Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
wtorek, 28 maja 2013
28 pokoi hotelowych

bed stories

28 pokoi hotelowych

28 pokoi hotelowych (2012) USA

reżyseria i scenariusz: Matt Ross
aktorzy: Marin Ireland, Chris Messina
muzyka: Fall On Your Sword
zdjęcia: Doug Emmett
montaż: Joseph Krings

 (7/10)

Ona i On.  Spotykają się kiedyś przypadkiem w restauracji pewnego hotelu.  Ona zamknięta w sobie, analityk pracująca w wielkiej korporacji, broniąca swojej prywatności i swych uczuć, nie zdradzająca z nich prawie nic.  On otwarty, dowcipny pisarz, który dopiero zaczyna karierę, łatwo dzielący się swoimi uczuciami.  W pewnym sensie przeciwieństwa, które jednak się przyciągną.  Ona i On.  Wymienią porozumiewawcze uśmiechy, on przysiądzie się bliżej niej, zagada o to co znajduje się w karcie.  Po wspólnie spędzonej kolacji wylądują w łóżku.  To jedno z wielu ich spotkań.  Gdy akurat znajdują się w tym samym czasie, w tym samym mieście, kontaktują się ze sobą by wspólnie spędzić wieczór, noc i poranek.  Dzień, dwa, to zależy na jak długo zatrzymują się w hotelu.  Ich spotkania będą trwać przez tytułowe dwadzieścia osiem pokoi.  Choć mijać będą miesiące, w sumie nawet lata, choć ich życie zewnętrzne będzie się zmieniać.  Związki, rozstania, małżeństwa, potomstwo.  Oni i tak nadal będą do siebie ciągnąć, nadal będą spędzać ten hotelowy czas.

Strasznie prosty to film.  Dwoje aktorów, zamknięte, małe pomieszczenia, pokój, łazienka, łóżko.  Oszczędne dialogi, sporo ciszy, ale nie tej przeciągniętej w nieskończoność, tylko przeznaczonej na oczekiwanie co zdarzy się później.  Co kto powie, co kto zrobi.  Dwadzieścia osiem epizodów wyraźnie od siebie oddzielonych, które portretują chwile z życia tej dwójki.  Niesamowicie delikatne, wyciszone i dyskretne.  I choć z początku relacja nieznajomej i nieznajomego opiera się w gruncie rzeczy wyłącznie na seksie, nie jest on przedstawiony wulgarnie ani zbyt dosadnie.  Ich romans jest pokazany z wyczuciem, bliskością, smakiem.  Nie udałoby się jednak tak dobrze przytrzymać uwagi widzów nad tą właściwie dość suchą, prostą i szybką obserwacją, gdyby nie dwoje głównych aktorów.  Marin Ireland i Chris Messina.  Od samego początku wyczuwalna jest między nimi wyraźna chemia.  Ich bliskość jest naturalna, przekonująca i prawdziwa.  Jakby reżyser naprawdę obserwował ludzi, którym zdarzyło się w sobie zauroczyć.  Ich zachowanie, to jak na siebie patrzą, to jakie gesty wykonują, i co mówią, zdaje się być uchwycone na żywo, a nie tylko zagrane.  Ta naturalność, ta bliskość, niby tak zwyczajna, a jednak tak trudna do ukazania, którą tu jednak udało się uchwycić, przywodzi na myśl tą prawdziwość sytuacji jaką w zeszłym roku udało się uzyskać Andrew Haighowi w "Zupełnie inny weekend".  W tamtym, o wiele bardziej rozbudowanym i pełniejszym filmie, również miało się wrażenie, że aktorzy nie grają swoich ról, tylko są.  Jakby poszczególne sceny nie były inscenizowane, tylko uchwycały prawdziwe chwile.

