Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
poniedziałek, 26 maja 2008
red band trailer

Mniej więcej rok temu pojawiły się pierwsze informacje o tym, że M. Night Shyamalan zamierza nakręcić kolejny film.  Z pierwszych doniesień wynikało, że ma on opowiadać o kosmitach, którzy aby zapanować nad naszą planetą, wykorzystują ziemskie rośliny do walki z ludzkością.  Nie powiem, żeby taki pomysł mi się spodobał, podobnie i wytwórnie filmowe były nastawione do projektu Nighta sceptycznie (szczególnie po źle przyjętej przez krytyków jak i widzów „Lady in the Water”) i wszystkie odrzuciły skrypt.  Shyamalan zaszył się więc w domu i zabrał się do poprawek.

Kilkanaście tygodni później ulepszony scenariusz został zaakceptowany przez 20th Century Fox i film otrzymał zielone światło.  Pierwsze zwiastuny do „Happening” nastrajały mnie dość optymistycznie.  Dziwiło mnie jedynie, że film ma otrzymać kategorię R, a zapowiedzi wyglądały na wyjątkowo spokojne i łagodne.  Kilka dni temu pojawił się jednak kolejny trailer - tym razem skierowany do widzów powyżej 17 roku życia.  I teraz już wiem czemu najnowszy film Shyamalana ma kategorię R.

Zwiastun do obejrzenia poniżej, ale uwaga jest naprawdę mocny.

Boję się o ten film.  Podoba mi się bardzo ten trailer, ale nie chcę się nastawiać, by nie podnieść zbyt wysoko poprzeczki.  Drażni mnie niestety Wahlberg, mam wrażenie, że zagrał strasznie sztucznie i może swoim występem położyć cały film.  Mam nadzieję jednak, że się tak nie stanie.  Nie wiem też co sądzić o pomyśle uciekania przed wiatrem.  Wygląda to niestety śmiesznie, ale może w filmie wyjdzie lepiej. 

Jestem właśnie w połowie czytania skryptu do „The Green Effect” - być może prawdziwego pierwszego skryptu, który od pewnego czasu krąży w sieci i porównując go do zwiastunów widać, że Shyamalan naprawdę ulepszył swój projekt.  Czy wystarczająco?  Mam taką nadzieję...

Premiera „The Happening” 13 czerwca 2008 r.

19:24, milczacy_krytyk , oczekuję
Link Komentarze (1) »
sobota, 24 maja 2008
Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki

junior

Indiana Jones 4Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki (2008) USA

reżyseria: Steven Spielberg  
scenariusz: David Koepp, George Lucas, Jeff Nathanson
aktorzy: Harrison Ford, Cate Blanchett, Karen Allen, Shia LaBeouf, Ray Winstone, John Hurt, Jim Broadbent, Joel Stoffer, Alan Dale, Neil Flynn 
zdjęcia: Janusz Kamiński  
muzyka: John Williams 
montaż: Michael Kahn
 

 (6/10)

Fanem poprzednich trzech części Indiany nie jestem, ale uważam, że jak na filmy rozrywkowe z tak długim stażem spisują się naprawdę bardzo dobrze i warto je obejrzeć.  Na "Królestwo.." poszedłem bez większych oczekiwań, niejako z rozpędu po maratonie jaki w maju zaproponowała nam TVP przypominając starą trylogię.  Bałem sie jedynie, że Spielbergowi nie uda się w dobie hiperszybkich blockbusterów, nafaszerowanych efektami specjalnymi stworzyć filmu, który będzie utrzymany w klimacie dawnych przygodówek.  Że ze względu na młodą widownie nakręci film, który tylko tytułem będzie przypominał o dawnej trylogii.

Przykro mi to pisać, ale niestety zawiodłem sie na „IJ4”.  Wiedziałem oczywiście, że dorównanie poprzednim obrazom będzie prawie niemożliwe, ale miałem cichą nadzieję, że jednak to zadanie uda się twórcom.  O ile jeszcze muzyka i zdjęcia spisują się całkiem dobrze - Kamiński i Williams w świetnej formie - to już o scenariuszu powiedzieć tego nie można.  Podobno David Koepp jest wielkim fanem Indiany.  Podobno.  Na pewno jednak widział poprzednie filmy, bo w czwórce umieścił sporo nawiązań do trylogii i za to spory plus.  I tylko za to... 

