Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
sobota, 30 kwietnia 2011
Krzyk 2

naśladowca

Krzyk 2Krzyk 2 (1997) USA

reżyseria: Wes Craven
scenariusz: Kevin Williamson
aktorzy: Neve Campbell, David Arquette, Courteney Cox, Sarah Michelle Gellar, Jamie Kennedy, Duane Martin, Laurie Metcalf, Elise Neal, Jerry O'Connell, Timothy Olyphant, Jada Pinkett Smith, Omar Epps, Liev Schreiber, Rebecca Gayheart, Portia de Rossi, Heather Graham, Luke Wilson, Tori Spelling, Joshua Jackson, Craig Shoemaker
muzyka: Marco Beltrami
zdjęcia: Peter Deming
montaż: Patrick Lussier

 (7,5/10)

Dwa lata po dramatycznych wydarzeniach, które rozegrały się w miasteczku Woodsboro, koszmar rozpoczyna się na nowo.  Gale Weathers, dziennikarka, którą poznaliśmy w pierwszej części "Krzyku", opisała w swojej książce falę morderstw, której po części była świadkiem.  Hollywood wykorzystując lotny temat zrealizowało na jej podstawie slasher "Cios".  I właśnie na prapremierze tej produkcji, wśród rozentuzjazmowanych fanów, przebranych za zabójcę, wydarza się pierwsze morderstwo.  Ci, którzy przetrwali masakrę w Woodsboro są teraz studentami, starającymi się prowadzić normalne życie, próbującymi wymazać okropne wydarzenia z pamięci.  Z uwagi na nadchodzącą premierę filmu nie jest to łatwe, a po doniesieniach z kina stanie się wręcz niemożliwe.  Dziwne morderstwo zaburza względny spokój, zasiewa liczne wątpliwości.  A jak się wkrótce okaże jest ono pierwszym z całej serii mordów.  Bo znów, ktoś ukrywający się za białą maską ducha, będzie chciał dorwać i zabić biedną Sydney Prescott.  Będzie chciał powtórzyć poprzednie morderstwa i w przeciwieństwie do poprzednika, któremu się to nie udało, dokończyć dzieła.

Tak jak pierwsza część "Krzyku" bawiła się gatunkiem jakim jest horror, tak jej sequel walczy z łatką kontynuacji.  Jak chyba wszyscy wiemy, najczęściej drugie części nie dorównują pierwszym, są wręcz od nich znacznie gorsze, a nieliczne chlubne wyjątki tylko potwierdzają tę regułę.  Twórcy doskonale o tym wiedzą, są świadomi tego jak zwykle wyglądają kontynuacje, i otwarcie o tym w swoim filmie mówią.  Z jednej strony starają się łamać schematy, unikać największych wad na jakie cierpią sequele, z drugiej jednak strony podążają za nimi.  W filmie tym wszystkiego jest więcej.  Więcej bohaterów, bo obok powracających postaci twórcy wprowadzili sporo nowych (wszak ktoś tu zginąć musi), a także więcej niż poprzednio osób pada ofiarą mordercy.  Scen zabójstw jest więcej, są one dłuższe i zdecydowanie bardziej efektowne niż poprzednio.  Wszystko zgodnie z wymienionymi w trakcie seansu regułami.  Ponieważ morderca jest naśladowcą, kopiowanie przez twórców pierwszej części nie wygląda tutaj tak źle.  Znów rozdzwonią się telefony, znów szaleniec będzie biegał z nożem w białej masce, ale ma to swój sens.  Bohaterowie znając horrory, jeden z nich przeżywszy w praktyce  będą się tym razem, na własną rękę, starali dojść do tego kto i dlaczego zabija.

Twórcy, szczególnie na początku swojej produkcji, nieśmiało nabijają się z amerykańskiego zamiłowania do wszelkiego rodzaju gadżetów związanych z kasowymi produkcjami.  Pamiątek, rekwizytów, kostiumów i innych dziwactw jakie bez opamiętania kolekcjonują tamci widzowie.   To przebieranie się za filmowe postacie, staranie sie by przenieść je do zwyczajnego życia.  Później, znów nieśmiało, krytykują emocjonowanie się tego typu filmami, robienie z nich wyłącznie czystej rozrywki.  Obrywa się wszystkim obrazkom opartym na teoretycznie prawdziwych historiach, które przedstawiają czyjąś prawdziwą tragedię w formie zabawy.  Bo jak mówi jedna z trzecioplanowych postaci, skoro wydarzenia przedstawione w filmie zdarzyły się naprawdę, skoro w rzeczywistości zginęli ludzie, to nie powinno to nikogo bawić.  Kontynuacja ta stara się również walczyć z niezbyt logicznym twierdzeniem, jakoby to filmy takie jak "Krzyk" wyzwalały w niektórych osobach zabójcze instynkty, jakoby miały one być dla nich inspiracją, przyzwoleniem, impulsem do działania.  Jakoby to filmy zachęcały, zmuszały ich do akcji, powodowały, że stają się takimi potworami.

