Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
poniedziałek, 24 kwietnia 2017
Ghost in the Shell

ghost in the shell

Ghost in the ShellGhost in the Shell (2017) USA

reżyseria: Rupert Sanders
scenariusz: Jamie Moss, Jonathan Herman, William Wheeler
aktorzy: Scarlett Johansson, Pilou Asbak, Takeshi Kitano, Juliette Binoche, Michael Pitt, Chin Han, Danusia Samal, Lasarus Ratuere, Yutaka Izumihara, Tawanda Manyimo, Peter Ferdinando, Anamaria Marinca
muzyka: Clint Mansell, Lorne Balfe
zdjęcia: Jess Hall
montaż: Billy Rich, Neil Smith

 (5/10)

Nie da się ukryć, że twórcy amerykańskiego "Ghost in the Shell" porwali się na arcytrudne i właściwie niemożliwe do wykonania zadanie.  Zdecydowali się na nowo zaprezentować historię, która ponad dwadzieścia lat temu została już raz opowiedziana w anime, które dzisiaj uważane jest za kultowe.  Na drodze stały więc przeszkody w postaci różnicy językowej, odległości czasowej oraz faktu przerabiania czegoś co kiedyś zostało uznane za wybitne i co miało ogromny wpływ na dzieła powstające później.  Pomysły, idee prezentowane w oryginalnym anime, które swoją premierę miało ponad dwadzieścia lat temu, musiały być przełomowe, wyjątkowe.  Sama historia, tyle lat temu musiała być niezwykła.  Dziś, gdy ta opowieść została wielokrotnie przemielona na różne sposoby i zużyta w wielu  filmach, siłą rzeczy nie robi już takiego wrażenia jak kiedyś.  Zdaje się być powtórką z rozrywki, sklejką tego co kiedyś było wielkie. Jednak znając Hollywood można było się obawiać, że ta ekranizacja będzie znacznie gorsza i w ogóle się nie uda.  Na szczęście jest lepsza od chociażby większości ekranizacji gier komputerowych.  Nie znaczy to jednak niestety, że jest dobrym filmem.  Amerykańskie "Ghost in the Shell" choć nie jest filmem nieudanym, jest obrazem nijakim, przezroczystym, odtwórczym, ugrzecznionym, zbędnym.

Gdy podczas napisów początkowych pojawia się informacja, że soundtrack skomponował m.in. Clint Mansell, automatycznie zaczyna się mieć nadzieję na muzykę, która się wyróżni, która zostanie po seansie, której będzie chciało się słuchać w oderwaniu od filmu.  Znając dorobek kompozytora (żeby tylko wymienić "Requiem dla snu" czy "Źródło") odruchowo czeka się na dźwięki, które nie będą zwyczajne.  A tymczasem już po kilkunastu minutach okazuje się, że soundtrack jest zupełnie bezpłciowy, nieciekawy, właściwie żaden.  To nijaki standard, który nie przykuwa uwagi, który nie tworzy klimatu, który jest zwykłym tłem, jakich wiele.  I niestety taki sam jest też i film.  Z pozoru inny, mający ogromny potencjał na obraz zapadający w pamięć, wpływający na widza, a zadowalający się przeciętnością, nijakością, która nie wywołuje żadnych emocji.  Jest nudny, pozbawiony życia, nijaki.  Akcja rozwija się właściwie nie wiadomo po co, całość dąży w zupełnie nieistotnym kierunku, nie prezentując zbyt wiele, spychając interesujące, intrygujące wątki na bok, by akcją, i typowymi rozwiązaniami wypełnić kolejne minuty.  Podczas seansu ma się wrażenie, że twórcy przedstawiają zaledwie fragment większej historii, jakby chcieli zatrzymać najlepsze na później, jakby mieli nadzieję, że ten film będzie zaledwie pierwszą z wielu części, w których będą mogli przedstawić wszystko to, co teraz zaledwie sygnalizują, bądź całkiem ukrywają gdzieś w cieniu.  Jak pokazują jednak bardzo słabe wyniki z box-office plan nowego uniwersum się jednak najprawdopodobniej nie powiedzie.

