Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
czwartek, 31 marca 2016
Batman v Superman: Świt sprawiedliwości

day vs night

Batman v SupermanBatman v Superman: Świt sprawiedliwości (2016) USA

reżyseria: Zack Snyder
scenariusz: Chris Terrio, David S. Goyer
aktorzy: Ben Affleck, Henry Cavill, Amy Adams, Jesse Eisenberg, Diane Lane, Laurence Fishburne, Jeremy Irons, Holly Hunter, Gal Gadot, Scoot McNairy, Callan Mulvey, Tao Okamoto
muzyka: Hans Zimmer, Junkie XL
zdjęcia: Larry Fong
montaż: David Brenner

 (4/10)

Jestem chyba jedną z nielicznych osób, której "Człowiek ze stali" Zacka Snydera autentycznie się podobał.  W pełni kupiłem tego odświeżonego, poważnego Supermana.  Podobał mi się Henry Cavil w roli syna Kryptonu, podobało mi się mroczniejsze podejście do historii Supermana za którym osobiście nigdy nie przepadałem, zachwyciła mnie muzyka Hansa Zimmera i nowy temat przewodni.  I choć oczywiście "Man of Steel" nie był idealny, do konkurencji nawet całkiem sporo mu brakowało, to był jednak naprawdę udanym widowiskiem.  Niestety nie można tego samego powiedzieć o "Batman v Superman", który w stosunku do tamtego blockbustera, jest znaczącym krokiem wstecz.  To produkcja, którą popsuło samo studio, chcąc iść na skróty, by dogonić konkurencję.  Jednym filmem budując całe uniwersum.  Jednym filmem tworząc coś, nad czym Marvel pracuje od blisko ośmiu lat i kilkunastu dotychczasowych filmów.

"Batman v Superman" nie jest filmem.  To zlepek przeróżnych scen i pomysłów.  Sklejka z momentów żywcem wyjętych z kart komiksów, kolaż fantastycznych konceptów i zupełnie nietrafionych rozwiązań.  Nielogiczny, naciągany, pełen dziur i sprzeczności.  Wielki, przesadnie rozciągnięty teledysk, którego poszczególne elementy w oderwaniu od reszty chwilami się bronią, ale nijak nie funkcjonują  jako jedna całość.  To produkcja okrutnie pocięta, w której kolejne sceny nie wynikają z poprzednich, w której wątek przyczynowo skutkowy właściwie nie istnieje.  To zlepek kolejnych sytuacji, które zostały pozlepiane tylko po to by jakoś dobrnąć do finału.  Mozolna praca, w której brakuje emocji, pasji i serca. Jakby twórcy za karę zostali zmuszeni do zmierzenia się z kolosem, wyzwaniem, które już na starcie było przegrane i nie mając pomysłu jak wyjść z tej sytuacji obronną ręką, zdecydowali się na wymieszanie wszystkiego co tylko możliwe, ubranie tego w mroczną formę i trzymanie kciuków, by te ładne obrazki jakoś wypełniły przesadnie przedłużony seans.

Produkcja Zacka Snydera to właściwie trzy filmy na raz.  I w tym tkwi jej największa słabość.  Twórcy chcąc nadrobić stracony czas, dorównać konkurencyjnemu Marvelowi, którego Uniwersum powiększa się z roku na rok, chcieli zdecydowanie zbyt wiele w jednym filmie.  I tak "Batman v Superman" jest i kontynuacją "Człowieka ze stali", rozwijającą wątki postaci, które poznaliśmy w tamtej produkcji.  Jest opowieścią o konflikcie Mrocznego Rycerza z Synem Kryptonu, jak i wprowadzeniem do Ligii Sprawiedliwości, przedstawiającym głównych członków tego zespołu (odpowiednik Avengers w świecie DC Comics).  Jest również historią o kolejnym przeciwniku Supermana, którym jest Lex Luthor... oraz Doomsday.  Co za dużo to nie zdrowo.  Problem polega bowiem na tym, że fizycznie nie da się upchnąć tego wszystkiego w prawie trzygodzinny seans.  Jest to niewykonalne, a próba zmieszczenia wszystkich tych wątków w jednym filmie musiała skończyć się potraktowaniem ich totalnie po łebkach.  

