Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
poniedziałek, 30 kwietnia 2007
Czerwony Kapturek - Prawdziwa historia

wiercik

Czerwony Kapturek - Historia PrawdziwaCzerwony Kapturek - Prawdziwa historia (2005) USA

reżyseria: Cory Edwards
scenariusz: Todd Edwards, Cory Edwards, Tony Leech
głosy: Jolanta Fraszyńska, Adam Ferency, Piotr Machalica, Jerzy Kryszak, Jarosław Boberek, Miriam Aleksandrowicz
muzyka: John Mark Painter, Kristin Wilkinson, Cory Edwards
dialogi polskie: Bartosz Wierzbięta

 (7/10)

Film średni. Na plus można zaliczyć rewelacyjnie rozwinięty pomysł na historię. Nie spodziewałem się aż tak ogromnej wariacji na temat historii Czerwonego Kapturka, ale twórcom udało się bardzo sprawnie i gładko połączyć wszystkie cztery wątki, dodać jeden swój i stworzyć naprawdę udaną i logiczną - trochę dziwnie w przypadku tego filmu brzmi to słowo - opowieść. Postacie są ciekawe i wyraziste - najlepszy Wiercik, dubbing dobry - wybija się Kryszak, problem niestety pojawia się z żartami, bo jest ich niestety niewiele, a najśmieszniejsze są o dziwo małe, poboczne, niezwiązane z główną opowieścią scenki.

Ogólnie rzecz biorąc "Kapturka" ogląda się dobrze, ale czegoś w nim niestety brakuje. Denerwuje ponadto bardzo słaba grafika - po Shrekach i Epokach lodowcowych przyzwyczailiśmy się jednak do wysokiego poziomu animacji. Za dużo tu też piosenek. Film z jednej strony kierowany jest do widzów dorosłych, a te pisane są jakby dla dzieci. Poza tym w niektórych fragmentach film za bardzo robi się kiczowaty i tandetny.

23:19, milczacy_krytyk , 07
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 kwietnia 2007
Nagi instynkt 2

bo to zła kobieta była...

Nagi instynkt 2Nagi instynkt 2 (2006) Hiszpania, Niemcy, USA, Wielka Brytania

reżyseria: Michael Caton-Jones
scenariusz: Henry Bean, Leora Barish
aktorzy: Sharon Stone, David Morrissey, Charlotte Rampling, David Thewlis, Hugh Dancy, Anne Caillon
zdjęcia: Gyula Pados
muzyka: John Murphy, Jerry Goldsmith

 (5/10)

Nic dziwnego, że zapomniana już trochę Sharon Stone tak chciała zagrać w drugiej części Nagiego instynktu - filmu, który przyniósł jej wielką sławę.  Czternaście lat po pierwszej części, przez swój upór i determinację udało jej się doprowadzić do realizacji sequela.  Niepotrzebnie?  No, nie do końca...

Druga cześć Nagiego Instynktu okazała się klapą.  Posypały się złote maliny, recenzenci byli bardzo krytyczni, widzowie z resztą też.  Faktycznie film rewelacyjny nie jest, ale z drugiej strony nie jest to też gniot.

Sequel rozpoczyna się bardzo obiecująco.  Szybka, dobrze nakręcona, klimatyczna scena pokazująca Catherine pędzącą nocą przez ulice Londynu jest najlepszą w całym filmie.  Niestety po tym małym trzęsieniu ziemi napięcie zaczyna równomiernie spadać.  Przez to cały film oglądamy raczej z obojetnością.  Mało tu życia, napięcia, zaskakujących czy ekscytujących scen.  Wszystko jest płaskie, nijakie, sterylne, grane na siłę.

Jeśli chodzi o aktorów to panowie się tu zupełnie nie popisali.  David Thewlis i David Morrissey grają drętwo.   Ten pierwszy udaje groźnego i zdeterminowanego policjanta, a drugi zagubionego i opierającego się rozbudzanym przez Tramell instynktom.  Co gorsze jednak pomiędzy nim, a Stone nie wyczuwamy ani trochę napięcia.  Nic nie iskrzy, a pokazywany romans jest naciągany aż do bólu.  Stone stara się być przez cały film uwodzicielska, ale zapomina, że jej czas już powoli mija i na niektóre zachowania nie może już sobie pozwolić.  Są jednak na całe szczęście w filmie momenty - szczególnie te gdy Stone jest uśmiechnięta i spokojna - w czasie których pojawiają się przebłyski dawnej Catherine.  Wtedy film ogląda sie znacznie lepiej. 

