Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
sobota, 28 maja 2011
Melancholia

prywatny koniec świata

MelancholiaMelancholia (2011) Dania, Francja, Niemcy, Szwecja, Włochy

reżyseria i scenariusz: Lars von Trier
aktorzy: Kirsten Dunst, Charlotte Gainsbourg, Kiefer Sutherland, Charlotte Rampling, John Hurt, Alexander Skarsgard, Stellan Skarsgard, Brady Corbet, Udo Kier, Jesper Christensen, Deborah Fronko, Cameron Spurr
zdjęcia: Manuel Alberto Claro
montaż: Morten Hojbjerg, Molly Marlene Stensgaard

 (8/10)

Podobno inspiracją dla Larsa Von Triera do napisania scenariusza tego filmu, była informacja jakoby to melancholicy w obliczu katastrofy, zachowywali się dużo spokojniej niż pozostałe osoby, które w takich sytuacjach wpadają w panikę.  A jaka może być bardziej kryzysowa sytuacja jak nie koniec świata?  Stąd najnowszy film Duńczyka, rozwijający tę krótką myśl w dwugodzinny obraz, jest jego autorskim spojrzeniem na nadciągającą apokalipsę.  A raczej miał być, bo jest czymś znacznie większym. "Melancholia" podzielona jest na dwie części: pierwsza to psychologiczny dramat rozgrywający się na przyjęciu weselnym, druga to oczekiwanie na koniec, obserwowane oczami jednej z bohaterek.  Jednak już od samego początku, od pierwszych minut widać wyraźnie, że inaczej niż to bywa w filmach katastroficznych, nie koniec będzie tu istotny.  Obok katastrofy, która się pewnie wydarzy, chodzić tu będzie o coś więcej.  Dlatego na samym początku von Trier pokazuje nam finał tej historii, w zwolnionym tempie przedstawia nam piękny koniec świata, i dopiero wtedy przechodzi do właściwej części swojego obrazu: do opowiadania o ludziach.  Bo w "Melancholii" nadciągająca apokalipsa jest tylko pretekstem do obserwacji ludzkich zachowań, postaw i myśli.

Reżyser pierwszą część swojego filmu poświęca Justine - pannie młodej.  Jak się wkrótce okaże, teoretycznie jeden z najszczęśliwszych dni w jej życiu nie będzie taki, jakim go zaplanowano.  Dziewczyna nie potrafi sobie bowiem poradzić ze swoim życiem, wielokrotnie ją ono przerasta i uwiera.  Nie czuje się dobrze jako panna młoda, nie widzi się w tej roli, do której się zmusiła za namową siostry, rodziny, przyszłego męża.  Stara się uśmiechać, dostosowywać do sytuacji, ale z każdą chwilą ma coraz mniej na to siły.  Nie potrafi się odnaleźć na własnym weselu i przy każdej nadarzającej się możliwości ucieka z niego, by znaleźć się jak najdalej od ludzi.  Z jednej strony chciałaby przeżyć ten sen, chciałaby aby ten uroczysty dzień przebiegł jak najlepiej, z drugiej jednak uderzają ją co chwila wszystkie idiotyzmy tej sytuacji.  Nad wyraz mocne uśmiechy gości, dziwne zwyczaje, niewiele znaczące symbole i gesty, które wypada uczynić, bo tego wymaga tradycja.  Drażni ją ten powtarzany teatr, to postępowanie według oczekiwań innych.  Jest ono dla niej całkowicie bezsensowne.  Przyciąga ją smutek, którego nikt z otoczenia nie potrafi zrozumieć, który wszyscy traktują jako wymysł dziewczyny, pewną fanaberię.  Justine pogrąża się w rozpaczy codzienności, zwyczajności tak naturalnej i łatwej do odgrywania dla zwykłych ludzi, radząc sobie jednak nad wyraz dobrze w nadchodzących, najtrudniejszych chwilach.

Justine widząc bezsens życia, wszystkie jego słabości, na co dzień zdając sobie z nich sprawę, łatwiej jest znieść perspektywę końca.  Oczywiście nie jest to dla niej proste, ale ta wizją jej nie paraliżuje, nie odbiera jej tchu.  To właśnie wszyscy ci racjonaliści, Ci którzy na co dzień potrafili normalnie żyć, których nie przerażała trudność życia, nie potrafią się odnaleźć w takiej sytuacji.  Jak chociażby siostra Justine - Claire, którą do szału doprowadza myśl, że już niedługo jej, jak i jej bliskich życie, mogłoby się skończyć.  Kurczowo trzyma się życia, tego z czego nawet nie zdawała sobie sprawy, tego co było dla niej od zawsze takie proste.  Buntuje się, sprzeciwia okropnemu losowi, w postaci zbliżającej się planety.  Zupełnie inaczej niż jej siostra, która dopiero w sytuacji całkowicie kryzysowej odzyskuje spokój, względną równowagę.  Claire zawsze zachowywała się według pewnych reguł, to ona planowała wesele siostry, to ona chciała by odbyło się tak jak należy, by miało odpowiednią oprawę.  I nawet pod koniec, w ostatnich godzinach swego życia stara się zachować tę równowagę, nadal chce grać w swoim przedstawieniu.  Zachowywać tak jak się powinno zachowywać, tak jak wypada, jakby miało to jakieś znaczenie.  Jakby kiedykolwiek takie wpisywanie się w ogólnie znane oczekiwania, miało jakiekolwiek znaczenie.