Z dwudziestu ośmiu, w sumie całkiem krótkich scen (niektóre to zaledwie błyskawiczne sygnały, w czasie których nie pada ani jedno słowo), wyłania się raczej przygnębiający obraz.  Obraz ludzi tęskniących za bliskością, idealnym uczuciem, którego namiastkę mogą odczuć w czasie nocy spędzanych w hotelach.  Którzy tęsknią za życiem jakie chcieliby wieść z inną osobą, nie tą z którą są aktualnie związani.  Bo choć Ona i On mają kogoś na stałe, tam gdzie mieszkają, nie mogą powiedzieć by ich związki były szczęśliwe.  To znaczy powiedzieć może i mogą, ale nie jest to uczucie, którego byliby pewni, które autentycznie by odczuwali.  I tak mija ich życie.  W przywiązaniu do jednej osoby, z rozsądku by być z kimś, by nie spędzić życia w samotności, choć pragną odmiany, pragną właściwie niemożliwego.  Bo nawet najpiękniejsza noc kiedyś się kończy, a jej ewentualne przedłużenie na życie, wcale nie musi okazać się równie satysfakcjonujące.

Tagi: dramat
17:59, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (6) »
sobota, 25 maja 2013
Iron Man 3

Christmas

Iron Man 3

Iron Man 3 (2013) USA

reżyseria: Shane Black
scenariusz: Shane Black, Drew Pearce
aktorzy: Robert Downey Jr., Gwyneth Paltrow, Don Cheadle, Guy Pearce, Rebecca Hall, Jon Favreau, Ben Kingsley, James Badge Dale, Stephanie Szostak, Paul Bettany, William Sadler, Dale Dickey, Ty Simpkins, Miguel Ferrer
muzyka: Brian Tyler
zdjęcia: John Toll
montaż: Jeffrey Ford, Peter S. Elliot

 (6/10)

Mamy już połowę maja, a więc najwyższy czas na to aby rozpocząć sezon na blockbustery.  Jednak jeśli pierwszy z tych obrazów ma zwiastować jaki będzie ten sezon, to jak dla mnie równie dobrze mógłby się już skończyć.  Trzecia część "Iron mana", która jest pierwszym wysokobudżetowym filmem rozrywkowym, jaki w tym roku wchodzi na ekrany naszych kin, może bowiem pretendować do miana największego rozczarowania, jak również najsłabszej odsłony tego cyklu, co jest całkiem sporym 'osiągnieciem' biorąc pod uwagę to jak nieciekawie prezentowała się część druga.  Wielka, naprawdę wielka szkoda, bo już osoba reżysera i scenarzysty w jednym dawała spore nadzieje na żwyżkę formy po nieudanym poprzedniku, a stało się jednak inaczej.  Shane Black zastąpił na stanowisku reżysera Jona Favreau i choć w blockbusterach jest raczej nowy, nie był jednak twórcom całkiem nieznanym, a przynajmniej nie dla Roberta Downey Jr.  Panowie spotkali się bowiem już wcześniej, pracując wspólnie na planie zwariowanej, niekonwencjonalnej komedii "Kiss Kiss Bang Bang", którą Black reżyserował, a Downey Jr. wcielał się w głównego bohatera.  Wtedy współpraca udała im się znakomicie, tym razem jednak już nie za bardzo.