Wydaje mi się, że twórcy trochę się zagubili i sami nie wiedzieli co chcą tym razem pokazać.  Z jednej strony dążyli do ciekawej historii kryminalnej, z drugiej myśleli, że zaszokują widzów scenami erotycznymi (których znowu aż tak dużo w filmie nie ma).  I tak samo chyba i Stone się zagubiła i nie wiedziała do końca czy ma grać dawną, czy nową - starszą Catherine.

Problem z drugą częścią leży także w samej historii opowiadanej przez twórców.  Bo gdy po senasie głębiej się nad nią zastanowimy, to okazuje się, że nie ma ona prawie wogóle sensu.  Motyw postępowania Tramell  jest conajmniej niejasny, jeśli nie zupełnie niezrozumiały.  I choć w filmie wszystko na końcu się wyjaśnia - na dwa sposoby - to widać gołym okiem, że coś tu nie gra, że ktoś tu coś naciągnął i to bardzo...

Na plus można zaliczyć bardzo ładne zdjęcia Gyula Padosa oraz fantastyczną, próbującą budować klimat muzykę Johna Murphya, który napisał nowy - powolny ale wpadający w ucho temat przewodni i zgrabnie połączył go w niektórych scenach z tematem z pierwszej części napisanym przez Jerrego Goldsmitha.

O dziwo Nagi Instynkt 2 ogląda się dobrze i pomimo tylu wad, film ani nie nuży - oglądałem późno w nocy i nie zasnąłem - ani nie irytuje.  Oczywiście mogło być znacznie lepiej, ale jak na sequel i tak jest dobrze...

20:24, milczacy_krytyk , 05
Link Komentarze (2) »
Nagi instynkt

fatalne... zauroczenie

Nagi instynktNagi instynkt (1992) Francja, USA

reżyseria: Paul Verhoeven
scenariusz: Joe Eszterhas
aktorzy: Michael Douglas, Sharon Stone, George Dzundza, Jeanne Tripplehorn, Denis Arndt, Leilani Sarelle
zdjęcia: Jan De Bont
muzyka: Jerry Goldsmith

 (8/10)

Po 14 latach od premiery "Nagiego instynktu" było mi wreszcie dane obejrzeć ten film. Spodziewałem się zwyklego, przewidywalnego thrillerka, z kilkoma scenami łóżkowymi. A tu wielka niespodzianka.

Nie wiem jakie reakcje u widzów wzbudzał "Nagi instynkt" tuż po premierze, ale na mnie zrobił naprawdę duże wrażenie. Film ma niesamowity klimat, atmosferę i bardzo trzyma w napięciu. Zagadkowe morderstwa ciekawią i nie pozwalają widzom na uwolnienie się od ciągłych pytań, czy to aby na pewno Catherine zabija? Czy moze ktoś ją chce wrobić? Albo ma wspólniczkę.
Nie chce mi się aż wierzyć, że ten film powstał tak dawno temu. Na tle obenych thrillerów tego typu, spokojnie daje sobie radę z konkurencją.

Niewątpliwie przynajmniej połowę sukcesu "Nagi instynkt" zawdzięcza Sharon Stone, która w roli Catherine jest niesamowita. Tajemnicza, uwodzicielska, pewna siebie, zdolna do wszystkiego a jednocześnie... ludzka. Michael Douglas jako jej partner wypada dobrze, ale mnie nie zachwyciła jego gra.

Kolejnym plusem jest scenariusz Joe Eszterhasa. Co prawda część dialogów może wydawać sie tandetna, ale nie sposób odmówić tej historii oryginalności, odwagi i sprawnego napisania. Sceny erotyczne są odważne - szczególnie jeśli pomyslimy o tym, że światło dzienne ujrzały one ponad 10 lat temu - ale nie przesadzone i zrobione "ze smakiem". O wielkosci scenariusza świadczy też choćby scena przesłuchania Tramell, która jest juz od dawna kultowa.

