Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
sobota, 28 kwietnia 2012
Dom w głębi lasu

ruletka

Dom w głębi lasu

Dom w głębi lasu (2011) USA

reżyseria: Drew Goddard
scenariusz: Joss Whedon, Drew Goddard
aktorzy: Kristen Connolly, Chris Hemsworth, Anna Hutchison, Fran Kranz, Jesse Williams, Richard Jenkins, Bradley Whitford, Brian White, Amy Acker, Tim De Zarn, Tom Lenk, Dan Payne, Jodelle Ferland, Dan Shea, Maya Massar, Matt Drake, Nels Lennarson, Sigourney Weaver
muzyka: David Julyan
zdjęcia: Peter Deming
montaż: Lisa Lassek

 (7-/10)

Wszyscy znamy tę historię.  Kilkoro nastolatków wybiera się na weekend w jakieś ustronne miejsce, by tam z dala od cywilizacji zaszaleć na całego.  Najczęściej tym miejscem jest jakiś mały domek pośrodku przysłowiowego nigdzie, koniecznie nad jeziorem.  I choć po drodze natrafiają na różne znaki ostrzegawcze, a to złowieszcze miejsca, a to podejrzanie wyglądających miejscowych, oczywiście je ignorują i na własne życzenie zmierzają w paszczę lwa.  A po krótkim wstępie, po chwilach radości, wygłupów i obowiązkowej golizny, ginie pierwsze z nich, a po nim, jakżeby inaczej, przychodzi pora na kolejnych.  Aż zostaje tylko jedno, któremu jakimś cudem udaje się przetrwać, choć i też niekoniecznie.  Takie są właśnie reguły gry, tak działa ten powszechnie znany już schemat, od którego nie sposób się uwolnić.  Puszczalska, sportowiec, naukowiec, głupek i dziewica, oraz coś, co zacznie na nich polować. 

Tak jest też i w tym filmie, choć nie do końca.  Bo od samego początku coś tutaj nie gra, coś jest inne niż zwykle.  Niby wszystkie elementy pasują do tej ogranej układanki, niby całość zmierza w oczywistym kierunku, ale jednak się różni.  Bo bohaterowie nie są aż tak typowi na jakich początkowo wyglądają, bo nie zachowują się tak jak teoretycznie powinni, a i otoczenie ukrywa w sobie pewne tajemnice.  Dlaczego tak jest, zdradzić oczywiście nie mogę i nie zamierzam, bo to najważniejsza tajemnica w tej produkcji, która czyni ją inną, wyróżnia na tle konkurentów, i którą warto samemu odkryć na wielkim ekranie, a nie przeczytać przed seansem.  Jedyne co napisać można to to, że wtłacza ona całą tę historię w znany schemat, jednocześnie bardzo mocno się nim bawiąc, z jednej strony przestrzegając wszystkich reguł gatunku, z drugiej co chwila je łamiąc.  Przez trzeźwo myślących bohaterów, przez pewne wydarzenia rozgrywające się równolegle, które pokazują tę historię z zupełnie innej strony.  W tym samym momencie zachwycając się gatunkiem jakim jest horror, i ostro krytykując bezmyślną rozrywkę opartą na przemocy.

Właśnie ta lekka i niewymuszona zabawa treścią jest w tej produkcji najlepsza.  Bo znając wszystkie reguły jakie panują w świecie pełnym dreszczyku, spodziewając się ich przestrzegania, dajemy się całkiem łatwo zaskoczyć, gdy nagle wydarzenia rozgrywają się według innego planu, niektóre stałe punkty programu omijając, inne interpretując w zupełnie odmienny sposób, a przy jeszcze innych pozostając wiernym.  Nie wiedząc jednak które jak zostaną potraktowane, łatwiej dajemy się zaskoczyć i przez to możemy czerpać z seansu jeszcze większą przyjemność.  Śmieszne, bo w pewnej chwili możemy się złapać nawet na tym, że kibicujemy nie tej stronie co teoretycznie powinniśmy.  Historia pędzi w zawrotnym tempie, zdecydowanie szybciej niż można by się tego po niej spodziewać, bohaterowie znikają jeden po drugim i nagle, w okolicach połowy, następuje koniec.  Ale tylko pozorny, bo kończy się schemat jaki znamy, a rozpoczyna jedna, wielka wariacja na temat.

