Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
sobota, 25 marca 2017
Life

Calvin

LifeLife (2017) USA

reżyseria: Daniel Espinosa
scenariusz: Rhett Reese, Paul Wernick
aktorzy: Jake Gyllenhaal, Rebecca Ferguson, Ryan Reynolds, Olga Dykhovichnaya, Ariyon Bakare, Hiroyuki Sanada
muzyka: Jon Ekstrand
zdjęcia: Seamus McGarvey
montaż: Mary Jo Markey, Frances Parker

 (6/10)

Niedaleka przyszłość.  Na międzynarodowej stacji kosmicznej sześcioro astronautów od blisko ośmiu miesięcy przygotowuje się na odebranie próbek jakie zostały wysłane z Marsa.  Najprawdopodobniej zawierają one ślady życia pozaziemskiego.  Misją naukowców jest bezpieczne odebranie próbek oraz dokładne ich przebadanie.  I faktycznie, dość szybko okazuje się, że w glebie zebranej na Marsie odnaleziona zostaje pojedyncza, żywa komórka.  Niepodważalny dowód na istnienie życia innego niż to które znamy.  Naukowcom udaje się wybudzić zahibernowaną komórkę.  Szybko odkrywają, że jest ona samowystarczalnym organizmem: jednocześnie mięśniem, okiem i mózgiem.  Od momentu przebudzenia bardzo szybko się rozrasta i zaczyna poznawać terytorium - szklaną kapsułę w której jest zamknięta.  Oczywiście nie trudno się domyślić, że gdy tylko obcy organizm nabierze masy, zechce wydostać się z tego zamknięcia.  Nie trudno się również domyślić, że nowe życie stanie się zagrożeniem dla dotychczasowego życia - czyli dla astronautów.  I tak rozpoczyna się film, który w najprostszy sposób można opisać jako połączenie „Obcego” z „Grawitacją”.  Sprawne, choć rozczarowujące sci-fi. 

Początek jest całkiem obiecujący.  Co prawda scena akcji odbierania nadlatujących próbek jest przesadnie rozbuchana, ale świetna praca kamery, która lewituje wraz z bohaterami w całkiem sporej stacji kosmicznej, szybki montaż i dobrze budowany klimat wciągają w tę historię.  Wstęp jest bardzo krótki i właściwie od początku akcja rusza z kopyta.  Twórcy nie bawią się w ukrywanie pozaziemskiego bohatera (to odróżnia ten film chociażby od „Obcego”), i ukazują nam obcą formę życia od samego początku w pełnej okazałości, jak pod mikroskopem. Film ten nie jest horrorem, a bliżej mu do filmu akcji, w którym wydarzenia raz wprawione w ruch nie zatrzymują się już do samego końca - tu blisko do "Grawitacji".  Cały drugi akt jest właściwie nieustającą konfrontacją obcej formy z astronautami, próbą utrzymania życia po obu stronach.  Po stronie ludzi broniących się przed Marsjaninem, oraz po stronie Obcego, który za wszelką cenę stara się rozrosnąć do pełnej formy.  I film ten świetnie sprawuje się w początkowych stadiach rozwoju obcej formy życia.  Twórcy budują atmosferę narastającego zagrożenia, ciekawie rozgrywają kolejne sceny akcji.  Całość trzyma w napięciu, momentami zaskakuje.  Niestety w pewnym momencie ten rozpędzony film akcji wymyka się spod kontroli i odlatuje w kierunku filmidła w którym ciężko szukać jakiegokolwiek sensu.  