Przy "Poszukiwaczach zaginionej Arki" narzekałem, że akcja nie pędzi przed bohaterami, że podróżują oni z jednego miejsca do drugiego i mniej więcej panują nad tym co się dookoła nich dzieje.  W przypadku "Królestwa" jest znacznie gorzej, bo historia nie ma żadnej ciągłości, jest po prostu pocięta na małe kawałeczki.  Tak jakby Koepp wymyślił kilkanaście scen akcji i zaczął je na siłę ze sobą łączyć.  Na ekranie prezentuje się to okropnie, bo spektakularne sceny pościgów kończą się gwałtownie by za chwilę znów się zacząć i tak w kółko, bez wyraźnego, mocnego zakończenia.  Co gorsza wolniejsze momenty są przegadane i co tu dużo pisać, nudne.  Sporo scen jest całkowicie niepotrzebnych i wstawionych do filmu na siłę - bezsensowna scena w nocy, trzy wodospady, tarzan, mrówki, czy nijaka scena w grząskich piaskach. 

Problem ze scenariuszem tkwi także w samym pomyśle na fabułę.  Jeśli ktoś zaakceptuje istnienie Kryształowej Czaszki, jej niesamowite właściwości i konsekwencje jakie niesie jej pojawienie się w opowiadanej historii, to być może spodoba mu się ten film.  Dla mnie jednak Indiana Jones i ludziki z długimi głowami, to dwie różne bajki i nie powinno się ich ze sobą mieszać.  Rozumiem oczywiście, że ponieważ akcja nowego Indiany rozgrywa się w latach 50 w Stanach, a później przenosi się do Ameryki Południowej wspominając cywilizację Majów, to taki rozwój wydarzeń był całkiem logiczny, a ponadto takie rozwiązanie w miarę dobrze oddaje nastroje jakie panowały w tamtych czasach w USA.  Wiem także, że twórcy po 19 latach przerwy w opowieści, chcieli zadziwić publiczność, pokazać coś nowego, niespodziewanego, a nie kolejny "zwykły" artefakt, jak to miało miejsce w poprzednich częściach.  Niestety mnie ten pomysł nie przekonał...

Cieszę sie natomiast, że Spielberg nie przesadził z ilością efektów specjalnych.  Oczywiście jest ich całkiem sporo, ale dobrze komponują się one z prawdziwymi plenerami i nie rażą aż tak bardzo.  Niestety jednak przez zastosowanie efektów twórcy za bardzo popuścili wodze fantazji i zdecydowanie za dużo scen jest przesadzonych, po prostu niemożliwych - chociażby pościg czy wodospad.  I choć wykonanie jest perfekcyjne, to nie sposób ich oglądać z przyjemnością właśnie przez zbyt dużą ilość przesady.

Nowy Indiana nie trzyma w napięciu, mniej więcej w połowie film rozjeżdża się i skręca w tak absurdalnym kierunku, że aż żal patrzeć.  Gdzieś prysnął ten niesamowity klimat starych części, ta chęć eksploracji, odkrywania tak bardzo widoczna w oczach Jonesa.  "Królestwo" jest cieniem poprzednich epizodów, które do dziś ogląda sie z zapartym tchem.  Ponadto w czwórce zabrakło  humoru (jedna scena na uczelni i kilka pomniejszych gagów to zdecydowanie za mało), a zakończenie jest tak okropne, że już gorszego chyba nie można było sobie wyobrazić.

Całe szczęście, że chociaż aktorzy w miarę dobrze sobie radzą.  Wybija się oczywiście rewelacyjna Cate Blanchett w trochę przerysowanej roli Iriny Spalko (ach ten łamany angielski z rosyjskim akcentem!), oraz Harrison Ford, który pomimo tylu lat nadal dobrze czuje się w roli Indiany.  Gorzej wypadają niestety Karen Allen (Koepp zrobił z niej wesołą wariatkę) oraz Shia LaBeouf, który o ile radził sobie w Transformersach, to już w Indianie ma spore kłopoty ze swoją rolą.

Tagi: przygodowy
01:06, milczacy_krytyk , 06
Link Komentarze (4) »
niedziela, 18 maja 2008
Indiana Jones i Ostatnia Krucjata

coś ty narobił...

