Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
wtorek, 29 kwietnia 2014
Niesamowity Spider-Man 2

no more secrets

Niesamowity Spider-Man 2Niesamowity Spider-Man 2 (2014) USA

reżyseria: Marc Webb
scenariusz: Alex Kurtzman, Roberto Orci, Jeff Pinkner
aktorzy: Andrew Garfield, Emma Stone, Jamie Foxx, Dane DeHaan, Colm Feore, Felicity Jones, Paul Giamatti, Sally Field, Embeth Davidtz, Campbell Scott, Chris Cooper
muzyka: Hans Zimmer, Pharrell Williams
zdjęcia: Daniel Mindel
montaż: Pietro Scalia

na podstawie: komiksu Steve'a Ditko i Stana Lee

 (7/10)

Nie jest z tym filmem tak źle, jak wydawało się, że będzie, po obejrzeniu promujących go zwiastunów. Nie jest niestety jednak tak dobrze jak mogłoby być.  Jeszcze kilka lat temu taki kolorowy akcyjniak byłby satysfakcjonującym produktem.  Teraz gdy kolejne  ekranizacje komiksów coraz częściej są czymś znacznie więcej niż tylko przyjemną rozrywką dla mas, ten całkiem dobry poziom jaki prezentuje film Marca Webba wydaje się niewystarczający.  A sam film dziwnie nijaki i mało istotny.  Ot taka zwyczajna, przyjemna rozrywka do popcornu i Coli.  Być może wymagam zbyt wiele, być może niepotrzebnie się czepiam.  Efekty przecież są, całkiem interesująca historia jest, dobrze zagrani bohaterowie są, dowcip również tu występuje i to w całkiem dużych ilościach.  Pewnie też dlatego brakuje tu tego mrocznego klimatu, który sączył się z części pierwszej.  O dziwo film ten nie jest tak napakowany akcją jak mogło to wynikać ze zwiastunów.  Sporo się tu rozmawia, sporo tu również wolniejszych, bardzo kameralnych scen.  Całość kontynuuje bezpośrednio wątki rozpoczęte w poprzednim filmie, co jakiś czas przypominając jak zakończył się tamten obraz.  

To co prezentuje się tu najlepiej to bohaterowie i dobrani do nich aktorzy.  Przede wszystkim odtwórcy dwóch głównych ról - Andrew Garfield i Emma Stone, którzy tworzą parę idealną.  Nie tylko świetnie pasują do granych przez siebie postaci (dowcipkujący Garfield jest o niebo lepszym Peterem i Pająkiem niż gumisiowaty Maguire z filmów Sama Raimi, a Gwen Stacy w wykonaniu Stone ma w sobie cudowną mieszankę niewinności i zadziorności), ale co ważniejsze jest między nimi tak ogromna chemia, że cudownie się na nich patrzy i ani przez chwilę nie wątpi w ich burzliwy związek.  Bardzo dobrze wypada tu również Sally Field, której ciocia May pojawia się na dłużej niż poprzednio i nie stanowi tylko miłej dekoracji do całości.  Trochę gorzej ma się sprawa z czarnymi charakterami.  Electro w wykonaniu Jamiego Foxxa wypada przesadnie groteskowo.  Tak przed przemianą gdy jest jeszcze gapowatym inżynierem, którym wszyscy pomiatają, jak i później, już po transformacji w złoczyńcę będącego czystą elektrycznością.  Wtedy również jest tylko skrzywdzonym facetem, którego nikt nigdy nie doceniał.  Trochę lepiej jest z drugim przeciwnikiem Spider-Mana czyli Harrym Osbournem, w którego wciela się znany chyba przede wszystkim z "Kroniki" Dane DeHaan.  Samego latającego Green Goblina jest co prawda niewiele, ale wyrządza on zdecydowanie najwięcej szkód.  O Rhino nie ma nawet co wspominać, bo jest go tyle ile w zwiastunach i został dorzucony tu zupełnie niepotrzebnie i całkiem na siłę.   