"Melancholia" to chyba najbardziej przepełniony gwiazdami film von Triera.  Prawie każda rola jest w nim świetnie obsadzona, prawie każda postać, nawet jeśli nie pojawia się za często na ekranie, została zagrana przez znaną osobę.  I co najciekawsze wielu z aktorów, którzy tu występują, gra postaci inne niż te, po których możemy ich kojarzyć.  Świetnym przykładem jest Kiefer Sutherland jako spokojny ale zdecydowany i bardzo mocno stąpający po ziemi mąż Claire, zupełnie inny od ciągnącego się za nim, jak jakieś fatum, Jacka Bauera z "24".  Odmienny jest również Alexander Skarsgard jako Michael - pan młody, którego bohater ma bardzo niewiele wspólnego ze znanym wszystkim fanom „Czystej Krwi" Erickiem.  Jest czuły, spokojny, troskliwy, nieśmiały i bardzo wycofany.  Pierwsze skrzypce grają tu Charlotte Gainsbourg czyli Claire oraz fenomenalna Kirsten Dunst czyli Justine, która jest dla mnie ogromnym zaskoczeniem.  Nigdy w życiu bym się nie spodziewał po tej aktorce takiej dojrzałości w kreowaniu postaci, takiego wczucia się w tworzoną postać.  Dunst idealnie oddała zachowanie kogoś, kto wpada w melancholię, depresję, kogoś kto nie potrafi sobie poradzić z otaczającą go rzeczywistością, kogo przytłacza jej niewidzialny ciężar.  W pełni zasłużone wyróżnienie na festiwalu w Cannes.

"Melancholia" to również jeden z najładniejszych filmów reżysera.  Choć znów wszystkie wydarzenia filmowane są przy użyciu kamery z ręki, poszczególne sceny są cięte na małe, przeskakujące kawałki, to obraz ten przepełniony jest niezwykłymi barwami i pięknymi widokami.  I nie mam tutaj na myśli jedynie wstępu, kilku pierwszych minut pokazywanych w bardzo zwolnionym tempie, gdy widzimy na przykład biegnącą pannę młodą w spalonej sukni ślubnej, główną bohaterkę leżącą w jeziorze z bukietem w rękach, czy upadającego konia.  Te wypieszczone do granic możliwości obrazki są tylko bardzo skumulowanym wstępem, który później zostaje zastąpiony przez może mniej spektakularne, ale i tak bardzo pomysłowe, nietypowe widoki.  Jak chociażby zewnętrzne, żółtawe sceny w czasie wesela, ukazana z lotu ptaka jazda konna przez mgłę, prześwięcający za chmur księżyc i zbliżająca się do Ziemi planeta, rzucające poświatę na ogromny ogród przed domem.  Pochwalić również koniecznie trzeba polskich twórców efektów specjalnych, dzięki którym na filmowym niebie pojawiła się powiększająca się Melancholia czy widoczne były efekty jej zbliżania się, jak chociażby wyładowania elektryczne.  Dobrze wiedzieć, że my również potrafimy w tak przekonujący sposób stworzyć coś z niczego.

I choć nie jestem zachwycony najnowszym filmem Larsa von Triera, to jednocześnie nie mam mu zbyt wiele do zarzucenia.  Chwilami uwierały mi niektóre wydarzenia, poszczególne sceny (Justine nocą nad jeziorem), które nie przekonują mnie do końca, ale to szczegóły, do których można się przyczepić, albo zignorować je, bo nie mają dużego wpływu na całościowy odbiór tego filmu.  Muszę przyznać, że reżyserowi udał się ten obraz.  To intrygujący, chwilami przejmujący dramat, który warto dłużej, na spokojnie sobie przemyśleć.  Postarać się nie wracać od razu do życia, do codzienności, posiedzieć chwilę na pozbawionych muzyki napisach końcowych i w tej ciszy, po rozbuchanej końcówce, przeanalizować go w spokoju.  To obraz, który choć do łatwych i miłych nie należy, wart jest obejrzenia.  Warto się przez niego niejako trochę przemęczyć.  Choć zdaję sobie sprawę, że nie wszystkich "Melancholia" do siebie przekona.  Jej odbiór, z resztą jak każdej innej produkcji, ale jej w pewien szczególny sposób, zależy od tego ile się już przeżyło i tego jakie ma się nastawienie do życia.  Czy bliżej nam do Justine, czy do Claire?  Im bliżej będziemy jednej lub drugiej siostry, tym łatwiej będzie nam zrozumieć ich postępowanie i przy okazji docenić obraz von Triera.

wtorek, 24 maja 2011
Piraci z Karaibów: Na nieznanych wodach

there's the Jack I know!

Piraci z Karaibów: Na nieznanych wodachPiraci z Karaibów: Na nieznanych wodach (2011) USA

reżyseria: Rob Marshall
scenariusz: Terry Rossio, Ted Elliott
aktorzy: Johnny Depp, Penélope Cruz, Geoffrey Rush, Ian McShane, Kevin McNally, Sam Claflin, Astrid Berges-Frisbey, Stephen Graham, Keith Richards, Richard Griffiths, Greg Ellis, Damian O'Hare, Óscar Jaenada, Anton Lesser, Roger Allam, Judi Dench,  Christopher Fairbank, Gemma Ward
muzyka: Hans Zimmer
zdjęcia: Dariusz Wolski
montaż: Michael Kahn, Wyatt Smith, David Brenner

 (7/10)

