Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
czwartek, 28 kwietnia 2016
Księga dżungli

Mowgli

Księga dżungliKsięga dżungli (2016) USA

reżyseria: Jon Favreau
scenariusz: Justin Marks
aktorzy: Neel Sethigłosy: Bill Murray, Ben Kingsley, Idris Elba, Lupita Nyong'o, Scarlett Johansson, Giancarlo Esposito, Christopher Walken, Garry Shandling
muzyka: John Debney
zdjęcia: Bill Pope
montaż: Mark Livolsi

na podstawie: książki Rudyarda Kiplinga

 (7/10)

Disney od pewnego czasu zaczął przenosić na wielki ekran dawne opowieści, dobrze znane bajki. Ożywia na nowo historie, które studio w przeszłości już raz opowiadało, ale wtedy w formie animacji.  Teraz zyskują one formę filmów w których występują aktorzy.  Tak ostatnio stało się z "Kopciuszkiem", który ożył za sprawą bardzo klasycznego filmu Kennetha Branagh, tak było i odrobinę wcześniej chociażby z "Czarownicą" czy "Alicją w krainie czarów", choć tamte produkcje odrobinę bardziej eksperymentowały z materiałem źródłowym.  Tak jest i teraz, za sprawą Jona Favreau, który animowaną "Księgę dżungli" ożywia na ekranie za sprawą trójwymiarowej animacji, niezwykle dokładnie imitującej rzeczywistość.  Komputerowa animacja sprawia wrażenie realnych krajobrazów, w których jedynym prawdziwym elementem jest debiutujący na ekranie Neel Sethi wcielający się w rolę Mowgliego.  Towarzyszą mu wygenerowane w komputerze zwierzęta, odzywające się głosami Christophera Walkena, Bena Kingsleya, Idrisa Elby, Scarlett Johansson, Lupity Nyong'o i Billa Murraya.

To co przede wszystkim zachwyca w nowej "Księdze dżungli" to jej strona wizualna.  Ten film wygląda po prostu nieziemsko.  Dżungla jaką prezentują twórcy żyje, oddycha i sprawia wrażenie miejsca, które istnieje w rzeczywistości.  I choć wygenerowana została w całości w komputerze, choć jest efektem ciężkiej pracy speców od efektów, ma się wrażenie, że każdy liść, każde drzewo, skała czy kropla wody jest prawdziwa.  Totalnie zaciera się granica pomiędzy tym co została wygenerowane cyfrowo, a tym co dostępne było na planie w formie niewielkiej dekoracji, rekwizytu.  I tylko domyślać się można jak niewiele z elementów, które widzimy w trakcie trwania seansu, faktycznie brało udział podczas realizacji tego obrazu, a ile z nich pojawiło się później, dopiero na ekranach komputerów.  Niezwykłe osiągnięcie, szczególnie jeśli popatrzy się na zwierzęta, które gdyby nie to, że odzywają się ludzkim głosem, wyglądają na w pełni realne.  Tak jak niezwykle przekonujący i realistyczny był tygrys z "Życia Pi", tak i tu wszyscy mieszkańcy dżungli, wyglądają na prawdziwych.

Sam film to takie trochę kino drogi, w którym mały Mowgli, spotykając na swojej drodze kolejnych zwierzęcych bohaterów, zmierza w pewne konkretne miejsce.  Śledzi go i czyha na niego tygrys Shere Khan, którego jedynym celem jest zamordowane małego chłopca - nie toleruje bowiem obecności ludzkiego dziecka pośród mieszkańców dżungli.  Całość zyskuje ogromny zastrzyk pozytywnej energii w drugiej połowie seansu, gdy na ekranie pojawia się miś Baloo genialnie dubbingowany przez Billa Murraya.  Jest zabawnie, chwilami wzruszająco, a końcówka choć trochę nielogiczna i naciągana, potrafi przyspieszyć bicie serca. Piosenek nie ma prawie wcale, ot jedna w czasie zabawy z Baloo.  Reszty można posłuchać w trakcie bardzo pomysłowych napisów końcowych.  Nie spodziewałem się tego, ale seans na plus.