Bo "Dom w głębi lasu" to film złożony z trzech następujących po sobie części.  Pierwszej, która wykorzystuje znane zagrywki i reinterpretuje ja na swój sposób, drugiej w której następuje pomysłowe wytłumaczenie wszystkich wcześniejszych wydarzeń i wreszcie trzeciej, najkrótszej, która jest właściwym finałem tej opowieści.  Jednak o ile pierwsza to dowcipna zabawa z widzem, druga to wymykające się spod kontroli, zaskakujące szaleństwo, tak trzecia jest niestety już trochę przerostem formy nad treścią, który niepotrzebnie dodaje do całości mistycyzmu i przesady.  To pójście odrobinę za daleko.  Dlatego, w przeciwieństwie do wielu, nie uważam, by produkcja Goddarda była nowym "Krzykiem".  Bo choć ten film to powiew świeżości, pomysłowa rozrywka, to jednak jakby nie w pełni wykorzystana, udająca fajniejszą niż jest w rzeczywistości, nie tak rewolucyjna, jaką by być chciała.  "Krzyk" bawił się treścią do samego zakończenia, "Dom..." przez zbyt szybkie rozpoczęcie wyjaśniania sytuacji przestaje to czynić, i zostaje tylko efektowną zabawką.  Choć oczywiście lepsze to, niż kolejny do bólu nudny schemat.

Tagi: horror
21:01, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (7) »
czwartek, 26 kwietnia 2012
Scott Pilgrim kontra świat

pure awesomeness

Scott Pilgrim kontra świat

Scott Pilgrim kontra świat (2010) Kanada, USA, Wielka Brytania

reżyseria: Edgar Wright
scenariusz: Michael Bacall, Edgar Wright
aktorzy: Michael Cera, Mary Elizabeth Winstead, Kieran Culkin, Ellen Wong, Mark Webber, Alison Pill, Johnny Simmons, Jason Schwartzman, Anna Kendrick, Satya Bhabha, Chris Evans, Brandon Routh, Brie Larson, Mae Whitman, Aubrey Plaza, Keita Saitou, Shota Saito, Ben Lewis, Nelson Franklin, Kristina Pesic, Ingrid Haas, Emily Kassie, Erik Knudsen, Chantelle Chung, Michael Lazarovitch, John Patrick Amedori, Abigail Chu
muzyka: Nigel Godrich
zdjęcia: Bill Pope
montaż: Paul Machliss, Jonathan Amos

na podstawie: komiksu Bryana Lee O'Malley'a

 (8,5/10)

Ten film to całkowity zawrót głowy, totalny odjazd, który zaskakuje w każdej kolejnej sekundzie i nie przestaje aż do samego końca.  Rewelacyjna rozrywka, którą chciałoby się obejrzeć jeszcze raz, i jeszcze kolejny, by przyswoić wszystko to, co umknęło za pierwszym razem.  Obraz nieprawdopodobnie pomysłowy, zabawny, szalenie oryginalny, chwilami potwornie efekciarski, wybuchowy, przeszarżowany i przesadzony, a przy tym wszystkim wcale nie głupi.  Opowiadający historię pewnego nastolatka, grającego w rockowej kapeli, który pewnego dnia na swojej drodze spotyka niesamowitą dziewczynę Ramonę i zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia.  Jednak jak się wkrótce okazuje, by mieć u niej jakiekolwiek szanse, by móc z nią chodzić, musi wpierw... pokonać w walce na śmierć i życie, jej siedmiu złych exów, przelotne miłości z przeszłości, które byłej dziewczyny nie oddadzą tak łatwo w ręce niepozornego chłopaka.  Ten jednak nie przestrasza się zagrożenia i jest gotów stanąć do walki.  Tym samym sporo dowiaduje się o podmiocie swoich westchnień, swoich przyjaciołach, jak i sobie samym, bo ta walka o rękę dziewczyny, wpłynie również na niego.