W tej kontynuacji momentami drażnią totalnie przesadzone sceny akcji, jakby wyjęte z gry komputerowej lub animacji.  Za wiele w nich sztucznego komputera, za wiele szaleństw w powietrzu, niesamowitych zdolności jakimi wykazuje się Pająk.  Zamiast ekscytować, ogląda się je bez większego zainteresowania (jedynie sceny na początku, gdy razem ze Spider-Manem lecimy przez miasto robią wrażenie, jest w nich przestrzeń, wolność i dreszcz emocji).  Trochę za wiele tu również wątków.  Co prawda nie jest aż tak tłoczno jak można by myśleć przed seansem.  Poszczególne wątki przeplatają się ze sobą raczej gładko, a przez to, że produkcja ta trwa dwie i pół godziny(!) nie muszą przesadnie walczyć o czas ekranowy.  Jednak nie zmienia to faktu, że trochę ich tu jest.  Narodziny i walka z Electro, związek Petera z Gwen, którzy na zmianę schodzą i rozchodzą się ze sobą, powracający do miasta Harry Osbourne, który przejmuje po umierającym ojcu jego firmę oraz wszystkie skrywane w niej tajemnice, powstające Sinister Six, męcząca Petera tajemnica śmierci jego rodziców, którzy (jak sądzi) po prostu go porzucili, oraz powracające wizje ojca Gwen, jako wyrzut sumienia chłopaka, z powodu niedotrzymanego przyrzeczenia.  Uf.  Spokojnie można by zrezygnować z jednego bądź dwóch wątków, dzięki czemu nie byłoby tu aż tak tłoczno i film ten nie trwałby tak długo.  A tak czuć te ponad dwie godziny i momentami za bardzo się one dłużą.  

21:13, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (6) »
piątek, 25 kwietnia 2014
Hardkor Disko

dzień ojca, matki i dziecka

Hardkor DiskoHardkor Disko (2014) Polska

reżyseria: Krzysztof Skonieczny
scenariusz: Krzysztof Skonieczny, Robert Bolesto
aktorzy: Marcin Kowalczyk, Jaśmina Polak, Agnieszka Wosińska, Janusz Chabior
zdjęcia: Kacper Fertacz
montaż: Sebastian Mialik

 (7/10)

Intrygujący choć dość problematyczny seans.  Jeden z tych po których od razu zadaje się sobie pytanie, co z takimi filmem począć?  Bo nie można powiedzieć, że jest to zły, czy nieudany projekt.  Trudno jednak się nim jednoznacznie zachwycić.  A przy tym wszystkim, mimo pewnego rodzaju wyrównania plusów i minusów, nie jest to obraz w żadnym wypadku nijaki, czy pozwalający na obojętność.  Tym czym "Hardkor Disko" wygrywa jest realizacja, techniczne aspekty tej produkcji.  Film Krzysztofa Skoniecznego jest bowiem fantastycznie nakręcony.  Idealny montaż, dopracowany dźwięk, przemyślana praca kamery, ciekawe zdjęcia, momentami wpadające prawie w przeciwstawne czerń i biel.  Wszystko to tworzy intrygującą, klimatyczną całość, na którą świetnie się patrzy, która nie pozwala oderwać wzroku od ekranu.  Przy okazji całkiem zaskakujące, że nie jest to film tak bardzo teledyskowy, jak sugerował to zwiastun.  Sporo tu długich, przeciągających się ujęć, w czasie których kamera spokojnym ruchem przemierza prostą drogę, by w pewnym momencie zastygnąć w miejscu i tak pozostać do cięcia.  Jak chociażby w fantastycznie rozegranej scenie śniadania, nakręconej w dwóch kilkuminutowych ujęciach.  To między innymi właśnie dzięki temu niespiesznemu tempu, dzięki tej spokojnej obserwacji, dane jest nam przywiązać się do pojawiających się po drodze postaci - matki i ojca, zdawałoby się w dechę rodziców, świetnie zagranych przez Agnieszkę Wosińską i Janusza Chabiora.  Wyróżnia się więc forma, widać oryginalny pomysł i konkretny zamysł na ten obraz (chociażby przeciągające się sceny jazdy za samochodami, obserwowane z wysokości, które zapowiadają nadejście nieuniknionego).  Widać wyczucie reżysera, który opowiada swoją historię obrazem, nie zapominając przy tym, że w kinie bardzo ważny jest również dźwięk, stąd ciekawie dobrane piosenki i odpowiednie budowanie atmosfery przeróżnymi odgłosami.  