Sam film jest okrutnie powtarzalny.  I nie chodzi tylko o to, że nawiązuje do poprzednich produkcji sci-fi (które inspirowane były w jakimś stopniu anime), ale również sam siebie powtarza.  Jak chociażby dwukrotnie wypowiadając złotą myśl mówiącą o tym, że to nie przeszłość nas definiuje, ale nasze czyny - na samym początku seansu, oraz w finale, który nie ma w sobie żadnej siły oddziaływania. Jedyne co się w tej produkcji tak naprawdę udaje to kreacja miasta przyszłości, które jest połączeniem współczesnego Tokio, zachodnich metropolii, futurystycznych miast przyszłości, z dzisiejszymi dzielnicami biedy.  Taka kompozycja bogatej przyszłości z biedną przeszłością, gigantycznymi hologramami, i najprostszymi rozwiązaniami jak tradycyjny czajnik z gwizdkiem, który już dziś jest w pewnym sensie przeżytkiem.  Nowy "Ghost in the Shell" zawodzi niestety od strony treści, kompletnie nie wykorzystując potencjału jaki tkwił w pomyśle kombinacji robota z ludzkim umysłem, wielości pytań jakie pojawiają się z takiej kombinacji.  Z tego intrygującego punktu wyjścia niestety nic konkretnego nie wynika.  Film ten zawodzi również jako efektowne kino akcji, bo w sumie jest obrazem dość spokojnym, powolnym i niedofinansowanym.  Przy finalnej potyczce głównej bohaterki z czołgiem jest kilka momentów, które wyglądają tak okrutnie sztucznie jakby twórcom zabrakło budżetu na efekty specjalne.  Czegoś tak źle zrenderowanego nie widziałem w kinie od dawna.

20:36, milczacy_krytyk , 05
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 17 kwietnia 2017
Captain Fantastic

family values

Captain FantasticCaptain Fantastic (2016) USA

reżyseria i scenariusz: Matt Ross
aktorzy: Viggo Mortensen, George MacKay, Samantha Isler, Annalise Basso, Nicholas Hamilton, Shree Crooks, Charlie Shotwell, Trin Miller, Kathryn Hahn, Steve Zahn, Elijah Stevenson, Teddy Van Ee, Erin Moriarty, Missi Pyle, Frank Langella, Ann Dowd
muzyka: Alex Somers
zdjęcia: Stéphane Fontaine
montaż: Joseph Krings

 (8/10)

Od czasu fenomenalnego "Little Miss Sunshine" chyba nie było filmu, który w tak nietypowy, zaskakujący, intrygujący i orzeźwiający sposób mówił o trudnych, skomplikowanych relacjach rodzinnych.  Pod tym względem, w pewnym sensie "Captain Fantastic" bardzo przypomina tamten świetny obraz.  Tam dość ekscentryczna rodzina wybierała się swoim żółtym volkswagenem w podróż po Stanach by dojechać na czas na konkurs piękności dla dziewczynek, po drodze ucząc się życia oraz samych siebie.  Tutaj w podróż po kraju wybiera się gigantycznym autobusem ojciec wraz z szóstką swoich dzieci.  I choć cel samej podróży jest znacznie poważniejszy, choć sam film jest odrobinę cięższy od "Małej Miss", to podobnie jak i w tamtym obrazie, twórcy nie boją się korzystać z czarnego humoru, by pewne poważne sytuacje pokazać z trochę innej perspektywy, by wyśmiać pewne postawy.  Momentami bywa to szokujące ale nigdy nie jest obraźliwe, nigdy nie przekracza nieprzekraczalnych granic.  Stąd choć dziwny, choć odmienny, choć zawieszony gdzieś pomiędzy nierealną fantazją a bardzo poważnym spojrzeniem na trudne tematy, "Captain Fantastic" jest filmem niezwykle bliskim, mądrym, zmuszającym do myślenia.  Filmem zostającym na długo w pamięci.

