Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
piątek, 30 kwietnia 2010
Ondine

prozaiczny...

OndineOndine (2009) Irlandia, USA

reżyseria i scenariusz: Neil Jordan 
aktorzy: Colin Farrell, Alicja Bachleda-Curuś, Alison Barry, Stephen Rea, Dervla Kirwan, Tony Curran, Emil Hostina, Don Wycherley
muzyka: Kjartan Sveinsson 
zdjęcia: Christopher Doyle 
montaż: Tony Lawson

 (5-/10)

Zrealizowanie interesującej, wciągającej i prawdziwie magicznej baśni, to zadanie, które udaje się niewielu.  W ostatnich latach tak naprawdę jedynie Guillermo del Toro sobie z nim poradził, kręcąc przepiękny "Labirynt Fauna".  W idealnych proporcjach udało mu się przemieszać świat realny z fantastycznym, a w każdym z nich czekała na nas niezwykła historia.  Historia intrygującą, świetnie rozpisana i co chyba najważniejsze, logiczna.  To właśnie dlatego jego film był tak perfekcyjny, tak wzruszający i poruszający.  Na baśni rozłożył się za to cztery lata temu M.Night Shyamalan, którego bardzo lubię, w szczególności za niedocenioną "Osadę".  Jego "Kobieta w błękitnej wodzie" była zbyt udziwniona, niespójna, jakby wymyślana na poczekaniu przez ojca, dla niemogących zasnąć dzieci.  W tym roku na baśni przejechał się niestety również Neil Jordan, realizując "Ondine".  Jego film jest nijaki, wydłużony i w wielu momentach niezamierzenie zabawny.  Jeśli patrzeć na niego jak na baśń, to za mało tu prawdziwej, niezwykłej i trudnej do zdefiniowania, ale unoszącej się gdzieś w powietrzu magii.  Znowu jak na normalny dramat, za dużo tutaj opowieści o morskich stworzeniach i dziwnych wydarzeń, które dzieją sie dookoła.

Największą wadą tego filmu są potworne dialogi, które momentami zniżają sie do poziomu rozmów ze słabych seriali.  Są one przewidywalne, nic nie wnoszą do opowiadanej historii i co najgorsze, w ustach aktorów brzmią niezwykle sztucznie.  Być może na papierze sprawiały wrażenie tajemniczych, czy zagadkowych, ale w gotowym filmie kompletnie się nie sprawdzają, jedynie irytują.  Przez nie historia zamiast zaciekawiać i wciągać, z każdą kolejną minutą staje się coraz bardziej nijaka, po prostu nudna.  Nie sposób jest się bowiem przejąć losami bohaterów, którzy przez swoje rozmowy są tak odrealnieni, tak nienaturalni i nieludzcy.  Być może gdyby jeszcze zakończenie było inne od tego, które zaproponował nam Jordan, to przynajmniej wypowiedzi tytułowej Ondine nabrałyby sensu i stałyby się bardziej zrozumiałe.  Jednakże z taką końcówką, jaką możemy oglądać w gotowym filmie, prawie wszystkie jej wypowiedzi, choć i tak już dość dziwne, stają się jeszcze bardziej bezsensowne.  Co gorsza również zachowanie bohaterów zostawia sporo do życzenia, szczególnie w drugiej połowie filmu, kiedy to akcja trochę przyspiesza, wraz z pojawieniem się na dalszym planie czarnego charakteru, który zagrozi naszej parze.