"Nagi instynkt" nie byłby tak dobry bez rewelacyjnej muzyki Jerrego Goldsmitha, która buduje napiecie, tajemniczość i jak dla mnie uszlachetnia tą historie. Magiczny motyw przewodni z filmu już dawno wrył mi sie w pamięć i napewno na długo w niej pozostanie.

Na pochwałe zasługuje też niejednoznaczne - w obecnych produkcjah bardzo rzadkie - zakończenie, które teoretycznie wszystko tłumaczy, ale daje widzom mozliwość samodzielnego odpowiedzenia na główne pytania filmu.

Tagi: thriller
20:15, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (4) »
czwartek, 26 kwietnia 2007
W stronę słońca

proch

W stronę słońcaW stronę słońca (2007) Wielka Brytania

reżyseria: Danny Boyle
scenariusz: Alex Garland
aktorzy: Chris Evans, Cillian Murphy, Rose Byrne, Michelle Yeoh, Troy Garity, Mark Strong, Cliff Curtis, Hiroyuki Sanada, Benedict Wong
zdjęcia: Alwin H. Kuchler
muzyka: Karl Hyde, John Murphy, Rick Smith

 (6/10)

Dobry zwiastun ma ogromną siłę przekonywania.  Czasem potrafi nawet zachęcić widza do obejrzenia filmu, z gatunku, za którym on nie przepada.   I tak właśnie było w przypadku trailera do "W stronę słońca", który dosłownie wbił mnie w fotel i skutecznie zmusił do obejrzenia "Sunshine" pomimo, że nie przepadam za filmami katastroficznymi mówiącymi o ratowaniu świata przez grupkę wybrańców.

Początek tej opowieści jest bardzo dobry.  Akcja rozwija się powoli, bez pośpiechu, wręcz leniwie.  Bohaterów poznajemy nie od razu i nie bezpośrednio.  Dobrym zabiegiem jest też nie pokazywanie tego co dzieje się na Ziemi - co tak powszechne jest w innych tego typu flmach. 

Bardzo ładne - niekiedy przepiękne czarno-złote zdjęcia, ciekawa scenografia i dobre efekty specjalne budują niesamowity, niepowtarzalny klimat i powodują, że po częsci czujemy się jak bohaterowie filmu w przestrzeni kosmicznej, zdala od domu, bez możliwości powrotu czy ratunku.  Reżyserowi udaje się pokazać, że ta ośmioosobowa załoga jest skazana na siebie, na swoje humory, wady i musi jakoś sobie radzić z narastającym napięciem i ciągłymi konfliktami. 

"Sunshine" udało się pokazać coś czego tak bardzo brakowało innym produkcjom sf.  Otóż bez problemu czuć tu ogromną pustkę kosmosu, tę próżnię, która otacza bohaterów i ich całkowitą samotność.  W tej czarnej ogromnej przestrzeni (świetna scena, gdy załoga pierwszy raz widzi Merkurego) znajdują się jedynie Ikarus - statek wyglądający jak meduza (niestety gdy dłużej pomyśli się nad sensem takiego kształtu, to wydaje się on idiotyczny) i Słońce - niesamowite, fascynujące i potężne.

Postacie naszkicowane są w miarę dobrze - są to co prawda znane już z innych filmów klisze, ale scenarzyta stara się je jakoś modyfikować - a ich zachowania na pierwszy rzut oka wydają się logiczne.  Trochę drażni jedynie ta całkowita gotowośc całej załogi do poświęcenia życia za pozostałych, ale da się to przeżyć i wytłumaczyć sobie tym, że jednak waga sprawy jest ogromna.  Poza tym (na całe szczęście) więcej patosu i patriotycznej papki w "Sunshine" nie ma. Na plus można jeszcze prócz bardzo dobrych zdjęć i udźwiękowienia (które miejscami porusza aż garderobą widza), zaliczyć idealną muzykę i całą sekwencję rozgrywającą się na IkarusI

