Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
sobota, 26 maja 2012
Trzy

możliwości

Trzy

Trzy (2010) Niemcy

reżyseria i scenariusz: Tom Tykwer
aktorzy: Sebastian Schipper, Sophie Rois, Devid Striesow, Alexander Yassin, Martina Ysker, Karl Alexander Seidel, Senta Dorothea Kirschner, Cedric Eich, Gotthard Lange,  Angela Winkler, Alexander Hörbe, Winnie Böwe, Hans-Uwe Bauer, Horst Mendroch, Sylvie Rohrer, Gertrud Roll, Alexander Scheer, Cornelius Schwalm, Maria Hartmann, Heide Simon, Hannes Wegener, Edgar M. Böhlke
muzyka: Reinhold Heil, Johnny Klimek, Gabriel Isaac Mounsey, Tom Tykwer
zdjęcia: Frank Griebe
montaż: Mathilde Bonnefoy

 (7/10)

"Trzy" to obraz uciekający od zasad, nie trzymający się norm, odrzucający typowe reguły.  W nim wiele jest możliwe.  Cokolwiek przyjdzie do głowy reżysera i w jednej osobie scenarzyście, może się stać.  To Tykwer urządza tę rzeczywistość i to według jego myśli będzie się ona rozwijać, zmieniać, dziać.  Bohaterowie zrobią to, czego on zapragnie, tak potoczy się ich przyszłość, jak on ją wytyczy.  To taki jego plac zabaw.  A to raz na jakiś czas, nie wiedzieć za bardzo czemu, zaprezentuje nam jakiś łady krajobraz, piękny zachód słońca, a to ukaże nam fantazje, sny bohaterów, a to wejdzie w ich dziwaczne, pokręcone myśli i ich ustami wygłosi je zza kadru.  Raz spojrzy na świat Jej oczyma, raz zobaczymy jak widzi go On, a chwilami przedstawi nam również punkt widzenia tego Trzeciego.  Gdy mu się to znudzi, obserwować zacznie sam, niezależnie, z góry.  Jedną scenę wydłuży, inną mono skróci, rozbije obraz na kilka pomniejszych, przepływających po ekranie, za pomocą odpowiedniej, raz zabawnej i wesołej, raz dość groźnej muzyki, skomentuje daną sytuację, a i nawet operację chirurgiczną pokaże nam ze szczegółami.  W skrócie, może wszystko i na wiele sobie pozwala.

"Trzy" to chyba pierwszy film Tykwera, który nie posiada celu jako takiego.  Nie czuć, że ta opowieść do czegoś zmierza, nie czuć jednego tematu, który by ją napędzał, który definiował by jednocześnie jaki jest to obraz.  Który by ujednolicał formę, narzucał jej pewne reguły, ramy.  Tu dzieje się sporo i jednocześnie dzieje się niewiele.  Historia toczy się po prostu przed siebie, w bliżej nieokreślonym kierunku, a to gdzie, do czego dojdzie, pozostaje sporą niewiadomą.  Chwilami jest zabawnie, chwilami trochę nudnawo.  Czasem obraz ten denerwuje, czasem całkiem zaskakuje.  Ciężko pisać o produkcji tak do końca nieokreślonej,  o obrazie, który portretuje tylko pewną dziwaczną sytuację życiową, bawiąc się nią, jak i możliwościami jakie płyną z formy filmowej, która przy tym nie chce narzucać od siebie żadnych wniosków, nie pragnie nic ponad to powiedzieć.  Na pewno nie można jej zarzucić niczego od strony technicznej, bo ta, jak to u Tykwera bywa, jest w pełni profesjonalna.  Ciekawe, wyraziste zdjęcia, nietypowe ujęcia kamery, bardzo dobrze dopasowana, również typowa dla jego filmów muzyka, która wielokrotnie wybija powtarzający, przyspieszający, elektroniczny rytm.  Do tego jest to obraz naprawdę dobrze zagrany, w szczególności przez świetną Sophie Rois, która jest chyba najbardziej wyrazistą, energiczną i zauważalna postacią zaistniałego trójkąta.