Niestety przez pierwsze kilkadziesiąt minut seansu, na ekranie nie dzieje się za wiele (a powinno, skoro już w pierwszej scenie nasz rybak wyławia w sieci nieznajomą dziewczynę).  Bohaterowie przechodzą tylko ze sceny do sceny, rozmawiając w kółko o tym samym, ciągle powtarzając główne założenia tej historii, aż do znudzenia przypominając co się wydarzyło w pierwszych chwilach seansu i co może wydarzyć się potem.  Całą tę historię bez problemu dałoby się opowiedzieć w o połowę krótszym obrazie, który dzięki temu byłby bardziej konkretny i może również bardziej żywy.  Bo właśnie większej energii bardzo brakuje w tym filmie, energii, która nadałaby odpowiedniego tempa i pchnęłaby go na odpowiednie tory.  W filmie Jordana nie widać jak pojawienie się dziewczyny wpływa na mieszkańców miasteczka, nie widać również nawet rodzącego sie powoli między nią, a rybakiem uczucia. Najbardziej interesujące jest tu chyba tylko to, że historię tę można przyrównać do osobistego życia aktorów: Ona piękna nieznajoma, pojawiająca się z dalekiej krainy, zupełnie inna niż wszystkie.  On, zmęczony życiem, facet z problemami, który walczy ze swoim nałogiem, który stara się zostawić swoje dawne życie za sobą i szybko zakochuje się w nieznajomej dziewczynie. 

W opowiadaną przez Jordana historię trudno jednak jest wejść, trudno się w nią zaangażować, choć starają się nam to ułatwić i bliskie zdjęcia i przyjemna dla ucha muzyka.  Ciężko też jest jakoś bardziej przejąć się losem bohaterów, bo są oni mało ciekawi i mało ludzcy.  To osoby o których za wiele nie wiemy na początku seansu i za wiele się w czasie jego trwania również nie dowiemy.  Najlepiej spisują się aktorzy drugoplanowi, pojawiający się tylko kilka razy na ekranie.  Mam tutaj na myśli Stephena Rea, który gra księdza, do którego przychodzi główny bohater by porozmawiać i poradzić się, oraz Alison Barry wcielającą się w rezolutną córkę głównego bohatera, która wierzy całym sercem, że wyłowiona przez ojca dziewczyna to mityczna selki, czyli pół foka - pół kobieta.  Nasza Alicja Bachleda-Curuś niestety za bardzo zdolnościami aktorskimi wykazać sie nie mogła, bo jej rola ogranicza się tylko do odpowiadania na pytania, kolejnymi pytaniami i po prostu wyglądania ładnie w kolejnych scenach.  Również Colin Farrell w swojej roli się nie popisał, choć była ona dla niego z pewnością w jakimś sensie bliska.  Miewał on już jednak o wiele lepsze występy jak chociażby w ciekawym "Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj".

15:23, milczacy_krytyk , 05
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 kwietnia 2010
przyciąganie vol.2
przyciąganie vol.2

W zeszłym roku stworzyłem krótkie zestawienie muzyki filmowej, która od pierwszego przesłuchania zachęca do obejrzenia danego filmu.  Oto druga część tej listy.  Myślałem, że pojawi się na blogu dużo wcześniej ale ciągle brakowało mi utworów do zamieszczenia.  Teraz uzbierało mi się ich tyle, że za chwilę będę musiał wrzucić trzecią część ;)  Enjoy 

Yann Tiersen - Good Bye Lenin! - Summer 78
zasłyszane w zwiastunie do brazylijskiego filmu "Do Começo ao Fim"


Peter Gabriel - Ostatnie kuszenie Chrystusa - Of these hope
zasłyszane w radiu, w życiu bym się nie domyślił, że ten kawałek może pochodzić z takiego filmu.


Abel Korzeniowski, Shigeru Umebayashi - A single man - Clock Tick / Stillness of the Mind
polska premiera za dwa tygodnie, dla mnie pozycja obowiązkowa.


Moby - Gorączka - God Moving Over The Face Of The Water
nie wiem czy ten utwór nie leci tylko przy napisach końcowych, ale podobna mi się niezmiernie, więc musiał się znaleźć na tej liście


Christian Henson - Triangle - Lullaby
tak spokojny utwór w horrorze? ciekawe w którym momencie się pojawia...