Tagi: przygodowy
20:13, milczacy_krytyk , 07
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 kwietnia 2016
High-Rise

kinderparty

High-RiseHigh-Rise (2015) Wielka Brytania

reżyseria: Ben Wheatley
scenariusz: Amy Jump
aktorzy: Tom Hiddleston, Jeremy Irons, Sienna Miller, Luke Evans, Elisabeth Moss, James Purefoy, Keeley Hawes
muzyka: Clint Mansell
zdjęcia: Laurie Rose
montaż: Ben Wheatley, Amy Jump

na podstawie: powieści J.G. Ballarda "Wieżowiec"

 (4/10)

"High-Rise" jest filmem zrealizowanym na podstawie powieści z połowy lat siedemdziesiątych.  To opowieść w której wielki wieżowiec wykorzystywany jest jako metafora społecznych podziałów klasowych.  Miejsce, którego dolne kondygnacje zamieszkiwane są przez klasę średnią, a wyższe piętra, ogromne penthousy, należą do tych najbogatszych.  Braki w dostawie prądu, problemy z zsypem do śmieci, mniej dziennego światła i gorsze warunki do życia bardzo szybko stają się przyczynkiem do buntu.  Buntu przez który w życie wszystkich mieszkańców wieżowca wedrze się postępujący chaos.  Dość podobny koncept kilka lat temu pojawił się w kinie za sprawą ekranizacji komiksu "Snowpiercer".  Tam zamiast wieżowca był pociąg i kolejne wagony, im bardziej oddalone od lokomotywy, tym zamieszkiwane przez biedniejszych pasażerów.  O ile jednak w "Snowpiercer" chodziło bardziej o polepszenie statusu najbiedniejszych, poprzez dojście do lokomotywy, tak w "High-Rise" chodzi przede wszystkim o rozpad.  Co ciekawe jednak choć tamta ekranizacja komiksu była przede wszystkim efektownym filmem akcji, zawierała ciekawszą, bardziej pogłębioną, dokładniejszą analizę nierówności społecznych niż ten brytyjski film, który zdawać by się mogło, jako reprezentant kina ambitnego, powinien na tym polu zdecydowanie wygrywać.

Problem z "High-Rise" polega na tym, że produkcja ta zatrzymuje się na błyskotkach. Ładnych, pieczołowicie zaaranżowanych scenach, oddzielnych, udziwnionych sytuacjach, które następują jedna po drugiej.  Przez takie przeplatanie oddzielnych scen, spojrzeń na kolejnych mieszkańców wieżowca, tworzy się z tej produkcji ładna z wyglądu sieczka, przepełniona wątkami i postaciami, w której związek przyczynowo-skutkowy ledwo co istnieje, a kolejne inscenizacje stają się ważniejsze od historii samej w sobie.  Przez to film ten ogląda się jak zbiór scen, teatralnych przedstawień wystawianych przez kolejnych aktorów tego dramatu.  A przez takie rozczłonkowanie akcji na oddzielne elementy gubi się gdzieś narastający klimat buntu wśród mieszkańców dolnych pięter.  Jedna sytuacja z uciekającym światłem, ze dwie imprezy i nagle wszyscy zaczynają wariować, tracić rozum i demolować swoje miejsce zamieszkania.  Rozpoczyna się ogromna impreza w trakcie której nie obowiązują żadne reguły, a ludzie nie przejawiają żadnych zahamowań.  Taki Bang Gang tylko, że w dorosłym wydaniu.  Jakby wszyscy nagle zapomnieli o własnym życiu, o tym, że poza wieżowcem istnieje normalny świat.  Zaczyna rządzić chaos, nieporządek, ale są one zupełnie nieprzekonujące bo z niczego nie wynikają.  Szczególnie patrząc na wyższe piętra, które również tracą rozum.  Bunt dzieje się nie dlatego, że wynika z kolejnych scen, z rozwoju wypadków, ale dlatego, że musi się zdarzyć, bo tego wymaga koncept na ten obraz.

Nie da się jednak odmówić "High-Rise" tego, że od strony wizualnej film ten prezentuje się wyśmienicie.  Z jednej strony bardzo mocno zaznacza punkt czasu z jakiego wywodzi się książka będąca jego źródłem, a więc połowa lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku.  Wszystko więc wokoło wygląda jakby było wyjęte z tamtego czasu.  Samochody, dekoracje, ubrania, fryzury bohaterów mocno nawiązujące do mody z tamtych lat.  Ale jednocześnie ma się poczucie jakby akcja tego filmu rozgrywała się w przyszłości, jakby była futurystyczną wizją świata jaki jeszcze nie nastąpił.  Twórcy więc z jednej strony cofają się w czasie, ale z drugiej strony, w ten dawnej rzeczywistości wybiegają naprzód, tworząc pewnego rodzaju świat alternatywny.  I to połączenie przeszłości i przyszłości jest naprawdę ciekawe i tworzy intrygujący klimat.  Szkoda tylko, że został on całkiem zaprzepaszczony przez chaotyczny scenariusz, który co chwila zmienia tempo, co chwila zatrzymuje się na kolejnej scenie i prowadzi do oczywistego finału.  Skupiając się po drodze na coraz dziwniejszych sytuacjach i wybrykach mieszkańców wieżowca.  Za wiele tu wszystkiego, przez co pod koniec, niestety niedużo z tej produkcji wynika.