W tym, jak zwykle dobrym opakowaniu, zabrakło mi jednak tym razem wyrazistej, zachwycającej treści, którą Tykwer dotychczas zawsze oferował.  Konkretnego tematu.  Chyba, że właśnie brak tematu był tematem tego obrazu.  Zwyczajne, niezwyczajne przedstawienie, ukazanie wycinka rzeczywistości, pewnej dziwnej sytuacji. Tyle.  Być może właśnie tak.  Świadczyła by o tym szczególnie ostatnia scena, a właściwie ostatnie sekundy tego obrazu, tuż przed tym, gdy na ekranie zaczynają przewijać się napisy końcowe.  Wtedy okazuje się, że film ten był pewnego rodzaju eksperymentem, badaniem, ciekawską obserwacją reżysera, który za przedmiot badań obrał sobie trójkę czterdziestolatków mieszkający w Berlinie, których los (a więc on sam) połączył w nietypowy sposób.  Po prostu.  By pokazać ich życie i to jak niewielki jest nasz świat.  Jest w tej produkcji kilka świetnych momentów, jak ucieczka przez okno, niespodziewane spotkanie, czy wizyta w galerii sztuki.  Takich rozbrajających chwil, które zapamięta się pewnie na dłużej.  O reszcie jednak niestety chyba długo pamiętać nie będę.  Szkoda, bo apetyt na ten obraz miałem naprawdę spory.

Film obejrzany podczas 5. All About Freedom Festival - recenzja z 10 października 2011 r. z niewielkimi zmianami.

23:51, milczacy_krytyk , 07
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 maja 2012
Siostra Jackie - sezon III

high & mighty

Siostra Jackie - sezon III

Siostra Jackie - sezon III (2011) USA

reżyseria: Steve Buscemi, Michael Lehmann, Tristram Shapeero, Bob Balaban, Daisy von Scherler Mayer, Linda Wallem
scenariusz: Liz Brixius, Linda Wallem, Liz Flahive, Alison McDonald, Ellen Fairey, Rajiv Joseph, Wyndham Lewis,
aktorzy: Edie Falco, Eve Best, Merritt Wever, Paul Schulze, Peter Facinelli, Dominic Fumusa, Anna Deavere Smith, Ruby Jerins, Mackenzie Aladjem, Stephen Wallem, Arjun Gupta, Lenny Jacobson, Jaimie Alexander, Rene Ifrah, Gbenga Akinnagbe
muzyka: Lisa Coleman, Wendy Melvoin 
zdjęcia: Christopher LaVasseur
montaż: Gary Levy, Anne McCabe

 (7/10)

Trzeci sezon "Siostry Jackie" rozpoczyna się dokładnie w momencie, w którym zakończył się poprzedni.  Po gigantycznej kłótni z mężem i przyjaciółką, którzy domyślili się kłamstw bohaterki, ta zamyka się w łazience by ochłonąć.  Jednak zamiast się poddać, przyznać do nałogu, szybko odzyskuje kontrolę nad sytuacją, robiąc to co opanowała (prawie) do perfekcji.  Zaczyna jeszcze bardziej kłamać, gładko wychodząc z opresji, tłumacząc w każdy możliwy sposób swoje wcześniejsze zachowania i starając się rozwiać wszelkie wątpliwości przed najbliższymi.  I tak zaczyna sie kolejne dwanaście odcinków tego naprawdę udanego serialu.  Bardziej dramatu niż komedii, bo choć chwilami jest tu zabawnie, czasem całkiem mocno, to jednak z czystą komedią produkcja ta ma niewiele wspólnego.  To zdecydowanie bardziej gorzko-słodki dramat, w którym znów wydarzać się będą sprawy mniejsze i większe, znów do szpitala trafiać będą ciekawi pacjenci i znów główna bohaterka będzie kluczyć między znajomymi, współpracownikami, każdemu przedstawiając inną wersję rzeczywistości, taką która jej na dany moment najbardziej pasuje.