Od momentu gdy rozpoczyna się walka z czasem, gubi się gdzieś podstawowa logika.  Kolejne zwroty akcji stają się tylko efektownymi i w założeniu szokującymi wydarzeniami, do których jednak nie prowadzi żadna logiczna czy wytłumaczalna droga.  Tak jakby twórcy bardzo chcieli zobaczyć na ekranie pewne określone obrazy, zainscenizować konkretne sceny, ale zapomnieli wymyślić jak do niech dotrzeć w przekonujący sposób, więc wybrali drogę na skróty, byleby szybciej, byleby głośniej, byleby odegnać od widzów rodzące się pytania i wątpliwości.  A przez to choć nie da się ukryć, że film ten przez dłuższy czas bardzo dobrze trzyma w napięciu, to końcówka zamiast szokować, zaskakiwać jednak zawodzi, i pozostawia uczucie zmarnowanej szansy.  Filmu, który świetnie się rozpoczynał, ale nie utrzymał odpowiedniego poziomu do samego końca.  Rozczarowuje tutaj również zaniedbanie postaci astronautów.  Jest ich zaledwie sześcioro, ale nie wiemy o nich właściwie nic.  Każdą z postaci można scharakteryzować zaledwie kilkoma słowami. Młody ojciec, doktor epidemiolog, astronauta – człowiek najdłużej przebywający w kosmosie, dowcipkujący koleś o dobrym sercu, biolog zafascynowany nową formą życia, oraz Rosjanka.  Chciałoby się trochę więcej od filmu, który z początku zapowiada się na kino odrobinę ambitniejsze od zwykłego filmu akcji rozgrywającego się w kosmosie.  Niestety „Life” jest tylko tym drugim.

20:38, milczacy_krytyk , 06
Link Komentarze (1) »
niedziela, 19 marca 2017
Lekarstwo na życie

disease

Lekarstwo na życieLekarstwo na życie (2016) USA, Niemcy

reżyseria: Gore Verbinski
scenariusz: Justin Haythe
aktorzy: Dane DeHaan, Jason Isaacs, Mia Goth, Ivo Nandi, Adrian Schiller, Celia Imrie, Harry Groener, Tomas Norström
muzyka: Benjamin Wallfisch
zdjęcia: Bojan Bazelli
montaż: Pete Beaudreau, Lance Pereira

 (5/10)

Zaczyna się całkiem obiecująco.  Młody, ambitny pracownik pewnej wielkiej, nowojorskiej korporacji zostaje wysłany w podróż do Szwajcarii by tam w pewnej prywatnej klinice odnaleźć swego szefa, który jakiś czas temu wyjechał z kraju i nie daje po sobie znaku życia.  Jedyny ślad jaki po nim pozostał to tajemniczy list, w którym pisze o chorobie jaka toczy wszystkich pracujących w firmie, oraz o lekarstwie dzięki któremu ujrzał świat takim jaki jest naprawdę.  Bohater przyjeżdża na miejsce, które okazuje się być gigantycznych zamczyskiem na wzgórzu, które zostało zaadaptowane na ośrodek kuracyjny.  Ma nadzieję szybko i sprawnie załatwić sprawę i jeszcze tego samego dnia wrócić do domu.  Pech jednak chce, że w drodze powrotnej wydarza się wypadek i bohater zostaje wbrew swojej woli uziemiony w tym osobliwym miejscu.  Miejscu, które z pozoru zdaje się być ekskluzywnym ośrodkiem kuracyjnym, w którym pacjenci poddawani są różnego rodzaju zabiegom z wykorzystaniem tutejszej wody, która posiada niezwykłe właściwości, a które jak się oczywiście okaże, skrywa mroczne tajemnice.