Kontynuację "Krzyku" ogląda się tym ciekawiej, bo w tłumie przewijających się przez ekran postaci, wypatrzyć można kilka obecnie znanych aktorów, którzy te kilkanaście lat temu dopiero rozpoczynali swoją karierę.  Z tych, których obecność w tym filmie może zaskakiwać wymienić można takie osoby jak: Sarah Michelle Gellar, Jerry O'Connell, Timothy Olyphant, a także Jada Pinkett Smith czy Joshua Jackson.  Swoje kilka sekund mają również Heather Graham, Luke Wilson oraz Tori Spelling, którzy pojawiają się w fragmentach z filmu "Cios".  I choć kontynuacja "Krzyku" nie jest lepsza od pierwszej części, to nie jest również od niej gorsza.  To co nie do końca zadziałało w jedynce, tutaj wypadło lepiej, jednak niektórych silnych stron poprzednika przeskoczyć się nie udało.  Na przykład prologu, który nie jest już tak udany jak ten z pierwszej części.  Za wiele w nim chaosu i niepotrzebnej brawury.  Całość jest trochę za bardzo rozciągnięta przez nadmiar wątków romansowych, które znacznie spowolniły akcję.  Gdyby ograniczyć ich ilość, oglądałoby się tę kontynuację znacznie lepiej.  Te niepotrzebne przestoje w trakcie seansu wynagradza za to świetna końcówka.  Co prawda tego, kto zabija, można się domyśleć jeszcze w trakcie oglądania, ale motyw, cała intryga pozostaje tajemnicą do samego końca i jest naprawdę świetnie wytłumaczona.

Tagi: horror
21:38, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (5) »
czwartek, 28 kwietnia 2011
Thor 3D

facet z młotkiem

Thor 3DThor 3D (2011) USA

reżyseria: Kenneth Branagh
scenariusz: Ashley Miller, Zack Stentz, Don Payne
aktorzy: Chris Hemsworth, Natalie Portman, Tom Hiddleston, Anthony Hopkins, Stellan Skarsgard, Kat Dennings, Clark Gregg, Idris Elba, Colm Feore, Ray Stevenson, Tadanobu Asano, Josh Dallas, Jaimie Alexander, Rene Russo, Adriana Barraza, Maximiliano Hernández,  Matt Battaglia, Patrick O'Brien Demsey, J. Michael Straczynski, Dakota Goyo
muzyka: Patrick Doyle
zdjęcia: Haris Zambarloukos
montaż: Paul Rubell

na podstawie: serii komiksów Stana Lee, Jacka Kirby i Larry Liebera

 (6+/10)