Świetna w tej produkcji jest niejednoznaczność głównej bohaterki.  Choć kłamie jak z nut, choć kręci na wszystkich możliwych frontach i tak da się ją lubić.  Bo jednocześnie jest osobą, która nie cierpi niesprawiedliwości i walczy z nią jak tylko się da.  Przede wszystkim w szpitalu, ale także poza nim, chociażby kiedyś w restauracji, zwracając uwagę komuś, kto zachowuje się skandalicznie.  W dużej mierze taki obraz bohaterki to zasługa rewelacyjnej Edie Falco, która perfekcyjnie wciela sie w tę postać.  Szkoda tylko trochę, że pozostali bohaterowie, szczególnie w tej serii, są tu jedynie dodatkiem, pojawiającym się na krótko, co jakiś czas, charakterystycznym, bo każdy ma jakieś swoje własne przywary i dziwactwa, ale jednak nie nazbyt eksploatowanym.  Dlatego też wątki Zoey, Thora, O'Hary i jeszcze kilku innych osób, są tu potraktowane trochę po macoszemu i bardzo nieznacznie rozwijane.  Praktycznie w jednym zdaniu można opisać co się u kogo działo przez te dwanaście odcinków.  Choć jest to również oczywiście konsekwencja krótkiego czasu trwania każdego epizodu (zaledwie dwadzieścia pięć minut), w który nie sposób zmieścić wszystkich bohaterów.

Trzeci sezon „Siostry Jackie” jest zdecydowanie spokojniejszy od bardzo nakręcającego się sezonu drugiego, w którym sytuacja coraz mocniej wymykała się spod kontroli bohaterki i wszystko wyraźnie dążyło do bardzo mocnego finału.  Tu dzieje się mniej i to mniej wyraźnie.  Jackie udaje przed mężem i O'Harą, że już nie bierze leków, podczas gdy prawda jest zupełnie inna.  Ale ponieważ teraz musi się pilnować bardziej niż kiedykolwiek, zażywa mniej, co źle wpływa na jej samopoczucie.  Na drugim planie jej kochanek zaczyna się denerwować czy przypadkiem jej mąż się czegoś nie domyśla, starsza córka decyduje się na branie niewielkich dawek leków, żeby uspokoić swoje rozbiegane myśli, Akalaitis walczy o odzyskanie posągów świętych, które zostały zabrane ze szpitalnej kaplicy, mając też nadzieję na wizytę Pierwszej Damy, a Coop przeżywa niespodziewane rozstanie rodzinne.  Pojawia się też nowy bohater - perfekcyjny pielęgniarz, który może stać się konkurencją i zagrożeniem dla Jackie.  I właściwie to tyle, niewiele więcej się tu dzieje.  Również finał tej serii jest dużo spokojniejszy niż poprzedni.  Zupełnie jakby nie był ostatnim odcinkiem serii.  Mam jednak wrażenie, że ten spokój jest tylko ciszą przed burzą, która może się wydarzyć w następnym sezonie.

23:57, milczacy_krytyk , serial
Link Komentarze (1) »
wtorek, 22 maja 2012
Medium

tam i tu

Medium

Medium (2010) USA

reżyseria: Clint Eastwood
scenariusz: Peter Morgan
aktorzy: Matt Damon, Cécile De France, Jay Mohr, Bryce Dallas Howard, George McLaren, Frankie McLaren, Thierry Neuvic, Marthe Keller, Derek Jacobi, Lyndsey Marshal, Richard Kind, Steve Schirripa, Jenifer Lewis, Niamh Cusack, Jean-Yves Berteloot, Rebekah Staton, Charlie Creed-Miles, Declan Conlon, George Costigan
muzyka: Clint Eastwood
zdjęcia: Tom Stern
montaż: Joel Cox, Gary Roach

 (6/10)

Ciężko jest mówić o czymś czego się nie zna.  Ciężko jest opowiadać o czymś co nieosiągalne, zbyt odległe, niemożliwe do zrozumienia ani wytłumaczenia.  Bo jak powiedzieć o czymś, czego się nigdy nie doświadczyło, nigdy nie widziało, co może nie istnieć?  Peter Morgan pisząc scenariusz do tego filmu porwał się trochę z motyką na Słońce, chcąc opowiedzieć o zaświatach i tym jak tamten świat wpływa na nasz.  Żeby wyjść z tego niezwykle trudnego zadania obronną ręką, podszedł do niego w niebezpośredni sposób, jakby od drugiej strony.  Zamiast mówić o tym o czym nie sposób powiedzieć, spojrzał na tę odwieczną tajemnicę oczami zwykłych ludzi.  Którzy tak jak wszyscy nie znają żadnych odpowiedzi, którzy szukają prawdy, i nigdy, aż do samego końca, jej nie odnajdą.  Podejście ciekawe, dające szanse na interesujące rozwinięcie, ale niestety i tak zupełnie niewykorzystane.