Po pierwsze "Lekarstwo na życie" jest filmem zdecydowanie za długim.  Trwa ponad dwie i pół godziny i właśnie o te przynajmniej trzydzieści minut mogłoby być krótsze.  O ile jeszcze z początku powolne tempo i rozciągnięcie akcji sprawdza się całkiem nieźle, bo jest wykorzystywane do budowania klimatu tajemnicy, i powolnego, stopniowego wprowadzania w fabułę, tak  gdzieś od połowy, gdy już dawno film ten powinien przyspieszyć, zaczyna coraz mocniej denerwować i męczyć.  Zamiast przyspieszyć przed finałem, do samego końca produkcja ta wlecze się niemiłosiernie.  Drugi problem tego filmu polega na tym, że wszystkiego jest tutaj zbyt wiele.  Całość okrutnie zalatuje "Wyspą tajemnic" z Leonardo DiCaprio.  Mnóstwo w tej produkcji odniesień do innych powieści grozy, oraz do schematów i stałych punktów programu, jakie pojawiają się w tego typu filmach.  Jest tajemnica z przeszłości, zamczysko skrywające mroczny sekret, jest wielki pożar, są dzieci malujące straszne obrazki, oraz staruszki przewidujące przeszłość.  Jest trochę Draculi, trochę Frankensteina.  Jest dochodzenie prowadzone na własną rękę by dowiedzieć się prawdy, jest lekarz prowadzący swoje podejrzane eksperymenty.  Verbinski czerpie zewsząd, wielokrotnie nawet z samego siebie, nawiązując do własnego "The Ring", który piętnaście lat temu przyniósł mu rozgłos.  Na dokładkę dochodzi jeszcze próba dopisania do tej wcale nie strasznej opowieści jakiegoś poważniejszego komentarza na temat współczesnych, zapracowanych ludzi sukcesu, i ich ślepego parcia do wielkości.  Całość jednak nijak się ze sobą nie łączy, a im bliżej finału, tym okazuje się być bardziej bzdurna, idiotyczna i nielogiczna.  Aż żal patrzeć, jak całkiem interesujący materiał coraz bardziej się marnuje.

To co jednak w pewnym stopniu wynagradza ten scenariuszowy bełkot jaki rozkręca się im bliżej do finału tej opowieści, to fenomenalne zdjęcia Bojana Bazelliego.  Już "The Ring" dzięki jego operatorskiej pracy był horrorem, który wyglądał obłędnie, samymi zdjęciami tworząc niepokojący, niezapomniany klimat.  W "Lekarstwie na życie" Bazelli idzie o krok dalej, dopieszczając poszczególne ujęcia do granic możliwości.  Już pierwsze chwile tego obrazu, gdy podziwiamy monumentalne biurowce zanurzone w szarościach pochmurnego dnia robią ogromne wrażenie, a to dopiero początek.  Ustawienia kamery, praca kamery, perfekcyjne zaplanowanie kadru, nietypowe punkty widzenia, to wszystko idealnie stara się budować nieprawdopodobny klimat tego filmu od którego wprost nie sposób oderwać oczu.  I choć bezsensowny, choć nudny, choć nijaki, "A Cure for Wellness" jest horrorem, który od początku do samego końca zachwyca swym wyglądem.  Chociaż tyle.

Tagi: horror
18:22, milczacy_krytyk , 05
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 marca 2017
Kong: Wyspa Czaszki

King

Kong: Wyspa czaszkiKong: Wyspa Czaszki (2017) USA, Wietnam

reżyseria: Jordan Vogt-Roberts
scenariusz: Max Borenstein, Dan Gilroy, Derek Connolly
aktorzy: Tom Hiddleston, Samuel L. Jackson, Brie Larson, John C. Reilly, John Goodman, Corey Hawkins, John Ortiz, Tian Jing, Toby Kebbell, Jason Mitchell, Shea Whigham, Thomas Mann, Eugene Cordero, Marc Evan Jackson, Will Brittain, Miyavi, Richard Jenkins
muzyka: Henry Jackman
zdjęcia: Larry Fong
montaż: Richard Pearson

 (6/10)