Indiana Jones i Ostatnia KrucjataIndiana Jones i Ostatnia Krucjata (1989) USA

reżyseria: Steven Spielberg   
scenariusz: Jeffrey Boam, Menno Meyjes, George Lucas, Philip Kaufman   
aktorzy: Harrison Ford, Sean Connery, Denholm Elliott, Alison Doody, John Rhys-Davies, Julian Glover, River Phoenix , Kevork Malikyan, Michael Byrne, Robert Eddison
zdjęcia: Douglas Slocombe   
muzyka: John Williams 
montaż: Michael Kahn, George Lucas

 (9/10)

Pięć lat po premierze źle przyjętej przez fanów, z niewiadomych mi powodów, „Świątyni Zagłady”, Spielberg chcąc się niejako zrehabilitować, nakręcił „Indianę Jonesa i Ostatnią Krucjatę”. Powrócił w niej do klimatu znanego z „Poszukiwaczy zaginionej Arki”, ale stworzył film o wiele bardziej widowiskowy, szybszy i co najważniejsze śmieszniejszy. To niesamowite, ale trylogia o Indianie jest chyba jedyną, której każda następna część okazuje się być lepsza od poprzedniczki.

Film rozpoczyna się prologiem, w którym poznajemy przeszłość Jonesa, dowiadujemy się czemu tak panicznie boi się węży oraz czemu jego strój roboczy wygląda akurat tak, a nie inaczej.  Przypominka dość ciekawa, ładnie połączona z  prawdziwym początkiem filmu i akcją na statku.  Później przenosimy sie na uniwersytet, by obejrzeć scenę, która jest prawie całkowicie kalką tej z „Poszukiwaczy zaginionej Arki”.  Niestety sposób prowadzenia akcji w „Ostatniej Krucjacie” także bardzo przypomina ten znany nam z pierwszej części, a więc pościg - stop - ucieczka – stop itd. Szkoda, bo o wiele bardziej lubię filmy, w których (tak jak w 2 części) to wydarzenia wyprzedały bohaterów, którzy musieli na bieżąco dostosowywać się do sytuacji, przez co film był mniej przewidywalny. 

Zaskoczył mnie trochę naiwny scenariusz - zawierający chyba najwięcej uproszczeń w fabule i naciągnięć w porównaniu do poprzednich części.  Jednakże z drugiej strony ta część obfituje w najwięcej zwrotów akcji i zaskakujących, świetnie zrealizowanych scen.  Ponadto twórcy wpadli na rewelacyjny pomysł wprowadzenia do filmu ojca Jonesa - w tej roli świetny, po prostu fantastyczny Sean Connery - który nie dość, że ciągle poucza Indianę, to jeszcze zupełnie nie jest przystosowany do” pracy” w terenie.  Naprawdę strzał w dziesiątkę, do tego świetnie, w pełni wykorzystany.  Od chwili gdy Connery pojawia się na ekranie film nabiera rumieńców, pojawiają  się komiczne sytuacje, historia gwałtownie przyspiesza, a co najważniejsze staje się zabójczo śmieszna…

9/10 Naprawdę rewelacja, ale tylko dzięki Conneremu, gdyby nie on, byłoby średnio.

Tagi: przygodowy
14:52, milczacy_krytyk , 09
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 maja 2008
Sierociniec

cień...

SierociniecSierociniec (2007) Hiszpania Meksyk

reżyseria: Juan Antonio Bayona   
scenariusz: Sergio G. Sánchez   
aktorzy: Belén Rueda, Fernando Cayo, Roger Príncep, Mabel Rivera, Montserrat Carulla, Andrés Gertrúdix, Edgar Vivar , Óscar Casas, Geraldine Chaplin
zdjęcia: Óscar Faura   
muzyka: Fernando Velázquez  
montaż: Elena Ruiz
 

(6/10)

Dziwą mnie czasami opinie krytyków, którzy całkiem przeciętne filmy potrafią wychwalać pod niebiosa, a inne warte zauważenia i  obejrzenia, przyjmują dość chłodno.  O ile jeszcze z recenzjami dramatów, czy filmów obyczajowych dość często się zgadzam, to w przypadku horrorów różnice w opiniach są dość częste.  I tak, po obejrzeniu „Sierocińca”, kolejny już raz nie mogę się nadziwić, jak tak zwykły film mógł zebrać tyle pochlebnych opinii...