19:10, milczacy_krytyk , 04
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 kwietnia 2016
Hardcore Henry

Henry

Hardcore HenryHardcore Henry (2015) Rosja, USA

reżyseria i scenariusz: Ilya Naishuller
aktorzy: Sharlto Copley, Danila Kozlovsky, Haley Bennett, Tim Roth, Andrey Dementev, Svetlana Ustinova
muzyka: Darya Charusha
zdjęcia: Vsevolod Kaptur, Fedor Lyass, Pasha Kapinos
montaż: Steve Mirkovich

 (6/10)

Henry budzi się w tajnym laboratorium.  Jest nagi, nie ma lewej nogi ani lewej ręki.  Nic nie pamięta.  Z przezroczystego pojemnika wypełnionego wodą wydostaje go pewna kobieta.  Wszczepia mu mechaniczne, brakujące kończyny i oznajmia, że jest jego żoną.  Uratowała go z rąk okrutnego Akana, który jak się wkrótce okaże posiada telekinetyczne moce.  Henry natomiast jest cyborgiem.  Tuż przed tym gdy kobieta oraz współpracujący z nią naukowcy mają zamiar wgrać głos bohatera, ośrodek zostaje zaatakowany, a Henry musi uciekać.  Od tej pory za cel postawi sobie dowiedzieć się kim tak naprawdę jest i jaka jest jego przeszłość, a także postara się odnaleźć swoją żonę, która została porwana przez Akana.  Oczywiście będzie musiał także powstrzymać jego niecny plan, bo przecież każdy złoczyńca z nadprzyrodzonymi mocami musi taki posiadać.

To co na pierwszy rzut oka jest niezwykłe w "Hardcore Henry", to punkt widzenia jaki obiera kamera.  To pierwszoosobowe spojrzenie na akcję.  Jesteśmy Henrym i wyłącznie jego oczami spoglądamy na ten filmowy świat alternatywnej rzeczywistości.  Samo to w kinie nie jest akurat niczym nowym, na przestrzeni lat zdarzały się tego typu produkcje, choć oczywiście do częstych nie należały.  Po raz pierwszy jednak takie pierwszoosobowe podejście do formy zostało wykorzystane w filmie akcji.  Ciekawe, innowacyjne podejście, które z początku bawi i zaskakuje, ale z czasem staje się męczące, generuje więcej problemów niż korzyści.  Ot ciekawostka, która może byłaby idealna na krótki metraż, ale w pełnym filmie staje się swoistą kulą u nogi.  Po pierwsze kamera trzęsie się niemiłosiernie i za każdym razem gdy bohater biegnie, walczy bądź ucieka, na ekranie widać tylko rozmazany, roztrzęsiony obraz, w którym bardzo łatwo się pogubić.  Samo to jeszcze nie byłoby niewybaczalne, w końcu niektóre współczesne filmy akcji również charakteryzują się błyskawicznym montażem i przesadnie rozchwianym obrazem.  Większym problemem staje się to, że film ten w scenach gdy bohater przemierza kolejne korytarze, bardziej przypomina grę komputerową niż prawdziwy film.  Te sceny są jakby żywcem wyjęte z ekranu komputerów.  Jedyna, podstawowa różnica polega na tym, że w grze gracz ma przyjemność kierowania bohaterem, a tutaj to aktywne uczestnictwo nie istnieje, zostaje zastąpione przez zwyczajną obserwację.  A przez to seans zamiast ekscytować, chwilami nuży i się dłuży.

"Hardcore Henry" jest jednak produkcją, która oferuje odrobinę więcej niż to co prezentował zwiastun, zdradzał opis fabuły.  To obraz, który ma w zanadrzu kilka ciekawych zwrotów akcji, kilka niespodzianek i zaskoczeń.  Historyjka jest ciekawa i choć dąży w znanym kierunku, stara się po drodze trochę urozmaicić ten schemat.  Świetnie wypada tutaj na przykład humor, który podany jest w zaskakująco sporej dawce.  Zabawne komentarze, odniesienia do innych produkcji, komiczne sytuacje, absurdalne pomysły (musicalowy występ), czy nawet muzyczny komentarz z piosenkami dobranymi tak, aby stanowiły powód do śmiechu.  To wszystko powoduje, że ten rosyjski film staje się zaskakująco lekki i przyjemny.  Całość zostaje wzięta w ogromny nawias umowności, i tylko w taki sposób powinna być traktowana.  A wisienką na torcie okazuje się Sharlto Copley w roli Jimmiego, który nieustannie powraca w odmiennych wcieleniach.  Zabawna postać, której wielokrotność zostaje całkiem sprytnie wytłumaczona.  A Sharlto kolejny raz udowadnia, że jest aktorem idealnie nadającym się do zadań specjalnych.