Pamiętam jak po premierze fatalnej części trzeciej mówiłem, że jak tak dalej pójdzie, na następną część "Piratów z Karaibów" już się nie wybiorę.  Ale minęły cztery lata, wrażenie po tamtym nieudanym seansie się zatarły i jednak skusiłem się na przeżycie kolejnej przygody z Piratami.  I… nie żałuję.  Twórcy całe szczęście wyciągnęli wnioski z poprzedniej odsłony cyklu i poprawili to co najbardziej się w niej nie udało.  Po pierwsze uprościli i to znacznie całą intrygę, przez co chwilami wydaje się ona nawet odrobinę zbyt prosta, ale lepsza już taka liniowość wydarzeń, niż całkowite zaplątanie zbyt wielu wątków, które bardzo szybko przestaje interesować.  Producenci tym razem mocno utemperowali bujną wyobraźnię scenarzystów, którzy w poprzednich częściach za bardzo popuścili wodze fantazji i rozbuchali swoje przedstawienie do przeogromnych, niemożliwych do objęcia rozmiarów.  Dlatego ta część jest mniej widowiskowa, nie epatuje tak efektami specjalnymi jak poprzednie i częściej rozgrywa się na stałym lądzie niż na morzu.  I jako kino popcornowe "Na nieznanych wodach" spisuje się całkiem dobrze.  Oczywiście nie prezentuje poziomu pierwszej części, ani tym bardziej jej kontynuacji, ale co ważne jest zdecydowanie lepsze od fatalnej trójki.  Choć i tak trochę ciężko jest szeregować filmy z tej serii, bo każdy z nich był inny, każdy prezentował odmienne podejście do tematu.  "Klątwa Czarnej Perły" była świetną przygodówką, "Skrzynia umarlaka" widowiskową komedią, a "Na krańcu świata" mrocznym i nadmiernie poważnym zakończeniem pierwszej trylogii.  Czwórka natomiast to obraz o poszukiwaniu skarbu i całkiem udana komedia pomyłek. 

Komedia czasem trochę lepsza, czasem trochę gorsza.  Najważniejsze by dać się w nią wciągnąć, by dać się porwać przez dość wolną, ale całe szczęście powoli rozpędzającą się historię.  Bo jeśli uda nam się przestawić na zwyczajne chłonięcie obrazów jakie wyświetlane są na ekranie, jeśli damy się ponieść opowieści, to seans upłynie nam całkiem miło.  Ja prawdę powiedziawszy na początku miałem z tym spory problem, nie potrafiłem wciągnąć się w przedstawiany przez twórców świat i chyba dopiero od połowy tak naprawdę zacząłem się bawić na tym filmie.  Wcześniej nie czułem prezentowanych wydarzeń i zaczynałem się obawiać, że bardzo krytyczne opinie zagranicznych krytyków, okażą się niestety nie przesadzone.  Pierwsza godzina "Na nieznanych wodach" jest bowiem okropnie przewidywalna.  Praktycznie przebieg każdej sceny można bez trudu przewidzieć.  Nawet te z założenia śmieszne, zaskakujące zagrywki twórców, stają się jasne na kilka chwil przed ich rozegraniem.  Przez to zupełnie nie bawią, a nam pozostaje wyłącznie beznamiętne przyglądanie się odegranym, na chłodno wyliczonym wydarzeniom.  Akcja rozwija się leniwo według prostego i denerwującego schematu: trochę się pobiją, pogadają, pojawi się stary dobry znajomy, znów się trochę pobiją, pogadają, na ekranie pokaże się jakaś nowa postać i tak w kółko.  Gdy tylko wypowiedzianych zostaje zbyt wiele słów możemy być pewni, że za chwilę szable pójdą w ruch i czy będzie mieć to sens czy nie, czeka nas jakaś szybsza scena.

Ten bardzo długi, nudnawy wstęp można przetrwać tylko i wyłącznie ze względu na aktorów w tym obrazie występujących.  Bo zobaczyć starych znajomych w rolach, które bardzo dobrze znamy, jest naprawdę sympatyczne.  Pierwsze skrzypce gra tutaj oczywiście Johnn Depp i bez wahania można stwierdzić, że gdyby nie on, nie byłoby tego filmu.  To Depp jako Jack Sparrow nadaje tej produkcji charakter, to on dodaje do niej życie, dzięki niemu jest ona chwilami tak zabawna, tak zadziorna.  Johnny to Jack i ilekroć pojawia się na ekranie całość nabiera energii, aż chce się ją oglądać.  A ponieważ tak dobrze czuje się w tej roli z każdej nawet najsłabszej sceny potrafi wyjść obronną ręką, wykorzystać ją na swoją korzyść.  Jednym zawadiackim spojrzeniem, małym gestem nadać zupełnie inny wyraz scenie, która grana przez innego aktora zupełnie by sie nie udała.  A najlepsze jest to, że nawet żarty juz kiedyś przez niego wypowiedziane, powtarzane po kilka razy, wciąż śmieszą - chociażby wieczna obsesja na punkcie słowa Kapitan, które wciąż się gdzieś zawierusza.  Gdyby nie Depp, „Piraci” byliby tylko cieniem filmu, jakim są teraz.  Rewelacyjnie wypada w tej części również Geoffrey Rush, na którego zwróciłem tym razem jeszcze większą uwagę, ze względu na zeszłoroczne "Jak zostać królem".  Jego Barbossa idealnie gra Jackowi na nerwach, a ich wzajemna rywalizacja dodaje sporo energii do tej opowieści.  Dobrze w swoich rolach wypadli również nowi aktorzy - Ian McShane czyli najstraszniejszy ze wszystkich piratów Czarnobrody oraz Penélope Cruz czyli Angelika, nareszcie konkretna kobieca bohaterka w tej serii, która w czasie seansu sporo namiesza.