Przyczyn tego jest wiele, najważniejszą jest jednak przedobrzenie, już na etapie scenariusza.  W trójce znalazł się każdy możliwy pomysł na sequel jaki tylko mógł powstać, a nawet i więcej.  Zupełnie jakby twórcy po ogromnej burzy mózgów na temat tego co chcą pokazać w swoim filmie zapomnieli przeprowadzić selekcję pomysłów, które się nadają, a której lepiej zostawić na kolejne odsłony serii, lub całkiem odrzucić.  W ten oto sposób otrzymujemy tutaj i traumę Starka po wydarzeniach z Nowego Jorku (Avengers) i problemy ze stałym związkiem z Pepper, i nową komiksową technologię Extremis, która zamienia ludzi w plujące ogniem terminatory (wtf?!), i nie jedną, nie dwie, ale kilkanaście zbroi, które jednak jakimś dziwnym trafem nieustannie się rozpadają.  Ponadto dwóch, a może nawet i czterech przeciwników (zależy jak liczyć), z których każdy jest mniej ważny niż poprzedni, i wątek braku ojca, który poruszony jest podczas pobytu Starka w Tennessee, gdy ten zaprzyjaźnia się z małym chłopcem, a także światowy terroryzm i związaną z nim walkę, jak również urazy powojenne pojawiające się u powracających z frontu żołnierzy.  A to wszystko sklecione w tak toporny sposób, złożone w tak nieodpowiedniej kolejności, że całość jest tu oczywista od samego początku, wszystkiego można się zawczasu domyślić, i nic nie robi tu większego wrażenia.  A już wisienką na torcie jest czas w którym rozgrywa się akcja tej części, a jest nim... Gwiazdka.  Maj, lato i Święta Bożego Narodzenia.  Przecież wszystko tu do siebie idealnie pasuje.

I tak od samego początku produkcja ta przyspiesza i zwalnia na zmianę, nie trzymając zupełnie tempa, zapominając o co tu tak naprawdę chodzi, kto jest złym, a kto niekoniecznie (w sumie całkiem zaskakująca i wyróżniająca się rola Bena Kingsleya, szkoda tylko, że tak rozczarowująca w stosunku do tego co zapowiadały zwiastuny), i kto do czego tu dąży.  Przez ponad dwie godziny kotłuje się w tym worku z tysiącem pomysłów, choć i tak dokładnie wiadomo jakie będzie rozwiązanie, kto zginie a kto nie.  Nuda potworna.  Co gorsza nakręcona tak, że trudno czerpać z niej jakąkolwiek przyjemność.  Obraz szaleje, plany są za bliskie, montaż zbyt gwałtowny, i na domiar złego jeszcze trójwymiar jest tu wyjątkowo niewygodny i zupełnie niepotrzebny.  Może jedynie w scenie ratowania pasażerów Air Force One na coś się przydaje.  Jednak to tylko pięć minut (jak nie mniej) i koniec.  Najbardziej zaskakujące w trzeciej części jest jednak to, że brakuje w niej humoru.  To znaczy żarty występują ale są nieciekawe, nijakie, kompletnie nietrafione.  Ze dwa lub trzy wywołują może lekki uśmiech na twarzy, pozostałych się nawet nie zauważa.  Przez to też choć Robert dwoi się i troi by nadal dobrze wyglądać w swojej roli, tym razem jakoś mało w nim Starka oraz samego Iron Mana.  Szkoda.

21:04, milczacy_krytyk , 06
Link Komentarze (8) »
wtorek, 21 maja 2013
Przelotni kochankowie

not so excited

Przelotni kochankowie

Przelotni kochankowie (2013) Hiszpania

reżyseria i scenariusz: Pedro Almodóvar
aktorzy: Javier Cámara, Carlos Areces, Lola Duenas, Cecilia Roth, José María Yazpik, Raúl Arévalo, Blanca Suárez, Guillermo Toledo, Antonio de la Torre, Hugo Silva, José Luis Torrijo, Paz Vega, Antonio Banderas, Penélope Cruz, Miguel Ángel Silvestre, Laya Martí
muzyka: Alberto Iglesias
zdjęcia: José Luis Alcaine
montaż: José Salcedo

 (5/10)