Już sam początek tego obrazu jest zaskakujący.  Poznajemy Bena, który wraz z szóstką dzieci mieszka w lesie.  Są odcięci od cywilizacji, elektryczności, popkultury, szalonego konsumpcjonizmu.  Ben wychowuje swoje dzieci według własnych reguł, uczy je jak przetrwać w naturalnych warunkach, jak utrzymać się przy życiu mając tylko siebie, swoją sprawność fizyczną oraz wiedzę o świecie.  Dzieciaki trenują, biegają, wspinają się po skałach, wiedzą jak upolować zwierzę, jak rozpalić ogień, jak odnaleźć drogę patrząc w niebo.  Oprócz treningów fizycznych Ben poświęca również czas na naukę swoich dzieci. Wszyscy mają prace domowe, muszą czytać książki, ale przede wszystkim bohater stara się nauczyć ich myślenia.  Jest ojcem bardzo bezpośrednim, odpowiadającym na wszystkie pytania, nie stosującym żadnych filtrów ochronnych ze względu na wiek swoich pociech.  Jest również ojcem bardzo wymagającym, inteligentnym, pragnącym by jego dzieciaki wyrosły na świadomych i coś sobą reprezentujących ludzi.  Oczekuje myślenia.  Dla przykładu nie satysfakcjonuje go prosta odpowiedź typu "ciekawa", na pytanie odnośnie tego jaka była książka, którą przeczytała jego córka.  Nie satysfakcjonuje go również odpowiedź wyjaśniająca o czym książka opowiadała - oczekuje wrażeń, przemyśleń, wniosków.  To czego Ben jednak nie jest w stanie nauczyć, to kontakt ze zwykłym światem, z ludźmi.  Nie przygotowuje dzieci do ewentualnego powrotu do znienawidzonej cywilizacji.  A tak się niestety składa, że cała siódemka musi wyruszyć w podróż przez świat znajdujący się poza lasem.  I ta podróż stanie się pretekstem do poznania samych siebie, do poznania życia, do zredefiniowania myślenia o tym czy plan bohatera na wychowywanie dzieci jest właściwy, czy świat zewnętrzny naprawdę jest taki zły.

"Captain Fantastic" jest więc kinem drogi, filmem który stawia podróżujących bohaterów przed nowymi sytuacjami, sprawdzając jak się zachowają, sprawdzając jaka będzie reakcja otoczenia na ich nietypowe zachowanie, sprawdzając jak zmienią się bohaterowie, dowiadując się nowych rzeczy o sobie samych, o świecie, którego dotychczas nie znali.  To inne, ale naprawdę pouczające spojrzenie.  Momentami całkiem absurdalne i komiczne, momentami bardzo poważne i zastanawiające, które nie wybiera jednej właściwej drogi, które ukazuje za i przeciw każdej ze stron, nie faworyzując, zostawiając widzom możliwość wyboru odnośnie tego kto ma rację w konkretnych sytuacjach.  Żadna ze stron, żaden ze sposobów życia nie jest tutaj bowiem faworyzowany.  „Captain Fantastic” jest filmem, który w poruszający sposób mówi o stracie, o radzeniu sobie z otaczającym nas światem, o marzeniach, o potrzebie akceptacji, zrozumienia.  Filmem urokliwie nakręconym, urzekająco ekscentrycznym, zaskakująco zabawnym i fantastycznie zagranym, przez szóstkę młodych aktorów, ale również przez Vigo Mortensena, który zasłużenie został wyróżniony nominacją do Oscara za swoją rolę.  Zdecydowanie warto.

13:50, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (4) »
sobota, 08 kwietnia 2017
American Honey

Star

American HoneyAmerican Honey (2016) USA, Wielka Brytania

reżyseria i scenariusz: Andrea Arnold
aktorzy: Sasha Lane, Shia LaBeouf, Riley Keough, McCaul Lombardi, Arielle Holmes
zdjęcia: Robbie Ryan
montaż: Joe Bini

 (7/10)