Tegoroczny sezon na blockbustery czas zacząć.  W niezbyt odkrywczy sposób bo od ekranizacji kolejnego komiksu ze stajni Marvela, za to w dość nietypowym wykonaniu.  "Thor" został bowiem wyreżyserowany przez brytyjskiego aktora i reżysera Kennetha Branagh, który do tej pory specjalizował się w adaptacjach dzieł Szekspira, a miłośnicy szwedzkich kryminałów mogą pamiętać go wcielającego się w policjanta Kurta Wallandera w niedawnej brytyjskiej serii filmów.  Wybór jego osoby na stanowisko reżysera tak dużego obrazu może dziwić, jednak trzeba powiedzieć, że przedsięwzięcie to nie przerosło go.  Ale.  Niestety to, że jego "Thor" nie razi ani naciąganą, dziurawą fabułą, ani nijakim scenariuszem, ani głupimi, pisanymi na siłę dialogami, nie znaczy jednocześnie, że jest obrazem udanym.  Ogląda się go co prawda nieźle, lepiej niż przypuszczałem, kilka żartów jest zabawnych więc można się też trochę pośmiać, a efekty specjalne stoją na przyzwoitym poziomie, ale to niestety wszystko. I dla mnie osobiście to trochę za mało.  Być może mam zbyt wygórowane oczekiwania, może wymagałem od tej produkcji zbyt wiele, ale niestety nie porwała mnie.  Czegoś mi w niej zabrakło.  Poszczególne elementy tego obrazu niby prezentują przyzwoity poziom, patrząc na nie osobno niby nie można im wiele zarzucić, ale razem się nie wzmacniają, nie tworzą tak udanego produktu jakim mógłby być ten film.  "Thor" to taka ładna bajka, wzbogacona o urokliwe zdjęcia ale niestety nic poza tym.  Chwilami niepotrzebnie zamieniająca się w animację, przez natłok efektów specjalnych, gdy wszystko dookoła, prócz malutkich sylwetek bohaterów, jest tworzone przy pomocy komputerów.  To bajka niepotrzebnie i niezauważalnie skonwertowana do trzeciego wymiaru, by tylko widzowie w kasach zapłacili więcej za bilety.  Opowiastka przewidywalna, podążająca od początku po jednej linii, nie zbaczająca z niej do samego końca.  Unikająca wywrotek, nagłych zwrotów akcji, przez co ogląda się ją bez większej ekscytacji.  Zakończona w zbyt szybki i łatwy sposób, by tylko wreszcie związać wszystkie wątki i radośnie sfinalizować rozciągniętą historię.

Jej największy problem polega chyba na tym, że główny bohater nie walczy za nas, tylko za swój świat, z którego został wygnany i do którego chciałby wrócić. Z jednej strony można powiedzieć, że to dobrze, iż wreszcie otrzymaliśmy film o herosie, który nie porywa się na ratowanie biednej planety Ziemia i jej mieszkańców, których zniszczenia pragnie jakiś szaleniec.  Ileż razy można bowiem oglądać taki schemat?  Z drugiej jednak strony, co tak naprawdę obchodzi nas jakieś złote królestwo Aasgard?  No właśnie, sęk w tym, że nie za wiele.  Niestety ale wydarzenia rozgrywające się na Ziemi są tylko krótkim epizodem, pewnym wypadkiem przy pracy, krótkim etapem z życia bohatera, który nastąpił przez jego nierozwagę.  Dlatego też ziemskich postaci jest tu niewiele, pojawiają się na krótko, zdecydowanie zbyt krótko.  W czasie seansu najczęściej przebywamy w mieście bogów, podniosłym, pompatycznym, złotym świecie.  Potwornie nudnym świecie.  Film Branagh zdecydowanie ożywa, gdy akcja przenosi się na naszą planetę.  Wtedy nabiera energii, zyskuje humor, zaczyna się rozkręcać, a na ekranie wreszcie zaczyna się coś dziać.  Choć nie tak spektakularnie jak w Aasgard, bo wydarzenia mają miejsce w malutkiej mieścinie, położonej nie wiadomo gdzie, ale to właśnie wtedy do przewijających się obrazów zaczyna napływać życie, pojawiają się jakieś emocje.  Thor przekonany o swojej niezwykłości i wyższości pojawia się wśród ludzi, którzy początkowo biorą go za bezdomnego (wyjątkowo dobrze zbudowanego) i nie traktują z należytym według niego szacunkiem.  To zderzenie mitycznego boga z ludźmi i wynikające z tego wszelkie kłopoty i trudności w zrozumieniu dwóch stron, bo każda żyła w innym świecie i inaczej postrzegała otaczającą rzeczywistość, ma w sobie spory potencjał, który niestety przez zbyt krótką prezentację, nie zostaje w pełni wykorzystany.  Jednakże właśnie w tych fragmentach, obraz ten staje się ciekawszy i zdecydowanie lepiej się go ogląda.  Szkoda, że następuje to dopiero w drugiej połowie seansu oraz, że najważniejszy i tak pozostaje Aasgard, do którego wracamy pod sam koniec.

