Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
sobota, 29 marca 2014
Buntownik bez powodu

Buntownik bez powodu

Buntownik bez powodu | dramat | USA | 1955
reż. Nicholas Ray | scen. Stewart Stern

 (6/10)

Ze wszystkich filmów pokazywanych w trakcie przeglądu "Arcydzieła Amerykańskiego Kina. 90 lat Warner Bros" ten zestarzał się chyba najbardziej, choć wcale nie jest najstarszym obrazem z siedmiu prezentowanych.  "Buntownik bez powodu" jest jednak filmem najbardziej zatopionym w czasach w których powstał, najbardziej osadzony w rzeczywistości wtedy panującej.  Połowa lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, Stany Zjednoczone Ameryki.  Od tamtego czasu, a minęło już ponad pół wieku, świat się jednak bardzo zmienił, granice zachowań, dotąd wydawałoby się nieprzekraczalne, zostały dawno przekroczone.  To co kiedyś wydawało się nie do pomyślenia, teraz jest czymś najzwyczajniejszym, co ani nie szokuje, ani nie bulwersuje.  I choć ogólne problemy młodości jakie są tematem tego filmu: zagubienie, samotność, niezrozumienie przez dorosłych, bunt przeciwko obowiązującym zasadom, narzucanym regułom, istnieją nadal i istnieć będą pewnie zawsze, to obok nich pozmieniały się pewne szczegóły, i to one najbardziej rzutują na gorszy odbiór tego filmu po latach.

Bo czy można przejąć się, uwierzyć w bunt nastolatki, który swój najmocniejszy wyraz przyjmuje w sytuacji w której jej ojciec sprzeciwia się temu by go całowała, i zachowywała się jak mała dziewczynka?  No nie za bardzo.  Dziwnie się również ogląda większość aktorów, będących dawno po dwudziestce, którzy wcielają się w role nastolatków, licealistów.  Mało przekonujące bywa również zachowanie bohaterów, szczególnie w czasie ostatniego aktu, gdy nagle zaczynają działać pod żądanie scenarzysty, który stara się doprowadzić tę opowieść do tragicznego finału.  Uciekając przed rodzicami, przed policją, niedługo po tragicznej śmierci jednego z licealistów, zamykają się w opuszczonej posiadłości, jakby zupełnie nic, wyznają sobie miłość, spędzając beztrosko kolejne chwile.  Szczytem jest końcowe zachowanie najmłodszej z postaci, absolutnie nieumotywowane szaleństwo, które oczywiście musi się skończyć tragicznie i taki też ma finał.  Byleby tylko stworzyć obraz opuszczonego, niezrozumiałego nastolatka, który nie dał sobie rady z otaczającą go rzeczywistością, ale którego los, oczywiście, pomógł w poprawieniu relacji panujących w domu głównego bohatera.

Przyznam się szczerze, że byłem ciekawy tego filmu przede wszystkim z powodu występującego w nim Jamesa Deana, jednego z najsławniejszych amerykańskich aktorów, który zginął w bardzo młodym wieku (24 lata) mając zaledwie kilka większych ról na swoim koncie.  Być może jedna rola to za mało by zrozumieć na czym polegała jego wyjątkowość.  Ten film niestety jednak nie pomógł mi w zrozumieniu dlaczego Dean tak mocno zapisał się na kartach historii kina.  Jego występ mnie nie poruszył, podobnie z resztą jak i sam film.  Zaskakująco udany od strony technicznej (w życiu bym się nie spodziewał tak panoramicznego obrazu w tak starej produkcji), ale rozczarowujący opowiadaną tu historią.  Oczywiście w latach pięćdziesiątych "Buntownik bez powodu" musiał być filmem przełomowym, ze względu na tak otwarcie poruszane w nim tematy, dotąd bardzo mocno wyciszane przez cenzurę, przez stawianie młodych i ich prawdziwe problemy, tak wyraźnie na pierwszym planie.  Jednak po upływie tylu lat, gdy mało który temat jest jeszcze niewygodny, obraz ten nie ma już tej siły rażenia co wtedy.  Z nóg, jak niektóre inne klasyki, niestety więc nie zwala.

Arcydzieła Amerykańskiego Kina

czwartek, 27 marca 2014
Co się zdarzyło Baby Jane?

Co się zdarzyło Baby Jane?