Całe szczęście gdy przetrwa się wydłużony wstęp, później jest już tylko lepiej i "Na nieznanych wodach" wciąga coraz bardziej.  Chyba gdzieś tak od pierwszego spotkania z zabójczo pięknymi syrenami, oglądanie tej części zaczyna sprawiać przyjemność.  Być może dzieje sie tak dlatego, bo wcześniej obserwowaliśmy jedynie mozolne kompletowanie załogi do nowego rejsu, powolne pojawianie się starych znajomych i przedstawianie nowych postaci.  I to oczekiwanie na przygodę, choć przerywane scenami akcji, było dość meczące.  Dopiero od momentu gdy wszyscy - Anglicy, Hiszpanie i Piraci - wyruszają w pościg, którego nagrodą jest Fontanna Wiecznej Młodości, film ten zaczyna się rozkręcać.  I właśnie chyba od tego momentu, który na szczęście się pojawia, przestaje się zwracać uwagę na scenariuszowe potknięcia, słabsze momenty.  Po prostu zaczyna się chłonąć tę historię taką jaka jest.  I choć nie jest ona perfekcyjna, choć do ideału, lub poziomu pierwszych dwóch części sporo jej brakuje, to ma ona swoje lepsze momenty.  Na pewno na długo zapamiętam najbardziej spektakularną z najbardziej skromnych kradzieży jakie ostatnio pokazało mi kino, i łączącą się z nią genialną w swojej prostocie ucieczkę.  Świetna jest również mowa Jacka przed ostatnią konfrontacją dwóch rywalizujących ze sobą stron.  Zupełnie tak jakby scenarzyści sami zdawali sobie sprawę z bezsensowności tej sceny i zapobiegawczo sami ją wyśmiali, zanim zrobiliby to widzowie.

Podobnie jak w poprzednich odsłonach cyklu, tak i w tej znalazło się sporo nadprzyrodzonych dziwactw.  Wymieniać można prawie bez końca.  Załoga statku składająca się z zombie (ten pomysł jest najbardziej bezużyteczny ze wszystkich), miecz dzięki któremu liny na statku ożywają niczym węże, do tego prawdziwe statki zamknięte w szklanych butelkach i jakby tego było jeszcze mało laleczki voo-doo.  A na dokładkę, to o co rozbija się cała akcja, czyli Fontanna Wiecznej Młodości, do której zmierzają bohaterowie, a o której dowiedzieliśmy się już pod koniec poprzedniego epizodu oraz piękne syreny z niezwykle cennymi łzami.  Przy okazji syren, twórcy trochę na siłę i trochę niepotrzebnie dodali mały wątek romansowy, ale niech już im tam będzie.  Ponieważ w tej części nie pojawili się Keira Knightley i Orlando Bloom, ktoś tę młodą pustkę musiał zapełnić.  Wracając do fantastycznych dodatków, jednym takie nagromadzenie paranormalnych elementów w tej produkcji może przeszkadzać, bo zbliża tę serię do dziwnego fantasy, innych trochę mniej, ale nie można zapominać, że w "Piratach" od samego początku pojawiały się takie pomysły, a dziwaczne, magiczne postacie i przedmioty zawsze były jej częścią.  Można tu wspomnieć chociażby morską załogę ze "Skrzyni umarlaka", czy załogę przemieniającą się w kościotrupy z "Klątwy Czarnej Perły".  To małe smaczki, które udziwniają te filmy, które wprowadzają do nich trochę wariactwa i dają o wiele większe pole do popisu dla scenarzystów, którzy nie muszą się na siłę trzymać realności. 

Całość ogląda się całkiem dobrze.  Gdyby nie wspominany już wcześniej wstęp, wrażenia z seansu byłyby jeszcze lepsze.  Chwilami brakuje w tej odsłonie trochę energii, takiej dzikości, która by ze sobą porywała.  Niektóre sceny zostały nakręcone bowiem jakoś tak bez werwy, zbyt zwyczajnie i choć miały w sobie spory potencjał nie robią tak dobrego wrażenia, jak mogłyby robić. Na ekranie sporo się dzieje, ale jakoś tak… bez szału.  Może to wina nowego reżysera, dla którego takie kino to nowość, a może to przez to, że sam temat pirackiej przygody się już trochę znudził i nie wydaje się tak ekscytujący jak jeszcze te kilka lat temu. Całe szczęście na straży stale czuwa fantastyczny Hans Zimmer ze swoją nad wyraz rozbuchaną muzyką.  Zimmer dwoi się i troi by z tych słabszych scen wyciągnąć jak najwięcej, by wzmocnić je jak najbardziej i swoimi kompozycjami poruszyć akcję, przyspieszyć ją i w większości udaje mu się to bardzo dobrze.  Stąd nawet w czasie zwyczajnych sytuacji, gdy twórcy pokazują nam powoli płynący okręt, orkiestra w wyjątkowo głośnym tle wyczynia cuda, by tylko ten obrazek nabrał jakiegoś wyrazu, byśmy nie stracili nim swojego zainteresowania.  Hans stworzył na potrzeby tej części kilka nowych motywów, w tle co jakiś czas pojawia się gitara oraz sporo zwiewnych, tajemniczych chórków, nadających tej produkcji trochę tajemniczy klimat.  Od groma również w tej części muzycznych komentarzy do poszczególnych scen, dzięki którym znów zwyczajne sceny stają się ciekawsze, jak chociażby tango na pokładzie wieczorową porą. 

sobota, 21 maja 2011
Lincz

samosąd

LinczLincz (2010) Polska

reżyseria i scenariusz: Krzysztof Łukaszewicz
aktorzy: Leszek Lichota, Agnieszka Podsiadlik, Wiesław Komasa, Maciej Mikołajczyk, Łukasz Simlat, Izabela Kuna, Zbigniew Stryj, Krzysztof Franieczek, Tamara Arciuch, Ireneusz Kozioł, Magdalena Kuta, Jacek Pluta, Julia Kijowska, Jacek Polaczek, Andrzej Franczyk,  Ewa Pająk, Mieczysław Kadłubowski, Jakub Ulewicz
muzyka: Jarosław M. Papaj
zdjęcia: Witold Stok
montaż: Milenia Fiedler

 (3/10)

