Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
niedziela, 30 maja 2010
www.strach
głupota nie zna granic...

www.strachwww.strach (2002) USA

reżyseria: William Malone 
scenariusz: Josephine Coyle 
aktorzy: Stephen Rea, Natascha McElhone, Stephen Dorff, Elizabeth McKechnie, Nigel Terry, Jeffrey Combs, Amelia Shankley, Udo Kier, Siobhan Flynn, Birthe Wolter, Matthias Schweighöfer, Amelia Curtis, Gesine Cukrowski
muzyka: Nicholas Pike 
zdjęcia: Christian Sebaldt 
montaż: Alan Strachan
 

 (2/10)

Przez Nowy Jork przetacza się fala przedziwnych morderstw.  W bardzo krótkim czasie giną cztery kompletnie sobie obce osoby, każda w zupełnie inny sposób. Jedyne co je łączy to przedziwna strona internetowa, na którą weszły na 48 godzin przed śmiercią.  Wszystkie również doświadczyły halucynacji, w czasie których widziały przedziwną białą dziewczynkę z piłką.  Co gorsza w tym samym czasie seryjny morderca "doktor" więzi swoją kolejną ofiarę, a przeprowadzane na niej tortury bezpośrednio transmituje w sieci.  W obu dochodzeniach biorą udział policjant Mike i epidemiolog Terry.  Nie pytajcie mnie czemu obejrzałem ten film, bo sam nie wiem i żałuję, że w ogóle się za niego zabrałem.  "ww.strach" jest bowiem obrazem, który z każdą kolejną minutą staje się coraz bardziej idiotyczny, durny i naciągany.  Pod koniec nic tu już nie ma sensu, a bezcelowymi i pustymi pokazówkami, którymi oślepiają nas twórcy, można by spokojnie obdarować z tuzin równie nieudanych horrorów.

Z reguły staram się nie czepiać filmów i skupiać się na plusach, ale w tym wypadku nie mam nawet małego punktu zaczepienia, bo tylu idiotyzmów i oczywistych durnot nie jestem w stanie znieść w jednym filmie.  W obrazie Malone nic się ze sobą nie klei.  Ciągle zmieniają się główni bohaterowie, poszczególne wątki zupełnie do siebie nie pasują, a kolejne sceny są jakby wyciągnięte z zupełnie innych filmów.  "ww.strach" chce być wszystkim po trochu: i horrorem o dziwnej dziewczynce, i kryminałem o zagadkowych morderstwach, i thrillerem o okropnym mordercy. W efekcie jest zlepkiem nielogicznych obrazów, które zamiast straszyć jedynie śmieszą, z których kompletnie nic nie wynika, które są bezsensowną i ciężkostrawną papką.  O pozbawionych jakiejkolwiek logiki zachowaniach bohaterów nawet nie ma co pisać, bo w filmie tym prawdziwych postaci nie uświadczymy.  Z minuty na minutę film Malone staje się coraz to głupszy, aż w końcu dochodzi do tak durnego finału, że aż żal patrzeć.  Omijać szerokim łukiem!

Tagi: horror
21:50, milczacy_krytyk , 02
Link Komentarze (2) »
czwartek, 27 maja 2010
Funny Games U.S.

entertainment

Funny Games U.S.Funny Games U.S. (2007) Austria, Francja, Niemcy, USA, Wielka Brytania, Włochy

reżyseria i scenariusz: Michael Haneke 
aktorzy: Naomi Watts, Tim Roth, Michael Pitt, Brady Corbet, Devon Gearhart, Boyd Gaines, Siobhan Fallon, Robert LuPone, Linda Moran, Susanne C. Hanke
zdjęcia: Darius Khondji
montaż: Monika Willi
 

 (9/10)