Christopher Young - Creation - Humiliy and love
cały soundtrack jest piękny, ale ten utwór chyba najbardziej wzrusza.  momentami kojarzy mi się z przecudowną muzyką z "Osady" JNH


John Murphy - 28 dni później - In the house. In a heartbeat
zasłyszane w "Kick-Ass", w którym pasowało perfekcyjnie.  ciekawe jak pasuje w filmie, z którego pochodzi.
 

Andrea Guerrala - Okna - Finestra di fronte
i na deser...
21:54, milczacy_krytyk , soundtrack
Link Komentarze (11) »
niedziela, 25 kwietnia 2010
Fantastyczny Pan Lis

fantastic!

Fantastyczny Pan LisFantastyczny Pan Lis (2009) USA

reżyseria: Wes Anderson 
scenariusz: Wes Anderson, Noah Baumbach 
głosy: Meryl Streep, George Clooney, Jason Schwartzman, Bill Murray, Mario Batali, Willem Dafoe, Wes Anderson, Karen Duffy,  Wallace Wolodarsky, Eric Chase Anderson, Michael Gambon, Owen Wilson, Jarvis Cocker, Robin Hurlstone, Helen McCrory, Juman Malouf, James Hamilton, Steven M. Rales, Rob Hersov, Allison Abbate, Adrien Brody, Martin Ballard
muzyka: Alexandre Desplat 
zdjęcia: Tristan Oliver

na podstawie: książki Roalda Dahla

 (8/10)

Pan Lis jest typem pewnym siebie, zuchwałym i zawsze stawiającym na swoim.  Dzięki temu odnosi nie małe sukcesy na polu okradania farm z gołębi, ale również czasem pakuje się w nie małe kłopoty.  I właśnie w czasie jednej z takich nieudanych akcji, podczas której wpada w pułapkę zastawioną przez farmerów i wszystko wskazuje na to, iż się już z niej nie wydostanie, obiecuje swojej przyszłej żonie, że jeśli przeżyją, to skończy ze swoim fachem i sie ustatkuje.  Jakimś cudem udaje mu się wyjść z opresji i teraz, dwanaście lisich lat później, pracuje jako dziennikarz w lokalnej gazecie, w której ma swoją kolumnę.  Założył rodzinę, ale nie można powiedzieć, że jest szczęśliwy.  Lis jest bowiem lisem, polowanie ma we krwi i dlatego coraz bardziej tęskni za swoim dawnym życiem, które porzucił dla dobra rodziny.  Swojego instynktu pokonać nie jest w stanie i gdy nadarza się obiecująca sposobność, wyrusza na kolejne łowy.  Pani Lis nie jest zadowolona z postępowania swojego męża, martwi się o jego nocne wypady, ale jest gotowa mu pomóc w każdej chwili, gdy tylko ją o to poprosi.  Trzej farmerzy, których okrada Pan Lis nie zamierzają jednak zostawić tej sprawy samej sobie i wypowiadają wojnę rudemu futrzakowi, która dotknie jednak nie tylko samego Pana Lisa, ale również jego rodzinę i inne zwierzęta z okolicy. 

 

Wesowi Andersonowi należą się brawa chociażby już tylko za to, że w czasach cyfrowego kina, coraz śmielej zalewających nasze ekrany obrazów 3D i komputerowej animacji, porwał się na realizację filmu metodą poklatkową, która niestety coraz szybciej przechodzi do historii.  Wyczyn niebywały, niezwykle odważny i co najważniejsze w pełni udany.  Po drugie Anderson zrealizował film na podstawie książeczki dla dzieci, ale kierując go bardziej do widzów dorosłych, niż do ich pociech.  Na pierwszy rzut oka "Fantastyczny Pan Lis" wygląda bowiem jak kolejna letnia propozycja dla dzieci, ale nią nie jest.  Nie jest również kolejną animacją teoretycznie skierowaną do dzieci, a którą lepiej zrozumieją dorośli z powodu licznych nawiązań do znanych filmów.  To oryginalna, pomysłowa i mądra opowieść, która została po prostu ubrana w nietypowe szaty.  Tym bardziej nie zrozumiały jest więc tegoroczny wybór Akademii, która za najlepszy długometrażowy film animowany, uznała po prostu porządny "Odlot", znacznie słabszy od poprzednich propozycji Pixara, a nie właśnie "Fantastycznego Pana Lisa", który wyróżnia się na tle filmów animowanych praktycznie pod każdym względem.  To właśnie obraz Andersona powinien otrzymać statuetkę i wielka szkoda, że Akademia tego filmu nie wyróżniła.