Chyba mało kto nie słyszał o wydarzeniu na podstawie którego zrealizowano ten obraz, bo swego czasu trąbiły o nim wszystkie media.  Dla przypomnienia: w pewnej wsi w województwie Warmińsko - Mazurskim, przez wiele miesięcy mieszkańcy byli zastraszani i terroryzowani przez jednego, sześćdziesięcioletniego mężczyznę.  Budził on popłoch we wsi i jej okolicach, bezkarnie posuwając się do coraz śmielszych i brutalniejszych czynów.  Mieszkańcy wielokrotnie apelowali do lokalnej policji z prośbami o pomoc w uspokojeniu niebezpiecznego sąsiada, jednakże służby trywializowały zagrożenie i nie odpowiadały na wezwania.  Mieszkańcy z problemem zostali pozostawieni samym sobie.  Wtedy trójka braci, nie widząc żadnego innego wyjścia z sytuacji, nie chcąc w nieskończoność czekać na pomoc policji, zdecydowała się na wymierzenie sprawiedliwości na własną rękę.  Chcieli powstrzymać szaleńca przez dalszym terroryzowaniem wsi i nie dopuścić do tragedii, jaka z jego powodu mogła się stać.  Jednakże w wyniku ich interwencji prześladowca zmarł, a oni (wraz z jeszcze dwoma innymi mężczyznami) zostali oskarżeni o morderstwo.

Prawdziwe wydarzenie, które rozegrało się we Włodowie było idealnym materiałem na poważny, mocny dramat, zadający odważne pytania i nie bojący się szukać na nie odpowiedzi.  Film ten mógł być szerszym spojrzeniem na prawdziwą historię, pełnym opisem wydarzeń, które rozegrały się prawie sześć lat temu.  Obrazem, który zbierałby poszczególne informacje, jakie napływały do nas swego czasu z mediów i w mocny sposób przedstawiał ten kawałek prawdziwego życia.  Mógł być filmem zastanawiającym się jak daleko można posunąć się w obronie samego siebie i swoich bliskich.  Zadającym pytanie czy w pewnych przypadkach wolno wymierzać sprawiedliwość na własną ręką, jak daleko może wykraczać obrona własna.  Gdzie leży ta cienka granica między obroną samego siebie, swoich bliskich, a czynem karalnym?  Mógł być obrazem portretującym zło, któremu chwilami nie sposób się przeciwstawić, wobec którego w pewnych sytuacjach jest się całkowicie bezsilnym.  Obrazem sytuacji z której nie ma dobrego wyjścia, w którym każda decyzja będzie zła.  Mógł być ale niestety nie jest.  W tej historii leżał ogromny potencjał, który nie został ani w odrobinie wykorzystany.  Niestety "Lincz" nie udał się i to potwornie.

Przez cały seans miałem nieodparte wrażenie, że twórcy nie wiedzieli jak zabrać się za ten dość trudny temat.  Jak do niego podejść, od jakiej strony najlepiej go pokazać, by w przekonujący sposób wypadł na ekranie.  To ich niezdecydowanie jest niestety okropnie widoczne i psuje ono cały seans, bo powoduje, że film Łukaszewicza jest strasznie nijaki.  To - szczególnie na początku - zlepek nudnych scen, chwilami połączonych jakby zupełnie przypadkowo, nie tworzących żadnej logicznej czy spójnej całości.  Scen, którym nie udaje się odpowiednio wprowadzić w mającą rozpędzić się akcję, ani skutecznie podnosić napięcie, w oczekiwaniu na rozwój wydarzeń.  Zupełnie niepotrzebnie zastosowano tu zabieg zaburzonej chronologii, do tego w sposób strasznie nieumiejętny, przez co raz przeskakujemy co chwila między przeszłością, a tym co nastąpi, a raz utykamy w jednym czasie na dłużej, zapominając jednocześnie o tym co dzieje się wcześniej/później.  Te podróże w czasie wprowadzają do tej produkcji jedynie  niepotrzebny zamęt i chaos.  Obraz ten zamiast wyjaśniać, odpowiednio budować i prowadzić tę historię, rozmywa się na luźne obserwacje, zamiast intrygować, pokazywać bohaterów z różnych stron, jedynie udziwnia prostą opowieść, która prostą powinna pozostać.

"Lincz” charakteryzuje się niestety jedną z kilku okropnych przypadłości polskiego kina, które przez ostatnie lata, powoli zaczęło z niej wychodzić, coraz bardziej jej unikać.  Mam tutaj na myśli zasadę w myśl której zamiast pokazywać coś na ekranie, jedynie mówi się o tym co akurat się dzieje lub działo.  Twórcy nie dają nam szansy na zobaczenie całych sytuacji, wielokrotnie jedynie o nich wspominają w nieistotnych rozmowach.  Zastępują nam obraz niepotrzebnymi dialogami, zamiast bez słów zszokować nas obrazem, odebrać nam nim mowę, wolą dosłownie opowiadać przeszłe wydarzenia.  Co więcej sporo scen, w których leżał jakiś, mały bo mały, ale jednak potencjał, urywanych jest tu nagle, ściemnianych do następnych, zanim dopiero zaczną nabierać na sile, zanim zaczną sie rozkręcać.  Inne natomiast, są tu kompletnie niepotrzebne, bo nic nie wnoszą do historii, służą jedynie jako szybki łącznik ale trwają w nieskończoność i są nadmiernie przedłużane.  Tak jakby twórcy bali się pokazać nam prawdziwe emocje, jakby bali się, ze ich obraz będzie zbyt mocny i specjalnie go osłabili.  A ten nie jest nawet brutalny, jak można było na początku sądzić, bo sceny przemocy pokazane są tu w nieprawdopodobnie nijaki, bezosobowy sposób.  Nakręcone bez pazura, niedbale, jakby były zupełnie nieistotne.