Z całą pewnością "Scott Pilgrim kontra świat" nie jest filmem dla każdego.  Jest potwornie specyficzny, zakręcony, zwariowany, chwilami mocno postrzelony i przekombinowany.  Ale w tym wariactwie jest metoda, nieprawdopodobny sens i siła.  Docenią go pewnie wszyscy fani anime, komiksów, jak i gracze, bo odniesień i do powieści graficznych, jak i komputerowych przygód w wirtualnym, pikselowym świecie, jest tu od groma i jeszcze więcej.  Właściwie cały ten obraz jest jedną wielką grą, historią przechodzącą między kolejnymi levelami, w której bohater musi pokonać coraz to trudniejszych przeciwników by ukończyć swoją niebezpieczną misję.  Są i życia, i bonusy, i punkty za pokonanych przeciwników i zbieranie monet po rozpadniętych wrogach.  Ale prócz gry jest to również komiks, z pojawiającymi się tu i ówdzie dymkami, z rozdzierającymi się na cały ekran onomatopejami, z dzielonym ekranem na mniejsze obrazy, z niepozornym głównym bohaterem i stadem przeciwników, których musi pokonać by ukończyć misję. W nieprawdopodobnie płynny sposób łączący te dwa podejścia, puszczając oko z jednej strony do graczy, z drugiej do fanów komiksów.

Pod względem ilości zaskoczeń, niewiarygodnych pomysłów i nieprawdopodobnych zagrań, ta produkcja jest bezkonkurencyjna.  Ciągle się tu coś dzieje, każda następna scena to tysiące niebywałych pomysłów, nawiązań, mrugnięć okiem, które wyłapuje się z tak ogromną przyjemnością, że aż nacieszyć się nimi nie sposób.  Nieskończona masa pomysłów, które pojawiają się jeden za drugim, popędzając każdy następny, bo tyle jest tu do zaprezentowania, tyle do przedstawienia, że aż nie ma czasu na jakiekolwiek przerwy.  Czego tutaj nie ma?  Błyskawiczne przejścia między scenami łączonymi jednym słowem, wplątywane w obraz animacje, pojawiające się znikąd dymki, pojedynki na dźwięki, zakrywanie twarzy czarnym prostokątem przy przekleństwach, wstawki niczym z sitcomu, walki wyjęte niczym z anime, rzeczywistość dostosowana do reguł gry komputerowej, komentujący wydarzenia narrator, nieustanne zabawy obrazem i jego wielkością i wiele, wiele innych. Tak naprawdę to wierzchołek góry lodowej, bo już sam wstęp, pierwsze kilkanaście minut jest tak odświeżające, przepełnione nietypowymi pomysłami, że aż dech zapiera.  Dawno żaden film mnie tak nie zaskoczył tak zróżnicowanym i zaskakującym podejściem do tematu.

Co ważne, niezwykłe pomysły nie kończą się aż do efektownego finału, nie stają się denerwujące, ani nie powszednieją z czasem.  To co zasługuje tu jednak na szczególną uwagę to montaż.  Fenomenalnie przeplatający te wszystkie pokręcone obrazy, niewiarygodnie płynny i zaskakujący, który wgniata w fotel swoją pomysłowością i sprawnością.  Chyba jeszcze nigdy nie widziałem filmu, który byłby tak dobrze posklejany.  Z montażem będącym z jednej strony tak widocznym bo efektownym, ale z drugiej tak idealnym, że wręcz niewyczuwalnym.  Perfekcja w każdej sekundzie, zachwycająca praca, której szersze niezauważenie i niedocenienie woła o pomstę do nieba.  Także dzięki niemu udaje się w tej produkcji niesamowita sztuka oddzielenia ale równoczesnego połączenia elementów rzeczywistych z fantastycznymi, ich płynnego zmiksowania w odpowiednich momentach.  Bo choć ta opowiastka traktowana jest na początku niby na serio, tak od groma w niej fantastycznych wstawek, odrealniających ją na całego.  I pomimo tej rozbieżności, jedno do drugiego pasuje, nic się tu ani przez chwilę nie gryzie.  Twarde spojrzenie na tę historię przybliża nas do bohaterów, a wszystkie dodatki uatrakcyjniają ją ogromnie, wydając się jednocześnie czymś zupełnie naturalnym.