Sam punkt wyjścia tego filmu jest całkiem ciekawy.  Mamy lata siedemdziesiąte, koniec wojny w Wietnamie i wyprawę naukową do tajemniczej, niezbadanej wyspy znajdującej się gdzieś na Pacyfiku.  Wyprawę, która ze względu na ewentualne niebezpieczeństwa na jakie może natrafić, musi być eskortowana przez grupę żołnierzy, którzy dopiero co wrócili z wojny i jedyne o czym marzą to powrót do domów, i do swych rodzin.  Gdy bohaterom udaje się dostać na wyspę, bardzo szybko przekonują się, że zamieszkują ją przedziwne stworzenia, gigantyczne potwory, oraz tytułowy Kong, który jest królem tej ziemi i broni jej przed obcymi.  I tak żołnierze z jednej wojny trafiają na kolejne pole walki, starcie z przeciwnikami, o których nie śnili nawet w najgorszych koszmarach.  Początkowo "Kong: Wyspa Czaszki" jest filmem będącym połączeniem opowieści o King Kongu, z kinem wojennym wyraźnie inspirowanym "Czasem Apokalipsy".  Interesujące połączenie, całkiem proste ale pasujące idealnie.  Szkoda tylko, że na tym pomyśle właściwie kończy się inwencja twórców i wszystko co później jest już tylko zwykłym, znanym schematem.  Kolejne potwory atakują bohaterów, przerzedzając grupę, oczywiście wybijając przede wszystkim postaci drugoplanowe. Mamy monster movie, potyczki wielkich bestii, rdzennych mieszkańców nieodzywających się ani słowem, oraz obowiązkową fascynację wielkiej małpy filigranową blondynką.  

Nowy Kong cierpi na przesadne przeludnienie, ale jednocześnie na brak interesujących charakterów.  To monster movie, w którym twórcy skupili się na kreacji potworów (które wyglądają momentami obłędnie, szczególnie Kong prezentuje się wyśmienicie), ale całkiem zapomnieli o tym, by prócz potworów także i ludzie byli tu ciekawi.  A niestety bez interesujących postaci nie da się stworzyć filmu, który by angażował, wzbudzał emocje, trzymał w napięciu.  Bohaterowie to znane schematy, prezentujące cechy, które można opisać  w kilku słowach, a przez to, że jest ich tutaj tak wiele (przynajmniej z piętnaście osób z których obecności zdajemy sobie sprawę), na nikogo się właściwie nie zwraca uwagi.  Jest więc ogarnięty rządzą zniszczenia generał, jest naukowiec, którego wszyscy uważali za nienormalnego, jest para głównych bohaterów która ładnie wygląda i ma pokojowe zamiary, jest dobry żołnierz tęskniący za swoim synkiem.  A także masa pozostałych, pobocznych postaci, które właściwie robią jedynie za pokarm dla kolejnych wielkich stworzeń żyjących na wyspie.  Są jak tło, coś co musi poruszać się pomiędzy odnóżami walczących stworzeń, by unaocznić jak wielkie są wszystkie potwory.  Strasznie boli w tym filmie również marginalne potraktowanie postaci kobiecych.  Są tutaj tylko dwie bohaterki, z czego jedna to postać blondynki, fotografki, która właściwie nic tutaj nie wnosi, ale twórcy dopisali ją do fabuły bo przecież jest ikoniczną postacią, która w opowieściach o Kongu pojawić się musiała.  Druga, to postać pani biolog, Chinka, która przez cały film wypowiada ze dwa zdania na krzyż i zdaje się jest tutaj tylko dlatego by zapewnić tej produkcji dostęp do rynku Państwa Środka.