Nie czuć w tym filmie żadnych emocji, wszystko jest tu powiedziane, dosłownie odegrane.  Ile razy na ekranie pojawia się oprawca, tyle razy aktorzy wcielający się w postacie mieszkańców wsi, robią wielkie oczy, z przerażenia zastygają w miejscu.  I tyle.  Ich przeogromny strach o siebie, o swoich bliskich nie udziela się nam w trakcie seansu, nie przechodzi naturalnie na publiczność.  Twórcom niestety nie udało się przetransferować strachu bohaterów na nas, przez co nie jest on współ odczuwalny, dzięki czemu kolejne minuty z podstarzałym mężczyzną na ekranie byłyby wręcz fizyczną torturą.  Nie udało się to ponieważ o bohaterach wiemy tyle co nic.  Ot zwyczajni ludzie, normalni mieszkańcy, niczym specjalnie się nie wyróżniający.  W czasie seansu dowiadujemy się jedynie jak mają na imię, widzimy od czasu do czasu jak z przerażeniem czekają na kolejny ruch mężczyzny i koniec.  Reżyser nie daje nam szansy by się do nich zbliżyć, by móc odczuwać wraz z nimi tę bezsilność wobec zaistniałej sytuacji, to przerażenie o swoje i innych życie.  Co więcej nawet o samym prześladowcy nie wiemy zbyt wiele.  Czemu nachodzi sąsiadów, dlaczego posuwa się do takich czynów, przez co nawet nie otrzymujemy okazji by spróbować zrozumieć jego zachowanie.

Bohaterowie "Linczu" są tylko wydmuszkami prawdziwych osób, poruszającymi się ciałami.  Brakuje w tym obrazie ewolucji postaci, jakiegokolwiek ich rozwoju.  Brakuje przejścia od zastraszonych, zdziwionych postępowaniem mężczyzny sąsiadów w ludzi zdolnych do morderstwa w obronie własnej i swoich bliskich.  Źle wypadają również dialogi, a raczej szczątki jakie zamiast nich są wypowiadane przez bohaterów, bo inaczej tego nazwać nie można.  Do całości wnoszą one tyle co nic, częściej irytując swoją nijakością i sztucznością niż do czegoś się przydając.  Przez większą część seansu zupełnie nie obchodzi nas los bohaterów, ani to co wkrótce się z nimi stanie.  A ponieważ dokładnie znamy tę historię, wiemy jak się ona skończy, tym bardziej jej rozwój jest mało interesujący.  Reżyserowi niestety nie udała się trudna, bo trudna, ale jednak możliwa do wykonania sztuka, by dobrze znaną historię opowiedzieć w na tyle pasjonujący i ciekawy sposób, by wydała się nowa, nieznana.  By niejako wymusić swoim obrazem abyśmy podczas seansu o niej zapomnieli i chłonęli jak oryginalną, po raz pierwszy zasłyszaną opowieść.  Nie udało mu się wciągnąć w filmową rzeczywistość, spowodować pełnego w niej zanurzenia na niespełna dwie godziny seansu.

Jakby tego było jeszcze mało, na dokładkę dochodzi jeszcze potworna, podniosła i pompatyczna muzyka, która niszczy nawet te sceny, które same w sobie nie wypadły aż tak źle.  Składa się ona z kilku wciąż, aż do znudzenia, powtarzanych kompozycji, ani trochę do siebie nie pasujących, zupełnie jakby pochodziły z kilku odmiennych filmów.  Takie niezdecydowanie się na jeden wspólny motyw przewodni powoduje, że co chwila zmienia się klimat tej opowieści, a przez swoje niepotrzebne rozbuchanie muzyka podnosi ten obraz do zbyt wielkich rozmiarów, przez co sceny, które mogły być wielkie i niesamowicie silne w swoim skromnym wymiarze, stają się niezamierzenie zabawne.  Bo na przykład gdy bohaterowie jadą starym samochodem po piaszczystych, wyboistych drogach z łopatami i kijami w rękach, a w tle wybrzmiewa muzyka niczym z zagranicznego widowiska o najwyższym budżecie, to obrazek taki wygląda jak jakaś okropna karykatura.  Aż żal się robi.  Na plus (taki prawdziwy, mocny plus) zaliczyć można jedynie trzy punkty tej produkcji.  Dwa występy - Izy Kuny i Wiesława Komasy oraz ładne ponure zdjęcia Witolda Stoka.  Za resztę podziękuję.

18:35, milczacy_krytyk , 03
Link Komentarze (4) »
czwartek, 19 maja 2011
Magia kłamstwa - sezon II

truth hurts

Magia kłamstwa - sezon IIMagia kłamstwa - sezon II (2009-2010) USA

reżyseria: Dan Sackheim, Michael Offer, James Hayman, Timothy Busfield, Eric Laneuville, Terrence O'Hara, Michael Zinberg, Elodie Keene, Vahan Moosekian, James Whitmore, Jr., Roxann Dawson, Paul McCrane, Lesli Linka Glatter
scenariusz: Elizabeth Craft, Sarah Fain, Nick Santora, Sharon Lee Watson, Matt Olmstead, Alexander Cary, T.J. Brady, Rasheed Newson, Ethan Drogin, Heather Thomason, Tim Clemente, David Ehrman, Ethan Drogin, Daniel Voll, Kevin Townsley, Sharon Lee Watson, Jameal Turner, David Graziano
aktorzy: Tim Roth, Kelli Williams, Brendan Hines, Monica Raymund, Hayley McFarland, Mekhi Phifer, Melissa George
muzyka: Robert Duncan
zdjęcia: Jerry Sidell, Joseph Gallagher, Alan Caso
montaż: David Post, Rick Tuber, Devon Greene

 (5/10)