W tej niczym nieskrępowanej zabawie formą i treścią, która bez dwóch zdań jest jedną z najciekawszych i najlepszych ekranizacji komiksów - to właśnie komiks jest jej podstawą - świetnie odnaleźli się praktycznie wszyscy aktorzy.  Idealnie do swojej roli pasuje Michael Cera jako trochę zagubiony chłopak, który staje do walki z siedmioma byłymi, jednocześnie zachowując się nie fair w stosunku do kręcącej się wokół niego Knives.  Dobrze wypada również Mary Elizabeth Winstead czyli zmieniająca co kilka dni kolor włosów Ramona. Ale największą siłą są postaci drugoplanowe, oraz te pojawiające się tylko w krótkich epizodach.  Świetna jest Alison Pill czyli pesymistyczna przyjaciółka Kim, idealnie wypada również Kieran Culkin czyli kibicujący Scottowi przyjaciel gej Wallace, a także Anna Kendrick czyli siostra bohatera, która o tym co się u niego dzieje, wie szybciej niż on sam.  Perełkami okazują się być natomiast Chris Evans czyli były numer dwa: pewny siebie aktor filmów akcji, oraz Brandon Routh, były numer trzy, należący do ligi wegan człowiek o supermocach.  W tej roli mocno wyśmiewający postać w jaką wcielał się kilka lat wcześniej, czyli Supermana.  Cudo!

22:28, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (10) »
wtorek, 24 kwietnia 2012
Mamut

próżnia

Mamut

Mamut (2009) Dania, Niemcy, Szwecja

reżyseria i scenariusz: Lukas Moodysson
aktorzy: Gael García Bernal, Michelle Williams, Marife Necesito, Sophie Nyweide, Natthamonkarn Srinikornchot, Thomas McCarthy, Jan David G. Nicdao, Martin Delos Santos, Maria Esmeralda del Carmen, Perry Dizon, Joseph Mydell, Dona Croll
muzyka: Linus Gierta, Erik Holmquist, Jesper Kurlandsky
zdjęcia: Marcel Zyskind
montaż: Michał Leszczyłowski

 (6/10)

"Mamut" to cztery historie rozdzielające się na początku w swoje strony, by pod koniec znów zbiec się w jedno.  Rozgrywające się w różnych zakątkach świata: od Nowego Jorku, przez Bangkok po Filipiny, spoglądające tym samym na ludzi pochodzących z różnych rejonów i kultur, którzy przeżywają wpływające na siebie wzajemnie chwile.  Skojarzenie z filmami Inárritu nasuwa się więc samo, podejście do tematu jest w tym szwedzkim filmie bardzo podobne, ale wykonaniu niestety już nie udaje się zbliżyć do poziomu jaki prezentują produkcje meksykańskiego twórcy.  Śledzimy tu losy kilku osób.  Twórcy strony społecznościowej o grach komputerowych, który udaje się na drugi koniec świata by podpisać wielomilionowy kontrakt, przy okazji urządzając sobie małe wakacje, odpoczynek od ciągłego zabiegania.  Młodą lekarkę, która nie może pogodzić się z losem jednego ze swoich pacjentów, a którą prywatnie dręczy to jak niewielki kontakt ma ze swoją córką, ze względu na strasznie pochłaniającą pracę.  Małą dziewczynkę i jej opiekunkę, która uczy ją swojego ojczystego języka, opowiada o swej ojczyźnie, przelewa na nią całą swoją miłość i zainteresowanie, zarabiając na lepsze jutro.  I wreszcie dwóch chłopców mieszkających na Filipinach, którzy tęsknią za swoją mamą, która wyjechała po zarobek do Ameryki i nie wygląda na to, by wkrótce miała do nich wrócić.

I tak powoli rozwijają się te cztery różne spojrzenia na postaci, gładko przeskakują między jednym bohaterem a kolejnym, sprawdzając jak rozwija się sytuacja u każdego z osobna.  Towarzyszą im przewijające się w tle piosenki, przede wszystkim Ladytron ale również i innych wykonawców, między innymi Cat Power.  Dobrze dobrane, ale mam wrażenie z oryginalnym soundtrackiem ten obraz byłby zdecydowanie mocniejszy, a poszczególne sceny robiłyby większe wrażenie, wyzwalały większe emocje.  Szkoda, że to chwilami ciekawe przyglądanie się postaciom, do niczego wielkiego tak naprawdę nie prowadzi.  To zwyczajna obserwacja życia kilku osób, spojrzenie na pewien wycinek normalności, który nie ma ani początku, ani szczególnego końca, po prostu jest.  To przygnębiająca, smutna obserwacja współczesnego życia, przypadkowego, nieprzewidywalnego, nierównego, niesprawiedliwego, toczącego się bez wytchnienia.  Właśnie dlatego ten obraz jest tak spokojny, niespieszny, chwilami wręcz przez to nawet nudny, bo takie również jest i życie głównych bohaterów.  Przepełnione pracą, zabiegane, tylko od czasu do czasu rozjaśniane przez nieliczne chwile szczęścia, radości, spokoju. 