Bo w momencie gdy produkcja ta zaczyna się rozkręcać, twórcy wracają do dalekiego świata, gdzie toczy się walka między braćmi o władzę nad całym królestwem, o tron odchodzącego ojca.  Na początku żaden z nich nie jest godny zajęcia tego miejsca.  Thor jest zbyt pewny siebie, zbyt chętny przygód i walki, by móc sprawiedliwie i mądrze rządzić.  Jego brat Loki z pozoru nie chce zajmować miejsca po swoim ojcu.  Obaj będą musieli stoczyć walkę, popełnić wiele błędów, by zrozumieć zamysł ojca, jego decyzje i przy okazji zmienić samych siebie.  Tylko wtedy królestwo przetrwa, tylko wtedy uda się je uratować.  Te rozgrywki na wysokości wypadają w miarę dobrze, właściwie tylko dzięki aktorom wcielającym się w postaci bogów.  Udało im się, występując w adaptacji komiksu, grając w śmiesznych strojach, nadać odpowiednią powagę zaistniałej sytuacji i przedstawić ją tak jakby działa się naprawdę.  Na plus trzeba zaliczyć bardzo lekki występ Chrisa Hemswortha, który świetnie wcielił się w lekkomyślnego, zawadiackiego Thora.  Bardzo dobrze wypadł także Tom Hiddleston czyli cichy i podstępny Loki, który z początku wydaje się oddalony, ale tak naprawdę chce być zauważony i doceniony.  Ojcujący im Hopkins zagrał po prostu dobrze, ale aktor ten nawet nie wysilając się zbytnio, tworzy ciekawe kreacje, więc to żadne zaskoczenie.  Ziemskie postacie są mniej ciekawe, bo nie mają wystarczająco czasu by się pokazać.  Nieźle wyszła Natalie Portman czyli trochę roztrzepana Jane, w której zakochuje się Thor, a także grająca jej koleżankę Kat Dennings, która rzuca zabawnymi tekstami na prawo i lewo (większość z nich znajduje się w zwiastunach).  Najbladziej wypadł niestety Stellan Skarsgard, ale to też dlatego, ze nie miał wiele do zagrania.  Szkoda, że o tej trójce wiemy tak niewiele, szkoda, że jest ona tylko dodatkiem do Thora, przez co nawet nie sposób się do nich przywiązać.  Obejrzeć można ale bez rewelacji.

wtorek, 26 kwietnia 2011
Krzyk

what's your favourite scary movie?

KrzykKrzyk (1996) USA

reżyseria: Wes Craven
scenariusz: Kevin Williamson
aktorzy: Neve Campbell, David Arquette, Courteney Cox, Matthew Lillard, Rose McGowan, Skeet Ulrich, Drew Barrymore, Kevin Patrick, Walls, Carla Hatley, Jamie Kennedy, Linda Blair, Henry Winkler, Priscilla Pointer, W. Earl Brown, Liev Schreiber
muzyka: Marco Beltrami
zdjęcia: Mark Irwin
montaż: Patrick Lussier

 (7,5/10)

Kultowy horror.  Film zrealizowany za niewielkie pieniądze, który odniósł ogromny i chyba trochę niespodziewany sukces.  W pierwszy weekend zarobił ledwo ponad 5 milionów dolarów, ale dzięki świetnym opiniom zbieranym wśród krytyków, i przede wszystkim widzów, przekroczył granicę stu milionów.  Na jego sukces złożyło się nazwisko reżysera, zgrabny scenariusz (podobno napisany w zaledwie trzy dni) oraz znane nazwiska w obsadzie.  Rozpoczął nową serię filmów o zamaskowanym mordercy, doczekał się (jak na razie) trzech kontynuacji i został sparodiowany w "Strasznym filmie" braci Wayans.  Jego akcja rozgrywa się w niewielkim miasteczku Woodsboro, którym wstrząsa niezwykle brutalne i zuchwałe morderstwo na parze nastolatków.  Jak się wkrótce okaże było ono jedynie wprawką do właściwej masakry.  Morderca za cel obierze sobie bowiem młodziutką Sidney Prescott, dziewczynę mieszkającą jedynie z ojcem.  Jej matka zginęła rok wcześniej w tajemniczych okolicznościach, co może ale nie musi mieć związku z bieżącymi wydarzeniami. Śledztwo w obu tych sprawach prowadzi lokalna policja, a także wścibska dziennikarka Gale Weathers.