 

"Fantastyczny Pan Lis" jest niezwykle płynną i bardzo starannie wykonaną animacją, której nie ogląda sie jak zwykłego filmu animowanego, a jak film z prawdziwego zdarzenia.  Wszystkie sceny są tu dopracowane do perfekcji, i te wolniejsze w czasie których bohaterowie tylko rozmawiają ze sobą, ale także te szybsze, sceny akcji jak na przykład wprowadzająca scena włamania na farmę, czy jedna z ostatnich scen walk w mieście, w czasie których poruszają się nie tylko bohaterowie, ale i ich otoczenie, dzięki czemu mamy wrażenie, że to co oglądamy jest naturalne i żywe.  Anderson pomysłów na przedstawienie kolejnych wydarzeń ma od groma, każda kolejna scena zaskakuje bowiem pomysłowością i sposobem ukazania.  Anderson opowiada tę historię tak jakby kręcił kolejny, normalny film, tak jakby te kukiełkowe postacie były prawdziwymi aktorami.  Właśnie dzięki takiemu traktowaniu tej opowieści, nie jest ona kolejnym zwykłym filmem animowanym ale czymś więcej.  Dzięki temu takie sceny jak końcowa z wilkiem, czy ostatnia ze szczurem, są tak niezwykłe.  Ale "Fantastyczny Pan Lis" to nie tylko pierwszorzędna animacja, ale także po prostu dobrze opowiedziana, interesująca historia, która wciąga od pierwszej minuty i tak trzyma do samego końca.  Jest przepełniona akcją, nietypowym absurdalnym humorem i świetnymi dialogami.  Przypomina przy tym momentami stare filmy o napadach na banki, czy nawet westerny.  Jest nietypowa i posiada niesamowitą atmosferę, której nie znajdzie się w żadnym innym filmie. 

 

Historia ta wsparta została również przez świetnie nakreślone, wyraziste postaci, do których bardzo łatwo jest się przywiązać i je polubić.  Nie byłyby one jednak nawet w połowie tak udane, gdyby nie fantastyczny, pełen życia dubbing.  Aktorzy spisali się na medal i obdarowując głosami, swoje postaci spowodowali, że przestały one być jedynie poruszanymi przez twórców kukiełkami, a stały się prawie żywymi stworzeniami.  Dubbing ten jest świetnym przykładem na to, iż głosem również można grać i tylko za jego pomocą stworzyć niesamowitą rolę.  Najlepiej wypadli pod tym względem Clooney, Murray, Gambon oraz oczywiście Streep, której rola była niestety najmniejsza z tej czwórki.  Na sam koniec muszę jeszcze koniecznie wspomnieć o cudownej, zawadiackiej muzyce Alexandra Desplata, która perfekcyjnie dodaje charakteru do tej opowieści.  Ona również zasługiwała na wyróżnienie, bo nie dość, że świetnie spisuje się w filmie, to jeszcze bardzo szybko wpada w ucho i dobrze się ją słucha poza obrazem. Wielka szkoda, że Oscar przeszedł koło nosa i powędrował znowu, do porządnego, ale nie zachwycającego „Odlotu”.

P.S. Imperial-Cinepix kolejny raz się popisał wprowadzając „Fantastycznego Pana Lisa” do polskich kin tylko w trzech!! kopiach.  Pogratulować decyzji.

14:55, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (18) »
piątek, 23 kwietnia 2010
Domowe piekło

it's time for you to leave...

