Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
wtorek, 30 kwietnia 2013
I Want Your Love

zbliżenia łóżkowe

I Want Your Love

I Want Your Love (2012) USA

reżyseria i scenariusz: Travis Mathews
aktorzy: Jesse Metzger, Keith McDonald, Ben Jasper, Brontez Purnell, Wayne Bumb, Ferrin Solano, Peter DeGroot, Jorge Rodolfo
muzyka: Chromatics, Adam Finken
zdjęcia: Keith Wilson
montaż: Travis Mathews, Bryan Darling

 (4/10)

W zeszłym roku do polskich kin wszedł pewien niezwykły film - "Zupełnie inny weekend".  Jego wyjątkowość polegała między innymi na tym, że choć opowiadał on o weekendowym romansie dwóch mężczyzn, nie był filmem hermetycznym, jak to bywa z większością produkcji o tematyce LGBT.  Choć bohaterami tego obrazu było dwóch trzydziestolatków, ich historia okazała się wyjątkowo uniwersalna.  Ich orientacja seksualna była bowiem tylko jednym z elementów postaci, nie wychodziła przed szereg, nie była istotą całego filmu, czymś wokół czego by się on kręcił.  Dlatego film Andrew Haigha prócz tego, że ukazywał gorzko-słodki związek dwóch mężczyzn, był również filmem, który mówił o potrzebie bliskości, miłości, poszukiwaniu szczęścia w samotnym świecie, które dotyczą wszystkich, bez względu na orientację czy wiek.  Dodatkowo ten smutno-radosny melodramat bliski rzeczywistości i postaciom, miał w sobie niezwykle wiele delikatności, wyczucia na gesty i ciszę, co dodawało mu jeszcze pewnego rodzaju szlachetności.  Przypadek warty uwagi.

Z taką otwartością na nie-tęczowych widzów ma spory problem film Travisa Mathewsa "I Want Your Love".  Po pierwsze jest całkiem zatopiony w kulturze LGBT, właściwie chyba nie ma tutaj ani jednego bohatera, który byłby heteroseksualny.  Co więcej jego akcja rozgrywa się w San Francisco, co również przenosi go w rejony dość specyficzne i zamknięte na szerszą publiczność.  Samo to w sobie może nie byłoby jeszcze aż tak problematyczne, gdyby opowiadał on ciekawą, intrygującą i rozbudowaną historię.  Tak jednak nie jest, bo fabuła jest tu szczątkowa, i choć sam film trwa zaledwie godzinę i dziesięć minut, to w sumie wystarczyłoby jej na krótkometrażówkę nie przekraczającą kwadransa.  Choć zaczyna się całkiem obiecująco.  Główny bohater, prawie trzydziestoletni Jesse wyprowadza się z San Francisco, w którym mieszkał od kilku lat i przenosi się do rodzinnego miasta gdzieś w stanie Ohio.  By rozwinąć artystyczne skrzydła przy mniejszej konkurencji, w miasteczku w którym dzieje się znacznie mniej, właściwie tyle co nic.  W związku z wyjazdem jego znajomi wyprawiają mu imprezę pożegnalną.  Zaproszony na nią zostaje również Ben, były naszego bohatera, który nadal zajmuje szczególne miejsce w jego sercu.

I może gdyby rozwinąć dalej ten krótki wstęp, pociągnąć tę historię w ciekawym kierunku, „I Want Your Love” mogłoby się stać obrazem na który warto było by bliżej zwrócić uwagę.  Mathews jednak z punktem wyjścia swego filmu nie robi absolutnie nic, ściąga jedynie wszystkich bohaterów pod jeden dach, puszcza głośno muzykę, dodaje sporo procentów i patrzy co się stanie.  A dzieje się w większości łóżkowo.  I o ile jeszcze na początku sceny zbliżeń mają w sobie sporo intymności, są z jednej strony całkiem dokładne ale nie wulgarne, tak od momentu rozpoczęcia imprezy, idą coraz bardziej na całość.  Zabawy we dwóch, we trzech, pełna golizna, wzwody, wytryski, niby pokazywane przelotem, ale w pełni widoczne i właściwie odtąd najważniejsze.  I tak druga część tego obrazu z intymnego dramatu zamienia się w gruncie rzeczy w zwykły pornos, przebrany w wyzwolony, nie wstydzący się seksu film fabularny.  Z którego właściwie nic nie wynika - impreza się kończy, bohater wyjeżdża, a to czego pragnął, jeśli wierzyć, że tytuł tego filmu ma jakiekolwiek znaczenie, zostało zastąpione wyłącznie zbliżeniami fizycznymi.  Przypadkowy seks zastąpił miłość.  Mało satysfakcjonujące.