To życie szukające odmiany, lepszego jutra, czegoś więcej niż to co teraz, nie zdające sobie sprawy z tego, że wszystko czego trzeba do szczęścia, jest na wyciągnięcie ręki, już istnieje, tylko niedoceniane jest w pełni.  Pragnienie, które rozbija, wprowadza zamieszanie, prowadzi do prób osiągnięcia czegoś więcej, doskoczenia do niemożliwego, niedostępnego.  Skąd niedaleko już do zaniedbywania samego siebie, swojego prawdziwego życia, jak i najbliższych, schodzących na drugi plan, w pogoni za lepszym jutrem.  W pogoni mającej uszczęśliwić samego siebie i paradoksalnie czynionej dla dobra bliskich. Spojrzenie z którego płynie smutny wniosek mówiący, że tak naprawdę na tym świecie wszyscy jesteśmy sami.  Bo choćbyśmy się nie wiedzieć jak bardzo szczelnie otoczyli przyjaciółmi, rodziną, znajomymi, to i tak na końcu, pozostaniemy tylko my i nasze myśli, podejmowane tylko przez nas samych decyzje.  Choćbyśmy nie wiedzieć jak bardzo tego chcieli, i tak z życiem, każdym kolejnym dniem, zmierzyć musimy się sami i własnoręcznie o nim decydować.  Z nadchodzącymi pokusami, ukłuciami zazdrości, pojawiającymi się zewsząd przeszkodami.  Chwilami opierając się o bliskich, ale zawsze, na końcu, decydując na własną rękę.  Spojrzenie znane i niczym specjalnym się nie wyróżniające.  Stąd obejrzeć można, choć niekoniecznie.

Tagi: dramat
21:47, milczacy_krytyk , 06
Link Komentarze (4) »
sobota, 21 kwietnia 2012
Piraci!

szynka

Piraci!

Piraci! (2012) USA, Wielka Brytania

reżyseria: Peter Lord
scenariusz: Gideon Defoe
reżyser dubbingu PL: Marek Robaczewski
dialogi PL: Bartosz Wierzbięta
głosy: Waldemar Barwiński, Grzegorz Kwiecień, Karol Wróblewski, Izabella Bukowska, Robert Jarociński, Mariusz Krzemiński, Monika Węgiel, Aleksander Mikołajczak, Paweł Szczesny, Artur Pontek, Monika Pikuła
muzyka: Theodore Shapiro
zdjęcia: Frank Passingham, Charles Copping

na podstawie: książki Gideona Defoe

 (6/10)

Najnowsza animacja brytyjskiego studia Aardman, które swego czasu stworzyło tak genialne produkcje jak "Uciekające kurczaki" czy nieśmiertelnych "Wallace i Gromit".  Opowiadająca historię jakby odrobinę spóźnioną, bo na pierwszy rzut oka próbującą wypłynąć na ogromnej fali sukcesów "Piratów z Karaibów", która teraz jest już zdecydowanie bardziej w odwrocie, niż w szczytowej formie.  Choć może to tylko przypadek, i nie można jej traktować jak chęci odcięcia kawałka tortu dla siebie, bo oparta o książki Gideona Defoe, mówiące o pewnej niezaradnej załodze piratów, dowodzonej przez Kapitana Pirackiego.  Nieporadnego, naiwnego i trochę pechowego pirata, który ma poczucie, że niczego w życiu nie osiągnął, do niczego wielkiego nie doszedł.  Dlatego z niezwykłym uporem od lat uczestniczy w corocznym konkursie na Pirata Roku.  A ponieważ jak dotąd ani razu nie udało mu się wygrać tej nagrody, sądzi, że w tym roku los się do niego wreszcie uśmiechnie i złota statuetka powędruje w jego ręce.  Ale by to się stało, musi pokonać swoich niezwykle widowiskowych konkurentów, i wykazać się zdobytymi łupami.  Tych jednak jak na złość z nikąd zagarnąć mu się nie udaje, bo stale trafia na nieodpowiednie okręty i wzbogacić się nie może.  Ale już niedługo na jego drodze stanie pewien naukowiec , który wskaże sposób w jaki będzie mógł się stać bogaty.  Ale, żeby nie było tak łatwo, i on sam też będzie próbował ugrać coś dla siebie.