Podobno zrealizowane w 2007 roku "Funny Games U.S." jest dokładną kalką powstałego dziesięć lat wcześniej austriackiego "Funny Games", nakręconego także przez Michaela Haneke.  Reżyser chcąc przedstawić tę historię amerykańskiej publiczności odtworzył swój film, zmieniając w nim jedynie odtwórców głównych ról, na znanych szerszej publiczności aktorów, oraz tłumacząc dialogi na język angielski.  Zupełnie tak jakby jego film był sztuką, którą zdecydował się wystawić w innym kraju.  Mając więc do wyboru praktycznie identyczne oryginał, lub remake wybrałem ten drugi ze względu na występującą w nim Naomi Watts, którą uwielbiam od czasu fantastycznego "The Ring".  W przyszłości z ciekawości pewnie obejrzę również i oryginał, by zobaczyć czy reżyserowi udało się z równym powodzeniem wejść dwa razy do tej samej rzeki.  Haneke przedstawia nam w swoim filmie historię spokojnej rodziny, która przyjeżdża na wakacje do swojego domu nad jeziorem.  Słuchają muzyki poważnej, dobrze się rozumieją, są zamożni i ułożeni.  Pierwsze chwile po przyjeździe do domu to czysta sielanka - przygotowywanie łódki, gotowanie obiadu.  Dobry czas skończy się jednak wyjątkowo szybko, wraz z pojawieniem się przy drzwiach dwóch młodych chłopaków, ubranych na biało.  Sterroryzują oni rodzinę, unieruchomią męża i założą się z bohaterami o to, czy za 12 godzin rodzina będzie nadal w komplecie...

Ten film to gra.  Po pierwsze gra pomiędzy bohaterami tej historii: między napastnikami a niewinną rodziną, która jest całkowicie zdana na łaskę (i nie łaskę) chłopaków.  Ale to także gra pomiędzy widzami a reżyserem, który bawi się oczekiwaniami publiczności, który łamie schematy by pokazać jak bardzo jesteśmy przyzwyczajeni do sztucznej rozrywki.  To film nieszablonowy, który pogrywa sobie z widzem, bo ten znając typowe dla tego typu kina schematy, podświadomie ich oczekuje, a otrzymuje coś zupełnie innego. Bo ta historia rozwija się zupełnie inaczej, często podążając w zupełnie innym kierunku niż można by było sądzić.  Jest zaskakująca właśnie ze względu na to łamanie utartych kierunków rozwoju akcji i podążanie innymi drogami.  Tak jakby Haneke mówił do nas:" popatrzcie, w normalnym filmie stałoby się teraz to, u mnie będzie inaczej".  Jego film jest przerażający, szokujący i niezwykle intensywny, pomimo, że nie epatuje przemocą.  Praktycznie nie pokazuje nam jej, ograniczając ją do minimum.  W mocniejszych momentach odwraca kamerę w inną stronę, skupiając się na zwykłych przedmiotach lub na bohaterach jak na przykład w scenie pierwszej śmierci, w czasie której widzimy jak jeden z oprawców przygotowuje sobie kanapkę, a my w tle słyszymy tylko krzyki i możemy się domyślać co takiego dzieje się w pokoju obok.

I to jest niezwykłe w tym filmie.  Z jednej strony nie idąc w kierunku dosłownego przedstawiania scen przemocy Haneke brutalnie pokazuje nam, że w gruncie rzeczy właśnie na nią czekaliśmy zasiadając do tego filmu.  Haneke robi nam na złość nie prezentując żadnych mocniejszych scen, jednocześnie wyśmiewając nasze oczekiwanie na tego typu momenty.  Pogrywa sobie z naszymi oczekiwaniami, pokazując, że nawet jeśli baliśmy się oglądać jego film, to zrobiliśmy to czekając na mocniejsze fragmenty i to jest złe.  Pokazał, że nawet jeśli się do tego nie przyznajemy, to właśnie po to oglądamy tego typu produkcje, by bać się tego co nadejdzie.  Pokazał, że zawiedliśmy się nie otrzymując tego czego oczekiwaliśmy.  Jego film to krytyka rozrywki opartej na przemocy, na brutalności, której w dzisiejszych czasach wszędzie pełno i na którą nie zwracamy już właściwie uwagi, bo stała się czymś normalnym, czymś naturalnym.  Krytyka filmów, których jedynym celem jest prezentowanie wymyślnej przemocy ku uciesze publiczności.  Haneke dodatkowo buduje niezwykle wysokie napięcie i aranżuje trudne do wytrzymania sceny, które mówią niebezpośrednio o przemocy i tak mocno oddziaływają na naszą wyobraźnię, że wystawiają naszą wytrzymałość na nie małą próbę.  To taki policzek w twarz: chcieliście mocnych wrażeń to je teraz macie.  Haneke pyta się nas nawet w pewnym momencie z ekranu czy mamy już dosyć, czy chcemy jeszcze więcej, bo skoro włączyliśmy ten film to wiedzieliśmy na co się piszemy.  Dziwi się, że skoro zdecydowaliśmy się go oglądać, to dlaczego teraz nie możemy wytrzymać przed ekranem?