Domowe piekłoDomowe piekło (2008) USA

reżyseria i scenariusz: Eric Red 
aktorzy: Famke Janssen, Bobby Cannavale, Ed Westwick, Michael Paré, John Fallon, Patricia Charbonneau
muzyka: John Frizzell 
zdjęcia: Ken Kelsch 
montaż: Anthony Redman

 (5/10)

Sięgnąłem po ten film ze względu na występującą w nim Famke Janssen.  Lubię tę aktorkę i chciałem zobaczyć jak wypadła w prawdziwie pierwszoplanowej roli, bo jak dotąd zawsze widziałem ją na drugim planie.  Czy to w jednym odcinku mojego ulubionego "Star Treka", czy w takich filmach jak "Siła strachu", "Uprowadzona", czy w trylogii "X-men".  Obraz Erica Redy opiera się natomiast całkowicie na jej występie, bo w wielu scenach tylko ją widzimy na ekranie.  Gra ona tutaj Marnie Watson kobietę, która została skazana za zabicie swojego sadystycznego męża i po 7 latach wychodzi z więzienia, by dokończyć wyrok w areszcie domowym.  Policjanci zakładają jej na nogę specjalną bransoletkę, która zacznie piszczeć, gdy Marnie oddali się od centralnej części domu, na więcej niż tytułowe 100 stóp - czyli 30 metrów.  Spokojny i cichy dom okaże się jednak dla niej o wiele gorszy od więziennej celi, bo wkrótce zacznie ją prześladować duch zabitego męża, który będzie chciał się zemścić za swoją śmierć...

Niestety przez cały seans czuć, że nie jest to film pierwszej jakości.  Pewnie gdyby nie Janssen to w ogóle nie dałoby się go oglądać, bo mniej doświadczona aktorka nie udźwignęłaby wolniejszych, poważny scen, a tak przynajmniej jest on znośny.  Choć trzeba przyznać, że sam pomysł na "Domowe piekło" był ciekawy i kilka scen twórcom się udało, bo powodują one mimowolne podskoki na fotelu.  Nieźle wyszły również sceny ataków ducha, bo choć nie grzeszą one oryginalnością, to zostały pokazane w trochę inny sposób, przez co nie są typowe i dobrze się je ogląda.  Oczywiście trzeba pamiętać, że jak to ostatnio często bywa, więcej tu dramatu niż prawdziwego horroru i bać się za bardzo nie ma czego.  Zawodzi niestety za długa i zbyt melodramatyczna końcówka, w której nie ma za wiele sensu i podczas której ma się wrażenie, że twórcy nie do końca wiedzieli jak chcieli zakończyć swój film.  Mogliby sobie również darować kiepskie efekty specjalne, bo tylko psują one klimat całej historii. O wiele lepiej by było, gdyby ich w filmie po prostu nie było.

P.S. Nie przypuszczałem, że ktoś może wyglądać lepiej w stroju Śnieżki niż Rachel Weisz.  Famke się udało :]

20:03, milczacy_krytyk , 05
Link Komentarze (6) »
środa, 21 kwietnia 2010
Ostatnia szansa Harvey'a
...is it ever too late to take a chance?

Ostatnia szansa Harvey'aOstatnia szansa Harvey'a (2008) USA, Wielka Brytania

reżyseria i scenariusz: Joel Hopkins 
aktorzy: Emma Thompson, Dustin Hoffman, James Brolin, Kathy Baker, Eileen Atkins, Michael Landes, Daniel Lapaine, Liane Balaban, Patrick Baladi, Bronagh Gallagher, Jeremy Sheffield, Adam James
muzyka: Dickon Hinchliffe 
zdjęcia: John de Borman 
montaż: Robin Sales

 (8/10)