Niby wszystko, co w każdej porządnej animacji powinno się znaleźć, pojawia się w tej produkcji.  Są nietypowi bohaterowie drugoplanowi: małpka komunikująca się z otoczeniem za pomocą karteczek i przerośnięta papuga, która wcale papugą nie jest.  Są pomocni współbohaterowie przygody, którzy od czasu do czasu rzucają kolejnymi żartami.  Jest i główny bohater, nie zdający sobie sprawy ze swojej nieporadności i dlatego tak gładko wychodzący z każdej opresji.  Jest demoniczny czarny charakter: z całego serca nienawidząca piratów królowa, która najchętniej własnoręcznie by wszystkich wybiła, i jak się okaże, nie zawaha się tego uczynić w finale.  Są żarty sytuacyjne jak i słowne, jest humor dla najmłodszych jak i dla dorosłych, który przedstawia znane postaci w nietypowym świetle i wyśmiewa wszystko co wyśmiać można.  Jest dynamiczna, spektakularna i szybka przygoda, są i nietypowe, zwariowane pomysły na kolejne wydarzenia i sytuacje.  Wszystko to tu występuje, ale jakby jakoś tak na pół gwizdka.  Punktów wyjścia do czegoś większego jest od groma, ale żadne nie są rozwijane tak jakby być mogły, żadne nie są w pełni wykorzystywane i niestety niewiele z nich tak naprawdę wynika.  Niby wszystko tu jest, ale całość nie działa tak jak działać powinna, nie zaskakuje, nie wciąga, nie funkcjonuje w pełni.

Przykro jest to pisać, ale w animacji tej potwornie brakuje magii.  Takiej iskry, życiodajnej energii, dzięki której ta prosta historyjka by porywała, zachwycała i bawiła na całego.  Wszystko jest tu strasznie wyliczone, przeanalizowane, nastawione na konkretne reakcje.  Brakuje spontaniczności, takiej trudnej do opisania lekkości, dzięki której obraz ten napędzałby się sam, wciągał w swój świat i zarażał swoim optymizmem i klimatem.  Tym razem niestety nie udało się to co dobre przekuć w to co rewelacyjne.  Nie udało się z tych teoretycznie niezawodnych i dobrych elementów stworzyć filmu, który oglądałoby się z przyjemnością, który dostarczałby wielkiej dawki pozytywnej energii.  Poszczególne elementy nie składają się na zachwycającą całość.  Dlatego choć sporo tu akcji, jakoś niespecjalnie ona obchodzi, choć pomysły nietypowe się trafiają, to jakoś tego absurdu nie czuje się na tyle, by się nim zachwycać, choć sporo tu żartów, rzadko które śmieszą.  Pytanie jeszcze czy to wina nieciekawego tłumaczenia, które utemperowało brytyjski ostry dowcip i dlatego wyszło tak nieciekawie, czy już sam oryginał nie był na tyle ostry, by mógł rozbawić do żywego?  Dobrze choć, że tym razem nie eksperymentowano już tak z formą, jak w przypadku "Wpuszczonego w kanał" i powrócono do tradycyjnej plasteliny, tylko otoczenie wspomagając komputerem.  Ale i tak ten film jest niczym więcej, jak tylko pierwszym rozczarowaniem tego roku.

czwartek, 19 kwietnia 2012
Titanic 3D

niezatapialny

Titanic 3D

Titanic 3D (1997/2012) USA

reżyseria i scenariusz: James Cameron
aktorzy: Leonardo DiCaprio, Kate Winslet, Billy Zane, Kathy Bates, Frances Fisher, Gloria Stuart, Bill Paxton, Bernard Hill,  David Warner, Victor Garber, Jonathan Hyde, Suzy Amis, Lewis Abernathy, Nicholas Cascone, Anatoly M. Sagalevitch, Danny Nucci, Jason Barry, Ewan Stewart, Ioan Gruffudd, Jonny Phillips, Mark Lindsay Chapman, Richard Graham
muzyka: James Horner
zdjęcia: Russell Carpenter
montaż: Conrad Buff, James Cameron, Richard A. Harris