Jego film jest tak intensywny i poruszający bez wątpienia dzięki aktorom, którzy fantastycznie wcielili się w swoich bohaterów.  Są oni naturalni, niezwykle przekonujący i ani przez chwilę nie mamy wrażenia, że tylko odgrywają swoje role.  Perfekcyjna jest tu po pierwsze Watts, świetnie spisali się również Pitt i Corbet jako młodzi oprawcy, a także Roth, po którym nie spodziewałem się niczego wielkiego bo w "Magii kłamstwa" grał trochę sztywno.  Film Haneke niezwykle dobrze trzyma w napięciu i buduje niesamowicie napiętą atmosferę za pomocą prostych, statycznych scen, w  których na pozór nic wielkiego się nie dzieje.  Dzięki nim przez cały seans, od pierwszej do ostatniej sceny siedzimy jak na szpilkach, nie mogąc się poruszyć.  Wykańczające jest tu okropne oczekiwanie na przyszłe wydarzenia, na następny ruch oprawców.  "Funny Games" to obraz niezwykle realistyczny, wstrząsający i szokujący.  Obraz pozbawiony praktycznie jakiejkolwiek muzyki, który rozwija się w okropnej, trudnej do zniesienia ciszy.  Najbardziej przerażające jest w nim jednak to jak z pozoru mili i grzeczni są oprawcy.  Przez cały czas są bowiem spokojni, uprzejmi, nie podnoszą głosu, nie denerwują się.  Jednocześnie spod tej uśmiechniętej maski widać trudne do opisania, czające się wewnątrz nich zło.  Bawią się oni zaistniałą sytuacją, bawią sie bohaterami mogąc zrobić z nimi dosłownie wszystko. 

Świetnie jest tu oddana bezsilność bohaterów, ich całkowita niemoc.  Cokolwiek bowiem nie zrobią, od razu obróci się to przeciwko nim, cokolwiek nie wymyślą z pewnością im się to nie uda, bo nie ma wyjścia z tej beznadziejnej sytuacji.  Tym razem nie będzie happy endu, nie będzie pocieszenia.  Haneke nagina rzeczywistość, zmienia wydarzenia w trakcie ich trwania, pyta się bezpośrednio widzów o to komu kibicują.  Pokazuje tym jednocześnie, że to co oglądamy na ekranie to tylko fikcja, zaaranżowane przedstawienie.  Z jednej strony karze nam przejąć się losem bohaterów, karze przeżywać z nimi te okropne wydarzenia, z drugiej strony jednocześnie pyta się nas po co się nimi tak emocjonujemy, skoro wszystko to jest jedynie filmem.  Haneke za pomocą niestandardowych zagrań przypomina nam, że obrazy na ekranie są jedynie wymysłem, fikcją, że nie powinniśmy się w nie tak angażować, bo nie są prawdziwe. Dlatego może zdarzyć się tutaj wszystko, bo tak chce pan tego świata czyli reżyser.  Pokazuje, że przestaliśmy traktować telewizję jak prostą rozrywkę, a stała się ona odzwierciedleniem rzeczywistości, czymś czym oczywiście tak naprawdę nie jest.  Bo rzeczywistość jest dużo bardziej skomplikowana i brutalna niż jej obrazkowe przedstawienie.  Po tak poruszającym seansie potrzebny jest czas na odpoczynek, na ochłonięcie.  Bo "Funny Games" nie jest filmem, który można oglądać na spokojnie, po którym można bez problemu wrócić do codziennego życia.  Potrzebny jest po nim czas na przemyślenie całości, na zastanowienie się w ciszy nad tym co pokazał nam reżyser.  A naprawdę jest nad czym myśleć.