Tagi: akcja sci-fi
19:13, milczacy_krytyk , 06
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 kwietnia 2016
Mustang

Lale

MustangMustang (2015) Francja, Niemcy, Turcja, Katar

reżyseria: Deniz Gamze Ergüven
scenariusz: Deniz Gamze Ergüven, Alice Winocour
aktorzy: Güneş Şensoy, Doga Zeynep Doguşlu, Tugba Sunguroglu, Elit Işcan, Ilayda Akdogan, Nihal G. Koldas, Ayberk Pekcan, Bahar Kerimoglu, Burak Yigit, Erol Afsin
muzyka: Warren Ellis
zdjęcia: David Chizallet, Ersin Gök
montaż: Mathilde Van de Moortel

 (8,5/10)

Pięć sióstr, wraz z końcem roku szkolnego, wraca na turecką wieś, do domu swojej Babci.  Ich rodzice zginęli kilka lat temu, gdy dziewczynki były jeszcze bardzo małe.  Teraz są już nastolatkami i pragną doświadczać życia w pełnym wymiarze.  Pragną być szczęśliwe i wolne.  Jednak życie na prowincji, w której mieszka wiele osób o tradycyjnym, konserwatywnym podejściu do religii, obyczajów i kultury, będzie trudniejsze niż się dziewczynom z początku wydaje.  Zwykła zabawa w morzu, jazda na barana na ramionach kolegów ze szkoły, staje się lokalnym skandalem.  Niewinna zabawa zostaje uznana niemal za prostytucję, zeszmacenie się, utratę cnoty.  I choć Babcia dziewczynek z początku tłumaczy ich zachowanie młodym wiekiem, potrzebą wyszalenia się, presja społeczności, jak również jej syna, okaże się silniejsza, i z początku przytulny dom zacznie przeradzać się w więzienie.  Jak bohaterki określają to w pewnym momencie, stanie się fabryką produkującą gospodynie domowe.

"Mustang" jest filmem, który w niezwykły sposób łączy radość ze smutkiem, lekkości narracji z narastającym napięciem.  Przeplata śmieszność, absurdalność niektórych scen i sytuacji z przerażającą świadomością jak obca, niezrozumiała i niesprawiedliwa jest kultura, którą widzimy na ekranie.  Niezwykła mieszanka, która na przemian bawi i przeraża.  To film nakręcony w jasnych barwach pełen nadziei i radości, która wypływa z charakteru i młodzieńczości bohaterek.  Te wygłupiają się, śmieją, chcą poznawać życie, być po prostu szczęśliwe.  Ale jednocześnie to film, który pod tą radosną formą niesie ze sobą przerażającą wizję bardzo konserwatywnych, opresyjnych przekonań, według których kobieta powinna być cicha i usłużna.  Powinna chodzić skromnie ubrana, zakrywać włosy, oraz być dobrą gospodynią, na twarzy której widoczny być powinien rumieniec wstydu.  Niezrozumiała jest ta kultura, która wydaje córki za mąż w aranżowanych małżeństwach, zwykłych umowach między rodzinami, które z tak wymarzoną przez dziewczynki miłością nie mają nic wspólnego.  Kultura życia, w które na każdym kroku wtrąca się rodzina, wiara i tradycyjne przekonania, jak chociażby ukazana tu kontrola nocy poślubnej, która musi spłynąć dziewiczą krwią.  

"Mustang" ze spokojnej opowieści o pięciu siostrach w pewnym momencie staje się bardzo poruszającą i trzymającą w napięciu historią o potrzebie wolności.  O dążeniu do wolności, która zabierana jest poprzez więzienny areszt oraz aranżowane małżeństwa, będące również formą zniewolenia młodych bohaterek.  Historią o pragnieniu samostanowienia, potrzebie dokonywania własnych wyborów i życia według własnych reguł.  Filmem, który z minuty na minutę, choć z początku zdaje się być lekki, wzmaga napięcie, by w finale naprawdę mocno trzymać w niepewności.  Bo momentalnie przywiązujemy się do tych pięciu bohaterek i życzymy im jak najlepiej, na przekór całego zła, które je spotyka.  A ten młodzieńczy bunt przeciwko zniewoleniu, to dążenie do wolności jest naprawdę porywające i inspirujące.  Wybierzcie się koniecznie, bo ten nominowany do tegorocznych Oscarów film, jest zdecydowanie wart zobaczenia.