Ogromny spadek formy.  Po naprawdę niezłym sezonie pierwszym, druga seria "Lie To Me" wyraźnie odstaje od poprzednich odcinków.  Nic dziwnego, że oglądalność tego serialu malała w USA z prawie (i tak niewielkich) 8 milionów widzów przy pierwszym epizodzie, do ledwo ponad 4 milionów, które obejrzało finał.  I choć sezon ten otrzymał pełne 22 odcinki (pierwszy miał jedynie 13), to właśnie ze względu na słabnącą popularność, w trakcie jego emisji, został podzielony na dwie części.  Pierwsze 10 odcinków ujrzało światło dzienne od września do grudnia 2009 roku.  Na kolejne 12 epizodów widzowie musieli czekać aż do czerwca, bo zostały przeniesione na sezon letni, charakteryzujący sie zdecydowanie słabszą konkurencją.  Sezon ten jest potwornie nierówny.  Pierwsze epizody trzymają jeszcze poziom znany z poprzedniej serii, ale następne rozczarowują, nudzą i męczą.  Niektóre mijają niesamowicie szybko, inne ciągną się w nieskończoność.  Czuć, że twórcy chcieli pokazać coś innego, zaskoczyć widzów nietypowymi sprawami, ale przedobrzyli i to bardzo.  Kolejne odcinki są przekombinowane, udziwniane na siłę, nieprzekonujące.

Zupełnie jakby przy serialu tym pracowało zdecydowanie zbyt wiele osób i każda z nich chciała dorzucić swoje trzy grosze.  Luźne pomysły, pochodzące jakby z zupełnie odmiennych produkcji są tu wrzucone luzem, razem do jednego worka.  Natkniemy się tu i na sprawy związane z wojną, mówiące o gangach, seryjnych mordercach, nielegalnym hazardzie, rodzinnych rozterkach, a nawet UFO.  Niestety ale co za dużo to nie zdrowo.  Każda sprawa jest o czym innym, każdy odcinek prezentuje zupełnie inne podejście do tematu.  Poszczególne odcinki nie łączą się ze sobą, nie ma w nich żadnej ciągłości, nic tu z siebie nie wynika.  Bohaterowie są jedynie pionkami w grze, potrzebnymi wyłącznie do rozwiązania kolejnych śledztw, do niczego więcej.  Nie dowiadujemy się o nich jak i o ich życiu prywatnym niczego konkretnego, niczego co mogłoby nas zainteresować, przywiązać do nich, sprawić, że staliby się nam bliżsi.  Jedynie epizody, które skupiają się na zwykłych ludziach i ich problemach ciekawią odrobinę i przytrzymują na dłużej przed ekranem.  Pozostałe są niestety zupełnie nie trafione, przez co kompletnie nie rusza nas jak się zakończą, kto okaże się być kłamcą, a kto nie.

Podstawowym zadaniem każdego odcinka każdego serialu jest (obok opowiadania ciekawej, interesującej historii, którą dobrze się ogląda), przyciągnięcie do siebie, uzależnienie, tak aby widz w niecierpliwości czekał na każdy kolejny epizod.  By data premiery danego serialu wbiła mu się do głowy, by nie śmiał o niej zapomnieć i co tydzień z wypiekami na twarzy śledził losy bohaterów.  W przypadku drugiego sezonu "Magii kłamstwa" nie dość, że nie czekałem na kolejne epizody, to jeszcze wielokrotnie nie chciało mi sie ich oglądać.  Mam niestety taką potworną przypadłość, że to co zacznę, muszę zrobić do końca.  Skoro więc zdecydowałem się na oglądanie drugiej serii, przemęczyłem się przez wszystkie dwadzieścia dwa odcinki aż do finału.  Po trzeci sezon na pewno już nie sięgnę.

19:04, milczacy_krytyk , serial
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 maja 2011
Tożsamość

details

TożsamośćTożsamość (2011) Francja, Japonia, Kanada, Niemcy, USA, Wielka Brytania

reżyseria: Jaume Collet-Serra
scenariusz: Oliver Butcher, Stephen Cornwell
aktorzy: Liam Neeson, Diane Kruger, January Jones, Aidan Quinn, Bruno Ganz, Frank Langella, Sebastian Koch, Olivier Schneider, Stipe Erceg, Rainer Bock, Mido Hamada, Clint Dyer, Karl Markovics, Eva Löbau
muzyka: John Ottman, Alexander Rudd
zdjęcia: Flavio Martínez Labiano
montaż: Timothy Alverson

na podstawie: powieści "Out of My Head" Didier'a Van Cauwelaerta

 (7/10)

Doktor Martin Harris wraz z żoną przyjeżdża do Berlina na kilkudniową konferencję naukową.  Weźmie na niej udział w kilku spotkaniach z innymi profesorami.  Od razu po przylocie do stolicy Niemiec, zatrzymuje się w ekskluzywnym hotelu, w którym zauważa, że jego bagaż jest niekompletny - brakuje jednej walizki.  Zostawia więc żonę i wraca taksówką na lotnisko by odebrać przez przypadek pozostawioną tam walizkę.  Pech chce, że w czasie przejazdu wydarza się wypadek, a auto, którym jedzie bohater, wpada do rzeki.  Cudem uratowany Harris zapada jednak w czterodniową śpiączkę.  Po przebudzeniu nie pamięta zbyt wiele, jest pewien jedynie swojego nazwiska i tego, że gdzieś w ogromnym mieście jest jego żona.  Wkrótce udaje mu się ją odnaleźć, ale wtedy rozpoczyna się prawdziwy koszmar - żona nie poznaje go, traktuje jak zupełnie obcego mężczyznę, a co gorsza towarzyszy jej mężczyzna nazywający się... Martin Harris.  Bohater coraz bardziej zaczyna wątpić w swoje wspomnienia i swoją tożsamość, tracąc pewność co jest prawdą, a co nie.  Próbując dowiedzieć się dlaczego żona nie chce się do niego przyznać, ściąga na siebie pewnego niebezpiecznego mężczyznę, który zaczyna dybać na jego życie.