Film obejrzany w ramach 4.LGBT Film Festival

4.LGBT Film Festival

Tagi: dramat
22:32, milczacy_krytyk , 04
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 kwietnia 2013
Niepamięć

an effective team

Niepamięć

Niepamieć (2013) USA

reżyseria: Joseph Kosinski
scenariusz: Joseph Kosinski, Karl Gajdusek, Michael Arndt
aktorzy: Tom Cruise, Morgan Freeman, Olga Kurylenko, Andrea Riseborough, Nikolaj Coster-Waldau, Melissa Leo, Zoe Bell
muzyka: M83
zdjęcia: Claudio Miranda
montaż: Richard Francis-Bruce

 (6/10)

Żyjemy w kulturze remiksu.  Wszystko już gdzieś, kiedyś było.  To co powstaje jest tylko inną wersją tego co ktoś już kiedyś stworzył.  Innym spojrzeniem.  To co może teraz zachwycić, zadziwić bądź porwać, to nowy sposób ułożenia znanych elementów historii, odmienny punkt widzenia, który tym znanym składnikom nada innego wyrazu, spowoduje, że nagle zaczną się wydawać oryginalne, świeże, pomysłowe.  Tylko, że takie miksowanie to również sztuka.  Nie wystarczy przecież wrzucić luźnych pomysłów do worka, mocno wymieszać i zrealizować tego co wyjdzie.  Również i ilość wykorzystywanych ponownie motywów, nie przekłada się na jakoś nowego dzieła (a przynajmniej nie zawsze).  Czego idealnym przykładem jest najnowszy film Josepha Kosinskiego "Niepamięć".

Podczas seansu tej produkcji ma się bowiem nieodparte wrażenie, że scenarzyści chcieli sprawdzić jak wiele kiedyś wykorzystanych pomysłów, uda się im zmieścić w jednym filmie.  I udało się od groma, bo "Niepamięć" to gigantyczny cytat, z prawie wszystkiego co przez ostatnie lata, ale i wcześniej, przewinęło się przez gatunek sci-fi.  "Moon", "Armageddon", "Dzień niepodległości", "Matrix", "Solaris", "Tron" stary i nowy, "Odyseja kosmiczna", a nawet "Wall.e", to tylko kilka tytułów, jakie od razu nasuwają się na myśl.  A jest ich znacznie więcej.  Źródeł kolejnych scen i pomysłów można wypatrywać przez cały seans, część jest widoczna nawet i bez zbytniego wyszukiwania w pamięci znanych tytułów, a wszystko to tylko zubaża seans.  Bo film  ten nie jest zgrabnie złożoną opowiastką, która uszczknie stąd, zapożyczy stamtąd, ale w sumie sama ma też pomysł na siebie.  To zbiór zapożyczeń, który nie stwarza swojej własnej osobowości, a przez to nie porywa ani nie wciąga.

Co gorsza sam nie wie za bardzo na co się zdecydować i czerpie ze wszystkiego dokoła.  Dlatego z jednej strony chce być spokojnym, malowniczym, poważniejszym sci-fi i prawie taki jest (szczególnie na początku), ale również ciągnie go do bycia efektownym blockbusterem, pełnym strzelanin, wybuchów, pościgów, i to w nim również się znajduje.  Chce być dowcipnym, lekkim, szybkim i efektownym kinem rozrywkowym, stąd też niektóre kwestie jakie wypowiadają bohaterowie podciągają się pod one-linery.  Chce być również i romansem, opowieścią o wielkiej, prawdziwej miłości, która przetrwa śmierć i połączy zagubione dusze, jak również filmem opartym na tajemnicy, pewnej niewiadomej, którą odkryć muszą bohaterowie, a tym samym przedstawić ją i nam.  W efekcie "Oblivion" jest wszystkim po trosze, ale właściwie niczym szczególnym.  Klimat zmienia się tu nieustannie, jak i również tempo tego obrazu.  Ledwo co zdążymy przyzwyczaić się do spokojniejszej narracji, zaraz wybija nas z niej rozbuchana scena akcji.  I tak przeskakujemy jakby z jednego filmu w drugi, praktycznie do samego końca.