I tak niestety kontynuacja wątków z "Man Of Steel" ogranicza się jedynie do zarysowania problemu tego jak ludzie mogli przyjąć pojawienie się obcego pośród nich (fantastyczny pomysł, wychodzący wprost z poprzedniego filmu, niestety całkiem zmarnowany, porzucony właściwie już w pierwszym akcie).  Tytułowy konflikt dwóch superbohaterów nie dość, że jest średnio umotywowany, to właściwie w ogóle nie istnieje.  Wiele się o nim mówi, ale gdy przychodzi co do czego kończy się na kilkuminutowej bijatyce, która znajduje tak naiwny, uproszczony finał, że wywołuje jedynie gorzki uśmiech politowania.  Nie ma w starciu dwóch bohaterów konfliktu charakterów, starcia przekonań, czy postaw.  Nie ma faktycznej konfrontacji, potyczki racji, która zdecydowanie bardziej od zwykłej bijatyki mogłaby wywindować napięcie pod niebiosa.  Konflikt BvS to morze możliwości, starcie dwóch przeciwności, Boga i Człowieka, zwykłego chłopaka i milionera, które nijak nie zostało wykorzystane. Trzeci element tego widowiska, czyli przedstawienie postaci, które większą rolę odgrywać będą w kolejnych filmach, jest zrealizowane po najmniejszej linii oporu, w taki sposób, że lepiej by było gdyby twórcy z niego całkiem zrezygnowali.  Aquaman, Flash i inni zasługiwali na coś więcej niż tylko kilka momentów przeglądania folderów na komputerze.

Dwa pozostałe wątki są jeszcze bardziej dorzucone na siłę.  Postać Lexa Luthora pojawia się właściwie tylko po to by co chwila przypominać o różnicach pomiędzy Mrocznym Rycerzem, a Supermanem.  Grający Lexa Eisenberg jest koszmarny, irytujący od pierwszej sceny w której się pojawia na ekranie.  Jego Luthor to połączenie Jokera pozbawionego makijażu, z szalonym naukowcem i nakręconym Markiem Zuckerbergiem.  Lex ma plan, który kompletnie nie ma sensu, którego pewnie sam nie do końca rozumie, bo kolejne zagrania przeczą poprzednim.  Jego pomysły i poczynania są potrzebne tylko po to by coś się działo na ekranie i by pod koniec seansu wszyscy bohaterowie stanęli ramię w ramię z czymś potężniejszym od nich samych.  Nie ważne, że nic z tego nie ma sensu, że jedno przeczy drugiemu.  Dzieje się.  I wielki, zmutowany potwór też jest.  Bo przecież konfrontacja dwóch najważniejszych bohaterów z uniwersum DC Comics to za mało by wypełnić blockbuster, i usatysfakcjonować fanów.  Trzeba na końcu dorzucić bezemocjonalną nawalankę z komputerowym monstrum.

Na dokładkę, by jeszcze bardziej zapełnić metraż i spowolnić akcję, Snyder co jakiś czas decyduje się na dodanie do tego wszystkiego sekwencji snów, przywidzeń.  Tego typu wizje miewa Superman, ale przede wszystkim Batman.  I nie są to tylko przebłyski, kilkusekundowe wstawki mające na celu naświetlić stan psychiki bohatera.  W przypadku Mrocznego Rycerza to całe sekwencje, które trwają bez końca, stają się oddzielnymi wątkami, wielkimi scenami batalistycznymi, które może i fajnie wyglądały w zwiastunach, ale w samym filmie są kompletnie bezużyteczne.  Wszystko to razem wzięte powoduje, że "Batman v Superman" ogląda się z uczuciem totalnie zaprzepaszczonej szansy.  Zmarnowanego potencjału na pasjonujący, emocjonujący konflikt dwóch niezwykle ważnych postaci komiksu.  Zmarnowanego potencjału na udany sequel.  Zmarnowanego potencjału na udany fundament pod kolejne produkcje przedstawiające pozostałych bohaterów ze stajni DC.  Ciekawe jak ten zawód przełoży się na wyniki kolejnych filmów o superbohaterach.