Tagi: dramat
13:49, milczacy_krytyk , 09
Link Komentarze (5) »
sobota, 22 maja 2010
Książę Persji: Piaski Czasu

destiny

Książę Persji: Piaski czasuKsiążę Persji: Piaski czasu (2010) USA

reżyseria: Mike Newell
scenariusz: Boaz Yakin, Carlo Bernard, Doug Miro, Jordan Mechner
aktorzy: Jake Gyllenhaal, Gemma Arterton, Ben Kingsley, Alfred Molina, Steve Toussaint, Toby Kebbell, Richard Coyle, Ronald Pickup, Reece Ritchie, Gísli Örn Gar?arsson, Claudio Pacifico, Thomas DuPont
muzyka: Harry Gregson-Williams
zdjęcia: John Seale
montaż: Michael Kahn, Mick Audsley, Martin Walsh

na podstawie: gry wideo "Książę Persji"

 (6/10)

Dastan jako kilkuletni chłopak, dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, został przygarnięty przez samego króla Persji Sharamana, któremu zaimponował hart ducha młodego człowieka, jego odwaga i dobre serce.  Przez całe swoje późniejsze życie Dastan wychowywał się na dworze króla, będąc traktowanym na równi z jego prawdziwymi synami.  Piętnaście lat później wraz z nimi wyrusza na wyprawę wojenną, której celem staje się między innymi święte miasto Alamut, rządzone przez księżniczkę Tamine, które najprawdopodobniej jest sojusznikiem wrogów Persów.  Po brawurowym zdobyciu miasta bracia kolekcjonują trofea: niezwykły sztylet ozdobiony czerwonym kamieniem, oraz białą ozdobną szatę modlitewną.  Tę drugą Dastan wręcza królowi w formie podarunku.  Chwilę po jej ubraniu król umiera, a Dastan oskarżony o morderstwo musi uciekać, by oczyścić swoje imię.  Wszystko wskazuje na to, że za tę zbrodnię odpowiedzialny jest jego starszy brat Tus, pragnący jak najszybciej zająć tron po wiekowym już ojcu.  W ucieczce naszemu bohaterowi towarzyszy księżniczka Tamina, której jedynym celem jest ochrona niezwykłego sztyletu.  Zrobi ona wszystko by nie trafił on w niepowołane ręce.  A jest czego bronić, bo ma on nieprawdopodobne zdolności - za jego pomocą można bowiem cofać czas...

Nie porwał mnie niestety ten film.  Nie potrafiłem się wciągnąć w opowiadaną przez twórców historię, nie potrafiłem z nią w pełni popłynąć.  Zaczynam się powoli zastanawiać, czy to ten rok jest taki słaby, czy po prostu znudziły mi się już takie historie i oglądanie ich nie sprawia mi już takiej przyjemności jak chociażby rok temu.  Nie mogę oczywiście powiedzieć, że "Książę Persji" to zły film, bo w porównaniu do na przykład tragicznego "Starcia Tytanów" sprawdza się on całkiem dobrze, ale jednak czegoś mi w tej produkcji zabrakło, dlatego choć w czasie seansu zębami nie zgrzytałem, to już po jego zakończeniu odczuwałem całkiem spory niedosyt.  Całe szczęście w produkcji tej bardzo dobrze czują się praktycznie wszyscy aktorzy, nie tylko ci pierwszoplanowi, ale także ci, którzy pojawiają się jedynie w kilku scenach, dzięki czemu postacie nie są denerwujące.  Warto zauważyć, że jak na blockbuster "Książę Persji" ma naprawdę ładną obsadę, w skład której wchodzą aktorzy, których normalnie w takim kinie nie uświadczymy. Mam tu na myśli oczywiście Bena Kingsley'a grającego wujka głównego bohatera, Alfreda Molinę wcielającego się w trochę komediową rolę Szejka Amara oraz znanego z fantastycznego serialu "Coupling" Richarda Coyle'a jako jednego z braci Dastana. 