Problemem jest tu również sama intryga, poprowadzona co prawda w taki sposób, że to o co tu tak naprawdę chodzi ujawnia się na szczęście dopiero na końcu, ale od samego początku czuć, że coś tu jednak nie gra.  Tylko, że wtedy wydaje się to błędem, niedopatrzeniem, czy nadmierną prostotą scenariusza, jak chociażby zbyt często pojawiające się kwestie wypowiadane przez pewne postaci, czy same założenia świata w jakim żyją bohaterowie.  To również odbiera przyjemność z oglądania tego filmu.  I właściwie jedyne co wyróżnia ten obraz, co powoduje, że nie jest on totalnie nieciekawą papką, jest jego forma.  "Oblivion" to film, który wygląda i brzmi po prostu ładnie.  Cudne są tu zdjęcia, ale to nie dziwne, skoro odpowiadał za nie nagrodzony w tym roku Oscarem za pracę przy "Życiu Pi" Claudio Miranda.  Tworzą one ciekawy portret świata po zagładzie, opuszczonego, szarego, umarłego.  Dobrze sprawuje się również muzyka.  I choć soundtrack nie jest tak porywający jak ten stworzony przez Daft Punkt do poprzedniego filmu Kosinskiego, przez co nie słucha się go tak dobrze poza filmem, to do obrazu pasuje bardzo dobrze, chwilami wręcz rewelacyjnie.  Sama forma to jednak zdecydowanie za mało, by pamiętać o tej produkcji za tydzień czy dwa.  W sumie, rozczarowanie.

10:17, milczacy_krytyk , 06
Link Komentarze (10) »
czwartek, 25 kwietnia 2013
Panaceum

efekty uboczne

Panaceum

Panaceum (2013) USA

reżyseria, zdjęcia i montaż: Steven Soderbergh
scenariusz: Scott Z. Burns
aktorzy: Jude Law, Rooney Mara, Catherine Zeta-Jones, Channing Tatum, Vinessa Shaw, Ann Dowd, Polly Draper, David Costabile, Sheila Tapia, Michelle Vergara Moore, Vladimi Versailles
muzyka: Thomas Newman

 (7/10)

"Panaceum" to świetny przykład filmu, który nijak nie pasuje do zwiastuna jaki go promował.  A właściwie odwrotnie, trailer ani trochę nie oddaje tego jaki jest to film.  Ten zapowiadał bowiem dość szybki thriller mówiący przede wszystkim o tym, jak źle dobrane, dopiero co wprowadzane na rynek leki, mogą wpływać na pacjentów, powodować pewne niepożądane efekty uboczne, które nie zawsze da się przewidzieć, co czasem prowadzić może nawet do tragedii.  Film podszyty całkiem sporym napięciem erotycznym, w którym być może pojawi się pewna bliska zażyłość między terapeutą a pacjentką, która być może zaciemni jego myślenie, co również prowadzić będzie do tragicznego rozwiązania.  Sam film z tą zapowiedzią nie ma w sumie nic wspólnego.  To spokojny, wolny, choć niepozbawiony napięcia dramat społeczny, film psychologiczny, który niespodziewanie przeradza się w thriller medyczny, pewnego rodzaju kryminał, a następnie zaczyna się tak plątać, że w pewnym momencie nie wiadomo już właściwie o co tu tak naprawdę chodzi, kto tu w czyich butach gra, kto mówi prawdę a kto nie i jakie są prawdziwe intencje poszczególnych postaci.  Całość plącze się masakrycznie, ale nie przez zawrotną akcję, zdarzenia błyskawicznie następujące jedno po drugim, a przez słowa, zastanawiające dialogi i trwające dwa śledztwa.  Policyjne i prywatne, które całe szczęście znajdują swoje całkiem satysfakcjonujące i zaskakujące rozwiązanie.

I tu pojawia się spora trudność przed każdym, kto decyduje się coś o tym filmie napisać.  Bo jak tu pisać o filmie, który nie jest taki jak prezentowały go zapowiedzi, aby wyjaśnić jaki jest w istocie, ale jednocześnie nie zdradzać z niego zbyt wiele (a najlepiej ani trochę), by nie zepsuć ani osłabić seansu tym wszystkim, którzy się na niego dopiero wybiorą?  Nie wiem, bo to co w większości dobre, warte zaznaczenia, jest jednocześnie właśnie tym o czym pisać się nie powinno.  Wspomnieć można jednak o tym, że Soderberghowi dzięki innemu niż można by pomyśleć kierunkowi rozwoju akcji, udało się jednocześnie z jednej strony spojrzeć bardzo krytycznie na rynek medyczny, jednocześnie nie zarzucając mu rzeczy, których nie sposób udowodnić.  Twórca niedawnego "Contagion" przygląda się bardzo uważnie społeczeństwu uzależnionemu od leków, które zażywa pigułki właściwie już na wszystko, nawet na same leki, zwalczające niepożądane objawy działania innych medykamentów.  Które bierze je bez opamiętania, by poczuć się lepiej, choćby przez chwilę, ale tym samym nie rozwiązuje swoich problemów, a jedynie zamiata je pod dywan.  Bo łykając kolejne proszki nie zwalcza przyczyny, nie rozwiązuje problemu, a jedynie zagłusza objawy.  W związku z czym nikt tak naprawdę nie czuje się lepiej, bo został wyleczony, a tylko ma wrażenie, że nastąpiła poprawa.  A biznes się kręci. 

