Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
wtorek, 26 maja 2009
przyciąganie

Co powoduje, że decydujemy się na obejrzenie jakiegoś filmu?  Czasem jest to osoba reżysera, czasem ulubieni aktorzy, którzy występują w danej produkcji.  Przyciąga nas też pewnie sam temat, być może gatunek, a w przypadku blockbusterów największe znaczenie ma dynamiczny i wybuchowy zwiastun.  Mnie do obejrzenia jakiejś produkcji zachęca także często soundtrack.  Poszczególne utwory, które dane mi jest słyszeć bez obrazu, a które są tak piękne, że muszę zobaczyć jak prezentują się w samym filmie.

Poniżej lista kilku obrazów, których jeszcze nie widziałem, ale na pewno po nie sięgnę właśnie ze względu na rewelacyjną muzykę.

Dzienniki motocyklowe

Zabójstwo Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda

Pachnidło: Historia mordercy

Księgi Prospera

Plunkett i Macleane

Narodziny

Amelia

i na koniec polski akcent
Bandyta

18:16, milczacy_krytyk , soundtrack
Link Komentarze (4) »
piątek, 22 maja 2009
Anioły i Demony

po nitce...

Anioły i DemonyAnioły i Demony (2009) USA

reżyseria: Ron Howard  
scenariusz: Akiva Goldsman, David Koepp
aktorzy: Tom Hanks, Ayelet Zurer, Ewan McGregor, Stellan Skarsgard, Pierfrancesco Favino, Ursula Brooks, Kristof Konrad, David Pasquesi, Cosimo Fusco, Armin Mueller-Stahl, Thure Lindhardt, Elya Baskin, Gino Conforti, Luis Fernandez-Gil
muzyka: Hans Zimmer  
zdjęcia: Salvatore Totino  
montaż: Daniel P. Hanley, Mike Hill 

na podstawie: powieści Dana Browna "Anioły i demony" 

 (7/10)

Gdybym miał porównać dotychczasowe książki Dana Browna, to najbardziej podobały mi się "Anioły i Demony".  Ciekawie napisane, ze sporą dawką emocji, odpowiednio szybką akcją, interesującymi zagadkami, nie mówiąc już o całkowicie niespodziewanym i zaskakującym zakończeniu, które wywracało całą historię do góry nogami.  Również sam pomysł na fabułę był wg mnie oryginalny, o wiele bardziej interesujący niż ten prezentowany w późniejszym "Kodzie Leonarda da Vinci".  Książka wydawała się być więc rewelacyjnym materiałem na letni blockbuster.  Obie zekranizowane książki Browna przeczytałem dwa razy.  Najpierw gdy pojawiły się w sklepach, później po raz drugi przed seansem by przypomnieć sobie o co w nich chodziło.  I tak jak w przypadku "Kodu..." ta lektura pomogła mi się odnaleźć w zawiłościach fabuły, tak tym razem żałuję, że jeszcze raz sięgnąłem po powieść.  Dlaczego?  Bo w czasie seansu ciągle, gdzieś w podświadomości pojawiały mi się obrazy z książki i przez to nie do końca mogłem popłynąć w opowiadaną przez Howarda opowieścią...

Howard przed premierą mówił, że on jak i cała ekipa wyciągnęli wnioski z nie do końca udanego "Kodu..." i przy tej produkcji starali się unikać popełnionych wcześniej błędów.  Z pewnością sporo nauczył się Akiva Goldsman, którego scenariusz nie jest już wiernym i nadmiernie skoncentrowanym streszczeniem książki, tylko w miarę luźną interpretacją, skryptem na motywach.  Zmian w oryginale jest tak dużo, że aż trudno za nimi wszystkimi nadążyć i niestety ale przeszkadzały mi one w śledzeniu właściwej akcji.  Jestem pewien, że osoby, które nie do końca pamiętały, lub nawet nie znały treści książki bawiły się "Aniołach..." znacznie lepiej.  Inne jest rozpoczęcie (już samo to, że akcja filmu rozgrywa się po wydarzeniach z "Kodu…"), niektóre sceny zostały pozmieniane, innych w ogóle w filmie nie ma (porwanie Victorii), także niektóre postacie zniknęły (Kohler), a niektóre wyglądają inaczej niż w powieści (jak choćby Kamerling).  Taka ingerencja w źródłowy materiał wyszła jednak filmowi na dobre, gdyż "Anioły..." ogląda się jak prawdziwy film akcji, a nie jak przepakowaną zbędnymi informacjami przedziwną hybrydę. 