20:13, milczacy_krytyk , 04
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 marca 2016
Powrót

time to move on

PowrótPowrót (2015) Australia

reżyseria i scenariusz: Simon Stone
aktorzy: Geoffrey Rush, Ewen Leslie, Paul Schneider, Miranda Otto, Anna Torv, Odessa Young, Sam Neill, Nicholas Hope, Kate Box, Richard Sutherland, Ivy Mak
muzyka: Mark Bradshaw
zdjęcia: Andrew Commis
montaż: Veronika Jenet

na podstawie: powieści "Dzika kaczka" Henrika Ibsena

 (7/10)

"Powrót" to spokojny dramat, niespieszna opowieść, która z dwóch względów jest trochę nietypowa.  Po pierwsze tajemnica jaką skrywa historia dwóch australijskich rodzin, sekret sprzed lat, który za sprawą splotu różnych okoliczności prędzej niż później wychodzi na jaw, powoduje, że napięcie choć z początku niewielkie, rośnie z każdą kolejną minutą seansu.  Atmosfera gęstnieje, klimat się zagęszcza.  Co ciekawe, polski dystrybutor tym razem bardzo dobrze uczynił, decydując się na swobodę w tłumaczeniu tytułu tej produkcji.  Polski 'Powrót' nie tylko wskazuje na przyczyny wszystkich zdarzeń jakie nastąpią w czasie rozwoju akcji, ale i nie zdradza tego, co może być istotą całej tajemnicy.  Oryginalny tytuł jest bowiem zdecydowanie zbyt bezpośredni, pod tym względem zbyt jednoznacznie wskazuje na istotę rzeczy.

Po drugie, produkcja ta charakteryzuje się bardzo nietypowym montażem.  Jednoczesny, dwuwarstwowy, równoległy.  Wielokrotnie jednocześnie łączący obraz jednej ze scen, z dialogami sceny równoległej.  Wielokrotnie łączący nieruchomy obraz konkretnej rozmowy, z dialogami tejże konwersacji.  Funkcjonujący w dwóch warstwach, tej wizualnej i tej dźwiękowej.  Przez to niejako przyspieszający akcję.  Jednocześnie poruszający dwa wątki, jednocześnie ukazujący dwie sytuacje, równoległe zdarzenia.  Z początku przez taki zabieg wprowadzający pewnego rodzaju zamieszanie, ale z czasem ukazujący szerszy kontekst, zawierający w jednej scenie więcej znaczeń i treści.  Dość nietypowe zagranie, tym bardziej jak na spokojny dramat jakim z pozoru jest "Powrót".  Podejście do którego trzeba się przyzwyczaić, ale które urozmaica ten seans.

"Powrót" to historia dwóch rodzin mieszkających gdzieś na uboczu australijskich miast.  Historia rodzin, trzech pokoleń, których losy są ze sobą zdecydowanie mocniej splecione niż zdawałoby się to na pierwszy rzut oka.  Olivier ma żonę Charlotte i nastoletnią córkę Hedvig.  Pracuje w tartaku, który ze względu na utratę klientów zostanie niedługo zamknięty.  Tartakiem zarządza Henry, wiekowy już biznesmen, który za kilka dni ponownie stanie na ślubnym kobiercu, by poślubić o kilkanaście lat młodszą od siebie Annę (jak miło zobaczyć na kinowym ekranie Anne Torv z "Fringe").  Z tej okazji w rodzinne strony powraca Christian, syn Henry'ego i dawny przyjaciel Oliviera.  Wraz z powrotem Christiana do miasteczka powróci dawna przeszłość, a skrywane od lat sekrety zaczną wychodzić na światło dzienne. 

Reżyser w swoim pełnometrażowym debiucie zastanawia się co jest lepsze.  Czy życie w nieświadomości, pewnego rodzaju błędzie, przekłamaniu, czy świadomość prawdy, bolesnej bo ukrywanej przez wiele lat?  Co wybrać, na co się zdecydować?  Szczęśliwe życie bez wiedzy o tym co zdarzyło się dawno temu, przez co obecna rzeczywistości nie jest taka jaką się ją postrzega, czy właśnie bolesna prawda, wyjawiona wiele lat później?  Czy takie uświadamiane na siłę ma sens?  Czy może przyczynić się do czegoś dobrego?  Czy nie lepiej zostawić sytuację taką jaka jest?  Czy lepiej odkryć wszystkie karty, choć z dużym prawdopodobieństwem, wiedza o tym co zaszło, zniszczy to co teraz trwa.  Ciekawy temat, dobrze zagrany i poprowadzony, i co najważniejsze zostający w głowie na dłuższą chwilę po seansie.  Jak na debiut (tak w reżyserii jak i w scenariuszu), to już całkiem coś.