A wszystko zaczyna się od niewinnego telefonu.  Ktoś dzwoni do przebywającej samotnie w domy Casey Baker, niczym nieznajomy, który pomylił numery telefonów.  Po dłuższej rozmowie "proponuje" dziewczynie prostą grę.  Jeśli wykaże się ona wiedzą na temat słynnych horrorów, przeżyje tę noc, jeśli nie, zginie.  Po tym pierwszym telefonie przyjdzie oczywiście pora na kolejne.  Morderca z "Krzyku", ubrany w prosty kostium Halloweenowy, przeszedł już do historii i jest na równi rozpoznawalny co tacy szaleńcy jak szponiasty Freddy Krueger z "Koszmaru z ulicy wiązów", Jason Voorhees z "Piątku trzynastego" czy Michael Myers z "Halloween".  Długa czarna peleryna, biała wykrzywiona maska ducha, nawiązująca do obrazu Edvarda Muncha i prosty nóż z którym biega jak szalony i zabija swoje ofiary.  Chyba wszyscy kojarzą tę postać.  Craven bawi się regułami gatunku, tym czym mógł albo powinien z założenia być ten film, ale nie do końca nim jest. Od groma tu nawiązań do znanych horrorów, tych wymienionych wcześniej ale także i innych.  Co druga scena, co trzeci dialog to mruganie okiem do widza z nadzieją, że wypatrzy, usłyszy te świadome cytaty.

Reżyser niejako oferuje nam możliwość uczestnictwa w swoim widowisku, prezentuje nam świadomy horror.  Chyba wszyscy lubimy filmy z dreszczykiem, lubimy rozsiąść się wygodnie w kinowym fotelu i trochę od czasu do czasu się pobać.  Kibicować bohaterom, którzy znaleźli się w beznadziejnej sytuacji i muszą teraz walczyć o swoje życie, uciekając przed potworami, zamaskowanymi mordercami.  Lubimy ten dreszczyk emocji, oglądanie czegoś, w czym w życiu nie chcielibyśmy brać udziału.  Craven ten krwawy koszmar oferuje swoim bohaterom, zwykłym nastolatkom, którzy też lubą horrory, znają panujące w nich zasady, wyśmiewają je, widzą istniejące w tego typu filmach nielogiczności.  Teraz sami muszą odnaleźć się w sytuacji wyjętej niczym z filmu, zupełnie jakby to spotkało kiedyś nas samych.  Walcząc o  życie, mając głowę nabitą teorią, starają się nie popełnić błędów, które dotychczas wytykali filmowym produkcjom, uniknąć zabójczych schematów.  Jak chociażby tego, że filmowe postaci zamiast uciekać z domu, w którym czai się morderca, zawsze biegną na poddasze, odcinając tym samym sobie drogę ucieczki.

"Krzyk" to chyba jeden z nielicznych horrorów, który jest tak niesamowicie świadomy istnienia, po pierwsze filmów jako takich, a po drugie samego gatunku jakim jest horror. I to jest właśnie w tym filmie tak fantastyczne.  Inne obrazy są często jakby całkowicie oderwane od rzeczywistości, od swego otoczenia.  Przy innych dreszczowcach ma się wrażenie, że bohaterowie nigdy w życiu nie oglądali żadnego horroru, w wyniku czego zachowują się tak potwornie irracjonalnie.  Tu o filmach dyskutuje się stale, cytuje znane dzieła, analizuje ruchy bohaterów, wspomina o dobrych posunięciach i tych, których powinno się koniecznie wystrzegać.  Nie znaczy to oczywiście, że bohaterowie nie popełniają błędów (wtedy liczba zgonów byłaby znacznie mniejsza), ale przynajmniej nie są one tak spektakularne jak w innych produkcjach.  To, że naoglądali się tylu horrorów nie gwarantuje, że wykorzystają nabytą wiedzę w praktyce.  Poza tym jak wielokrotnie się tu okazuje, życie rządzi się swoimi regułami i horrorowe zasady nie mają do niego zastosowania.  Właśnie dzięki temu ten film jest chwilami tak zaskakujący.

Podobnie jak niezwykle rozpoznawalny stał się zamaskowany zabójca z tego filmu, tak nieco ponad dziesięciominutowy prolog, w którym występuje Drew Barrymore, znają chyba wszyscy, nawet jeśli nigdy nie oglądali "Krzyku".  Ten krótki wstęp to mistrzostwo świata, perfekcyjne wprowadzenie do tej opowieści.  Powoli, ale konsekwentnie narastające napięcie, niesamowicie dobry pomysł i fantastyczne wykonanie.  Nękające dziewczynę telefony, narastająca panika, wreszcie kilka rozpaczliwych prób ucieczki.  Te dwanaście minut niesamowicie podnosi ciśnienie, przyspiesza bicie serca i naprawdę zaskakuje.  Choć od premiery minęło już piętnaście lat nadal wbija w fotel.  Jednocześnie scena ta nie jest nakręcona tak jakby miała być zabawą, czystą rozrywką.  Jest w niej smutek, potworny tragizm.  Dzięki świetnej muzyce Marco Beltramiego jest jednocześnie straszna, poważna i szokująca.  Nie nabija się ze śmierci dziewczyny, nie traktuje jej przedmiotowo, wyłącznie jak kolejnego obiektu do efektownego zaćwiartowania.  Chociażby dla tej genialnej sceny, warto sięgnąć po ten film.