Tagi: dramat
18:09, milczacy_krytyk , 08
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 kwietnia 2016
Cień

maryland

CieńCień (2015) Belgia, Francja

reżyseria: Alice Winocour
scenariusz: Alice Winocour, Jean-Stéphane Bron
aktorzy: Matthias Schoenaerts, Diane Kruger, Paul Hamy, Zaid Errougui-Demonsant, Percy Kemp, Victor Pontecorvo
muzyka: Gesaffelstein
zdjęcia: Georges Lechaptois
montaż: Julien Lacheray

 (6/10)

Gesaffelstein to kolejny twórca muzyki elektronicznej, który swoich sił spróbował jako kompozytor muzyki filmowej.  Wcale nie tak dawno ten romans z kinem przeżywali Daft Punk tworząc niezapomniany soundtrack do "Tron: Dziedzictwo", M83 komponując do "Oblivion", czy The Chemical Brothers pisząc utwory do "Hanna".  I choć dokonanie Gesaffelsteina nie jest tak porywające jak kompozycje wymienione wcześniej, to w filmie Alice Winocour spisuje się wyśmienicie.  Od pierwszej sceny gdy wchodzi elektroniczny bit, budzi się niezwykły klimat tej produkcji.  Trochę mroczny, trochę oniryczny, odrobinę zagadkowy.  I ten klimat pogłębia się z każdą kolejną minutą seansu, by w finale wybrzmieć w pełni najciekawszym kawałkiem, który idealnie pasuje na podsumowanie tego obrazu, ale również świetnie spisuje się jako niezależny utwór.

"Maryland" to film, który rozwija się niespiesznie i który początkowo sprawia wrażenie dość niepozornego.  I właściwie przez pierwszy akt, dobre pół godziny, trudno domyślić się w jakim kierunku podąży, o co tak naprawdę będzie w nim chodzić.  Możliwych dróg rozwoju tej opowieści jest wiele, a ta którą wybiera reżyserka jest dość nieoczywista i zaskakująca.  Tym kierunkiem jest bowiem całkiem nieźle trzymający w napięciu dreszczowiec.  Na szczęście nie romans, jak to sugerowały opis czy zwiastun.  Bohaterem tego filmu jest Vincent, żołnierz, który w przerwie pomiędzy kolejnymi misjami dorabia sobie jako ochroniarz.  Zostaje wynajęty do ochrony pewnego wielkiego przyjęcia organizowanego przez niezwykle bogatego biznesmena.  Ponieważ Vincent sprawdza się i zostaje zapamiętany, zaproponowane zostaje mu nowe zadanie.  Tygodniowa ochrona żony i dziecka biznesmena.  W teorii spokojna praca, polegająca na kontrolowaniu kamer, zamykaniu posiadłości na noc, jeżdżeniu na zakupy i temu podobnych.  Jednak szybko okaże się, że zadanie będzie znacznie trudniejsze.

To co działa w tej produkcji, to co powoduje, że seans trzyma w napięciu i interesuje, to granie na nieoczywistościach.  Bohater choć fizycznie wrócił z misji wojskowej, nie powrócił z niej psychicznie.  Źle sypia, miewa migreny, jest niespokojny, przewrażliwiony, podejrzliwy i wiecznie gotowy na odparcie ataku.  To wszystko powoduje, że jego postrzeganie rzeczywistości bywa zaburzone.  A ponieważ całą sytuację obserwujemy jego oczami, trudno stwierdzić czy w istocie jest ona taka jaką ją nam twórcy prezentują.  I tu pojawia się co jakiś czas pytanie, o to czy bohater ma rację, czy jego podejrzenia są słuszne, a może to wszystko jest tylko wynikiem stresu pourazowego. A gdy reżyserce kończą się możliwości grania na tych niepewnościach, wtedy na pierwszy plan wysuwa się naprawdę dobrze zainscenizowany dreszczowiec.  I tyle.  Tylko tyle i aż tyle.  Może można było oczekiwać czegoś więcej, ale cały sens mimo to jest udany, a niejednoznacznie zakończenie działa w nim tylko na plus.

Tagi: thriller
14:15, milczacy_krytyk , 06
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2