Z drugiej jednak strony znalazło się w tym filmie naprawdę sporo momentów, czy dialogów, które są jakby żywcem wyjęte z książki (pierwsze spotkanie z kamerlingiem), które pokazują, że scenarzyści - tym razem prócz Goldsmana do skryptu przyłożył się także David Koepp - dokładnie zapoznali się z oryginałem i wybrali najlepsze pomysły Browna, a resztę zmiksowali lub usunęli.  Szkoda tylko, że nie udało się im zachować szokującego zakończenia - sprawny widz domyśli się kto jest odpowiedzialny za całe zamieszanie w Watykanie - a pomniejsze, dokładne wyjaśnienie zaistniałej sytuacji nie jest już tak interesujące i zrozumiałe jak w oryginale.  Trochę szkoda, bo była to jedna z mocniejszych stron powieści.  Wystarczyłoby dodać zaledwie kilka minut, na chwilę lekko spowolnić akcję, by prezentowane wydarzenia nabrały potrzebnej zakończeniu podniosłości i powagi.

Miksowanie powieści dodało płynności do filmu, ale zmieniło niestety także wydźwięk całej historii.  Książka bowiem koncentrowała się na sporze pomiędzy religią i nauką, oraz na malejącej roli religii w dzisiejszym świecie, spowodowanej brakiem dowodów, niezrozumiałymi rytuałami i obyczajami, które nie przemawiają do dzisiejszego społeczeństwa.  Powieść szukała sposobu do umocnienia wiary, szukała dowodu, a takim dowodem była antymateria - cud nauki, ale także i książkowy potencjalny cud wiary, pokazujący, że naukowe podejście do momentu stworzenia wcale nie musi być tak odległe od tego religijnego.  Pokazujący, że nauka i religia wcale nie są od siebie tak odmienne, że się przenikają, że mówią o tym samym, jedynie w trochę inny sposób.  To był jeden z głównych, bardzo interesujących wątków książki, niestety w filmie go zabrakło, podobnie jak i zabrakło cudu w czasie zakończenia.  Przez to może i całość wygląda bardziej realistycznie, ale zabrakło w finale tej niesamowitości, nieziemskości znanej z oryginału, zabrakło tego drugiego dna, które dodawało jakby szlachetności do tej opowieści.  Szkoda, bo ten mały przezroczysty pojemnik widziany w filmie jedynie jako bomba i ogromne źródło energii, w książce był jeszcze czymś więcej, czymś niesamowitym, podniosłym, trudnym do opisania…

Ogólnie rzecz biorąc tym razem twórcom udało się lepiej przełożyć tekst na obraz.  Film jest bardziej spójny, mocniej wciąga i trzyma w napięciu, a cała akcja ma więcej sensu i nie sprawia wrażenia tak bardzo naciąganej i nielogicznej jak ta prezentowana w "Kodzie...".  Oczywiście to ciągle jest tylko bajka, ale już nie wygląda jak niestabilny domek z kart, który w każdej chwili może się zawalić.
Najlepiej ze wszystkich elementów składowych filmów prezentuje się chyba jednak genialna muzyka Hansa Zimmera, który przerobił motyw przewodni znany z "Kodu..." i stworzył przepiękny, podniosły, ale nie pompatyczny soundtrack, który rewelacyjnie pasuje do obrazu i świetnie się słucha oddzielnie od filmu.  Brawa.

PS Nie wiem czy zauważyliście, że aż trzykrotnie pojawia się w filmie logo tvn.  Całkiem miły polski akcent.

20:55, milczacy_krytyk , 07
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 maja 2009
Star Trek

cheating...