To co jednak przede wszystkim zabija ten film, to przesadne efekciarstwo, i zdecydowany przesyt scen wykorzystujących slow-motion.  Jeszcze z początku takie przesadne wystylizowanie tej produkcji może się podobać i zaskakiwać, bo wizualnie naprawdę film ten prezentuje się bardzo okazale (Kong wyłaniający się z płomieni, Kong górujący nad całą wyspą, stojący na tle zachodzącego słońca).  Jednakże, gdy wkrótce okazuje się, że co druga scena w tej produkcji jest tak przesadnie dopieszczona, i do tego spowolniona, wtedy całość zaczyna męczyć, denerwować, nudzić i śmieszyć.  Ileż bowiem można nasycać się podobnymi widokami, ileż razy można spowalniać kolejne sceny?  Forma zdecydowanie zaczyna przeważać nad treścią.  Film traci płynność, kolejne sceny stają się coraz bardziej odseparowanymi od siebie, niezależnymi wydarzeniami, epizodycznymi wybuchami akcji, rozgrywającymi się w różnych częściach wyspy.  Bohaterowie przestają myśleć, zaczynają podejmować coraz głupsze decyzje,  a historia coraz bardziej traci sens.  Denerwujący i nie pasujący do całości jest tutaj również humor, wprowadzany na siłę, przez postać żołnierza (John C. Riley), który ugrzązł na wyspie i spędził na niej blisko trzydzieści lat.  Przy naprawdę poważnym, całkiem podniosłym klimacie tego filmu jego żarty niskich lotów zupełnie nie pasują do całości. Wielka szkoda zmarnowanej szansy.

21:04, milczacy_krytyk , 06
Link Dodaj komentarz »
sobota, 11 marca 2017
Pokot

sarny

PokotPokot (2017) Czechy, Niemcy, Polska, Szwecja

reżyseria: Agnieszka Holland, Kasia Adamik
scenariusz: Olga Tokarczuk, Agnieszka Holland
aktorzy: Agnieszka Mandat, Wiktor Zborowski, Jakub Gierszał, Patrycja Volny, Miroslav Krobot, Borys Szyc, Andrzej Grabowski, Andrzej Konopka, Tomasz Kot, Marcin Bosak, Katarzyna Herman, Sebastian Pawlak
muzyka: Antoni Łazarkiewicz
zdjęcia: Jolanta Dylewska, Rafał Paradowski

montaż: Pavel Hrdlička

na podstawie: powieści Olgi Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych"

 (5/10)

Sudety.  W niewielkim domku na wzgórzu mieszka samotna emerytka, która woli by zwracać się do niej po nazwisku - Duszejko.  Była kiedyś inżynierem, a teraz by nie zanudzić się na śmierć, uczy dzieci w lokalnej podstawówce języka angielskiego.  Wierzy w horoskopy i kocha naturę, zachwyca się właściwie każdym żywym zwierzęciem.  Nie może znieść, że w okolicach bardzo aktywnie działają myśliwi, polujący na dziki, jelenie, sarny.  Próbuje z nimi walczyć, ale bezskutecznie, ponieważ zawsze odbija się od ściany nierozumienia.  Policja nic nie robi, ignorując jej donosy i nawet lokalny ksiądz nie widzi nic złego w polowaniach, sam w nich aktywnie uczestnicząc.  Sytuacja robi się dziwna, gdy jeden po drugim zaczynają ginąć kolejni myśliwi, a ślady jakie pojawiają się wokół miejsc zbrodni sugerują, że bezpośredni udział w morderstwach mogły mieć zwierzęta: sarny i dziki.  Czyżby natura wymierzała zemstę na tych, którzy podnieśli na nią rękę?

Sporo w tym filmie dziwnych zagrań, które wywołują zdziwienie, zaskoczenie, zmieszanie, nie do końca składają się na spójną całość.  Jak chociażby bardzo nieprzyjemne, przesadne zbliżenia na usta niektórych negatywnych postaci, które niczemu nie służą prócz powodowania dyskomfortu.  Średnio przekonujące są również pojawiające się co jakiś czas wizje wspomnień niektórych bohaterów, które zapewne mają zastępować długie książkowe opisy, wprowadzające, przedstawiające bohaterów.  Sęk jednak w tym, że swoją formą bardziej pasowałyby do horroru, niż do zwykłej opowieści rozgrywającej się w naszej szarej rzeczywistości.  Całkiem ciekawym pomysłem natomiast jest podzielenie tego filmu na rozdziały, według miesięcy w ramach których myśliwi mogą polować na określone gatunki zwierząt.  Szkoda tylko, że ten podział pojawia się dopiero od pewnego momentu, z zaskoczenia, jakby przyszedł twórcom do głowy dopiero po jakimś czasie.  I to jest objaw podstawowego problemu z jakim boryka się ten film.  Brakuje tu przede wszystkim konsekwencji, jednej, wspólnej wizji jak ma wyglądać ta produkcja, czym tak naprawdę ma być. 