Na pokład odrzutowca pewnej hiszpańskiej linii lotniczej, o dwuznacznie brzmiącej nazwie Peninsula, lecącego z Madrytu do Meksyku, wsiada kilkanaście obcych sobie osób.  Młode małżeństwo udające w podróż poślubną, szef pewnego wielkiego koncernu, tajemniczy mężczyzna czytający gazetę, znany aktor, kobieta podająca się za medium, oraz przepełniona pretensjami znana aktorka.  Siadają w klasie biznesowej, którą obsługują trzej przegięci stewardzi.  A ponieważ w trakcie lotu przytrafia się awaria, będą mieli ręce pełne roboty, aby umilić lot tym kilku nieznajomym sobie osobom.  I tak rozpoczyna się najnowszy film Pedro Almodovara.  Umowny, nad wyraz kolorowy, przerysowany do bólu, w którym reżyser snuje pewnego rodzaju lekki komentarz na temat sytuacji w jakiej znalazła się jego ojczyzna.  Seks afery, nadużycia na najwyższym szczeblu władzy, korupcja, przekręty, coraz większe bezrobocie.  Kraj, który zaczyna krążyć bez celu, którego prędzej czy później będzie musiało czekać twarde lądowanie.  Spojrzenie oczywiście potwornie powierzchowne, jedynie zaznaczone poprzez nagłówki gazet jakie czytają bohaterowie, czy pojedyncze zdania jakie zdarza im się wygłaszać.

"Przelotni kochankowie" to film bardzo lekki, momentami całkiem zabawny, czy to w dialogach, czy to w zdarzających się sytuacjach, jak chociażby rozbrajającej swoją głupotą scenie muzycznego występu stewardów, którzy dla urozmaicenia lotu pasażerom, zaczynają śpiewać i tańczyć "I'm so excited".  Dla własnego bezpieczeństwa lepiej wszystko to co dzieje się na pokładzie samolotu wziąć w ogromny nawias umowności.  Po pierwsze ponieważ za kamerą stoi Almodovar, co samo w sobie czyni ten film dość specyficznym, a po drugie ponieważ nic tu nie jest na poważnie.  I choć obraz ten nie prezentuje humoru wysokich lotów, pewnie niektórzy uznają go nawet za żenujący, to jednak ogląda się go raczej bezboleśnie.  Jest również całkiem mocno wyzwolony, chwilami nawet szokujący w swoim podejściu do intymności, seksu, generalnie spraw łóżkowych.  Jednak skoro chwilę po starcie w ruch idzie alkohol, później dołączają do niego również narkotyki, wszystko miesza się ze wszystkim, wtedy też nie dziwne, że znikają wszelkie zahamowania, a żadne zachowanie ani temat nie jest już tematem tabu.  Wszystko staje się możliwe, każda sytuacja, każdy układ i konstelacja międzyludzka jest prawdopodobna.

Z prawdą życia ta produkcja oczywiście nie ma nic wspólnego, dla Pedro ważne są tylko kolejne, coraz bardziej absurdalne sytuacje w jakich znajdują się bohaterowie, kolejne coraz bardziej odjechane wątki, które w miarę pasują do poprzednich, choć nie zawsze.  A to, że nie mają za bardzo sensu, nijak mają się do rzeczywistości i tego co mogłoby się zdarzyć naprawdę, w ogóle reżysera nie obchodzi.  Liczy się czysta zabawa postaciami i sytuacjami.  Jednak w sumie czy film ten mógł być inny, skoro rozpoczyna się od gigantyczny napisu, który informuje o tym, że wszystkie zdarzenia jak i postaci w nim występujące nie mają nic wspólnego z rzeczywistymi zdarzeniami i osobami?  Chyba raczej nie.  Ciekawe jednak, czy gdyby film ten nakręcił ktoś inny jak nie wielki Pedro, czy w ogóle by go ktoś zauważył, i co ważniejsze, czy by się podobał?  Czy przypadkiem przychylne opinie jakie można tu i ówdzie znaleźć o „Przelotnych kochankach”, nie są trochę wywołane nazwiskiem twórcy?  Bo chyba jednak łatwiej wybaczyć słabszą produkcję Almodovarowi, niż docenić niezbyt udany, choć przyjemny film kogoś, kto dopiero zaczynałby przygodę z kinem.