Szkoda tylko trochę, że po tak fenomenalnym wstępie, napięcie trochę za bardzo siada, film ten nie ustrzega się dłużyzn i za bardzo zaczyna falować.  Napięcie skacze od jednego do następnego ataku mordercy, pomiędzy nimi zdecydowanie za bardzo zwalniając.  I dzieje  się tak aż do krwawego finału, który w pewnym momencie staje się jednym wielkim chaosem, rzezią której nie widać końca.  Nie zmienia to jednak faktu, że jako całość, obraz Cravena to fantastycznie zrealizowany film, obraz nie głupkowaty, nakręcony z przekonaniem i niezwykłym pomysłem.  Taka niespotykana mieszanka gatunkowa.  Na pierwszy rzut oka horror, ale także trochę kryminał, trochę slasher, odrobinę czarna komedia, bo pomimo poważnego charakteru, sporo w nim zabawnych momentów, jak i nietypowych postaci jak np. gapowaty policjant, który nie za bardzo odnajduje się w swojej roli.  Humor objawia się tu również poprzez dialogi, świetnie napisane, pomysłowe, pełne życia.  Naprawdę bardzo udana produkcja.

Tagi: horror
19:54, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (6) »
sobota, 23 kwietnia 2011
Ally McBeal - sezon III

McBealizm

Ally McBeal - sezon IIIAlly McBeal - sezon III (1999 - 2000) USA

reżyseria: Bill Dickson, Mel Damski, Peter MacNicol, Alex Graves, Joanna Kerns, Arlene Sanford, Rachel Talalay, Jonathan Pontell, Dennie Gordon, Michael Schultz, Alan Myerson, Arvin Brown, Bryan Gordon, Jack Bender, Barnet Kellman, Jeannot Szwarc, Michael Lange, Bill D'Elia
scenariusz: David E. Kelley, Josh Caplin, Jill Goldsmith
aktorzy: Calista Flockhart, Greg Germann, Jane Krakowski, Vonda Shepard, Peter MacNicol, Lisa Nicole Carson, Portia de Rossi, Lucy Liu, Courtney Thorne-Smith, Gil Bellows, Albert Hall, Dyan Cannon, Gina Philips, Tim Dutton
muzyka: Danny Lux
zdjęcia: Billy Dickson, David A. Harp, Thomas F. Denove
montaż: Philip Carr Neel, Craig Bench, Mark C. Baldwin, Thomas R. Moore, Michael Hathaway, Troy Takaki, Jon Koslowsky, Kaja Fehr

 (7/10)

Uzależniłem się od tego serialu.  I choć nie jest on genialną produkcją, ma swoje słabsze chwile, nie wszystkie żarty i pomysły są udane, to na każdy kolejny odcinek czekam ze sporym zniecierpliwieniem.  Bo „Ally McBeal” to świetny serial rozrywkowy, lekki, zabawny, chwilami zmuszający do zastanowienia się, ale przede wszystkim odprężający.  Uzależniłem się od występujących w nim postaci, ich powiedzonek, dziwactw i ich losów.  Cotygodniowe odcinki stały się dla mnie niczym jak wizyty u starych, dobrych znajomych.  Trzeci sezon produkcji Davida E. Kelleya upływa trochę inaczej niż poprzednie dwa, pod znakiem zaskoczeń oraz występów gościnnych. Ale przede wszystkim w bardzo ciepły, śmieszny i bezpośredni sposób opowiada dalej historię dochodzącej do trzydziestki prawniczki. Kelley w kolejnych odcinkach wyśmiewa m.in. terapie grupowe którym poddają się Amerykanie, by podnieść swoją samoocenę i wiarę we własne możliwości, a także przekonanie, że wszystkie problemy można rozwiązać łykając codziennie rano odpowiednie tabletki.  Podobnie jak w poprzednich sezonach w niezwykle krzywym zwierciadle pokazuje system sprawiedliwości, w którym każdy pozywa każdego dosłownie za wszystko, jakkolwiek idiotyczne i irracjonalne powody by to nie były.