Według mnie słabość „Sierocińca” leży w tym, że film ten chce być wszystkim po trochu, przez co w rezultacie jest dość nijaki.  Po pierwsze „Sierociniec” stara się być horrorem (tak jest przynajmniej reklamowany), ale zapomina, że dwie średnio przerażające sceny i pokazanie chłopczyka z dziwną maską na głowie to trochę za mało by wystraszyć widza.  Zawodzi klimat, którego po prostu nie ma, podobnie jak i powoli i mało konsekwentnie budowane napięcie.  Po drugie obraz Bayona stara się być dramatem, ale przecież historie o matkach poszukujących zaginionych w dziwnych okolicznościach dzieci, poruszane były już wiele razy, a umieszczenie tego tematu w filmie bez ciekawego rozwinięcia nie wystarcza na stworzenie wciągającego, ciekawego obrazu.  Ponadto „Sierociniec” ma ambicje by pokazać siłę matczynej miłości i to jak wiele matki są w stanie poświęcić dla swoich pociech.  Problem jednak w tym, że robi to w mało angażujący i bezbarwny sposób, przez co ten temat nie ma siły by mocno trafić do widza.  Na koniec „Sierociniec” mniej więcej w połowie seansu skręca w kierunku baśni, ale całe szczęście tylko na chwilę, pokazując w mało przekonujący sposób, że świat realny i świat duchów przenikają się wzajemnie…

Szkoda także, że film nie skończył się na scenie w piwnicy.  Wtedy przynajmniej zakończenie byłoby oryginalne, niespodziewane i przytłoczyłoby niespecjalnie udane i nudne poprzednie półtorej godziny.  Niestety twórcy niepotrzebnie ciągną film dalej, oferując nam po części przesłodzony happy end, którego wydarzeń można się domyślić już po kilkunastu minutach seansu.  Denerwuje także zbyt mocne, za bardzo ekspresyjne aktorstwo Belén Ruedy, szczególnie w scenach tuż po zniknięciu syna oraz brak muzyki w chwilach, w których powinna się ona pojawić.

6/10 Nie wiem skąd wzięło się porównanie „Sierocińca” do „Innych” czy „Labiryntu Fauna”, bo obraz Bayona nawet nie zbliża się do poziomu tych filmów, co dopiero mówić o ich przewyższaniu.

Tagi: dramat horror
21:35, milczacy_krytyk , 06
Link Komentarze (6) »
środa, 14 maja 2008
W Dolinie Elah

you were hungry...

W Dolinie ElahW Dolinie Elah (2007) USA Złota Rolka 2008 - najlepszy scenariusz - paul haggis - w dolinie elah Brązowa Rolka 2008 - trzecie miejsce - film roku

reżyseria: Paul Haggis   
scenariusz: Paul Haggis (+Mark Boal)
aktorzy: Tommy Lee Jones, Charlize Theron, Jason Patric, Susan Sarandon, James Franco, Barry Corbin, Josh Brolin, Frances Fisher, Wes Chatham, Jake McLaughlin, Mehcad Brooks, Jonathan Tucker, Wayne Duvall, Victor Wolf, Robert Ortiez, Brent Briscoe, Glenn Taranto, Greg Serano
zdjęcia: Roger Deakins   
muzyka: Mark Isham  
montaż: Jo Francis
 

 (9/10)

Od dłuższego już czasu nie mogłem się doczekać najnowszego filmu Paula Haggisa - twórcy Oscarowego „Miasta gniewu” i według mnie najlepszego filmu 2005 roku.  Oczekiwałem z pewnym niepokojem, bo Haggis bardzo wysoko postawił poprzeczkę tamtym filmem i obawiałem się, że „W Dolinie Elah” okaże się być obrazem znacznie słabszym.  Moje obawy rozwiały się jednak szybko po rozpoczęciu seansu.

„W Dolinie Elah” jest niesamowicie spokojnym, niespiesznym, wręcz powolnym ale mocnym filmem.  Opowiada opartą na faktach historię ojca - byłego Sierżanta, który poszukuje swojego zaginionego syna, który nie pojawił się w rodzinnym domu po powrocie z wojny z Iraku.  Jak widać już po tym krótkim opisie historia jest dość prosta, niespecjalnie wiele się dzieje, a sama zagadka zniknięcia żołnierza nie jest trudna do rozwiązania.  Pomimo jednak tego, film trzyma w napięciu i ogląda się go bardzo dobrze.  Jest on co prawda pozbawiony fajerwerków - które były całkiem wyraźnie widoczne w „Mieście gniewu” - ale wychodzi to filmowi tylko na dobre.  Dzięki prostocie budowy obraz ten jest niesamowicie realny i prawdziwy, a poważne problemy w nim poruszane oddziaływają na nas z większą siłą.    Haggis potrafi zwykłymi, prostymi scenami, pozbawionymi prawie całkowicie dialogów, bardzo mocno nas poruszyć, a sceny z drugiej połowy seansu niesamowicie mocno łapią za serce.