Star ma osiemnaście lat.  Poznajemy ją w trudnym momencie jej życia.  Opiekuje się młodszym rodzeństwem: siostrą i bratem, mieszka z zapijaczonym facetem, którzy każe nazywać się "daddy", jedzenia szuka po śmietnikach.  Matka opuściła ich, mieszka gdzieś niedaleko ale prowadzi własne życie, mając trójkę swoich dzieci głęboko gdzieś. Dlatego gdy tylko nadarza się odpowiednia sytuacja, Star ucieka z domu, mając nadzieję, że wszędzie będzie lepiej niż tu gdzie jest teraz.  Ucieka bo nie jest w stanie znieść swojego obecnego życia.  Okazja do ucieczki pojawia się zupełnie przypadkowo, i jest nią grupa nastolatków, którzy podróżują po kraju wielkim vanem, zarabiając ze sprzedaży prenumeraty magazynów wysyłkowych.  Jake, najlepszy sprzedawca z całej grupy, oferuje dziewczynie pracę.  Ma rzucić wszystko i jechać razem z nimi.  Star wyrusza w drogę, mając nadzieję, że dzięki tej decyzji jej życie potoczy się w lepszym kierunku, że dzięki temu, jakimś cudem spełnią się jej marzenia.

To co pierwsze uderza w tym filmie to jego format.  Niewielkie 4:3, które w dzisiejszych czasach tak nienaturalnie wygląda na srebrnym ekranie.  Obraz jest tu ściśnięty do kwadratu, klaustrofobiczny, hermetyczny.  Zamykający ten trudny świat w którym żyje bohaterka na bardzo małej powierzchni.  O dziwo jednak, w trakcie seansu, poznając bohaterkę, ma się wrażenie jakby ten niewielki obraz się rozszerzał, jakby zajmował coraz więcej miejsca.  Dzięki pięknym, naturalnym zdjęciom, które szukają jak najwięcej promieni słońca, obraz ten staje się większy, zdaje się rozszerzać.  Prócz światła powiększa go również naturalność z jaką opowiedziana, właściwie podejrzana zostaje ta historia.  Kamera śledzi bohaterkę, śledzi grupę nastolatków z którymi uciekła, i robi to w taki sposób, jakby była cichym elementem tej historii, podglądaczem, który obserwuje tą dziejącą się rzeczywistość.  Nie sposób odróżnić, które ze scen zostały zaimprowizowane, które wynikały ściśle ze scenariusza, ile w tym wszystkim gry aktorskiej, a ile przypadku, obserwacji, rejestracji rzeczywistości.  Ta naturalność wylewa się z ekranu od samego początku do samego końca tego nadspodziewanie długiego ale spójnego i zwartego filmu.

Bohaterowie jeżdżą od miasta do miasta, zaczynając od małej miejscowości w Teksasie z której pochodzi Star.  Imprezują, mają swoje dziwne zwyczaje, rozmawiają, bawią się, w dzień chodzą od domu do domu, wymyślając różne historie dzięki którym udaje się im wyciągnąć pieniądze od bogatych Amerykanów, których naciągają na magazyny.  Ich podróży przez kraj towarzyszy muzyka, najczęściej hip hop ale również popowe piosenki, które nadają tej opowieści odpowiednie tempo i świeży klimat. Piosenki są tłem ale i po części elementem tej historii, jak chociażby "We Found Love" Rihanny, które staje się niejako hymnem grupy.  Reżyserce tak dobrze udało się dobrać bohaterów tej opowieści, że ani przez chwilę nie wątpimy w ich relacje, w sytuacje w jakiej się znajdują.  I choć na planie tego filmu spotykają się aktorzy mający już całkiem spore doświadczenie (jak LaBeouf czy Keough) z amatorami, którzy po raz pierwszy stanęli przed kamerami, to ani przez chwilę nie widać tu rysy na tym połączeniu doświadczenia z debiutem.  Ani przez chwilę nie wątpi się w tę grupę, nie czuje się sztuczności w zachowaniu, grze któregokolwiek z aktorów.