"Medium" to trzy niezależnie przeplatające się wątki.  Historia pewnej francuskiej dziennikarki, która cudem przeżyła tsunami, ale w czasie jego trwania na chwilę przekroczyła granicę światów i ujrzała kontynent zmarłych.  Historia pewnego samotnego mężczyzny, który potrafi kontaktować się ze zmarłymi, przekazywać tym którzy ich stracili ich ostatnie życzenia, ale który od dłuższego czasu tego już nie robi, bo jak sam mówi, życie dla śmierci to żadne życie.  Oraz ostatnia, trzecia historia pewnego chłopca, który w nieszczęśliwym wypadku stracił swojego brata bliźniaka i teraz nie potrafi się odnaleźć w osamotnionej rzeczywistości.  Paryż, Nowy Jork i Londyn.  Trzy różne miasta, trzy całkowicie odmienne osoby, a to co je łączy to zaświaty.  Pytania jakie do nich mają, wątpliwości jakie im się nasuwają, strach i złość, które do nich żywią.

Problem tego filmu polega na tym, że scenarzysta z tego całkiem ciekawego punktu wyjścia nie wychodzi, nie robi z nim absolutnie nic.  Przedstawia nam bohaterów, przedstawia ich rozterki i na tym się zatrzymuje.  Ma się wrażenie, że obraz ten jest tylko wstępem, bardzo długim bo dwugodzinnym, ale jedynie wprowadzeniem do właściwej historii, która powinna nadejść, ale nie nadchodzi, bo brakuje tu rozwinięcia, o zakończeniu nawet nie wspominając.  To co dane jest nam oglądać to zaledwie wstęp, pewien smutny obrazek, utrzymywany w tym samym momencie życia bohaterów, nic więcej.  Zmieniający się nieznacznie dopiero pod sam koniec, ale tak niewiele, że tę zmianę opisać można w jednym zdaniu.  To oczywiste spotkanie całej trójki, do którego dojść przecież musiało, z którego wynika zaskakująco niewiele i które o zaświatach, nawet z punktu widzenia bohaterów, mówi tyle co nic.  A to, jak na dramat z ambicjami, zdecydowanie za mało.

22:03, milczacy_krytyk , 06
Link Komentarze (1) »
sobota, 19 maja 2012
Babycall

Anna

Babycall

Babycall (2011) Niemcy, Norwegia, Szwecja

reżyseria i scenariusz: Pal Sletaune
aktorzy: Noomi Rapace, Kristoffer Joner, Vetle Qvenild Werring, Stig R. Amdam, Maria Bock, Torkil Johannes Swensen Hoeg, Henrik Rafaelsen, Tom Hugo Nielsen, Mona Engh, Eva Zeidler, Kaia Varjord, Bjorn Moan, Birgitte Nordby
muzyka: Fernando Velázquez
zdjęcia: John Andreas Andersen
montaż: Jon Endre Mork

 (7,5/10)

"Babycall" to film, który najchętniej chciałoby się obejrzeć od razu jeszcze raz.  By sprawdzić czy rozwiązanie tej historii pasuje do całego obrazu, czy nie kłóci się ze wszystkim co dane było nam widzieć przez cały seans, czy tłumaczy wszystkie zagadkowe sytuacje i zdarzenia, których sensu nie mogliśmy się domyśleć.  To smutna historia pewnej młodej kobiety, która wprowadza się wraz z synkiem do niewielkiego mieszkania.  Przeprowadzką zostawia za sobą bolesną przeszłość, a także swe nazwisko, tak mocno musi uciekać od tego co było.  Nadopiekuńczo zajmuje się synem, chce mieć go zawsze blisko siebie i to o niego boi się najbardziej.  Że coś mu się stanie, że nachodząca ją opieka społeczna może jej go odebrać.  W jakim kierunku rozwinie się ta opowieść?  W mocno nieprzewidywalnym, choć punkt wyjścia nie sugeruje wielkich możliwości.  W dramat, w film psychologiczny, w thriller, nawet trochę w horror.  Obraz ten wybiera wszystkie te kierunki jednocześnie.  Dlatego tak trudno zrozumieć co właściwie się w nim dzieje.  Bo opowieść ta rozwija się w czterech różnych płaszczyznach, gładko splatając je w jedno, podsuwając nam tropy pochodzące z każdej z osobna, teoretycznie więc się wykluczające, ale jednak do siebie pasujące.