Ale nie tylko o tym jest to film.  To sam początek, który później skręca w kierunku dochodzenia do prawdy o tym co stało się z pacjentką.  Gry pozorów, zabawy bohaterami, widzem i jego oczekiwaniami odnośnie tego co zobaczy.  I choć pewnych rozwiązań można się tu spodziewać, to jednak w oderwaniu od reszty, nie zdradzają ona całości, a są jedynie słabymi symptomami większej sprawy, które choć chwilami się zauważa, nie zwraca się na nie większej uwagi.  To przebłyski, które nie zdradzają całej intrygi, więc zabawa w odgadywanie o co tutaj chodzi i dokąd to wszystko zmierza, jest naprawdę wciągająca.  Choć pewnie niespieszne tempo i pozbawiona większych fajerwerków akcja może niektórych znudzić.  Na pocieszenie otrzymujemy za to bardzo udane występy aktorskie - świetną, niejednoznaczną Marę, która tą rolą jeszcze bardziej udowadnia jak rewelacyjnie dobrze zagrała w "Dziewczynie z tatuażem" - porządnego Law oraz Zetę-Jones w dość nietypowej jak dla siebie roli.  Bardzo ładnie prezentuje się również forma tej produkcji.  Senna, marzycielska muzyka Thomasa Newmana, będąca pewnego rodzaju mroczną kołysanką, która wprowadza klimat niepewności, zagadki, spokoju oraz coraz wyraźniejszego napięcia, jak również bardzo ciekawe, żółtawe zdjęcia, wykonane przez samego reżysera.  Pięknie portretujące  główną bohaterkę, chwilami rozmazane, chwilami bardzo wyraziste.  Ciekawy film, z resztą jak większość obrazów Soderbergha.  Oby jego zapowiedzi o przejściu na emeryturę, jednak nie okazały się prawdziwe.

21:12, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (2) »
sobota, 20 kwietnia 2013
Holy Motors

trois! douze! merde!

Holy Motors

Holy Motors (2012) Francja, Niemcy

reżyseria i scenariusz: Leos Carax
aktorzy: Denis Lavant, Édith Scob, Eva Mendes, Kylie Minogue, Michel Piccoli, Leos Carax
zdjęcia: Caroline Champetier
montaż: Nelly Quettier

 (8/10)

Proszę Państwa, kino to emocje, jak to jeszcze całkiem niedawno mówiła Danuta Stenka w reklamówce Legalnej Kultury, poprzedzającej większość seansów.  Właśnie po emocje, uczucia, przeżywanie niedostępnego, zachodzi się do ciemnych sal kinowych, by usiadłszy przed wielkim, srebrnym ekranem, wkroczyć w inną rzeczywistość.  By przeżyć inne życie, odmiennie spojrzeć na własne, by przypomnieć sobie o tym co zapomniane.  By zobaczyć prawdę.  Jak tu jednak szukać prawdy w filmie, który jest jednym wielkim przedstawieniem?  Udawanką, która prezentuje kolejne sytuacje, ustawione zbiory scen?  Teoretycznie to dokładnie to samo, czym jest przecież kino, ale jednak nie do końca, bo tym razem umowność jest ukazana wprost.  Wrażenie podglądania prawdy znika, zostawiając samo przedstawienie.  Teatr jednego aktora imieniem Oskar, który jeździ wielką, białą limuzyną po ulicach Paryża, udając się na kolejne spotkania.  Wciela się w kolejne role, odgrywa różne postaci.  Tym razem swych występów będzie mieć aż dziewięć.  Takiego podróżnika po mieście w wielkiej (choć czarnej) limuzynie mieliśmy w kinie co prawda już w zeszłym roku (przedziwne "Cosmopolis"), o ile jednak tam zmieniało się samo tło, a bohater był jeden, tak tu zmienia się wszystko.  A i też o co innego w tej historii chodzi.  Chaos, abstrakcja, całkowite szaleństwo. 