Tagi: komedia
22:36, milczacy_krytyk , 05
Link Komentarze (2) »
sobota, 18 maja 2013
Wielki Gatsby

love is blindness

Wielki Gatsby

Wielki Gatsby (2012) Australia, USA

reżyseria: Baz Luhrmann
scenariusz: Baz Luhrmann, Craig Pearce
aktorzy: Leonardo DiCaprio, Tobey Maguire, Carey Mulligan, Joel Edgerton, Isla Fisher, Jason Clarke, Elizabeth Debicki, Jack Thompson, Amitabh Bachchan, Richard Carter
muzyka: Craig Armstrong
zdjęcia: Simon Duggan
montaż: Jason Ballantine, Matt Villa, Jonathan Redmond

na podstawie: powieści "Wielki Gatsby" F. Scott Fitzgerald

 (8/10)

Chyba pierwszy raz w tym roku zdarzyło mi się wychodzić z kina tak oczarowanym.  „Wielki Gatsby” to film, który wydał mi się (chwilami) magiczny, zachwycający i piękny.  Jednak nie od samego początku, bo cały pierwszy akt, a więc dobre pół godziny jak nie więcej, właściwie do momentu pojawienia się tytułowego bohatera, jest tu jednak strasznie dziwne i mocno specyficzne.  Szalone, zwariowane, ukazane jakby w przyspieszonym tempie, przeładowane kolorami, lokacjami, postaciami.  Imprezy są gigantyczne, statystów jest miliard, alkohol leje się strumieniami, konfetti lata w powietrzu.  Spektakularne wnętrza, zamaszyste kostiumy, ogromne cyfrowe tło, jakby prawdziwe ale jednak sztuczne, tworzą dziwną, szaloną mieszankę, do której trzeba się przyzwyczaić, do której trzeba się z czasem przekonać.  I nawet gdy na ekranie nie panuje impreza, gdy akcja przenosi się w bardziej kameralne rejony, tempo montażu scen bywa tu iście zabójcze, aż chwilami ciężko się w nich odnaleźć.  Do tej obłędnej, dopieszczonej formy, do stylu charakterystycznego wyłącznie dla Baza Luhrmanna, dochodzi jeszcze dość nietypowe otoczenie, Ameryka lat 20 ubiegłego wieku, w której rozgrywa się akcja tego filmu.  Opowiadana przez Nicka Carraway'a, który wspomina miesiące jakie przeżył mieszkając w małym domku po sąsiedzku z Gatsby'm.  Uczestnicząc w przyjęciach przez niego wyprawianych, odwiedzając mieszkającą niedaleko kuzynkę Daisy, poznając prywatnie Gatsby'ego, jego życie, to kim tak naprawdę był.  Wspomina i zaczyna spisywać historię bohatera oraz poznanej przez niego Daisy.

Nie wiem, czy po tym zwariowanym wstępie, atmosfera filmu staje się już tak znana, że przestaje wydawać się tak szalona, że udaje się do niej przyzwyczaić, czy może opowieść ta sama w sobie zmienia trochę tempo, uspokaja się.  Bowiem od momentu gdy na scenę wkracza Gatsby film ten nabiera wielkości.  Zwalnia, staje się bliższy i ciekawszy niż dotychczas.  Staje się niesamowicie tęskną, melancholijną opowieścią o miłości, potrzebie kochania drugiego człowieka i stracie z którą nie można sie pogodzić, przez którą chciałoby się cofnąć czas i zacząć wszystko od nowa, jeszcze raz.  Niesamowicie delikatna, wyczulona na gesty, spojrzenia, wychwytująca emocje z postaw postaci, która kipi żalem, nieosiągalnym pragnieniem za czymś co wydaje się być na wyciągnięcie ręki, ale co w istocie jest już dawno niedostępne.  Utracone za pierwszym razem, niemożliwe do zdobycia ponownie.  Opowieść o najważniejszym uczuciu na tym świecie, dla którego można poświęcić i zrobić wszystko.  To przede wszystkim, ale jest to również historia o potędze wizerunku, o wielkości powstającej przez roznoszące się słowa, którą buduje się wykorzystując nadarzające się sytuacje i okazje jakie zsyła los.  Ale również o przemijaniu i obsesji związanej z chęcią wstrzymania upływającego czasu, a także, naprzeciw temu, ze stałością świata i życia, w którym mało co ulega zmianom, które bez względu na czasy jest wciąż takie samo.  Zmieniają się bowiem jedynie dekoracje, a ludzkie dramaty, pułapki życia są wciąż takie same.  Walka z nimi jest więc od początku skazana na porażkę, choć wszyscy i tak się na nią decydują, mając nadzieję, że uda im się jednak wyjść z niej zwycięsko.