Jake Gyllenhaal w roli lekkomyślnego i trochę naiwnego Dastana sprawdza się nadzwyczaj dobrze, w co ciężko było wierzyć przed premierą, bo dotąd aktor ten grał zupełnie inne role. Bardzo dobrze wypadła również partnerująca mu Gemma Arterton (właściwie to tylko z jej powodu zainteresowałem sie tym filmem), bo jej rola nie ogranicza się tyko do ładnego wyglądania na ekranie.  Tamina jest charakterna, temperamentna i całkiem ważna dla rozwoju akcji (choć jej ciągłe dopowiadanie kolejnych informacji na temat tego co trzeba zrobić ze sztyletem, w pewnym momencie staje się odrobinę denerwujące).  Początkowo jej dość ostra relacja z Dastanem i ciągłe docinki między nimi dodają energii i życia do tej opowieści.  Bardzo ładnie udały się też twórcom sceny cofania czasu, podczas których obraz zwalnia, następnie przyspiesza, a kamera oblatuje bohaterów pokazując ich ruchy w odwrotnej kolejności.  Niestety z pełnych plusów to by było na tyle, bo pozostałe elementy składowe tej produkcji są bardziej lub mniej rozczarowujące.   Zabrakło mi w tej opowieści humoru, bo niestety prócz słownych utarczek głównych bohaterów, za wiele go tutaj już nie ma.  Jeśli już pojawiają sie jakieś żarty, to są one jakby nie dograne do końca, nie w pełni wykorzystane, przez co albo przemijają prawie niezauważone, albo nie śmieszą tak bardzo jakby mogły.

Zabrakło mi również trochę więcej emocjonującej akcji, bo bardziej spektakularne sceny rozgrywają się dopiero pod koniec filmu, gdy po prawie dwóch godzinach nazbyt przegadanej i w efekcie momentami meczącej opowieści, nie za bardzo zależy już nam na bohaterach.  Ponadto filmowi nie służy zupełnie niesamowita zdolność sztyletu jaką jest cofanie czasu.  Wiemy bowiem, że bohaterowie w (prawie) każdej chwili mogą wcisnąć magiczny klejnot na jego końcu i cofnąć się na tyle w przeszłość, by uniknąć zagrożenia.  W związku z czym od początku wiadomo, że nic złego się im nie stanie, przez co kolejne potyczki, walki i ucieczki są mało emocjonujące i oglądamy je ze średnim zainteresowaniem.  Nic nas tutaj również nie zaskoczy, bo akcja biegnie dość liniowo, a to kto jest głównym złym charakterem wiadomo już z samych zwiastunów, a i w samym filmie można się tego prawie od razu domyślić, więc rewelacji nie ma.  Twórcy nie ustrzegli się również wielu typowych i bolesnych schematów, choć na początku bardzo sprawnie starali się ich unikać.  Mamy więc i obowiązkowe poświęcanie się dla dobra sprawy i obronę głównego bohatera przez konającego towarzysza podróży, który ostatkiem sił wypowie również kilka ważnych słów, a także publiczne przyznawanie się do błędu .  Całość kończy się natomiast przesłodzonym, trochę naiwnym i zbyt ckliwym zakończeniem.  Można, ale niekoniecznie.

23:56, milczacy_krytyk , 06
Link Komentarze (5) »
wtorek, 18 maja 2010
Samotny mężczyzna

moments of absolute clarity...

Samotny mężczyznaSamotny mężczyzna (2009) USA Najlepszy aktor - Colin FirthNajlepszy scenariusz adaptowanyNajlepsze zdjęciaDrugi najlepszy film roku 2010

reżyseria: Tom Ford 
scenariusz: Tom Ford, David Scearce 
aktorzy: Colin Firth, Julianne Moore, Matthew Goode, Nicholas Hoult, Keri Lynn Pratt, Ryan Simpkins, Adam Shapiro, Ginnifer Goodwin, Ridge Canipe, Teddy Sears, Paul Butler, Jenna Gavigan, Lee Pace
muzyka: Abel Korzeniowski oraz Shigeru Umebayashi 
zdjęcia: Eduard Grau 
montaż: Joan Sobel

na podstawie: powieści Christophera Isherwooda

 (10/10)