Denerwująca w "Pokocie" jest również jego struktura, oparta na falującym napięciu, które unosi się od morderstwa do morderstwa, od awantury wywoływanej przez bohaterkę do kolejnego wybuchu emocji.  Całość jest niestabilna, porozrzucana, jakby pracowało nad nią zbyt wiele osób.  Przez większą część seansu rządzi tutaj chaos.  Dziwne jest również to, że mniej więcej co kwadrans na horyzoncie pojawia się jakiś dodatkowy, nowy bohater, którego twórcy wprowadzają do akcji w taki sposób, jakby miał być dla niej kluczowy, ale w większości okazuje się być tylko zwykłym bohaterem drugoplanowym, postacią szwendającą się po ekranie.  I tak podziwiać możemy na przykład fantastyczną rolę Katarzyny Hermann, która pojawia się dosłownie w dwóch scenach i w sumie wypowiada może z pięć zdań na krzyż.  Oprócz niej jest też Dyzio (specyficzny młody człowiek, posiadający tylko osiemdziesiąt rzeczy), prostytutka (prowadząca sklep o pięknej nazwie Kop-ciuszek), prokurator nie mający żadnego wpływu na rozwój akcji, oraz pewien biolog, zajmujący się badaniem życia pewnego żuka, którego larwy masowo giną w wycinanych drzewach.  

Trudno pisać o tym filmie by nie zdradzić przy okazji zbyt wiele, ale jednocześnie móc odnieść się do zakończenia, które jest w swojej wymowie bardzo kłopotliwe.  Z jednej strony "Pokot" porusza bardzo ważny temat, który tak się składa jest teraz akurat na czasie - polowania i wycinki drzew.  Z drugiej jednak strony finał, oraz to jak zakończona zostaje ta historia jest bardzo wątpliwy moralnie.  I nie chodzi tutaj tylko o to co dzieje się na ekranie, ale o to jak zostaje to przedstawione.  Wymowa finału kłóci się z wszystkim tym, co Holland prezentowała w czasie seansu, kłóci się z tym jak prezentowała swoich bohaterów.  I choć samo rozwiązanie jest racjonalne, ma sens, i w sumie jest bardzo przewidywalne, to jednak jest to wybór, który jest bardzo trudny do zaakceptowania.  I choć nie przepadam za otwartymi zakończeniami, szczególnie w filmach, które z założenia powinny mieć konkretne, wyjaśniające zakończenia (skoro mamy zagadkę, to powinno nastąpić też jej rozwiązanie), tak nie wiem czy nie byłoby lepiej gdyby akurat w tym przypadku morderstwa nie zostały tylko niezwykłą tajemnicą, niepokojącym pytaniem o to, czy natura może zemścić się na człowieku.  Obecny finał „Pokotu” wydaje się bowiem niewłaściwy.

19:04, milczacy_krytyk , 05
Link Komentarze (4) »
niedziela, 05 marca 2017
Logan: Wolverine

X

Logan: WolverineLogan: Wolverine (2017)

reżyseria: James Mangold
scenariusz: Michael Green, Scott Frank, James Mangold
aktorzy: Hugh Jackman, Patrick Stewart, Dafne Keen, Boyd Holbrook, Stephen Merchant, Elizabeth Rodriguez, Richard E. Grant, Eriq La Salle, Elise Neal, Quincy Fouse
muzyka: Marco Beltrami
zdjęcia: John Mathieson
montaż: Michael McCusker, Dirk Westervelt

 (8,5/10)