Obejrzeć ten film to jedno, co innego o nim pisać. Wydawać by się mogło, że w tym bałaganie nie ma zupełnie sensu, że to teatr dla samej wariacji, sztuka dla sztuki, udziwniona na siłę, składająca ze sobą najdziwniejsze obrazy, tylko by zaszokować, by się wyróżnić na tle, ukazać coś innego niż zwykle.  Co jest obrazem istniejącym wyłącznie dla samego obrazu.  Bo też i jaki sens może być w tym udawaniu, w tym spoglądaniu na fałszywe historie, nie przystające nijak do rzeczywistości, w których nie obowiązują żadne reguły, a wszystko jest umowne?  Po co to, dla kogo to?  Szuka się sensu, wyjaśnienia, logiki, i tak pierwsze minuty, nawet kwadranse, upływają na znudzeniu, poirytowaniu, niezrozumieniu.  Ekran z przyciągającego centrum staje się obrazkowym szumem, a dotąd niezauważalne otoczenie zaczyna odgrywać coraz większą rolę.  Pani z tylnego rzędu zawzięcie pilnikująca paznokcie (tego jeszcze nie było), cudowna muzyka przebijająca się zza ściany obok (Martwe Zło wzywa), odciągają uwagę od tego ekranowego teatru, który obejść nie może, bo jest całkiem sztuczny.  Staruszka zbierająca pieniądze na zatłoczonych ulicach, wariat biegający po cmentarzu zażerający nagrobne kwiatki, jedna naga pierś, jeden wzwód.  Chaos, bełkot, tragedia. 

Przed tym szaleństwem bronią się nawet same postaci, które czy to na głos, czy to przez swoją postawę, odpowiadają reakcjom widzów na sali.  Niezwykłe, nieprawdopodobne, to nie ma sensu!  Skrzyżowane ręce, obronna pozycja, przerażenie, zniesmaczenie, zdziwienie, zupełnie jak zachowanie postaci w którą wciela się Eva Mendes, gdy siedzi wraz z głównym bohaterem uwięziona gdzieś w podziemiach.  Jednak z biegiem czasu, następują kolejne spotkania, sceny, przedstawienia.  Zmieniają się gatunki, zmieniają się postaci.  Ojciec, nastoletnia córka i ich sprzeczka, umierający człowiek i młoda kobieta, teledysk i musical, dramat i sensacja, jedno obok drugiego, jedno z drugim wspólnie splecione.  I nagle, nawet nie wiadomo kiedy dokładnie, oraz w którym momencie, w tym szaleństwie pojawia się metoda.  Większy zamysł, który zaczyna spajać poszczególne występy, łączyć kolejne etiudy.  Metafora, która nie potrzebuje wyjaśnień, nie potrzebuje logiki ani uzasadnień, bo stoją za nią emocje, spojrzenie i myśl, nadająca temu wszystkiemu większy sens.  I tak nagle "Holy Motors" staje się, choć właściwie jest już od samego początku, filmem o kinie.  Przecież to właśnie tam rozgrywają się pierwsze sceny tego obrazu.  W ciemnej sali, która lekko rozjaśniana jest przez smugę światła od projektora.  W przedsionku do innego, udawanego świata, który jednak w tym miejscu staje się prawdą, która ożywa i przeistacza się w rzeczywistość, w którą można wkroczyć, co więcej, którą można zabrać ze sobą w myślach do domu. 

To film o kinie, które jest wielkim uproszczeniem, emocjonalnym przekrętem, na który wszyscy dajemy się nabrać, raz za razem, i co więcej, na który chcemy się nabierać.  O kinie, które choć odtworzone, choć nieprawdziwe, choć wcielone przez ludzi nie będących autentycznymi osobami, jednak będące tak istotne, ważne, wciągające, do którego ciągnie i ciągnąć będzie.  To jednak jeszcze nie wszystko, bo prócz spojrzenia na film, obraz ten jest wielkim spojrzeniem na życie jako takie i ludzi w nim egzystujących.  Ludzi, zakładających każdego dnia maski.  Na różne okazje, na różne spotkania.  Bo przecież każdy z nas jest aktorem we własnym przedstawieniu, każdy jest kimś innym niż w istocie, każdy przy każdym zachowuje się i prezentuje inaczej.  Tchórz, bohater, smutas, dowcipniś, przyjaciel, wróg.  To ciągle jedna, i ta sama osoba, która zmienia się wraz ze zmianą otoczenia, jak i z czasem.  A kto jaki jest naprawdę, tego nie wie nikt.  Wszystko jest płynne, my i inni, życie i świat, a jak jest, było i będzie to kwestia otwarta, nad którą można się zastanawiać.  Jak też to robi Kylie Minogue, śpiewając w ostatnich scenach, a właściwie zadając w swym śpiewie kolejne pytania: kim jesteśmy, kim byliśmy, gdy byliśmy dawno temu?  Kim będziemy, a kim byśmy byli, gdybyśmy postąpili kiedyś inaczej?  Dobre kino, zdecydowanie na więcej seansów niż jeden raz.