Brakuje mi słów by móc w pełni opisać jak niezwykłym filmem jest "Samotny mężczyzna".  Wiem bowiem, że cokolwiek bym nie napisał, będzie to tylko ciąg za wiele nie znaczących przymiotników i suchych określeń, nie tłumaczących nawet w niewielkim stopniu, dlaczego ten film jest tak rewelacyjny.  Jakkolwiek bym się nie starał, nie uda mi się oddać atmosfery jaką on wokół siebie rozsiewa, ani dokładnie opisać jakie uczucia wywołuje.  Jest to bowiem film, którego nie sposób po prostu oglądać.  To obraz, który się przeżywa, w którym się uczestniczy i którego odczuwa sie całym sobą.  Nie sposób powiedzieć przede wszystkim dzięki czemu się tak dzieje, bo jest on perfekcyjny pod każdym względem i na którąkolwiek z jego składowych byśmy nie spojrzeli, każda jest pierwszorzędna.  I nie mówię tego dlatego, bo jestem zaskoczony tak wysokim poziomem tego obrazu.  "A Single Man" był bowiem jedną z produkcji na które w tym roku oczekiwałem najbardziej.  Po części ze względu na nieprawdopodobnie piękny soundtrack naszego rodaka Abla Korzeniowskiego, po części przez hipnotyzujący i zagadkowy zwiastun, który przyciągał bardzo mocno do kina, oraz po części przez odtwórcę głównej roli Colina Firtha, którego bardzo lubię.  Siłą rzeczy z każdym kolejnym dniem poprzeczka dla tej produkcji podnosiła się więc coraz bardziej.  Film Forda z łatwością ją jednak przeskoczył.

 

Są takie obrazy, po których czujemy się bogatsi, po których zmienia się perspektywa, nasz sposób patrzenia na świat, na pewne sprawy.  Filmy, które tak wciągają w swój świat, że później bardzo trudno jest wrócić do normalnego życia, po których aż nie chce się wracać do codziennych spraw.  Filmy, które są jakby uduchowione, wzniosłe, którym udaje się uchwycić tę trudną do zdefiniowania niezwykłość życia.  "Samotny mężczyzna" jest bez wątpienia jednym z takich filmów.  To przepiękna historia George'a, wykładowcy akademickiego, żyjącego w Los Angeles lat sześćdziesiątych.  Osiem miesięcy temu w wypadku samochodowym zginął jego życiowy partner, z którym przeżył ostatnie 16 lat swojego życia.  Od tamtego zdarzenia George nie potrafi normalnie żyć.  Jest samotny, przeszedł jeden zawał serca i czuje, że jego życie nie ma już sensu.  Każdego ranka budzi się z bólem i uczuciem totalnego przytłoczenia.  Przez ostatnie miesiące nieustannie ma wrażenie, że tonie i nie jest w stanie nabrać nawet odrobiny powietrza.  Nie widząc dla siebie żadnej nadziei, postanawia wreszcie zakończyć swoje życie i pod koniec dnia, gdy załatwi wszystkie swoje ziemskie sprawy, odejść z tego świata.  Pociągnąć za spust nie będzie jednak tak łatwo jak na początku myślał, bo życie nadal ma mu sporo do zaoferowania…

 

"Samotny mężczyzna" w pewnym stopniu przypomina mi inny, perfekcyjny film o akceptowaniu nieuchronnego, a mianowicie „Źródło" Darrena Aronofskiego, które zachwyciło mnie trzy lata temu.  Film Forda jest bowiem również opowieścią o godzeniu się z losem, o akceptowaniu tego co się stało, o godzeniu się ze śmiercią najbliższej osoby.  To film mówiący o tym jak trudno jest się po takim doświadczeniu podnieść, jak trudno jest wrócić do normalnego życia, codziennych zajęć, sprawnego funkcjonowania.  To film pokazujący, że aby dalej żyć trzeba zerwać z przeszłością, odgrodzić się od niej, bo tylko w ten sposób uda się nam spojrzeć w przyszłość i podnieść po tragedii.  Ale jednocześnie jest to także opowieść o samym życiu, o jego urokach i niezaprzeczalnej jego niepowtarzalności i niezwykłości.  Opowieść o tych małych rzeczach, które powodują, że jest ono tak niesamowite i cenne.  O tych momentach absolutnej jasności - jak mówi sam bohater - w czasie których wszystko staje w miejscu, a najgłośniejsza wokół nas jest cisza, która spycha wszystkie inne dźwięki gdzieś w nicość.  Te chwile, których nie da sie zatrzymać, które trwają niezwykle krótko i równie szybko jak się rozpoczynają, bledną.  To właśnie dla tych chwil warto żyć, bo to one liczą się najbardziej, one powodują, że życie ma sens.  Te spotkania z przyjaciółką od serca, niezwykły zachód słońca z nieznajomym, czy dobre słowo od obcej osoby…