To co w tym filmie jest problematyczne, to co pozostawia po sobie największy niedosyt, to treść.  A właściwie, jej szczątkowy zarys, który nie do końca wystarcza by w pełni się zachwycić debiutem Skoniecznego, by w pełni docenić jego pracę.  Opowiadana tu historia jest tak prosta, i jednocześnie tak tajemnicza, że właściwie nie ma jak opisać o czym jest ten film, nie zdradzając przy tym większości z tego co się w nim dzieje.  W dwóch, góra trzech zdaniach można bowiem zawrzeć wszystko.  Jest bohater, młody chłopak, o którym nie wiadomo absolutnie nic, prócz tego, że ma na imię Marcin, a przynajmniej tak się przedstawia.  W pierwszych scenach przyjeżdża do wielkiego miasta poszukując rodziny Wróblewskich.  Nie zastaje ich jednak, ale poznaje ich córkę Olgę, którą zaczyna śledzić.  Motywacji jego działania można się tylko domyślać, bo nie ma dla niej za wiele wskazówek, a te, które pojawiają się po drodze, które są mikroskopijnymi szczegółami, które łatwo przegapić, wcale nie muszą dotyczyć sensu jego czynów.  Plansze rozdzielające poszczególne części tej opowieści, archiwalne fragmenty pewnych zdarzeń, odtwarzane jakby z kaset VHS.  Odpowiedzi można szukać, ale mając tak niewiele wskazówek zostaje właściwie tylko stworzenie własnych wyjaśnień, dopowiedzenie sobie całej reszty.  Tylko od razu pojawia się pytanie, na ile będą one zgodne z intencjami twórcy, a na ile własną nadinterpretacją?  Nie ma jednak innego wyjścia.  Pytanie czy to dobrze czy to źle.  Z jednej strony od prawd wykładanych całkiem bezpośrednio lepsze jest takie niemówienie wprost.  Z drugiej jednak strony, tajemnice są ciekawe o ile nie są absolutne, o ile jest szansa na ich rozwiązanie.  Bo gdy odpowiedzi skrywane są zbyt mocno, nie wiadomo czy w ogóle będzie chciało się ich szukać.  Czy starczy sił i ciekawości na własne dochodzenie, zastanawianie się o co tak naprawdę w tym wszystkim chodziło?

19:43, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (2) »
wtorek, 22 kwietnia 2014
Locke

concrete

LockeLocke (2013) USA, Wielka Brytania

reżyseria i scenariusz: Steven Knight
aktorzy: Tom Hardy
głosy: Olivia Colman, Ruth Wilson, Andrew Scott, Ben Daniels, Tom Holland, Bill Milner, Danny Webb, Alice Lowe, Silas Carson, Lee Ross, Kirsty Dillon
muzyka: Dickon Hinchliffe
zdjęcia: Haris Zambarloukos
montaż: Justine Wright