Tagi: dramat
18:22, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (1) »
sobota, 19 marca 2016
Niewinne

niewinne

NiewinneNiewinne (2016) Belgia, Francja, Polska

reżyseria: Anne Fontaine
scenariusz: Sabrina B. Karine, Pascal Bonitzer, Anne Fontaine, Alice Vial
aktorzy: Lou de Laâge, Agata Buzek, Agata Kulesza, Vincent Macaigne, Joanna Kulig, Katarzyna Dąbrowska, Pascal Elso, Anna Próchniak, Eliza Rycembel, Klara Bielawka, Helena Sujecka, Dorota Kuduk
muzyka: Grégoire Hetzel
zdjęcia: Caroline Champetier
montaż: Annette Dutertre

 (7/10)

Rok 1945.  Młoda zakonnica wybiega po modlitwach z klasztoru.  Biegnie przez ośnieżony las aż do niewielkiej wioski nieopodal.  Napotkane dzieci prosi o zaprowadzenie do lekarza, ale nie Rosjanina i nie Polaka.  Trafia do Czerwonego Krzyża prowadzonego przez Francuzów.  Poznaje młodą asystentkę lekarza, która mimo początkowej odmowy decyduje się pojechać wraz z siostrą do zakonu.  Na miejscu trafia na ciężarną kobietę, która niedługo urodzi.  Siostry mówią, że to przygarnięta przez nie dziewczyna, która nie miała się gdzie podziać.  Ale jak się już niedługo okaże dziewczyna jest jedną z nich.  Pod koniec wojny siostry padły bowiem ofiarą zbiorowego gwałtu dokonanego przez czerwonoarmistów.  Teraz wiele z nich jest w zaawansowanej ciąży.  Młoda lekarka wiele zaryzykuje by pomóc zakonnicom w tej trudnej sytuacji.

"Niewinne" są filmem bardzo dobrze zagranym, ale dość nierównym.  Jakby mało konkretnym.  Brakuje większej ikry w prowadzeniu akcji, większej pewności ze strony reżyserki, która bardzo delikatnie opowiada tę historię.  A przez to ta opowieść momentami trochę prześlizguje jej się przez palce.  Bardzo dobrze, że Fontaine oszczędza nam ukazania okropności wojny, tego co zaszło w klasztorze (choć próbkę tego widzimy w jednej ze scen), bo nie o to też w tym filmie chodzi.  Tu od samego czynu jaki nastąpił, ważniejsze są jego konsekwencje, psychiczne samopoczucie sióstr zakonnych, których spotkał taki los, ale i odwaga młodej kobiety, która zdecydowała się im pomóc.  Szkoda tylko, że jej historia nie została poprowadzona z odrobinę większym zaangażowaniem, z większą pewnością siebie.  Nierówny środek rekompensuje odrobinę końcówka - ładna i dość wzruszająca, ale to akurat nie dziwne, bo po pierwsze sam czyn kobiety, jej oddanie siostrom wzrusza, a po drugie w tle przygrywa wtedy piękna muzyka Maxa Richtera, a on najlepiej wie jak dźwiękami skutecznie grać na emocjach.

Na pierwszy plan w tym przepełnionym kobiecymi występami filmie, wybija się Agata Buzek, mająca tutaj co ciekawe znacznie większą rolę niż Agata Kulesza.  Niezła jest również Lou de Laâge, której niezwykle spokojna, opanowana i małomówna bohaterka wyróżnia się, szczególnie jeśli pamięta się występ tej aktorki w niedawnym "Respire", w którym czarowała swoją otwartością i przerażała swoją bezwzględnością.  Całość w delikatny sposób przygląda się wierze i zwątpieniu, na które tak bardzo narażone zostały siostry.  Pokazuje próby radzenia sobie ze zwątpieniem w stosunku do życia, świata, ludzi oraz wiary.  Mówi o bolesnej tajemnicy, która nie mogła wyjść na jaw, której ujawnienie groziło zamknięciem klasztoru.  Mówi o trudnych wyborach moralnych, tym jak w pewnych sytuacjach można zbłądzić, i nawet mając dobre intencje, wiedząc co należy zrobić, uczynić inaczej.  I wreszcie mówi o dwoistości rzeczy, o darze, który ze względu na sytuację, staje się przekleństwem.  O darze, którego wartość docenia paradoksalnie wcale nie ten, kto jest najbardziej wierzący.