 

Przede wszystkim jest to jednak opowieść o (po prostu) miłości.  O potężnym, niezwykłym uczuciu, które dodaje wiatru w żagle i o pustce, która nagle po przerwanej miłości pozostaje i której nie sposób niczym wypełnić.  Opowieść przepełniona wieloma sprzecznymi uczuciami: melancholią, radością, tęsknotą za tym co minęło, co było tak perfekcyjne, piękne, idealne. Aż trudno uwierzyć, że "Samotny mężczyzna" to debiut reżyserki Toma Forda.  Jego film jest bowiem dokładnie przemyślanym, stonowanym i kameralnym dziełem sztuki.  To przepiękny, wysmakowany obraz, dopracowany w każdym kadrze, dopieszczony w każdej minucie.  Zbudowany z bardziej lub mniej luźnych scen, pokazujących ostatni dzień z życia bohatera, jego ostatnie wykłady, spotkania z sąsiadami i przyjaciółką.  To film składający się również z przeplatających się migawek z jego przeszłości, z odżywających nagle wspomnień, czy to w przeglądanych zdjęciach, czy w zaistniałych sytuacjach, lub odwiedzanych przez bohatera miejscach.  Film wzbogacony o zachwycające i niezwykle pomysłowe wyblakłe zdjęcia, które w chwilach gdy bohater zaczyna odczuwać na nowo pragnienia, nasycają się soczystymi barwami.  To właśnie w tych momentach, w jego wyblakły świat wkrada się powoli radość, nowa ochota do życia.  Zachwycające są tu również liczne zbliżenia na bohaterów, najczęściej na ich oczy, które dodają niezwykłej intymności i wrażliwości do tej historii.

 

Na koniec muszę jeszcze koniecznie napisać o fenomenalnym aktorze bez którego zupełnie nie wyobrażam sobie tego filmu.  Mam tutaj oczywiście na myśli Colina Firtha, którego występ w "Samotnym mężczyźnie" jest jednym z najlepszych w jego całej karierze.  Nie wyobrażam sobie by ktokolwiek inny mógł tak dobrze wcielić się w filmowego George'a, kto tak doskonale oddałby jego ból, emocje jakie nim targają.  Scena w której dowiaduje się on o śmierci swojego partnera i przeżywa tę informację wewnątrz siebie, to mistrzostw warte każdej nagrody.  Ogromna szkoda, ze w tym roku Oscar powędrował do po prostu dobrego Jeffa Bridgesa, a nie właśnie Colina Firtha.  Jego gra w "Samotnym mężczyźnie" jest perfekcyjna, oszczędna ale przepełniona emocjami, dopracowana w każdym szczególe i przemyślana od początku do końca.  Nie tylko widzimy bowiem jego ból, nie tylko współczujemy mu w tej sytuacji, ale co niesamowite, odczuwamy wszystkie jego emocje razem z nim, tak jakby były naszymi własnymi.   Nie mogę pominąć również w tej recenzji naszego rodaka Abla Korzeniowskiego, którego muzyka dosłownie zapiera dech w piersiach.  Buduje ona niezwykły klimat tej opowieści, nieprawdopodobnie wzmacnia cały film oraz jego przekaz.  Jest po prostu przepiękna i zupełnie nie mogę pojąć, dlaczego została niezauważona w tegorocznym rozdaniu statuetek.   Zasługuje bowiem na wszelkie wyróżnienia.

Zdecydowanie jeden z najlepszych filmów tego roku.  Z pewnością obejrzę go jeszcze nie raz.