"Ostatnia szansa Harvey'a" to opowieść o dwójce nieznajomych, którym życie ma coraz mniej do zaoferowania i coraz szybciej przecieka przez palce.  On jest rozwiedzionym nowojorczykiem, twórcą muzyki do reklamówek telewizyjnych i najprawdopodobniej niedługo straci pracę, bo firma w której pracuje, stawia na młodych zdolnych i nie jest zadowolona z jego ostatnich projektów.  Ona pracuje jako ankieterka na lotnisku Heathrow, przeprowadzając badania wśród podróżnych.  W jej życiu nie dzieje sie nic ciekawego.  Jej dzień ogranicza się do pracy, wieczorny spotkań z przyjaciółmi i odbieraniu telefonów od własnej matki, która nie ma co zrobić z czasem.   Spotykają się po raz pierwszy zupełnie przypadkiem, właśnie na lotnisku.  Dokładniej powiedziawszy mijają się w pośpiechu, nie zwróciwszy na siebie większej uwagi.  On przyjechał do Londynu na ślub swojej córki, ale będzie to dla niego dość bolesna uroczystość, bo wiele lat temu oddaliła się od niego i teraz jest o wiele bardziej związana ze swoim ojczymem, niż z nim.  Dopiero za trzecim razem Ona i On wykorzystają szansę jaką przyniesie im los, gdy kolejny raz wpadają na siebie na lotnisku.  Szansę, która oczywiście odmieni ich życie.

"Ostatnia Szansa Harvey'a" to niezwykle delikatny, spokojny i skromny film.  Film, który choć opowiada zwyczajną, prostą historię to robi to z niezwykłą klasą i wyczuciem, dzięki czemu nie jest kolejną banalną i przeciętną opowiastką o której zapomina się jeszcze przed przewinięciem się wszystkich napisów końcowych.  To cudownie ciepła i miła opowieść o parze samotników, którzy niosą ze sobą ciężki bagaż wielu doświadczeń i któregoś dnia, dzięki spotkaniu, otrzymają możliwość zmiany swojego życia.  To nieprawdopodobnie normalny i niezwykle naturalny film, który wyróżnia się na tle większości opowieści o miłości, bo nie stara się być na siłę dowcipny czy zabawny.  To prosta, melancholijna opowieść, w której jest coś niezwykłego, coś co trudno opisać, co działa jak balsam dla duszy.  Taka iskra, dzięki której udaje się tej historii wybić ponad przeciętność, ponad zwyczajność, jednocześnie nie odlatując ani na centymetr od ziemi, nie będąc ani przez chwilę udziwnioną, czy przekombinowaną.  To film pogodny i optymistyczny, za którym kryje się jednak sporo smutku i wzruszenia, który przeplata ze sobą przez cały czas wszystkie te uczucia.

To film przepełniony zamyśleniem na temat tego co już minęło, co się stało, co wydarzyło się kiedyś i już nigdy się nie powtórzy.  Obraz wypełniony rozmowami głównych bohaterów o życiu, o przeszłości, o marzeniach, niespełnionych szansach i popełnionych błędach.  Bo życie coraz bardziej toczy się obok nich, a nie razem z nimi.  Coraz mniej do niego pasują i zdarza się coraz więcej momentów, gdy czują się nie na miejscu.  Co ciekawe ich losy łączą się dopiero od połowy seansu, bo przez pierwsze ponad pół godziny obserwujemy ich prywatne, osobne życie, dzięki czemu możemy ich bardziej poznać i się do nich przywiązać.  Z pewnością nie przejęlibyśmy się tak bardzo ich losami, gdyby nie zostali zagrani przez dwójkę świetnych aktorów Emmę Thompson i Dustina Hoffmana, którzy w 2009 roku zostali zasłużenie nominowani do Złotych Globów za te role - szkoda, że tylko w tych nagrodach.  To dzięki nim ten film jest tak zwyczajnie niezwyczajny, tak osobisty i szlachetny.  Spora w tym zasługa również bardzo przyjemnej dla ucha muzyki Dickona Hinchliffe'a, która buduje nietypowy klimat tej opowieści i dodaje jej uroku.

18:37, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3