Reżyser umiejętnie przeplata wszystkie mylne tropy, teoretycznie sprzeczne wskazówki, elementy i zagrania wykorzystywane w innych produkcjach już tyle razy, że przestajemy zwracać na nie uwagę. Przedstawiając je jednak w trochę inny sposób, akcentując nie to na co zwykle zwraca się uwagę, kładąc nacisk bardziej na dramat matki, niż dodatki grozy.   Właśnie przez to, że z początku się ich nie zauważa, pomija wzrokiem, tak łatwo dajemy się tu zwodzić.  Reżyser podsuwa mylne tropy, przedstawia sytuacje w odmienne sposoby i bawi się tym przepływaniem między jawą a zwidem.  Przedstawiając wszystko tak jakby było realne, podczas gdy rzeczywistość stale miesza się tu z wymysłem, tak bardzo, że nie sposób ustalić granic między jednym a drugim.  Dlatego praktycznie do samego końca nie wiadomo co jest tu prawdą a co nie, co dzieje się w rzeczywistości, a co jest pewnego rodzaju fantazją.  Bo jedno jest tak zwodniczo podobne do drugiego, prawie, że równa się sobie, dlatego i to i to może okazać się nawzajem jednym i drugim.  W rozeznaniu się o co tak naprawdę tutaj chodzi nie pomagają również liczne podobieństwa między sytuacjami oraz bohaterami.  Spotkany przypadkiem przez kobietę mężczyzna zdaje się być jakby starszą wersją jej ośmioletniego synka, a ona sama jest jakby młodszą wersją jego umierającej matki.  Zamartwiająca się, nadopiekuńcza, stale mająca jedynaka na oku.

Zaskakujące, że samo rozwiązanie, choć wydaje się niesamowicie pokręcone, nie jest wcale aż tak skomplikowane.  Właściwie, jak się okazuje, jest całkiem proste, można je opisać w zaledwie dwóch zdaniach, wygłaszanych pod koniec seansu, które łączą poszczególne niepasujące elementy tej układanki w całość.  Niby proste, ale przez przyjęty punkt widzenia, przez spoglądanie na wydarzenia oczami bohaterki, tak trudno na nie wpaść.  Świetnie w tym obrazie prezentuje się Noomi Rapace, to na niej trzyma się cały film, to ona go prowadzi i powoduje, że jest tak intrygujący.  Niezwykle przekonująco wypada w roli samotnej matki, nie potrafiącej odnaleźć się w nowej rzeczywistości, uciekającej przed przeszłością, zdolnej zrobić wszystko, by tylko zapewnić spokojne życie swojemu synowi.  Dzięki niej nie sposób oderwać oczu od ekranu, nie sposób nie zastanawiać się nad wyjaśnieniem tego co się dzieje.  Świetny jest tu również przyciężkawy, mroczny, niepokojący choć dziwnie spokojny i niesamowicie smutny klimat tajemnicy, niewiadomej, podsycany przez melodyjną choć złowrogą muzykę Fernando Velázqueza.  Dzięki niemu obraz ten z każdą kolejną minutą staje się coraz bardziej interesujący, coraz mocniej wciąga.

00:57, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (2) »
czwartek, 17 maja 2012
Wszystko o Stevenie

be normal

Wszystko o Stevenie

Wszystko o Stevenie (2009) USA

reżyseria: Phil Traill
scenariusz: Kim Barker
aktorzy: Sandra Bullock, Thomas Haden Church, Bradley Cooper, Ken Jeong, DJ Qualls, Keith David, Howard Hesseman, Beth Grant, Katy Mixon, M.C. Gainey, Holmes Osborne, Delaney Hamilton, Jason Jones, Carlos Gómez, George Sharperson, Luenell
muzyka: Christophe Beck
zdjęcia: Tim Suhrstedt
montaż: Rod Dean, Virginia Katz

 (5-/10)