Star TrekStar Trek (2009) USA

reżyseria: J.J. Abrams  
scenariusz: Alex Kurtzman, Roberto Orci  
aktorzy: Chris Pine, Zachary Quinto, Eric Bana, Bruce Greenwood, Simon Pegg, Karl Urban, John Cho, Winona Ryder,  Zoe Saldana, Jennifer Morrison, Anton Yelchin, Leonard Nimoy, Ben Cross, Chris Hemsworth, Clifton Collins Jr.,  Jimmy Bennett, Faran Tahir, Lucia Rijker, Jacob Kogan
muzyka: Michael Giacchino  
zdjęcia: Daniel Mindel  
montaż: Mary Jo Markey, Maryann Brandon
  

 (6/10)

Jedenasty kinowy „Star Trek” jest tym, czym dla opowieści o agencie 007 było kilka lat temu "Casino Royale" - całkowicie nowym początkiem.  Początkiem, który wprowadza zupełnie nowe zasady, zmienia podstawowe założenia znanej nam historii i ogólnie odbiega od tego co dotychczas było normalne i typowe dla uniwersum „Star Treka”. Niedawno uważałem, że rewolucja w świecie Bonda była udana i potrzebna, bo udało jej się wprowadzić na odpowiednie tory historię, która niebezpiecznie szybko zbliżała się do parodii samej siebie.  Tak jak wtedy kompletnie nie rozumiałem oburzenia fanów, tak teraz to ja jestem tym, który się buntuje i jest niezadowolony z poczynionego postępu. 

Prawdę powiedziawszy nigdy nie byłem fanem TOS (tzw. Oryginalna Seria, czyli serial z lat 60) ani nie przepadałem za tamtą załogą.  Kilka razy próbowałem obejrzeć wszystkie 3 sezony, ale jakoś nie mogłem przekonać się do klimatu i gry aktorskiej z tamtych lat.  Zawsze bliżej mi było do TNG (Następne Pokolenie z Patrickiem Stewartem w roli kapitana) i to ta seria jest dla mnie prawdziwym „Star Trekiem”, który kocham ponad wszystko.  Jednakże pewne założenia, atmosfera czy reguły gry były wspólne dla wszystkich seriali spod znaku „Star Trek” i właściwie tylko tego oczekiwałem po nowej odsłonie. Podobnego klimatu charakterystycznego tylko dla gwiezdnej wędrówki.  „Star Trek” Abramsa klimatu jednak nie ma wcale…

Ostatnie lata były ogólnie rzecz biorąc niekorzystne dla ST.  Najgorszy (podobno) film z serii, oraz nieudany serial "Enterprise" spowodowały, że producenci musieli podjąć decyzję - czy ważniejsze jest trzymanie się tradycji i lekkie modyfikacje w hermetycznym świecie, czy ratowanie się przed śmiercią i bardzo śmiała rewolucja.  Wybrano to drugie i wcale nie dziwi mnie taka decyzja.  Nowy początek daje możliwości na nowe filmy, seriale i co najważniejsze na zainteresowanie całym uniwersum nowych widzów, którzy do tej pory nie wciągnęli się jeszcze w świat ST.  Problem polega jednak na tym, że za reanimowanie serii wzięli się ludzie, którzy chyba nie do końca rozumieli o co tak naprawdę chodzi w stworzonej przez Gene'a Roddenberry'ego  prawie 50 lat temu opowieści.  Ludzie, którzy otwarcie przyznawali się, że bardziej kręci ich „Star Wars”, którzy chcieli dodać do ST więcej akcji, humoru, więcej "rock and rolla".  Za scenariusz odpowiedzialni są Alex Kurtzman i Roberto Orci, którzy do tej pory popełnili skrypty do przeszarżowanej "Wyspy", naciąganego "M:I:III" czy nawet udanych "Transformersów" i ze „Star Treka” zrobili... teledysk dla nastolatków.

Przez cały film Panowie silą się niesamowicie by było zabawnie, szybko i wybuchowo i faktycznie momentami tak jest - bardzo dobre kilkanaście pierwszych minut.  Jednakże przy okazji w tym pędzie za nowymi efektami gubi się gdzieś sens całej tej opowieści oraz logika prezentowanych nam wydarzeń.  Dlatego twórcy nie zwalniają ani na trochę tempa by nie wyszło na jaw, że opowiadana przez nich historia jest pełna dziur i naciągnięć.  Całe szczęście, że przynajmniej w podróżach w czasie się na zaplątano, bo o to przed seansem bałem się najbardziej.  Udało się uniknąć paradoksów i bezsensowności zemsty z przyszłości, a i zmiany w uniwersum wyglądają lepiej niż w zwiastunach.  O jakichkolwiek wnioskach czy morale na koniec, który zawsze był nieodłączną częścią Treka oczywiście nie ma co marzyć. Twórcy co prawda serwują nam małą gadkę o przeznaczeniu, przyjaźni i wierze we własne możliwości, ale wypada ona tak blado, że równie dobrze w ogóle mogłoby jej nie być.