"Tożsamość" to porządny, bardzo dobrze poprowadzony thriller, który od samego początku świetnie trzyma w napięciu.  Ciekawi, intryguje i interesuje od pierwszy scen, błyskawicznego rozpoczęcia, które wrzuca nas w centrum akcji, przez kolejne coraz bardziej zaskakujące sytuacje, aż po sam koniec, do niezłego zakończenia, w czasie którego cała intryga znajduje swoje rozwiązanie.  Sporo tu akcji, szybkich scen, bieganin i pościgów.  W połowie obraz ten jednak kilka razy odrobinę za bardzo zwalnia, ale całe szczęście tylko na chwilę, tak więc w momentach, gdy już powoli zaczynamy się nudzić, akcja znów przyspiesza, na ekranie zaczyna się więcej dziać i produkcja ta wraca do właściwej formy.  Przyczepić można się też trochę do zakończenia, które podzielone jest na dwie części i po tym pierwszym, w którym dowiadujemy się kim jest główny bohater i czemu został "zapomniany", następuje kolejny finał, już zdecydowanie mniej przekonujący, który pokazuje bohatera w zupełnie innym świetle, a jego postępowanie staje się mniej logiczne niż poprzednio.  Choć z drugiej strony jest to w pełni zrozumiałe, bo inna końcówka z takim bohaterem, byłaby zdecydowanie zbyt kontrowersyjna, bardzo ryzykowna i chyba nie do zaakceptowania przez większość widzów.

W takim filmie, jakim jest "Tożsamość" obok udanego, wciągającego rozwinięcia, chyba najważniejsze jest to by posiadał on nie głupie zakończenie, które w przekonujący sposób wyjaśni zaistniałą na początku seansu sytuację.  I co bardzo ważne film ten pod tym względem daje radę (oczywiście jeśli zaakceptuje się drugie, trochę dyskusyjne zakończenie).  Choć w połowie seansu można pomyśleć, że twórcy nie wybrną z sytuacji, którą sami stworzyli, że nie uda im się logicznie wyjaśnić wydarzeń jakie miały miejsce, bo tak mocno zakręcili, zaplątali swoją opowieść, to jednak jakimś cudem wychodzą z tej potyczki o sensowne rozwiązanie obronną ręką.  Udaje się im uniknąć gigantycznych dziur w fabule, nieprzekonujących naciągnięć i denerwujących uproszczeń, które od razu rzucałyby się w oczy i psułyby radość z oglądania tego obrazu.  Co ważne nawet sytuacje, które na początku wydają się niemożliwe do wytłumaczenia, rozwiązywane są tu w całkiem satysfakcjonujący sposób.  Oczywiście wdarło się do scenariusza trochę przypadkowości, ale nie jest jej aż tak wiele, jak w innych obrazach, za co spory plus.

I choć produkcja ta to nie świeżynka, filmów o ludziach szukających swojej prawdziwej tożsamości, było w kinie już trochę, to nie ogląda się jej jak sklejki z innych obrazów.  Tak, gdy na chłodno pomyśli się, widać od razu, że to wszystko gdzieś już widzieliśmy, ale jako całość obraz ten spisuje się wyjątkowo dobrze, sprawiając wrażenie bardzo zgrabnej, pomysłowej historii.  Może to dlatego, że materiał wyjściowy do tego filmu był bardzo solidny - scenariusz został oparty na książce, i stąd taka pewność w tej opowieści.  Faktem jest jednak to, że "Tożsamość" ogląda się naprawdę dobrze i przez cały seans czuć, że twórcy wiedzieli co chcieli nakręcić, co chcieli widzom pokazać i konsekwentnie, z wielką pewnością, rozwijają swoją historię.  Skojarzenia do innych obrazów nasuwają się same (ale nie przeszkadzają w czasie seansu), szczególnie do "Frantica" Romana Polańskiego.  To oczywiście nie ta sama klasa, ale całe szczęście film ten nawet nie próbuje dorównać do tej fantastycznej produkcji.  Ma być dobrą rozrywką, trzymającym w napięciu thrillerem i tym właśnie jest, pod tym względem sprawdza się bardzo dobrze.

Najsłabszym punktem tej produkcji są niestety występujący w niej aktorzy.  Sporo tu bardzo znanych nazwisk, ale niewiele z nich sprawdziło się w swoich rolach.  Okropnie wypadła January Jones, którą bardzo lubię za rolę w fenomenalnym serialu jakim jest "Mad Men".  Tutaj przybrała jeden wyraz twarzy, na którym przejechała przez cały seans.  Była sztywna, nijaka i całkowicie nieprzekonująca jako żona wypierająca się męża.  Pojawiający się w tle Bruno Ganz i Frank Langella zagrali poprawnie, ale ich role są raczej epizodyczne i na ogólny odbiór występów nie mają większego wpływu.  Przeciętnie z rolą poradziła sobie też Diane Kruger, która (co trochę jest dla mnie dziwne) gra tutaj imigrantkę, która mówi łamaną angielszczyzną, za to płynnym niemieckim.  Widać można i tak.  Z całej obsady najlepiej wypada więc trochę sztywny Neeson, co jest dla mnie sporym zaskoczeniem, bo przed seansem obawiałem się, że to on będzie tu najsłabszym ogniwem.  Okazuje się jednak, że nie i jako zagubiony mąż poszukujący odpowiedzi na temat swojej tożsamości, prezentuje się naprawdę nieźle.

16:15, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2