Jak kilka zdań wcześniej pisałem trzecia seria Ally obfituje w wiele zaskoczeń.  W kolejnych odcinkach zaliczyć możemy kilka naprawdę sporych opadów szczęki, bo Kelley coraz śmielej rozwija swoją opowieść i chwilami serwuje nam nieoczekiwane zbiegi okoliczności.  Pierwsze zaskoczenie czeka na nas już w pierwszym odcinku w czasie ślubu w którym przez przypadek Ally bierze udział (tylko ona mogła się w coś takiego wplątać).  Druga niespodzianka następuje w piątym epizodzie podczas Święta Dziękczynienia.  W następnych odcinkach wielkich zaskoczeń jest trochę mniej i kolejna bomba spada na nas pod koniec sezonu na sali sądowej, gdy mężczyzna pracujący w pewnej kawiarni, niedaleko kancelarii adwokackiej w której pracuje Ally, okazuje się być kimś innym niż można było sądzić.  Choć akurat tego zwrotu można się było domyślić na podstawie kilku poprzednich.  Przez dwadzieścia jeden odcinków tej serii przewija się również sporo gości specjalnych, najczęściej piosenkarzy, którzy albo w rzeczywistości, albo w halucynacjach głównej bohaterki, wykonują swoje najbardziej znane piosenki.  Wymienić tu można Glorię Gaynor, Randy'ego Newmana, Macy Gray, czy Tinę Turner.  A zamiast znanej z poprzednich serii Dr. Tracy pojawia się nowa pani psycholog, ślepo wierząca w działanie wszelkiego rodzaju pigułek - w tej roli fantastyczna Betty White.

Pod koniec sezonu twórcy pozbywają się jednego z głównych i ważniejszych bohaterów, dla Ally chyba najważniejszego ze wszystkich.  Taki ruch może początkowo dziwić i zaskakiwać, z reguły w serialach nie uśmierca się pierwszoplanowych postaci, najczęściej umierają osoby z drugiego planu, a nie bohaterowie, którzy obecni byli z nami od samego początku, od pierwszego odcinka.  Takie posunięcie było jednak bardzo potrzebne dla serialu i nie miało za zadania jedynie szokować.  To nie ten typ produkcji.  Po prostu już od kilkunastu odcinków (praktycznie od końca sezonu drugiego) czuć było, że skończyły się ciekawe pomysły na rozwijanie tej postaci i jej dalsze zachowanie było za bardzo udziwniane. Lepiej więc pożegnać się godnością niż niepotrzebnie ciągnąć wątek i męczyć się z bohaterem przez następne odcinki.  Tak dzięki zamknięciu tego rozdziału z życia bohaterów, można przejść do następnego, pełnego świeżych, ciekawych pomysłów.  Seria trzecia kończy się dziwacznym eksperymentem, bo ostatni odcinek jest musicalowy.  Bohaterowie śpiewają, tańczą, niczym w jakimś przedstawieniu.  Choć jest to coś nowego i ciekawego, to niestety wieje nudą, bo nie wiele się tu dzieje i w moim odczuciu jest to najsłabszy epizod tej serii. Mam nadzieję, że w następnych sezonach taki pomysł nie będzie kontynuowany.  Raz w zupełności wystarczy.

21:52, milczacy_krytyk , serial
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 kwietnia 2011
Śledząc

following

ŚledzącŚledząc (1999) Wielka Brytania

reżyseria, scenariusz i zdjęcia: Christopher Nolan
aktorzy: Jeremy Theobald, Alex Haw, John Nolan, Lucy Russell
muzyka: David Julyan
montaż: Gareth Heal, Christopher Nolan

 (7/10)