W filmowym uniwersum X-Men Wolverine jest postacią, która najczęściej pojawiała się na kinowym ekranie.  Dorównuje mu tylko profesor X, który również był obecny w aż dziewięciu filmach, jednakże raz wcielał się w niego Patrick Stewart, a innym razem James McAvoy.  Wolverine zawsze miał twarz fenomenalnego Hugh Jackmana.  Od pierwszego filmu "X-Men" z 2000 roku, przez kolejne siedemnaście lat postać Wolverina była bezpośrednio związana z Hugh, który teraz, mając już prawie pięćdziesiąt lat na karku zdecydował, że czas rozstać się z bohaterem, który przyniósł mu taki rozgłos.  Właśnie teraz, będąc jeszcze w formie, mając siłę by odpowiednio zakończyć opowieść o Rosomaku.  Niestety postać Wolverina nigdy nie miała szczęścia do filmów solowych.  O pierwszym "X-Men Origins: Wolverin" chyba wszyscy chcieliby jak najszybciej zapomnieć, o kontynuacji "The Wolverine" można co prawda napisać, że była lepsza, ale nie wystawała poza typowy schemat filmu na podstawie komiksu.  A Logan od zawsze zasługiwał na coś lepszego.  Na pełen napięcia, brutalny, krwawy i mocny film z pazurem.  Z pewnością nie wydarzyłby się on gdyby nie ogromny sukces "Deadpoola".  To wtedy producenci wreszcie zrozumieli, że do pewnych filmów kategoria R jest konieczna, i wcale nie ograniczy ona przychodów z biletów, wręcz przeciwnie, dzięki niej, film będzie bliższy tego jaki być powinien, i przyciągnie do kin więcej widzów.  Po sukcesie "Deadpoola" reżyser James Mangold i Hugh Jackman zyskali wreszcie wolną rękę i mogli nakręcić godne zakończenie historii Wolverina.  I jak im się to fantastycznie udało.

"Logan" jest filmem całkiem odmiennym od produkcji realizowanych na podstawie komiksów.  Z serią X-Men, z atmosferą i podejściem tych obrazów nie ma właściwie nic wspólnego. Całość rozgrywa się przede wszystkim na pustkowiu, swoim klimatem przypominając najlepsze produkcje post apokaliptyczne. Rzecz dzieje się w niedalekiej przyszłości, ale tą bardziej niż przez nowe technologie poznajemy przez okrutnie pesymistyczną wymowę tego filmu.  Widzimy świat w którym nie ma już X-Menów, pozostały po nich jedynie liczne opowieści.  Świat zamknięty w sobie, odgrodzony murem na granicy.  Blisko tej opowieści do najnowszej części "Mad Maxa" - szczególnie pierwszy akt bardzo przywołuje ten film w pamięci, jak również do trzeciej części "Pod kopułą gromu" - chociaż tutaj historia zostaje rozegrana w znacznie lepszym stylu.  Blisko tej produkcji także do "Ludzkich dzieci" Alfonso Cuarona, które również charakteryzowały się tą niezwykle ponurą atmosferę zwątpienia, nadchodzącego końca, i poszukiwania lepszego miejsca, które wolne będzie od strasznej rzeczywistości świata zastanego, w którym bohaterowie odnajdą spokój i nadzieję na lepsze jutro.  "Logan" jest filmem odartym z komiksowej otoczki, nie ma w nim kolorowych kostiumów, które jasno wyróżniają superbohaterów, nie ma w nim potyczki między grupą sprawiedliwych, a złym złoczyńcą, który sieje zamęt i zagraża całemu światu.  To film o ludziach, ich dramatach, w którym stawka jest znacznie mniejsza, ale wcale nie mniej ważna czy emocjonująca.  To film zaskakująco skromny, kameralny, pełen emocji, i fenomenalnie zagrany przez Patricka Stewarta i Hugh Jackama.  Od czasu "Mrocznego rycerza" Nolana nie było innej produkcji, która tak bardzo urealniałaby świat komiksowych bohaterów. 