"Locke" to film z rodzaju tych, które cenię najbardziej, które fascynują mnie najmocniej.  Aktor, bądź dwóch, niewielka, zamknięta przestrzeń i historia oparta przede wszystkim na rozmowach, która wciąga i trzyma w napięciu do samego końca.  Niewiele jest takich filmów, a już w szczególności niewiele jest takich udanych filmów.  "Telefon" Schumachera, hiszpański "Pogrzebany".  Sztuka, która udaje się nielicznym, bo operując w małych przestrzeniach, opierając się właściwie wyłącznie na dialogach, nie trudno wpaść w pułapkę teatru telewizji, filmowanego przedstawienia.  Jednak jeśli sztuka ta przeprowadzona zostanie dobrze, przynosi niesamowicie satysfakcjonujące efekty.  I tak jest tym razem, choć pierwsze minuty tego seansu za bardzo tego nie zapowiadają.  Wszystko tu jednak odpowiednio zadziałało, poszczególne składniki tej produkcji znalazły się na swoich miejscach, tworząc fascynującą całość.  Właśnie dlatego "Locke" jest nieprzeciętną historią, która wciąga z każdą minutą coraz bardziej, i nie pozwala o sobie zapomnieć na długo po seansie.  

"Locke" to film o którym ciężko pisać.  Z jednej strony bardzo chciałoby się dokładnie wyjaśnić na czym polega jego wyjątkowość, co go tak wyróżnia, co czyni go tak nietypowym.  Z drugiej jednak strony im mniej się o nim wie przed seansem tym lepiej.  A bardzo łatwo, całkiem niechcący i zupełnie przez przypadek, napisać zbyt wiele, zdradzając drobne szczegóły, pomniejsze tajemnice, wyjawiane w trakcie rozwoju akcji, które lepiej poznać dopiero oglądając ten film, a nie wcześniej o nim czytając.  Ale spróbujmy.  "Locke" to historia pewnego mężczyzny o imieniu Ivan, który pewnej nocy po zakończonej pracy na budowie, której jest kierownikiem, wsiada do samochodu i wyrusza do Londynu.  Podróż zajmie mu niecałe dwie godziny, o ile nie będzie po drodze korków.  W tym czasie będzie musiał wykonać wiele telefonów, które znacząco wpłyną na jego życie, jak i życie jego najbliższych.  Ivan ma plan, który stara się wykonać, ale co rusz sytuacja się komplikuje.  I to właściwie tyle.  Jeden człowiek, jeden samochód z którego ani razu nie wysiada, przeplatające się rozmowy telefoniczne z kilkoma osobami.  I choć być może nie brzmi to wielce zachwycająco ani zachęcająco, to wykonanie jest pierwszorzędne.  Świetne są tu dialogi, niby zwyczajne, proste rozmowy, toczące się w naturalny sposób, ale mimo swej prostoty, zaskakująco celne, napisane w punkt.  Poprzez nie twórcy doskonale prowadzą akcję tej historii, poprzez nie w pełni wykorzystują stworzoną przez siebie sytuację, w jakiej umieścili głównego bohatera.

Świetne są tu zdjęcia, skąpane w żółtym świetle ulicznych latarni, tworzące niezwykły klimat.  Bardzo udany jest tu montaż, który mimo ograniczonego i monotonnego miejsca akcji, utrzymuje odpowiednie tempo tej opowieści, nie pozwalając jej ani na chwilę zwolnić, nie pozwalając nudzić się nam prezentowanym obrazem.  Dzięki montażowi produkcji tej udaje się nie wpaść w powtarzalny, nijaki rytm, który byłby wyznaczany przez kolejne rozmowy telefoniczne, o co nie było trudno.  I wreszcie, ten bez którego ta produkcja by się z pewnością nie udała.  Ten, który tworzy ten obraz i utrzymuje go na swoich barkach.  Tom Hardy, który w przekonujący sposób tworzy złożoną postać mężczyzny, który mimo piętrzących się przeciwności chce zrobić to co do niego należy, chce postąpić dobrze.  Rozwiązać komplikującą się coraz bardziej sytuację.  By jeden błąd, jedno pęknięcie w jego życiowej przeszłości nie zagroziło konstrukcji udanej egzystencji jaką wiedzie.  Genialna rola, zagrana z niezwykłym spokojem, ale jednocześnie z werwą, magnetyzmem, niepozwalającym oderwać oczu od ekranu.