I jeśli chodzi o plusy to niestety to by było na tyle.
Mniej więcej od połowy filmu, aż do samego tragicznego zakończenia, nowy obraz Boyle'a gwałtownie obniża loty.  Praktycznie z każdą sceną coraz bardziej się pogrąża i powoduje rosnący niesmak u widza, że tak dobry materiał na poważne sf można było tak zmarnować.  Scenarzysta wprowadza kolejne, jeszcze bardziej efekciarskie sceny, niestety coraz mniej logiczne i prawdopodobne.  Z powolnego sf robi się przez to sensacja, a co gorsze póżniej bzdurny horror.  Bez żadnych wyjaśnień autorzy pokazują nam kolejne coraz to gorsze pomysły na rozwiązanie całej historii, które całkowicie kłócą się z klimatem pierwszej części filmu.  Chyba największym jednak błędem twórców było wprowadzenie postaci Pinbackera (nachalne nawiązanie do Obcego R.Scotta) - niby zombie - który pojawia się znikąd gdy scenarzyście kończą się pomysły na to jak pozabijać załogę Ikarusa.  A na dodatek końcówka filmu jest tak niesamowicie chaotyczna, że bardziej przypomina teledysk niż film.

W zasadzie powinno być 5/10, ale jednak wrażenie po seansie, gdy wychodzimy z ciemnej sali kinowej na niesamowicie słoneczny dzień po "Sunshine" jest ogromne i za to jeden plusik więcej.

Pierwsze rozczarowanie roku....

Tagi: sci-fi
23:12, milczacy_krytyk , 06
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 kwietnia 2007
Labirynt Fauna

nie zrób jej krzywdy....

Labirynt FaunaLabirynt Fauna (2006) Hiszpania, Meksyk, USA

reżyseria i scenariusz: Guillermo del Toro
aktorzy: Ariadna Gil, Ivana Baquero, Sergi López, Maribel Verdú, Doug Jones, Álex Angulo, Manolo Solo, César Vea, Roger Casamajor, Ivan Massagué, Gonzalo Uriarte
zdjęcia: Guillermo Navarro
muzyka: Javier Navarrete

 (9/10)

Długo się wahałem czy iść na "Labirynt Fauna" do kina, czy poczekać aż film pojawi się w tv.  Dlaczego?  Ponieważ już sam temat za bardzo mnie nie interesował.  Nigdy nie byłem i raczej nie będę fanem baśni, bajek czy opowieści fantasy, więc jak tylko zobaczyłem fauna, wróżki i tym podobne stworki, a później ponadto okazało się, że akcja filmu rozgrywa się w czasie wojny domowej w Hiszpani i film jest dość brutalny, odechciało mi się go oglądać.  Dlaczego więc w końcu poszedłem do kina?  Z czystej, ludzkiej ciekawości.  Bo czy beznadziejny film mógłby być tak wychwalany zarówno przez krytyków jak i widzów?  Raczej nie...

Już na samym poczatku napiszę, że jestem po prostu zachwycony, zauroczony "Labiryntem Fauna".  Guillermo del Toro udało się coś niemożliwego, co tak ogromnie denerwowało i irytowało mnie w innych filmach, które łączyły dwie historie - rzeczywistą i wymyśloną tzn. nieudolne, połączenie tych dwóch wątków w nieodpowiednich proporcjach.  W tym przypadku reżyser idealnie złączył w całość dwie zupełnie różne ale uzupełniające się historie. 
Pierwsza, rozgrywająca się w 1944 roku w czasie wojny domowej w Hiszpani, opowiada o matce która wraz z córką, przeprowadza się na wieś by zamieszkać ze swoim nowym mężem, bezwzględnym Kapitanem Vidalem.  Druga, o świecie pełnym baśniowych stworów, w który ucieka mała Ofelia by odseparować się od brutalnej rzeczywistości. 