I choć "Logan" jest kinem akcji, to jego bazą, tym co leży u jego podstaw, jest żywa, kipiąca emocjami relacja między bohaterami.  Zastajemy ich w niedalekiej przyszłości.  Logan jest zgorzkniałym, podstarzałym mężczyzną, który alienuje się od całego świata.  Pracuje jako kierowca luksusowej  limuzyny.  Jest agresywny, małomówny, dręczony przez demony przeszłości i przez przeświadczenie, że choć przeżył tak wiele, właściwie nigdy nie miał normalnego życia.  Ukrywa się przed światem, a pieniądze zarobione wydaje na nielegalnie kupowane leki dla Profesora X. Charles ma już ponad dziewięćdziesiąt lat.  Cierpi na demencje starczą i najprawdopodobniej ma alzheimera.  Będąc najpotężniejszym umysłem na świecie, taka kombinacja tworzy z niego najbardziej niebezpieczny umysł na Ziemi.  Gdy bierze leki, traci swoje zdolności i zaczyna tracić również kontakt z rzeczywistością.  Natomiast gdy odstawia je, wtedy wraca do siebie, ale jego niestabilny umysł staje się ogromnym zagrożeniem dla wszystkich - Charles cierpi na ataki bólu, które powodują trzęsienia ziemi, w czasie których cały świat zamiera w bezruchu.  Najprawdopodobniej jeden z takich ataków kilka lat temu przyczynił się do tragedii w której zginęło wiele ludzi.  Jest człowiekiem zmęczonym życiem, potrafiącym solidnie zakląć, rozczarowanym tym jak wygląda rzeczywistość i skazanym na Logana, którego odseparowanie od świata i od ludzi, strasznie go denerwuje i rozczarowuje.  Na ich drodze pewnego dnia pojawi się pewna dziewczynka, która okazuje się być podobna do Logana. Jest mutantką, której nadejście przewidział Charles, i którą ściga pewna korporacja. 

"Logan" choć jest kinem akcji (fenomenalnie rozegranym w tych szybkich scenach walk, ucieczek i potyczek), jest przede wszystkim kameralnym dramatem o ludziach.  Filmem o ojcostwie, o rodzinie, o starości, o godzeniu się ze stratą i z upływem czasu.  Filmem pokazującym, że rzeczywistość nigdy nie jest tak prosta, ładna i łatwa jakbyśmy tego chcieli, że bohaterstwo, poświęcenie zawsze okupione jest cierpieniem, samotnością i dobrze wygląda tylko w później snutych opowieściach.  Jak chociażby w komiksach, do których w jednej ze scen odnosi się Logan, mówiąc, że z przedstawionych wydarzeń zdarzyło się niewiele, i do tego jeszcze inaczej niż zostało to rozrysowane.  To film perfekcyjnie ukazujący, że obojętnie jakich mocy nie mieliby bohaterowie, i tak, na końcu, są zwykłymi ludźmi, których czeka dokładnie to samo, których dotyczą dokładnie takie same chęci i potrzeby jak innych.  Wreszcie nie jest to film będący kolejnym odcinkiem wielkiego serialu, tylko produkcja stanowiąca sama o sobie.  Może być traktowana jako kontynuacja losu bohaterów, istniejąca w wielkim uniwersum, ale można ją obejrzeć bez znajomości poprzednich epizodów.  I wreszcie jest to film odpowiednio brudny, poważny i brutalny.  Twórcy nie patyczkują się ani przez chwilę, krew leje się strumieniami, odcięte głowy latają po ekranie.  Ale nie jest to przemoc w której reżyser się lubuje, nie jest to przemoc, którą można by się zachwycać.  To przemoc będąca częścią świata przedstawionego, która musi w nim być, by ten obraz był realny, przekonujący, prawdziwy.  Jej brak byłby nie na miejscu. Niesprawiedliwość, brutalność świata przyszłości nie mogłaby należycie wybrzmieć z PG-13.

20:02, milczacy_krytyk , 08
Link Dodaj komentarz »