21:18, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (1) »
sobota, 19 kwietnia 2014
Blue Highway

on the road

Blue HighwayBlue Highway (2013) USA

reżyseria i scenariusz: Kyle Smith
aktorzy: Kerry Bishé, Dillon Porter
muzyka: Infinite Body
zdjęcia: Jeff Powers
montaż: Brian Wessel

 (5/10)

Zwyczajny film o niczym.  Typowe amerykańskie kino niezależne zrealizowane za śmieszne pieniądze, które w na poły zabawny, na poły poważny sposób opowiada zwykłą historię, przedstawia krótki wycinek z życia.  Nic wielkiego, nic szczególnego, taka sobie opowiastka, która lepiej brzmiała w streszczeniu fabuły, niż w pełnej formie filmu.  Ona i on.  Kerry i Dillon.  Nie wiemy o nich zbyt wiele.  Poznajemy ich w momencie gdy wyruszają na wspólną podróż po Stanach śladami swoich ulubionych filmów.  Odwiedzają miejsca, w których realizowane były zdjęcia, przedtem starając się zgadnąć tytuł filmu, którego dotyczyć będzie dane miejsce.  On myśli nad jej zagadkami, ona nad jego.  Każde miejsce uwieczniają na wspólnej fotografii.  I tak mija im ta droga, od jednego przystanku, do kolejnego, a ostatnim ma być Kalifornia.  Bo Dillon właśnie tam się przeprowadza.  

O bohaterach tej opowieści wiemy niewiele.  Właściwie dopiero pod sam koniec okazuje się jaki był prawdziwy cel ich podróży i kim tak naprawdę dla siebie są.  Z początku bowiem trudno to samemu stwierdzić.  Znajomi, przyjaciele, kochankowie, para?  Czy ta podróż zdarzyła się przy okazji, przypadkiem, czy ma jakiś większy sens?  Ale odpowiedzi na te pytania nie są nadto satysfakcjonujące.  Produkcja ta zbudowana jest na bazie epizodów, czy to ukazujących kolejne punkty wycieczki tych dwojga, czy przedstawiających ludzi, których spotykają na swojej drodze.  A skoro oglądamy amerykańską komedię niezależną, to najczęściej są oni trochę dziwni.  A to kierowca samochodu z rejestracją "Goofee", a to dwóch mężczyzn, śmiecących na drodze, a to właściciel motelu, któremu nieszczęśliwie zmarła żona.  Całość jest bardzo krótka (seans trwa zaledwie godzinę i dziesięć minut), ale w pełni wystarczająca.  Z tak prostego pomysłu na film, nie dało się już nic więcej wycisnąć, i kolejne minuty tylko by niepotrzebnie przedłużały ten i tak niezbyt ekscytujący seans.  W pewnym sensie rozczarowanie.

Tagi: komedia
19:44, milczacy_krytyk , 05
Link Komentarze (1) »
wtorek, 15 kwietnia 2014
Grand Budapest Hotel

Monsieur Gustave H.

Grand Budapest HotelGrand Budapest Hotel (2014) USA

reżyseria i scenariusz: Wes Anderson
aktorzy: Ralph Fiennes, Tony Revolori, F. Murray Abraham, Adrien Brody, Willem Dafoe, Edward Norton, Saoirse Ronan, Jude Law, Mathieu Amalric, Jeff Goldblum, Tilda Swinton, Harvey Keitel, Bill Murray, Jason Schwartzman, Owen Wilson, Tom Wilkinson, Léa Seydoux
muzyka: Alexandre Desplat
zdjęcia: Robert D. Yeoman
montaż: Barney Pilling

 (8/10)