"W Dolinie Elah" jest przede wszystkim filmem antywojennym.  Filmem, który w bardzo dokładny, przeraźliwie smutny i szokujący sposób pokazuje nam jak wojna wpływa na ludzi, na młodych żołnierzy.  O tym, że nasze wyobrażenia na jej temat, pokazywane w telewizji, filmach różnią się przeogromnie od rzeczywistości.  O tym, że młodzi ludzie, którzy pojechali do Iraku "walczyć o demokrację", tak naprawdę nie mogą powrócić do normalnego, codziennego życia, bo wojna pozostawiła na nich nieusuwalne piętno.  "W Dolinie Elah" jest też filmem o mężczyźnie, byłym Sierżancie, wielkim patriocie, którego światopogląd w czasie odkrywania prawdy o zaginionym synu, powoli zaczyna się rozsypywać.  Który z każdą kolejną relacją z wydarzeń w Iraku, coraz bardziej rozczarowuje się swoim synem, oraz traci wiarę w sens prowadzonej wojny.  Który nie może pogodzić się z następującym tak szybko zepsuciem moralnym i zapomnieniem o szczytnych celach, ideałach.  Ta postać jest wg mnie bardzo podobna do szeryfa Toma z „To nie jest kraj dla starych ludzi”, którą także grał Tommy Lee Jones.  Obaj (ojciec jak i szeryf) są ludźmi wierzącymi w pewne ideały, obaj uznają, że w życiu obowiązują pewne niezmienne reguły, obaj pamiętają dawny, lepszy świat i obaj tak samo rozczarowują się tym jak wygląda nasza dzisiejsza rzeczywistość.  Wydaje mi się jednak, że postać ojca jest jednak bardziej poruszająca i tragiczna…

Haggis mówi także w swoim nowym filmie o Stanach Zjednoczonych i ich zwykłych obywatelach.  O zagubieniu, braku oparcia w bliskich, o wyobcowaniu ze społeczeństwa, o braku możliwości uzyskania pomocy.  Pokazuje bezduszną biurokrację, instytucje, które tylko w teorii mają pomagać obywatelom, a którym tak naprawdę w ogóle nie zależy na ich dobru, które nie reagują zawczasu, przez co nie są w stanie zapobiec wielu tragediom...  Jest to jednak skromniejsza analiza w stosunku do tej, którą widzieliśmy w "Crash" bo przecież głównym tematem tego filmu jest wojna, jej sens i jej wpływ na młodych ludzi.

Jedynym minusem nowego filmu Haggisa jest wprowadzone trochę na siłę odwołanie do tego co zdarzyło się w dolinie Elah.  Historia ta przywoływana jest dwukrotnie w filmie, ale wg mnie nie pasuje ona do wymowy całego obrazu i nie za bardzo wiem co Haggis chciał uzyskać ją akurat przytaczając.  Kto według niego jest kim?  Czy Goliatem jest Ameryka, która miałaby kiedyś paść na łopatki, pokonana przez niepozornego przeciwnika?  A może to Dawidem są amerykańscy chłopcy, którzy wyjeżdżając do Iraku, rzucają się na ogromnego przeciwnika jakim jest okrutna wojna?  Nie wiem....

Ogromną zaletą "W Dolinie Elah" jest rewelacyjna obsada - w szczególności oczywiście Tommy Lee Jones, który zagrał bardzo oszczędnie ale naprawdę fantastycznie - a także bardzo dobra Charlize Theron i Susan Sarandon, której potencjał nie został jednak niestety w pełni wykorzystany.  Na uwagę zasługują także wyblakłe, surowe zdjęcia oraz muzyka Ishama, której niestety jest niewiele ale brzmi bardzo dobrze.

9/10 - jeden z najlepszych filmów tego roku.

Tagi: dramat
00:21, milczacy_krytyk , 09
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3