Żeby nie było, że jestem całkowicie negatywnie nastawiony do tego filmu to napiszę, o trzech elementach, które mi się naprawdę podobały.  Po pierwsze obsada.  Jak zwykle przy produkcjach Abramsa osoby odpowiedzialne za casting spisały się rewelacyjnie i wszyscy młodzi aktorzy fantastycznie odegrali swoje postaci.  Czy to Pine w roli niepokornego Kirka, czy Quinto jako chłodny choć rozrywany przez emocje Spock, czy Pegg jako swojski Scotty.  Nie udał się jedynie Nero ( w tej roli Bana), który jak na czarny charakter jest za mało złowrogi i ogólnie wypada jakoś tak nijako.  Drugi plus to zdjęcia, a szczególnie załamujące się światło i odblaski od oświetlenia.  Tworzą one naprawdę fajne obrazki i nietypowy klimat.  Abramsowi udała się jeszcze jedna rzecz - chyba jako pierwszy pokazał ogrom oraz pustkę kosmosu.  Ciche sceny walk statków w przestrzeni, czy spadania na Wulkan naprawdę robią ogromne wrażenie i za to wielkie brawa, bo tego zawsze brakowało mi w „Star Treku” i nikomu do tej pory nie udało się w taki sposób pokazać kosmosu.

Ogromnie natomiast rozczarowałem się muzyką.  Giacchino to nie Goldsmith więc nie spodziewałem się cudów, ale facet ma talent i jego soundtracki są w większości dobre.  Tu się niestety jednak pogubił i stworzył pompatyczną, nadętą muzykę, która nie pasuje do poprzednich części (krótki motyw w napisach końcowych to jak dla mnie zdecydowanie z mało) a już bardziej przypomina ścieżkę dźwiękową do kolejnego sezonu "Lost".  „Star Trek”, jak mówił sam Goldsmith, wymagał delikatności bo ta historia zawsze była trochę romantyczna, jakby natchniona i taki właśnie, powinien być tez i soundtrack. 

I już na sam koniec jeszcze jedna uwaga co do scenografii.  Twórcy mieli dowolność w kreowaniu wnętrz nowego Enterprise i o ile wygląd korytarzy statku czy mostku kapitańskiego można zaakceptować, to już maszynownia przypominająca rafinerię to jakiś jeden wielki żart i pomyłka.

00:19, milczacy_krytyk , 06
Link Komentarze (1) »
niedziela, 17 maja 2009
Otchłań

below

Otchłań

Otchłań (1989) USA

reżyseria i scenariusz: James Cameron  
aktorzy: Ed Harris, Mary Elizabeth Mastrantonio, Michael Biehn, Leo Burmester, Todd Graff, John Bedford Lloyd, J.C. Quinn, Kimberly Scott, Michael Beach, Chris Elliott, Ken Jenkins, J. Kenneth Campbell, Dick Warlock, Adam Nelson  muzyka: Alan Silvestri  
zdjęcia: Mikael Salomon  
montaż: Conrad Buff, Joel Goodman, Steven Quale, Howard E. Smith
  

 (9/10)

Jeden z najsłynniejszych i najlepszych filmów science - fiction.  I nic w tym dziwnego bo zrealizował go James Cameron, czyli facet, który za co się nie weźmie, tworzy filmy co najmniej bardzo dobre.  „Terminator”, „Terminator 2”, „Aliens”, czy nawet krytykowany przez niektórych „Titanic” to filmy, które przeszły do historii i pomimo upływu czasu nadal nie tracą ani trochę na wartości.  Co więcej mogą być świetnym przykładem dla innych twórców jak realizować zapadające w pamięć sceny (jak choćby zapierająca dech scena reanimacji „Abyss”), czy porządne wysokobudżetowe produkcje.