Uwielbiam filmy Wesa Andersona.  Te wypieszczone w każdym ujęciu cudeńka, te jedyne w swoim rodzaju filmowe dzieła sztuki, specyficzne obrazy, które jak mało które potrafią w pełni uchwycić prawdziwą magię kina.  Uwielbiam te zachwycające baśnie, tak chwilami absurdalnie zabawne, rozbrajające i dziwne.  Uwielbiam tę dbałość o każdy szczegół, to dopracowanie w każdym detalu, tę specyficzną pracę kamery, jej jazdy równoległe, częste obroty wokół osi, które zastępują typowy montaż.  Napatrzyć się wprost nie mogę na cudowne zdjęcia, tak obficie nasycone kolorami, które wspak złotemu podziałowi obrazu tak często hołubią centrum.  Uwielbiam to wszechogarniające uczucie, tę świadomość oglądania kinowej opowieści, która bierze się chociażby z bezpośredniości w korzystaniu z makiet, malowanych teł, które nie pozwalają zapomnieć, że to co widzimy na ekranie to film, cudowne przedstawienie, które przenosi nas w inny świat, wymyślony od początku do samego końca.

Tym razem Anderson zabiera nas w podróż w przeszłość, do środkowej Europy, do kraju zwanego Żubrowka.  Tworzy filmową matrioszkę, która jest opowieścią w opowieści, w jeszcze jednej opowieści.  Spisanym wspomnieniem człowieka, który słyszał historię  życia pewnego boya hotelowego imieniem Zero, który w młodości pracował w niezwykle znanym i ekskluzywnym hotelu Grand Budapest, którego nadzorcą był Monsieur Gustave H.  Tak z teraźniejszości cofamy się do wczesnych lat 30', choć świat w którym rozgrywa się ta opowieść jest całkiem wymyślony.  I co ciekawe, choć historia ta jest lekka i całkiem błaha, choć jest częścią całkiem fikcyjnego świata, wciąga jak mało co.  Jej bezpośredniość, nie pretensjonalność, szczerość, jej poczucie humoru, urzeka od pierwszych minut i czaruje aż do napisów końcowych.  To ciepła, rozchmurzająca opowieść, piękny obrazek, który sprawia przyjemność już samym swym wyglądem.  Bo w sumie to o czym jest to film nie jest tu aż tak bardzo ważne. Właściwie gdyby chciało się po seansie opowiedzieć, streścić historię tu przedstawioną, nie byłoby to zadanie łatwe.  Trochę przez jej rozbudowanie i kilka płaszczyzn czasowych w jakich się ona rozgrywa (choć większa część seansu ma miejsce w jednej, tej najdalszej), trochę przez nagromadzenie postaci i przenikanie gatunków filmowych, trochę również dlatego, że mniej ważne od tego co jest opowiadane, jest tu istotne to, jak jest to czynione.  A sposób ten jest iście zachwycający.

Filmy Andersona są tak charakterystyczne, tak odmienne, że gdy pokocha się jeden, kocha się je wszystkie.  Nie ważne o czym traktują.  Jeśli urzeka nas jego podejście do kina, wybierzemy się na wszystko co zrealizuje, obojętnie co by to nie było.  Jeśli ten styl do nas nie przemówi za pierwszym razem, kolejnych już raczej nie będzie.  I "Grand Budapest Hotel" nie jest żadnym wyjątkiem od reguły, bo to w pełni film Wesa Andersona.  I jest to najlepsza rekomendacja dla tego obrazu.  Drugą może być wyborna obsada.  I choć filmy tego amerykańskiego reżysera zawsze obfitowały w wielkie nazwiska, ten pobił chyba wszelkie możliwe rekordy.  Właściwie każdą z ważniejszych postaci gra tu jakiś znany aktor, nawet Ci, którzy pojawiają się na minutę czy pięć są z pierwszej ligi.  Pierwsze skrzypce gra tutaj przede wszystkim genialny Ralph Fiennes, którego rola Gustave'a H. (i piszę to bez żadnej przesady) jest jedną z najlepszych w całej jego karierze.  A plejadzie gwiazd przygrywa fantastyczny Alexandre Desplat, którego muzyka dopełnia dzieła.  Jak to dobrze, że nadal to właśnie on pisze muzykę do filmów Andersona.  Choć produkcje Wesa zawsze były magiczne i niezwykłe, dzięki kompozycjom Francuza, wybrzmiewają jeszcze pełniej.

21:07, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2