Takie totalne rozbuchanie formy w tej produkcji czyni ją z jednej strony niezwykłą, wyróżniającą się, działa na korzyść, bo cudownie ogląda się te kolorowe, tętniące życiem obrazy, będące w nieustannym ruchu.  Powiewające zasłony, sypiące się dokoła pierze, niesamowite widoki, które czynią tę w sumie prostą i delikatną opowieść niesamowicie spektakularną i zaskakującą.  Z drugiej jednak strony, w sumie i tak najlepsze momenty w tym filmie nie są wcale tymi największymi, najbardziej rozbuchanymi.  To skromne, małe sceny, w których rozbestwiona forma schodzi na drugi plan, a najważniejsi stają się bohaterowie, i to co dzieje się między nimi.  To właśnie te momenty mają w sobie najwięcej magii, uroku, najmocniej przyciągają do ekranu.  Takie jak pierwsze spotkanie Daisy z Gatsby’m w domku w czasie ulewy (czy już samo oczekiwanie na tę chwilę), czy wymykająca się z rąk rozmowa w dusznym salonie.  Nie zaistniałyby jednak gdyby nie fantastyczni aktorzy.  Rozdarta w sobie ale nie rozmyta Carey Mulligan, porywczy, zdecydowany ale nie przerysowany Joel Edgerton, oraz przede wszystkim Leonardo DiCaprio.  Wielki Gatsby.  To bez wątpienia jedna z jego najlepszych ról ostatnich kilku lat.  Obłędna w każdej sekundzie.  To on nadaje ton tej historii.  Od pierwszych słów wygłaszanych z offu, od pierwszego posłanego uśmiechu, bogatego, pewnego siebie mężczyzny, przez człowieka rozdartego przez strach i niepewność, zachowującego się niczym nastolatek, po gniew wściekłość i żal końcowych chwil.  Jego Gatsby to niezwykły, z jednej strony pewny siebie, z drugiej całkiem zagubiony człowiek, który nie traci jednak nadziei, który optymistycznie patrzy na jutro, czekając na swój czas. Fenomenalny występ.  Przy DiCaprio nikt tu nie ma szans, a już w szczególności Tobey Maguire, którego rola wydaje się być okrutnie nieciekawa, płaska i niezauważalna.  Szkoda, bo właściwie przecież to on jest głównym bohaterem tego obrazu, jak i jego narratorem, który zaczyna i kończy tę opowieść, a mimo to jest dziwnie niewidoczny, jakby całkowicie wtopiony w tło.