Prawdziwym objawieniem tego filmu jest natomiast Sasha Lane, debiutantka, która wciela się w postać osiemnastoletniej Star.  Jest zjawiskowa, magnetyczna, intrygująca.  Na jej twarzy, w jej oczach maluje się mnóstwo emocji, w które się wierzy i które odczuwa się przez cały seans.  To sprzeczności, które budują jej postać.  Ból, tęsknota, złość, zrezygnowanie, dziecięca naiwność, pewność siebie, zdecydowanie.  Jej bohaterka, dziewczyna o dobrym sercu, wyrywa się z domowego koszmaru, by trafić pomiędzy pełnych życia rówieśników, którzy na pierwszy rzut oka doskonale ją rozumieją, których zdawać by się mogło rozpiera radość życia. Ale jak ze wszystkim, z czasem okazuje się, że życie nie jest takie proste, a sen o lepszym życiu wśród rówieśników może się wcale nie spełnić. Świetny jest tutaj również LaBeouf w roli Jake'a, któremu udaje się namówić Star do podróży.  To postać nieoczywista, z jednej strony bardzo pewny siebie, zdecydowany, zmotywowany, czarujący chłopak, który jest jednak zaskakująco mocno podporządkowany liderce całej grupy czyli Krystal.  To facet w którym można się zakochać na zabój, który jest nieoczywisty, nieprzewidywalny.  Świetna rola, w której Shia całkiem się zatapia, udowadniając, że jako aktor jest kimś znacznie więcej niż tylko nastolatkiem znanym z "Transformers".

20:36, milczacy_krytyk , 07
Link Dodaj komentarz »
sobota, 01 kwietnia 2017
Power Rangers

it's morphin' time

Power RangersPower Rangers (2017) USA

reżyseria: Dean Israelite
scenariusz: John Gatins
aktorzy: Dacre Montgomery, Naomi Scott, RJ Cyler, Ludi Lin, Becky G., Elizabeth Banks, Bryan Cranston, Bill Hader, Matt Shively, Cody Kearsley, David Denman
muzyka: Brian Tyler
zdjęcia: Matthew J. Lloyd
montaż: Dody Dorn, Martin Bernfeld

 (7/10)

Nie ukrywam, jako dziecko uwielbiałem "Power Rangers".  I choć dzisiaj pojąć nie mogę jak mógł mi się podobać ten głupiutki, infantylny serial, to jako kilkulatek świetnie bawiłem się oglądając kolejne odcinki.  Znam przede wszystkim pierwszy sezon czyli "Mighty Morphin" ale i późniejsze jak chociażby "Zeo" nie są mi obce.  "Power Rangers" już dwa razy próbowało swojej szansy na wielkim ekranie, jednak wtedy proponowano jedynie filmy w formie wydłużonego odcinka serialu, przez co produkcje te nie przyciągnęły tłumów.  Teraz przyszedł czas na kolejną próbę.  Z jednej strony łatwiejszą, bo żyjemy w czasach gdy w kinie królują ekranizacje komiksów, kolejne filmy o superbohaterach.  Z tej samej przyczyny jednak mocno wymagającą bo w zalewie kolejnych sequeli, prequeli i rebootów o zamaskowanych bohaterach, by odnieść sukces trzeba się wyróżnić.  A "Power Rangers" z pozoru wyglądają jak połączenie "Transformers", „Pacific Rim” i "Iron Mana", czyli kombinacji obrazów, które całkiem niedawno gościły na wielkim ekranie.  A taka pozorna powtarzalność zdecydowanie nie wpłynie dobrze na pozytywny odbiór tego widowiska.  Poza tym nie da się ukryć, że oryginalny serial był momentami mocno żenujący i stworzyć na jego podstawie coś co nada się do kin, co porwie tłumy, nie należało do najłatwiejszych zadań.  Jednak o dziwo się udało.