Tagi: dramat
21:15, milczacy_krytyk , 07
Link Dodaj komentarz »
sobota, 12 marca 2016
Zwierzogród

strzykawka

ZwierzogródZwierzogród (2015) USA

reżyseria: Byron Howard, Rich Moore
reżyseria PL: Wojciech Paszkowski
scenariusz: Jared Bush, Phil Johnston
dialogi PL: Bartosz Wierzbięta
muzyka: Michael Giacchino
montaż: Fabienne Rawley
głosy PL: Julia Kamińska, Paweł Domagała, Krzysztof Stelmaszyk, Barbara Kurdej-Szatan, Sebastian Perdek, Jakub Szydłowski, Anna Apostolakis-Gluzińska, Rafał Sisicki, Wiktor Zborowski, Izabela Dąbrowska, Krzysztof Szczepaniak, Anna Wodzyńska

 (7/10)

Co kilka lat zdarza się, że konkurujące ze sobą studia filmowe wpadają w zbliżonym czasie na podobne pomysły na kolejne animacje.  Wtedy, w odstępie zaledwie kilku miesięcy, na ekranach pojawiają się zaskakująco podobne do siebie filmy.  Tak było już kilka razy w niedalekiej przeszłości, gdy do kin wchodził "Madagaskar" i "Dżungla", tak było również gdy na ekranach pojawiły się "Mrówka Z" i "Dawno temu w trawie".  Filmy, które z wyglądu, z konceptu sprawiały wrażenie niemal identycznych, opowiadające jednak trochę odmienne historie.  W tym roku zdarza się podobna sytuacja.  Na ekrany wchodzi właśnie "Zwierzogród" podczas gdy późnym latem będziemy mieli okazję obejrzeć "Sekretne życie zwierząt domowych".  Czyli filmy, w których główne role grają zwierzaki różnej maści, a akcja rozgrywa się w wielkiej metropolii.

"Zwierzogród" choć reklamowany jako przede wszystkim animacja o małym króliku i przebiegłym lisie, okazuje się być historią trochę bardziej rozbudowaną.  To kino akcji, kryminał, trochę kino gangsterskie, sensacja, a nawet odrobinę horror.  Mieszanka wybuchowa, która oferuje odpowiednią dawkę śmiechu, wzruszenia, akcji i zabawy.  Może nie aż tak prześmieszna jak inne konkurencyjne animacje, ale na tyle zgrabnie ułożona, że bawi do samego końca.  To opowieść o młodej pani królik, która od zawsze chciała zostać policjantem.  Pełna nadziei, marzeń nie poddawała się w swoich wysiłkach by osiągnąć ten cel. W wyniku splotu różnych okoliczności rozpoczyna dochodzenie w sprawie kilku zaginięć w mieście Zwierzogród, a jej pomocnikiem zostaje szczwany lis, drobny rzezimieszek, który z początku pomaga jej z przymusu, a później już z przekonania.  Mają tylko 48 godzin na odnalezienie zaginionych i dojście do prawdy o tym, kto stoi za porwaniami.

Humor w tej produkcji oparty jest przede wszystkim na interakcji głównych bohaterów, którzy są swoimi przeciwieństwami - ambitny królik i chytry lis, jak również na odniesieniach do naszego świata.  Krzywym zwierciadłem stają się tutaj konkretne gatunki zwierząt - czego najlepszym przykładem są leniwce pracujące w urzędzie - jedna z zabawniejszych scen w całym filmie.  „Zwierzogród”  jest opowieścią o marzeniach, o tym by nie wątpić w swoje pragnienia, nie pomniejszać ich w ramach samokontroli, tylko dążyć do nich za wszelką cenę.  A także jest to mała lekcja o ważności i cenności różnic, które zamiast dzielić, powodować nieufność i strach, powinny łączyć, bo choć każdy z nas jest inny, to właśnie ta inność czyni z nas kogoś wyjątkowego.  Przyjemna, radosna i mądra animacja, choć do efektu wow, czegoś w niej jednak zabrakło.

