy wysokobudżetowych, niestety będące też częścią tej produkcji.  Wielokrotne rozstania i powroty, czy postać dzielnego żołnierza przemierzającego cały kraj by wrócić do domu, do swej żony, która została z synkiem.  Irytujące bywa tu również to, że główni bohaterowie, rodzina Brodych, znajduje się zawsze w samym centrum wydarzeń, gdziekolwiek by się one nie rozgrywały.  Szkoda również, że większa część czasu ekranowego przypada aktorom, którzy swymi występami nie zachwycają, natomiast Ci prezentujący znacznie lepszy poziom (jak chociażby świetna Olsen), pojawiają się na bardzo krótko.  Aż chciałoby się widzieć ich częściej na ekranie, w zamian za tych, którzy przez prowadzoną tu historię są wysuwani na pierwszy plan.  Dziwi także (i w sumie wydaje się całkiem niepotrzebna) pewna tendencja do obserwacji zdarzeń okiem maluczkich.  A to dziecko jako pierwsze zauważa co dzieje się gdzieś na horyzoncie, a to pozostawiony przy drzewie pies staje oko w oko z nadciągającym monstrum.  Nie raz, nie dwa, tacy chwilowi bohaterowie wystawiani są na pierwszy plan, nie za bardzo tylko wiedzieć po co, bo ani ten punkt widzenia nie jest specjalnie ciekawy, ani prócz dodatkowych twarzy, nie wnoszą oni za wiele do całości.

Co ciekawe, mimo ogromu tej wysokobudżetowej produkcji, Edwardsowi udało się nadać jej cech dla niego charakterystycznych.  Czuć w tym filmie rękę twórcy świetnego "Monsters".  To jego własne spojrzenie na opowieść o Godzilli objawia się chociażby wielokrotnym (jednoczesnym) ukazywaniem i skrywaniem potworów gdzieś w tle.  Teoretycznie je widzimy, choć nie znajdują się one na pierwszym planie.  A to pojawiają się gdzieś rozmazane za plecami bohaterów, a to widać je na zdjęciach, nagraniach z wojskowych kamer, bądź też w migawkach w telewizji (jak chociażby w cudnej scenie "mamo, w telewizji są dinozaury").  Wyróżniające jest również (i od razu przypominające o poprzednim projekcie reżysera) zainteresowanie samymi potworami, chociażby ich życiem godowym.  Ciekawie wypada również sam pomysł na tę historię, pochodzenie kreatur, to jaki jest cel ich działań, czemu pojawiają się akurat w tym a nie innym czasie.  Mimo tych zalet całość jest jednak jakoś dziwnie mało satysfakcjonująca.  Być może rozczarowanie (choć to zbyt mocne słowo) jest związane z tym, co przeszkadzało również widzom przy okazji zeszłorocznego "Człowieka ze stali", gdy bohater wygrywając z Zodem zniszczył przy okazji pół Metropolis.  Tu również zniszczenia są przeogromne - Honolulu, San Francisco, Las Vegas.  I ten widok zapadających się wieżowców, chwilami aż za bardzo gryzie się z rozrywkową stroną tego filmu.

Za możliwość obejrzenia filmu "Godzilla" na specjalnym pokazie przedpremierowym, serdecznie dziękuję dystrybutorowi filmu - Warner Bros. Polska.

 
1 , 2