Niewielu aktorów odważyło się osobiście odebrać bardzo wątpliwą nagrodę za najgorszy występ aktorski roku, jaka rok rocznie przyznawana jest na ceremonii rozdania Złotych Malin.  Na ten świadczący o sporym dystansie do siebie jak i swojej pracy krok odważyła się kiedyś Halle Berry, wyróżniona za rolę w "Catwoman", oraz Sandra Bullock, która swój podobno najgorszy występ zaliczyła w 2009 roku przy okazji filmu "Wszystko o Stevenie".  Moim zdaniem niezasłużenie, bo jej rola w tej produkcji choć nieznośna, jest również całkiem urokliwa i chwilami nawet rozbrajająca.  Ale dzięki temu krzywdzącemu wyróżnieniu mieliśmy okazję przekonać się o sporym poczuciu humoru, jaki posiada sama aktorka i wysłuchać jednej z najbardziej zabawnych mów dziękczynnych, jaką wygłosiła osobiście na ceremonii wręczenia Malin.  Przychodząc z finalną wersją scenariusza w ręku, z darmowymi płytami dvd, rozdając je publiczności, każąc tym samym jeszcze raz obejrzeć sam film i w rozbrajający sposób przekonując, że wcale nie był on najgorszym ze wszystkich jakie miały premierę w 2009 roku, a jej występ wcale nie zaliczał się do najmniej udanego.  I tym właśnie wystąpieniem Bullock zachęciła mnie do sięgnięcia po "Wszystko o Stevenie".

I choć nie mogę napisać, że jest to udany obraz, choć nie mogę powiedzieć, że cieszę się, że go obejrzałem, bo chwilami miałem wrażenie odrobinę traconego czasu, to z całą pewnością nie jest to aż tak zła produkcja, jak o niej mówiono, a Bullock wcale nie zagrała tak tragicznie jak potworny poziom prezentują inni aktorzy, w innych filmach.  Choć wiem, że Maliny to w dużej mierze prztyczki w nos, jakie wymierzane są ważniejszym aktorom, gdy tylko trochę powinie się im noga, gdy wybiorą niezbyt korzystną produkcję i odstaną od poziomu jaki zwykle prezentują, dlatego i wyróżnień przyznawanych w tych nagrodach jak i samej nagrody poważnie traktować nie wolno.  Stąd "Wszystko o Stevenie" choć filmem jest głupiutkim, raczej nie śmiesznym, bo zabawnych momentów zdarza się tu naprawdę niewiele, choć chwilami bywa bezsensowny i niepotrzebnie przesadzony, mylący kpinę ze zwykłą żenadą, to jest jednak produkcją oglądalną.  Po której nie pozostaje niesmak, która nie zniża się do nieodpowiedniego poziomu, i która w jakiś przedziwny sposób, pomimo wszystkich swoich wad, jest nawet pod koniec całkiem urocza i nawet ujmująca.  Bo choć poprowadzona nienajlepiej, choć dziwaczna i w zły sposób zakręcona, to jednak posiadająca pewną myśl jej przyświecającą, przez którą nie jest całkowitą stratą czasu.

"Wszystko o Stevenie" to opowiastka o pewnej dorosłej już kobiecie, hiperaktywnej Mary Horowitz, która żyje z układania krzyżówek do lokalnego wydania pewnej codziennej gazety.  Krzyżówki są całym jej życiem, przez nie stała się chodzącą encyklopedią, trochę również przez nie inaczej postrzega cały świat.  Świat, który widzi w niej wariatkę, nudziarę, postrzeloną kobietę, która powinna zajmować się mniej pracą i bardziej wychodzić do ludzi.  Pomagają jej w tym rodzice (u których nadal mieszka), którzy umawiają ją na randkę ze Stevenem (Bradley Cooper).  Mary zakochuje się w nim od pierwszego wejrzenia (która by się nie zakochała), on niestety wręcz przeciwnie, dlatego zasłaniając się pracą kamerzysty, wyrusza w Stany w poszukiwaniu nowych tematów pod wiadomości z kraju.  Mary wyrusza za nim, chcąc być jak najbliżej niego, myśląc, że to naturalna i oczywista reakcja na jego niefortunnie kiedyś wypowiedziane słowa zaproszenia.  Bo tak naprawdę jej zachowanie to najzwyczajniejsze śledzenie biednego faceta.  Z tej prościutkiej historyjki wynika ładny morał  mówiący, że najważniejsze to otoczyć się ludźmi, którzy akceptują nas za to kim jesteśmy, nie zważając na nasze dziwactwa, jakiekolwiek by one nie były, a nie dostosować się na siłę do wymogów innych.  Bo tak upragniona normalność ma różne oblicza i lepiej znaleźć tych, którzy widzą ją w nas, niż dostosowywać się do normalności, oczekiwanej przez innych.  Tyle.

Tagi: komedia
20:29, milczacy_krytyk , 05
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3