Twórcy nowych "Power Rangers" poszli w bardzo dobrym kierunku kreując swoją produkcję na wzór origin postaci komiksowych.  Samych Rangersów mamy tutaj stosunkowo niewiele, na to przyjdzie jeszcze czas w kolejnych filmach.  Ten pierwszy obraz wyświetlany właśnie w naszych kinach ma za zadanie przedstawić nam bohaterów, wprowadzić w trochę zmienione uniwersum wojowników mocy, pokazać założenia tej budowanej od początku mitologii, położyć fundamenty pod kolejne filmy.  I robi to wyśmienicie.  To co się tutaj przede wszystkim udaje to bohaterowie.  Pięcioro niezwykle sympatycznych nastolatków, którzy aby stać się Power Rangers muszą się wpierw poznać i polubić.  Dzieciaki nieźle grają, a ponieważ ich bohaterowie są konkretnie nakreśleni, od razu się ich lubi.  Jest Jason, który przez kontuzje musiał przerwać karierę sportowca i zupełnie sobie z tym nie radzi.  Jest Kimberly, która została wykluczona ze swojego dotychczasowego otoczenia za to co zrobiła w szkole.  Jest Billy, czyli niezwykle inteligentny, błyskotliwy chłopak, który ma ogromne trudności w nawiązywaniu relacji międzyludzkich.  Jest Trini, czyli nowa dziewczyna w szkole, której konserwatywni rodzice chcą narzucić jedyny, w ich mniemaniu właściwy sposób na życie.  Jest wreszcie Zack, opiekujący się chorą matką.  Każdy z nich jest na swój sposób zbuntowany, niedopasowany, zmagający się z jakimś problemem.  Niby banał, niby schemat, ale napisany na tyle sprawnie i na tyle lekko zagrany, że nie boli.  Z resztą cały film ma w sobie taką lekkość.  Jest nakręcony z dużym dystansem do siebie i swego otoczenia.  Świetne jest chociażby to, że dzieciaki nie wierzą w to co odkrywają i żartują z bycia jedynym ratunkiem dla świata.  Świetne są tu również nawiązania do konkurencyjnych filmów, chociażby "Transformers" czy "Iron Mana".  Całe szczęście film ten doskonale zdaje sobie sprawę z tego czym tak naprawdę jest.  To głupiutka ale przyjemna rozrywka dla nastolatków, ożywienie serialu do którego nie można podchodzić na poważnie.

Dla tych, którzy nie znają oryginalnych "Power Rangers" film ten może wydać się zwykłą kolorową papką zrzynającą z konkurencji.  Jednak Ci, którzy choć trochę pamiętają serial z lat 90., będą w pełni usatysfakcjonowani z tego jak twórcom udało się przenieść tę opowieść na wielki ekran.  Sporo w tej produkcji smaczków, mrugnięć okiem skierowanych do tych, którzy znają poprzednie wcielenia Rangersów.  I choć kinowe uniwersum Power Rangers różni się trochę od serialowego (zmieniono chociażby to kim jest Rita, skąd pochodzą Zordon i Alpha, oraz sam wybór nastolatków na wojowników ma tym razem mniej idealistyczny wydźwięk), to twórcy nie zapominają o stałych punktach programu.  Jest więc Rita Repulsa (z radością i rozbrajającą szarżą zagrana przez Elizabeth Banks), jest banda kitowców (tutaj w postaci skalistych potworów), i oczywiście gigantyczny potwór, złoty Goldar, którego Rita tworzy przy pomocy swojej różdżki.  Jest pięcioro kolorowych Rangersów, są ich dino-zordy, jest też Mega-Zord walczący pod sam koniec.  Jest Alpha i jego „Ajajaj!”, jest twarz Zordona pojawiająca się na ścianie (świetnie, że pomiędzy nim a nastolatkami dochodzi do tarć i ta relacja nie jest tak bardzo oczywista).  Jest odśpiewany motyw „Go Go Power Rangers”, jest wreszcie cameo dwójki najbardziej lubianych Rangersów z pierwszego serialu. Zabrakło jedynie (na szczęście) najbardziej żenującego elementu serialu czyli Czachy i Mięśniaka.  I choć nie mogę napisać, że nowe „Power Rangers” jest dobrym filmem, bo takim w żadnym wypadku nie jest, to jednak jako kolorowy, wybuchowy wstęp do nowej serii filmów i pierwszy obraz z ożywionego uniwersum, spisuje się zaskakująco nieźle.

18:03, milczacy_krytyk , 07
Link Dodaj komentarz »