"Following" to czarno - biały debiut Christophera Nolana.  Przemyślany, zrealizowany z przekonaniem, podchodzący trochę pod krótki metraż, bo trwa tylko nieco ponad godzinę.  Poprowadzony w bardzo interesujący sposób, bo w trzech płaszczyznach czasowych.  Widzimy to co już było, a więc jak cała ta opowieść się rozpoczęła, to co jest teraz, oraz to co się niechybnie stanie, a obecnie pokazywane jest w pewnych urywkach.  Wymieszane, przeplatające się wciąż, dzięki czemu całość bardzo intryguje i przyciąga do ekranu.  Przez seans zastanawiamy się jak połączą sie te trzy czasy, zastanawiamy się dlaczego i w jaki sposób wydarzenia potoczyły się takimi torami?  Co doprowadziło bohatera do takiego stanu, czemu zachowuje się akurat w taki sposób, czemu decyduje się na konkretne kroki, których fragmenty widzimy od czasu do czasu?  Zastanawiamy się jak przeszłość połączy się z przyszłością i czy będzie to połączenie logiczne.  Przez taki sposób prowadzenia akcji, "Following" staje się filmem nad który warto się chwilę zastanowić, a najlepiej jeszcze raz go prześledzić.  Po to, by poukładać sobie tę historię w głowie, by wszystkie jej kawałki ustawić na właściwym miejscu.  Zastanowić się czy ma ona sens, czy układa się w logiczną całość, bo gdy widzimy ją w częściach, możemy mieć pewne wątpliwości, możemy się odrobinę w niej zagubić.

Debiut Nolana to film, którego nie sposób opisać.  Właśnie przez to podzielenie wydarzeń na trzy części i wymieszanie ich ze sobą.  Obraz ten rozpoczyna się od przedstawienia pewnego mężczyzny.  Poznajemy bezrobotnego faceta, który chciałby zostać pisarzem.  Doskwiera mu samotność, a jest bardzo ciekawy życia innych ludzi.  Jak dowiadujemy się z jego ust, zaczyna śledzić przypadkowych przechodniów, staje się ich cieniem.  Każdego dnia wybiera sobie jedną osobę z tłumu i podąża za nią gdziekolwiek ta pójdzie.  Obserwuje co robi, gdzie chodzi, z kim się spotyka, gdzie pracuje. Mężczyznę interesuje życie przypadkowych osób i ma wrażenie, że śledząc je bliżej je poznaje.  Ustala sobie nawet pewne zasady swego nawyku, pewne reguły, którymi będzie się kierować, jak chociażby to, by nigdy nie śledzić dwa razy tej samej osoby.  Bohater myśli, że w swoim dziwactwie, przyzwyczajeniu, jest niewinny i nikomu nie wyrządza krzywdy, że nikt nie domyśli się jego zachowania, nie wpadnie na nie.  Tak jest do pewnego czasu, gdy jeden z obiektów jego zainteresowania - mężczyzna ubrany w garnitur, niosący ze sobą sporych rozmiarów torbę - zwraca na niego uwagę.  Jednak to dopiero początek, zaledwie kilka minut filmu, sam wstęp tej dziwnej historii.  Od spotkania dwóch mężczyzn rozpoczyna się bowiem dziwna gra, pewien ich wspólny plan o którym lepiej nie pisać, by za wiele nie zdradzać.

"Following" to bardzo ciekawe ćwiczenie, taka wprawka przed następnymi filmami reżysera.  Ograniczona budżetem, fizycznymi możliwościami.  Czuć w niej niezwykły potencjał, który jak widać przez ostatnie kilka lat zostaje fantastycznie, w pełni spożytkowany.  Widać niezwykły pomysł, który gdyby nie początki, mógłby zostać jeszcze lepiej wykorzystany.  W obecnej postaci czegoś temu filmowi niestety brakuje.  Chwilami jest on trochę nierówny, czasem zbyt wolny, czasem jakby za szybki.  Sporo w nim zaskoczeń, zwrotów akcji, gdy dowiadujemy się o bohaterach pewnych rzeczy, których byśmy się nigdy nie spodziewali, lub gdy ktoś okazuje się być  kimś innym niż myśleliśmy.  Te momenty przyspieszają akcję, zastanawiają, szokują, ale pomiędzy nimi obraz Nolana za bardzo zwalnia i chwilami staje się nawet odrobinę nudny.  Ten drobny minus w pełni wynagradza zakończenie, wywrotka na koniec tej krótkiej produkcji, która zmusza nas do przemyślenia całości.  "Following" ogląda się tym ciekawiej, bo od jego premiery minęło już ponad 10 lat i wiemy (a przynajmniej Ci, którzy oglądali) jak wyglądają późniejsze filmy reżysera.  Możemy odnajdywać w tym skromnym dziele zalążki tego co zaprezentował nam później, co tak zachwyciło nas w "Prestiżu", "Batmanie", czy "Incepcji".  Możemy zobaczyć jak Nolan zaczynał i jak się rozwinął przez te lata.  Dla każdego fana tego reżysera to nie lada gratka.

19:56, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3