Tagi: dramat
21:22, milczacy_krytyk , 10
Link Komentarze (12) »
niedziela, 16 maja 2010
Pozwól mi wejść

let me in

Pozwól mi wejśćPozwól mi wejść (2008) Szwecja

reżyseria: Tomas Alfredson 
scenariusz: John Ajvide Lindqvist 
aktorzy: Kare Hedebrant, Lina Leandersson, Per Ragnar, Henrik Dahl, Karin Bergquist, Peter Carlberg, Ika Nord, Mikael Rahm
muzyka: Johan Söderqvist 
zdjęcia: Hoyte Van Hoytema 
montaż: Tomas Alfredson, Daniel Jonsäter

na podstawie: książki Johna Ajvide Lindqvista Lat den rätte komma in

 (7,5/10)

Chyba jakieś dwa lata temu zaczął się trudny dla mnie do zrozumienia, prawdziwy szał na wampiry.  Od tamtego czasu są one wszędzie, w serialach telewizyjnych, w kinie, na kartach książek, nawet pojawiają się w prześmiewczych reklamach telewizyjnych.  Widzimy je w praktycznie każdej możliwej wersji: na poważnie, rozrywkowo, dla dorosłych, czy dla nastolatków.  Wyparły one nawet z kin takie monstra jak żywe trupy, które modne były na początku tego stulecia, a z każdym kolejnym rokiem jest ich coraz mniej w nowoczesnych horrorach.  Nastał czas krwiopijców i jakoś nie zanosi się na to, by szybko moda ta minęła.  W tym ogromnym zalewie historii o wampirach jest oczywiście sporo historii beznadziejnych, nie mających nic ciekawego do zaprezentowania, które ogląda się ze sporym  bólem głowy.  Zdarzają się również produkcje na tyle interesujące i wyróżniające się z tłumu, że nawet i taki sceptyk jak ja, jest w stanie się nimi zainteresować i zachwycić.

"Pozwól mi wejść" zapowiadało się właśnie na taki obraz i niewiele by brakowało, a mógłbym napisać, iż jest to jedna z niewielu perełek gatunku.  Film Afredsona ma bowiem zadatki na naprawdę wielkie i niezwykłe kino, ale jednak czegoś mi w tej produkcji zabrakło.  Ma ona swoje dobre momenty, ale jakoś nie powaliła mnie na łopatki.  Opowiada ona o dwunastoletnim Oskarze, który jest dręczony w szkole przez kilku chłopaków ze swojej klasy.  Naigrywają się z niego, nazywają świnką, dokuczają gdy tylko mogą.  Pewnego dnia chłopak spotyka Eli, rówieśniczkę, która niedawno sprowadziła się na osiedle na którym mieszka Oskar.  Z każdym kolejnym dniem ta dwójka coraz częściej ze sobą rozmawia na podwórku i powoli zaczyna się zaprzyjaźniać.  Podobnie jak Oskar dziewczynka jest outsiderką, nie chodzi do szkoły, nie ma przyjaciół, a na dwór wychodzi tylko nocą.  Czasem też się dziwnie zachowuje - nie jest jej zimno na dworze, jest blada i nic nie je…

Obraz Alfredsona to spokojna opowieść o nietypowej przyjaźni, która połączyła dwójkę dzieci.  Przedstawiona całkowicie na poważnie, w formie cichego dramatu lub realistycznego filmu obyczajowego.  Opowieść, którą dobrze się ogląda, która rozwija się niespiesznie i bardzo powoli, ale niestety trudno powiedzieć dokąd tak naprawdę zmierza.  I to jest chyba jej największa wada.  Ma ona swoje dobre momenty, ale zdecydowanie za często zatrzymuje się w miejscu i nie ma pomysłu co dalej ze sobą zrobić.  Zachwyca za to delikatną muzyką, która świetnie buduje napięcie, jak również pięknymi, statycznymi zdjęciami zimnej, zaśnieżonej Szwecji, które tworzą niesamowitą atmosferę tej historii.  To właśnie dzięki nim niektóre sceny w "Pozwól mi wejść" robią spore wrażenie (scena na basenie czy samospalenie) i są dość szokujące, bo nie pokazują wszystkiego dosłownie, a na brutalniejsze momenty patrzą z dali, spokojnie sugerując jedynie co się dzieje, a nie dokładnie nam to przedstawiając.

11:03, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3