środa, 17 kwietnia 2013
Valhalla: Mroczny wojownik

One-Eye

Valhalla: Mroczny wojownik

Valhalla: Mroczny wojownik (2009) Dania, Wielka Brytania

reżyseria: Nicolas Winding Refn
scenariusz: Nicolas Winding Refn, Roy Jacobsen
aktorzy: Mads Mikkelsen, Maarten Stevenson, Ewan Stewart, Gary Lewis, Alexander Morton, Mathew Zajac, Jamie Sives
muzyka: Peter Kyed, Peter Peter
zdjęcia: Morten Soborg
montaż: Matthew Newman

 (7/10)

„Na początku był człowiek i była natura.  Potem nadeszli ludzie z krzyżami, którzy zepchnęli pogan na najdalsze krańce świata”.  Od tych zdań rozpoczyna się przedziwny film Nicolasa Winding Refna, twórcy późniejszego "Drive".  Kilkanaście słów, które przenoszą w inną rzeczywistość, niebezpieczną przeszłość.  Zamglone wieki średnie, strome wzgórza, zmarznięty, surowy krajobraz.  Kilkoro mężczyzn, chłopiec i przetrzymywany przez nich nieznajomy, wkrótce nazwany jednookim.  Biorący udział w walkach na śmierć i życie.  Mający blizny na twarzy jak i całym ciele.  Bezwzględny, bezlitosny, bezbłędny.  Człowiek o którym nic nie wiadomo, który nie odzywa się przez cały film ani jednym słowem.  Nie znamy jego przeszłości, nie wiemy kim jest, ani skąd pochodzi.  To co słyszymy to jedynie domysły, część legendy jaka wytworzyła się na jego temat.  Piekielnie niebezpieczny, nieobliczalny, przybyły z samego piekła, pragnący zemsty i to nią napędzany.  Ale czy na pewno?   To zagadka, bezimienny, milczący wojownik, który podąża swoją ścieżką, który dąży do wolności, który sprzeciwia się złu, który w końcu przygarnia kilkuletniego chłopca, a przynajmniej nie ma nic przeciwko, by ten towarzyszył mu w drodze. 

Niezwykły to film, nietypowe, hipnotyzujące doświadczenie.  Ubrane w przepiękną formę, chłodne, mroczne zdjęcia, z niezwykłą starannością portretujące obłędne krajobrazy, tworzące atmosferę innej rzeczywistości, świata makabrycznego snu, koszmaru, czy nawet zaświatów, jak w scenach dziejących się na łodzi.  I choć obraz ten jest brutalny, brudny, krwawy, a chwilami nawet obrzydliwy, jest on również w jakimś stopniu… piękny.  Dopieszczony w każdym ujęciu, stylowy, przemyślany.  Podzielony na sześć rozdziałów, poszczególnych części, które dzielą wędrówkę nieznajomego na wyraźne epizody.  Gniew, milczący wojownik, ludzie boga, ziemia święta, piekło i poświęcenie.  I choć całkiem sporo mówi się tu o wierze, bogu i nawracaniu, nie ma w tym obrazie wzniosłości, nie ma niewypowiedzianej duchowości.  Jest brutalna walka o przetrwanie, czyny, które podyktowane są podstawowymi odruchami, instynktem, zwierzęcymi pragnieniami.  Chciwość, gniew, rządza, głód.  I chyba o tym przede wszystkim jest to obraz.  O ludzkiej naturze, o drzemiącym złu, które pod pretekstem dobra, nawracania, wylewa się wodospadem na tym świecie.  O zaślepiającej chęci zmiany, która prowadzi do niesprawiedliwości, mordu i zła.  Intrygujące.

Tagi: akcja dramat
22:18, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2