17:06, milczacy_krytyk , 07
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 marca 2016
Carol

morality clause

CarolCarol (2015) USA, Wielka Brytania

reżyseria: Todd Haynes
scenariusz: Phyllis Nagy
aktorzy: Cate Blanchett, Rooney Mara, Kyle Chandler, Jake Lacy, Sarah Paulson, John Magaro, Cory Michael Smith, Kevin Crowley, Nik Pajic, Carrie Brownstein, Trent Rowland
muzyka: Carter Burwell

zdjęcia: Edward Lachman
montaż: Affonso Gonçalves

na podstawie: powieści "The Price of Salt" Patricia Highsmith

 (6/10)

"Carol" to najbardziej pominięty film wśród produkcji wyróżnionych podczas tegorocznego rozdania Oscarów.  Żadna z sześciu nominacji dla tego obrazu nie przemieniła się w statuetkę.  Co więcej, i co tuż po ogłoszeniu nominacji do nagród Akademii wywoływało pewne dyskusje, choć film ten miał szanse aż na sześć statuetek, został całkiem pominięty w dwóch najważniejszych kategoriach - nie otrzymał ani nominacji za reżyserię, ani za najlepszy film.  Członkowie Akademii zauważyli przede wszystkim aktorki, na pierwszym jak i drugim planie, oraz formę tej produkcji, nominując chociażby twórców zdjęć czy kostiumów.  I taka decyzja, choć jeszcze jakiś czas temu wywołująca pewne dyskusje, nie powinna wcale dziwić, bo "Carol" choć jest obrazem ładnym i bardzo dobrze zagranym, to całościowo prezentuje się dość przeciętnie.

Co ciekawe "Carol" jest filmem mającym zaskakująco sporo wspólnego z inną tegoroczną Oscarową produkcją, a mianowicie z melodramatem "Brooklyn".  Obie historie osadzone są w latach pięćdziesiątych.  Obie rozgrywają się w okolicach Nowego Jorku.  W obu bohaterką jest młoda dziewczyna, imigrantka (tam Irlandka, tutaj Czeszka), pracująca w ekskluzywnym domu handlowym.  O ile jednak film Johna Crowleya był historią o dorastaniu, o odnajdywaniu swojej drogi życiowej, wątek miłosny pozostawiając gdzieś w tle, tak produkcja Todda Haynesa jest romansem pełną gębą.  To opowieść o zauroczeniu młodej dziewczyny dojrzałą kobietą o imieniu Carol.  Opowieść o tym jak dwie kobiety z zupełnie innych światów zaczynają się widywać, i coś zaczyna między nimi iskrzyć.  Historia rodzącego się uczucia, które nie jest zrozumiałe przez otoczenie.  Spokojna, delikatna, ładna, ale w sumie dość zwyczajna.  

Słusznie Akademia nominowała za swoją pracę Edwarda Lachmana, autora zdjęć do tego filmu, oraz Cartera Burwella kompozytora muzyki.  Soundtrack tworzy przytulny, melodramatyczny klimat tej produkcji, natomiast zdjęcia Lachmana powodują, że mamy wrażenie jakbyśmy uczestniczyli w tej opowieści, byli przechodniami prezentowanego świata, którzy mogą wśród tłumu innych ludzi wypatrzyć te dwie kobiety, które zaczyna coś łączyć.  Lachman wielokrotnie przygląda się bohaterkom zza okien wystaw sklepowych, zza szyb samochodów, jakby nieśmiało je podglądał.  Szkoda tylko trochę, że choć obie aktorki wyglądają w tym filmie przepięknie - szczególnie Blanchett jest tu obłędna - to chemii między postaciami niestety nie ma zbyt wiele.  Może też właśnie dlatego ten romans w sumie wypada tak blado.

Tagi: melodramat
21:13, milczacy_krytyk , 06
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2