Te wszystkie mniejsze sceny, te rewelacyjnie zagrane przez aktorów chwile, nie byłyby jednak tak ujmujące, nie działałyby tak na emocje, gdyby nie jeszcze pewien element formy - muzyka.  Przepiękna, delikatna, smutna, jednak odnajdująca przebłyski radości, szczęścia, uśmiechu.  Oryginalna kompozycja Craiga Armostronga, stałego kompozytora reżysera, który kolejny już raz stanął na wysokości zadania, tworząc świetny soundtrack.  Ale prócz jego dźwięków wyróżniają się tu również piosenki, napisane specjalnie na potrzeby tej produkcji, oraz już znane, tu pojawiające się jednak w innych aranżacjach.  Kabaretowe Crazy in love, spokojne Back to Black, oraz nowe utwory Florence czy Lany del Rey, z czego tej drugiej piosenka pojawia się najczęściej i to w różnych odsłonach, klasycznej, jak również przerobionej na fokstrot.  Cudowna muzyka bez której film ten wiele by stracił.  I tak, mają również rację Ci, którzy po seansie będą mówić, że forma trochę za bardzo przykrywa tu treść, bo faktycznie jak na tak skromną historię wydaje się chwilami zbyt wielka.  Rację będą mieli również Ci, którym obraz ten wyda się trochę nierówny, zbyt dziwny z początku, za długi pod koniec, przez co chwilami będący jednak nudny i dłużący się.  Nie można mu jednak odmówić ogólnego uroku.  Tego, że jednak mimo takiej formy, mimo takiego tematu, nie staje się kiczowatą, niezamierzoną karykaturą, niewłaściwie śmiesznym dziwactwem.  A do tego było w sumie o krok.  Nie jest to również z całą pewnością najlepszy film Baza (do Moulin Rouge! chyba nigdy nic nie doskoczy), ale jest to jedna z najciekawszych premier tego roku.  Choćby z tego powodu, oraz dla boskiego Leo, warto ją zobaczyć.

*

Za możliwość obejrzenia "Wielkiego Gatsby" na specjalnym pokazie przedpremierowym, serdecznie dziękuję dystrybutorowi filmu - Warner Bros. Polska.

Tagi: 3D melodramat
17:59, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (6) »
wtorek, 14 maja 2013
Stoker

blossoming

Stoker

Stoker (2013) USA

reżyseria: Chan-wook Park
scenariusz: Wentworth Miller
aktorzy: Mia Wasikowska, Matthew Goode, Nicole Kidman, Dermot Mulroney, Jacki Weaver, Alden Ehrenreich, Lucas Till, Harmony Korine, Judith Godreche, Phyllis Somerville, Tyler von Tagen
muzyka: Clint Mansell
zdjęcia: Chung-hoon Chung
montaż: Nicolas De Toth

 (7/10)

„Stoker” był jednym ze scenariuszy, które znalazły się na słynnej czarnej liście, a więc spisie wyróżniających się skryptów, które nie zostały jeszcze zrealizowane, czekając na odpowiedniego twórcę, który mógłby się z nim zmierzyć.  Tego zadania podjął się Koreańczyk Chan-wook Park, u nas przede wszystkim znany ze świetnie przyjętego "Oldboya", oraz juz trochę mniej znanej trylogii zemsty do której należą obok już wymienionego, również "Pan Zemsta" i "Pani Zemsta".  "Stoker" jest  amerykańskim debiutem Parka, debiutem co najmniej intrygującym.  Bo inaczej niż w przypadku kilku innych twórców, którzy skusili się na spróbowanie swoich sił w Stanach, tym samym zatracając swój wyjątkowy punkt widzenia, z artystów przemieniając się w zwykłych dyrektorów produkcji, tak Chan-wook Park pozostał sobą.  Dlatego choć akcja tego filmu rozgrywa się gdzieś w USA, choć scenariusz napisał młody anglik (Wentworth Miller, wcześniej grający w okropnym "Prison Break"), choć grający tu aktorzy z Dalekim Wschodem nie mają nic wspólnego, i tak wyraźnie wyczuwalny jest tu taki specyficzny, azjatycki klimat.  Spokój, grzeczność, skromność, ułożenie, których próżno szukać w zachowaniu Europejczyków, o Amerykanach nawet nie wspominając. 