Bohaterowie przedstawieni w filmie, są to ludzie z krwi i kości i choć patrzymy na nich oczami dziecka, które dzieli świat jedynie na dobro i zło, to wiele razy dostrzegamy, że reżyser stara się pokazać nam, że nie są oni tylko czarno-biali, ale tak naprawdę - szarzy.  Próbuje np. nieco uczłowieczyć bestialskiego Kapitana, ale także porównuje zachowanie pozytywnych partyzantów do negatywnych żołnierzy generała.  O żadnym z dorosłych w tej histori nie możemy powiedzieć jednoznacznie, czy postępuje godnie czy nie.  Każdy ma jakieś swoje racje, które są wynikiem przeżyć z przeszłości, sytuacji życiowej czy poglądów danego bohatera.  I chyba jedynie o małej Ofeli możemy powiedzieć, że jako dziecko jest niewinna, bezbronna, czysta i dobra.  Rewelacyjnie uchwycono w "Labiryncie.." ogromną przepaść pomiędzy generałem, który już dawno temu przestał tak naprawdę być człowiekiem, a czystą i nieskażoną jeszcze złem Ofelią.
Brawa dla wszystkich aktorów - Sergi Lópeza, Maribel Verdú, ale w szczególności dla młodziutkiej Ivany Baquero, która stworzyła niesamowitą postać zagubionej i niewinnej Ofeli.  Brawa.

Cudowna baśń Del Toro wciągnęła mnie, porwała ze sobą od samego początku.  Przywiązałem się niesamowicie mocno do bohaterów, zależało mi na nich i razem z nimi przeżywałem ten strach, obawy, niepewności, razem buntowałem się przeciwko tamtej rzeczywistości.  Razem z Ofelią wykonywałem kolejne trzy zadania, razem z nią uciekałem przed potworami i nieufałem do końca tajemniczemu Faunowi.
Nowy obraz Del Toro jest jednym z nielicznych filmów, przy których zaczynamy wierzyć w wymyślone postacie bo wydają się żywe i realne, tak bardzo, że teoretycznie mogłyby istnieć naprawdę. Ponadto czuć, że świat Fauna jest naprawdę magiczny, nieziemski i baśniowy.

"Labirynt Fauna" jest filmem chwilami bardzo brutalnym.  I choć wiele sytuacji nie jest tu do końca pokazanych, a jedynie zasygnalizowanych, to często mrożą one krew w żyłach.  Ale nie ma się czemu dziwić, bo przeciez jest to film w gruncie rzeczy o wojnie i o tym jak wielkie wyniszczenia powoduje ona w ludziach, a w szczególności w dzieciach. 
Del Toro udało się ponadto coś niezwykłego.  Otóż świat wymyślony przez Ofelię pomimo, że na początku wydaje nam sie straszny i równie brutalny co świat wojny (kilka razy jest naprawdę przerażający) z biegiem czasu okazuje się być odskocznią dla małej dziewczynki, miejscem, gdzie może zapomnieć o tragicznej rzeczywistości, z której nie może się wyrwać fizycznie.  Dlatego powraca do fauna, wróżek i potworów w labiryncie za każdym razem gdy tylko może, a my razem z nią, by jak najszybciej uciec od brutalnej i wyniszczającej wojny.

Rewelacyjne zdjęcia i fantastyczna muzyka budują tajemniczy i gęsty klimat.  Cały film jest przesiąknięty niesamowicie smutną atmosferą, która pozostaje z nami na długo po seansie.  Co ciekawe "Labirynt" jest bardzo dynamiczny, ma ogromne napięcie, które udziela się widzom oraz od samego początku zmierza do z góry ustalonego miejsca - które z resztą widzimy na samym początku filmu.  Na dodatek reżyser umiejętnie korzysta z efektów specjalnych, które pojawiają się w filmie tylko tam gdzie są całkowicie niezbędne, a w innych przypadkach posługuje się tradycyjnymi metodami, jak np. rewelacyjną charakteryzacją.  Dzięki temu film jest jeszcze bardziej rzeczywisty, a historia przedstawiona przez del Toro jeszcze bardziej prawdopodobna i łatwa do zaakceptowania.....

Jeden z najlepszych filmów tego roku

00:32, milczacy_krytyk , 09
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3