"Abyss" to historia akcji ratunkowej mającej na celu odratowanie załogi okrętu podwodnego, który został uszkodzony i zatonął w dziwnych okolicznościach.  Akcji przeprowadzanej pod nadzorem wojska z powodu braku odpowiedniego sprzętu, przez grupę cywili ze stacji wydobywczej,.  W trakcie poszukiwań grupa nawiązuje kontakt z zagadkowymi świecącymi obiektami, które z pewnością nie są wytworem rąk ludzkich.  „Abyss” to jednak nie tylko, jakby mogło wynikać z opisu,  film mówiący o pierwszym spotkaniu z obcą cywilizacją czy obraz zachwycający się  niezmierzoną głębią oceanu.  To także film będący poważnym i dającym do myślenia - ale niestety tylko w wersji reżyserskiej - antywojennym manifestem, bo tłem podwodnych wydarzeń jest nadciągający konflikt nuklearny na linii USA - Rosja.

Filmy Camerona można rozpoznać już po kilku minutach seansu.  Niesamowity klimat, stopniowo i niespiesznie rozwijająca się akcja i rewelacyjne, bardzo długie i trzymające w napięciu sceny akcji.  Właśnie tym wyróżnia się prawie każdy jego film, jak również i „Abyss”.  I choć długość produkcji Camerona może trochę wystraszać, to dzięki ciekawym, dobrze zarysowanym postaciom do których z łatwością się przywiązujemy oraz równomiernie rozłożonym wydarzeniom, nie sposób się nudzić na filmach tego twórcy.  „Abyss” prócz tego wyróżnia się jeszcze wciąż rewelacyjnymi efektami specjalnymi, które pomimo upływu lat nadal robią spore wrażenie, oraz niezapomnianym motywem przewodnim skomponowanym przez Alana Silvestriego.

Klasyk.

14:11, milczacy_krytyk , 09
Link Komentarze (1) »
piątek, 08 maja 2009
X-Men Geneza: Wolverine

animal

WolverineX-Men Geneza: Wolverine (2009) USA

reżyseria: Gavin Hood  
scenariusz: David Benioff, Skip Woods
aktorzy: Hugh Jackman, Ryan Reynolds, Dominic Monaghan, Kodi Smit-McPhee, Daniel Henney, Liev Schreiber, Danny Huston, Taylor Kitsch, Lynn Collins, Will i Am, Kevin Durand, Scott Adkins, Myles Pollard
muzyka: Harry Gregson-Williams  
zdjęcia: Donald McAlpine  
montaż: Nicolas De Toth, Megan Gill
  

 (5/10)

Tym razem będzie krótko bo niestety nie ma o czym specjalnie pisać.  Pomimo średnich zwiastunów i niespecjalnie dobrych recenzji miałem nadzieję, że „Wolverine” będzie reprezentował jakiś poziom.  Myślałem, że skoro za napisanie scenariusza wziął się David Benioff, autor m.in. intrygującego "Zostań" czy poważnej "25 godziny" to i „Geneza” będzie czymś więcej niż głupawą serią wybuchów i walk. Co prawda całkowitą porażką tego filmu nie nazwę, ale mając taką postać jaką jest Wolverine, można było nakręcić coś znacznie lepszego.

Nic mnie w tym filmie nie zaskoczyło, nic nie zachwyciło.  Jest on wyjątkowo nijaki, mało śmieszny i mało ekscytujący.  Chociaż jakby się nad tym chwilę zastanowić to w jaki sposób pojedynek dwóch praktycznie niezniszczalnych mutantów miałby być ekscytujący?  No właśnie...  Do tego dochodzą nielogiczności w fabule, zdecydowanie za bardzo przesadzone sceny, niepowalające efekty specjalne i głupawe efekciarstwo - powolny marsz na tle wybuchów, odchodzenie w kierunku zachodzącego słońca i tego typu "smaczki".  Schemat goni schemat, najgorsze jest jednak to, że twórcy gubią się w historii i nie wiedzą za bardzo co by chcieli jeszcze pokazać na ekranie.  Przez co cały film jest poszarpany, nierówny i mało wciągający.

Słabiutko…

18:12, milczacy_krytyk , 05
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2