  

"Stoker" to historia młodziutkiej Indii (wyciszona Wasikowska), która właśnie kończy osiemnaście lat.  Jest cicha, zamknięta w sobie, delikatna, jakby jeszcze przerażona sama sobą.  W dzień jej urodzin w wypadku samochodowym ginie jej ukochany ojciec, z którym od najmłodszych lat miała świetny kontakt, z którym bez problemu się rozumiała.  Z wyniosłą, posągową matką (chłodna Kidman) nigdy nie mogła znaleźć wspólnego języka.  W dzień pogrzebu ojca w rodzinnym domu zjawia się wujek Indii - Charlie, którego nigdy wcześniej nie widziała na oczy (zaskakująco różnorodny Goode).  Młody, przystojny, przyciągający wzrok mężczyzna, który szybko zastąpi utraconego męża matce i zafascynuje młodą dziewczynę.  A wokół, nagle, zaczną po cichu znikać ludzie.  Cała ta historia jest w sumie więc dość prosta, głównego rozwiązania można się domyślić właściwie już na samym początku, bo podane jest ono niemal jak na tacy.  Może dlatego jest też odrobinę rozczarowujące.  Niemniej jednak mimo prostoty pomysłu, film ten broni się tajemnicą, niepokojem i podskórnym napięciem, które towarzyszy tu od początku seansu.  I choć można się spodziewać tego kim jest Charlie, choć można się domyślać kim stanie się India, to jednak właśnie przez ten trochę nierealny, chłodny klimat ogląda się ten obraz z niesłabnącym zainteresowaniem.

Ta atmosfera niepewności, wyniosłości, pewnego wiszącego nad bohaterami zagrożenia, jest tu perfekcyjnie budowana przez nieprawdopodobne wręcz zdjęcia częstego współpracownika reżysera Chung-hoon Chunga. Każdy kadr to małe dzieło sztuki, zachwycające w swojej precyzji, pomysłowej kompozycji.  Bez problemu dostrzega się to samemu, obrazy wręcz rzucają się w oczy, ale i twórcy zwracają na to szczególną uwagę, już od pierwszych sekund seansu, gdy nagle film sam zatrzymuje się na chwilę bądź dwie, ukazując te wysmakowane kadry, nieruchome, piękne obrazy.  Poświęcające szczególną uwagę przede wszystkim włosom, oczom i ustom bohaterów, doceniające naturę, wydobywające z niej jej niezaprzeczalne piękno, wyraziście portretujące niesamowite kostiumy, wyróżniające się wnętrza, w których rozgrywa się akcja tej produkcji.  Do tych niezwykłych kadrów świetnie pasuje muzyka genialnego Clinta Mansella, spokojna ale niepokojąca, delikatna ale potrafiąca uderzyć w mocniejsze tony.  Soundtrack brzmiący przede wszystkim klasycznymi dźwiękami, ale wiedzący również co to takiego elektronika i w odpowiednich momentach perfekcyjnie ją dołączający.  Bez żadnych wątpliwości, jedna z lepszych i ciekawszych kompozycji tego roku.

  

To wszystko razem wzięte tworzy piękny obraz, wyróżniającą się, stylową powłokę, na którą patrzy się z przyjemnością, której cudownie się słucha, ale która pozostaje jednak dziwnie odległa, niedostępna i wyobcowana.  Zupełnie jak poszczególni członkowie rodziny Stokerów, których chłodna postawa odgradza każdego z osobna od pozostałych domowników.  W sumie z filmu Koreańczyka pozostaje więc więcej wrażeń estetycznych, niż treści.  Bo „Stoker” to historia prosta, niedługa i nieskomplikowana, a przez swoją dość sporą specyficzność, również mocno odległa.  I choć jest ciekawym, odrobinę innym spojrzeniem na postaci i postawy znane chociażby ze srebrnego ekranu, to jednak pozostawia po sobie całkiem spory niedosyt.  Mówi przede wszystkim o dorastaniu (ale jednak dość specyficznym), odkrywaniu swojej prawdziwej natury, samego siebie, wkraczaniu w dorosłość, a więc stawaniu się wolnym człowiekiem, o czym na początku filmu wspomina India w dobiegającym z offu monologu.  O wydłużającym się samotnym oczekiwaniu na ratunek, na stanie się w pełni sobą, kimś kompletnym.  Jednak, do czego dochodzi w końcu bohaterka, tak jak kwiat sam nie wybiera swego koloru, tak i my nie jesteśmy w pełni odpowiedzialni za to kim się stajemy…

18:03, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2