 (10/10)

To film którego z całą pewnością nikomu przedstawiać nie trzeba.  Przez długi czas najdroższa produkcja na świecie, nagrodzona jedenastoma Oscarami, w tym również tym najważniejszym, za najlepszy film.  Obraz, który od czasu swojej premiery, przez kolejne dwanaście lat, był najbardziej kasowym filmem świata.  Teraz powraca na wielki ekran, w setną rocznicę zatonięcia Titanica.  I choć nie jestem zwolennikiem ponownego wprowadzania do kin, kiedyś już prezentowanych filmów, tym bardziej w 3D, bo oglądanie na niby przestrzennych obrazków, do tego w niewygodnych okularach, to żadna atrakcja, tak z tego powrotu się naprawdę ucieszyłem. Bo dzięki tej powtórce z rozrywki, znów mogłem obejrzeć tę historie na wielkim ekranie, po latach spojrzeć na nią zupełnie innym okiem.  Przeżyć ją jeszcze raz, sprawdzić czy wytrzymała próbę czasu, znów zobaczyć dwójkę ulubionych aktorów, wtedy dopiero stawiających pierwsze kroki w zawodzie, teraz będących jednymi z najbardziej znaczących i rozchwytywanych aktorów w Hollywood.  Przekonać się czy niegdysiejsze dobre wrażenie było tylko niedoświadczonym zachwytem, czy odzwierciedlało wartość tego obrazu.  Bo „Titanic” był chyba pierwszym filmem na który poszedłem idąc na film, a nie wyłącznie do kina.  Ze względu na aktorów, efekty, które wtedy robiły przeogromne wrażenie (a nadal robią spore) i oczywiście reżysera, który każdy swój pomysł zamienia w złoto.

I bardzo miło jest stwierdzić, że ten obraz nadal naprawdę się broni.  Jest tak samo dobry jak te nieprawdopodobnie bliskie ale potwornie odległe czternaście lat temu, gdy miał swoją premierę i zaczynał zdobywać kina.  To obraz, który żyje, który wpływa na publikę tak samo mocno jak wtedy, na początku 1998 roku, o czym świadczą chociażby dobiegające z całej sali odgłosy wyciąganych w pośpiechu chusteczek, pod koniec seansu.  Który pomimo swoich oczywistych słabszych stron, pomimo tych niektórych tanich momentów, autentycznie wciąga.  O ile mu na to pozwolimy, o ile damy się ponieść opowiadanej historii.  Całe szczęście, że Cameron w przeciwieństwie do pewnych innych twórców, szanuje swoją twórczość i na nowo wprowadzając ten obraz do kin, nic w nim nie zmieniał, nie poprawiał, nie przerabiał na siłę.  To film dokładnie taki jak te kilkanaście lat temu, jedynie uwypuklony.  I właściwie zupełnie niepotrzebnie, bo żadna konwersja nie jest w stanie w satysfakcjonujący sposób dodać trzeci wymiar do obrazu, uwypuklić go na tyle by robił naprawdę wielkie wrażenie.  A prawdę powiedziawszy, nawet bez tej nowoczesnej błyskotki, wygląda on nadal fantastycznie.  I mam wrażenie, że gdyby tak po prostu zdecydowano się jeszcze raz zaprezentować go na wielkim ekranie, tym razem tylko w wersji cyfrowej, przyciągnąłby równie wiele widzów.  Ja z pewnością też bym się skusił, bo srebrny ekran to dla „Titanica” jedyne i najlepsze miejsce.

Niesamowite w tej produkcji jest to, że choć zdajemy sobie sprawę z jej bajkowości, z tych wszystkich trochę tandetnych momentów, które tu co jakiś czas występują, z krzykami o królowaniu nad światem na czele, i tak kupujemy ją w całości.  Bo wraz z tymi trochę niezręcznymi momentami otrzymujemy naprawdę niesamowitą, trzymającą w napięciu, emocjonującą, wzruszającą i opowiedzianą z niezwykłą pasją, opowieść o wielkim zauroczeniu, rodzącej się miłości, która zdarzyła się na pokładzie niezatapialnego statku.  Melancholiczną opowieść o sile wspomnień, o tęsknocie za młodością, o wybieraniu między życiem jakie powinno się wieść, a tym które chce się przeżyć.  To co czyni ten obraz tak udanym, jednocześnie tak wzruszającym i bliskim sercu, to sposób poprowadzenia tej historii.  Nie w formie bezpośredniej prezentacji tamtych chwil, spojrzenia na samą katastrofę, a poprzez pełne tęsknoty cofanie się w czasie, ożywające na ekranie wspomnienia.  Skupiające się na losie bohaterów, traktujące statek jak i jego zatonięcie wyłącznie jako tło, ważne, ale jedynie tło.  I właśnie przez to, przez tę relacyjną formę, wszystkie te niepotrzebne upiększenia przestają denerwować.  Bo jak to wspomnienia, bywają piękniejsze od samych chwil, mocniejsze i bardziej przesadzone niż rzeczywistość. 

I choć to love story, choć ten Romeo i Julia na tonącym statku, to historia słodka i urocza, to w przedziwny sposób jednak nie przesłodzona i nie przeszarżowana.  Choć to melodramat pełną gębą, to taki, który ogląda się z przyjemnością, który nie nuży, nie denerwuje, nie mdli.  To niesamowite, bo choć nie zdarza mi się to często i choć pomimo upływu tylu lat pamiętam ten obraz całkiem dokładnie, to oglądając go ponownie, przy niektórych scenach miewałem ciarki.  Bo to film przecudownie i pomysłowo sfotografowany (niektóre ujęcia to już klasyka sama w sobie), nieprawdopodobnie sprawnie nakręcony, pewną, zdecydowaną ręką, którą czuć od pierwszej do ostatniej sceny.  Dlatego właśnie te ponad trzy godziny w kinie mijają tak szybko, tak niezauważalnie, mimo długiego rozpoczęcia, mimo początkowo niespiesznego tempa.  Dlatego nic tu się nie rozłazi, dlatego właściwie z żadnej sceny zrezygnować by nie można, bo każdej byłoby brak.  Dlatego nie czuć tu zgrzytu między spokojnym początkiem, a pędzącą przed siebie końcówką, bo płynnie przechodzą one jedna w drugą.  Obraz ten po prostu od pewnego momentu zaczyna przyspieszać, i tak nabierając prędkości, nie wyhamowuje już do samego końca.  Aż do niesamowicie urokliwego i słodkiego zakończenia.  Ale jakżeby mogło być ono inne skoro jest kolejnym pięknym, powracającym marzeniem?  Wspomnieniem pięknych chwil, które zmieniły życie. 

I choć „Titanic” to bardzo gładko napisana historia miłosna, choć świetnie poprowadzona, to z całą pewnością nie oglądałoby się jej tak dobrze, gdyby nie Kate Winslet i Leonardo DiCaprio i ich nieprawdopodobnie naturalne występy.  Są parą perfekcyjną, pasują do siebie idealnie, i udało im się wcielić w swoich bohaterów z niezwykłą lekkością: w biednego chłopaka, który szczęśliwym zbiegiem okoliczności wygrał bilet na dziewiczy rejs do Stanów i w ułożoną dziewczynę z wyższych sfer, która pragnie wyrwać się z życia jakie ją czeka.  Przypadkiem spotkawszy się na pokładzie statku przeżyją jedne z najpiękniejszych chwil swego życia, a nam z zapartym tchem przyjdzie je śledzić.  Jeśli lubicie ten film, do jego powtórnego obejrzenia, zachęcać Was nie trzeba, bo możliwość ponownego obejrzenia go na wielkim ekranie jest naprawdę nie lada gratką.  A jeśli w czasie pierwszej premiery byliście jeszcze za młodzi, by zobaczyć tę historię na wielkim ekranie, lub przedziwnym zrządzeniem losu, jeszcze nie mieliście okazji oglądać tego filmu, wybierzcie się i nadróbcie tę zaległość.  By przeżyć ten jeden z najpiękniejszych melodramatów jaki kiedykolwiek powstał, by dać się oczarować tym romansem na morzu, by później mieć co wspominać, tak jak miliony, które pokochały ten obraz prawie piętnaście lat temu.  I być może by za następne kilkanaście lat znów go obejrzeć i spojrzeć na niego innym, jeszcze bardziej wyrobionym okiem.  Nie wątpię, że i wtedy znów się obroni.  Bez najmniejszego problemu.

17:59, milczacy_krytyk , 10
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3