Co się zdarzyło Baby Jane? | dramat, thriller | USA | 1962
reż. Robert Aldrich | scen. Lukas Heller

 (7/10)

Mam jeden, wielki problem ze starymi filmami.  On chyba najbardziej powstrzymuje mnie od nadrabiania klasyki, od oglądania filmów uznanych za najlepsze, najwyraźniej zapisane na kartach historii kina.  Przetrzymam wolne tempo, które powoduje, że dawne produkcje wydają się momentami strasznie nudne.  Przetrzymam zbyt mocny montaż, który powoduje, że poszczególne sceny nie łączą się w jedną całość, stanowiąc jakby całkiem oddzielne fragmenty.  Nie straszna mi maniera gry aktorskiej, charakterystyczna dla konkretnych lat, ani wszelkie niedoskonałości techniczne, brak dźwięków otoczenia, widoczne kartonowe dekoracje, malowane niebo, i tak dalej, i tym podobne.  To czego nie jestem w stanie ścierpieć, to co boli mnie najbardziej, to muzyka.  Okropne, rozbuchane dźwięki, nie tworzące żadnej melodii, którą dałoby się zapamiętać, zanucić.  Muzyka, która nie buduje napięcia, nie tworzy żadnej atmosfery, która wyłącznie jest przeszkadzającym podkładem, dźwiękami, które nie czynią nic dobrego, i których lepiej byłoby się pozbyć, bo tylko psują wrażenia z filmu.  Oczywiście są wyjątki (Bernard Herrmann!), ale ogólny problem pozostaje.  On najbardziej odpycha, przeszkadza.  I niestety pojawił się też przy filmie Roberta Aldricha.

"Co się zdarzyło Baby Jane?" to wciągający, zaskakujący thriller, który oglądałoby się znacznie lepiej gdyby właśnie nie potworna muzyka De Vola, która przeszkadza za każdym razem gdy rozbrzmiewa zza kadru.  Akcja tej produkcji rozpoczyna się w roku 1917 przedstawiając dwie główne bohaterki za młodu.  Jane Hudson robiąca karierę jako młoda dziewczynka tańcząca i śpiewająca na scenie u boku promującego ją ojca, oraz Blanche, skromna, stojąca w cieniu swej przemądrzałej siostry.  Osiemnaście lat później sytuacja się odwraca: to Blanche robi wielką karierę, jest świetną aktorką, a o występach Jane już mało kto pamięta.  I wtedy wydarza się wypadek, przez który Blanche trafia na wózek.  Po latach siostry mieszkają razem.  Jane stale wspomina lata swej świetności i szczerze nienawidzi Blanche za to, że skradła jej sławę.  I właśnie kreacjami aktorskimi stoi ten film.  Świetna Jane Crawford w roli sparaliżowanej od pasa w dół dobrodusznej Blanche, która każdy zły uczynek swej siostry stara się wytłumaczyć, oraz dręcząca ją Jane czyli fenomenalna Bette Davies, której bohaterka z każdym ekranowym dniem coraz bardziej wpada w objęcia szaleństwa, starając się odgrodzić siostrę od jakichkolwiek oznak sympatii zewnętrznego świata, do którego ta nie ma dostępu.  Wstrząsający występ.  Plus całkiem zaskakująca przewrotka fabularna na koniec.  

Arcydzieła Amerykańskiego Kina

wtorek, 25 marca 2014
Deszczowa piosenka

Deszczowa piosenka

Deszczowa piosenka | komedia, musical, romans | USA | 1952
reż. Stanley Donen, Gene Kelly | scen. Betty Comden Adolph Green

 (8,5/10)

Niebywałe.  Przeżyłem dwugodzinny musical.  Przetrwałem seans filmu z gatunku za jakim szczerze nie przepadam, który unikam za wszelką cenę, bo z założenia go nie trawię, nigdy nie potrafiłem się w niego wczuć, ani zrozumieć.  Powiem więcej.  Świetnie się na tym seansie bawiłem.  "Deszczowa piosenka" jest zabawnym, lekkim, pomysłowym obrazem, nakręconym i zagranym z niezwykłą pasją i energią.  Filmem, który dostarcza ogromną dawkę dobrego humoru, która zostaje na długo po seansie.  Ten ponad sześćdziesięcioletni musical dokonał jednak jeszcze jednej niezwykłej rzeczy.  Otóż dzięki niemu na nowo przypomniałem sobie za co tak bardzo kocham kino.  Ponad pół wieku po pierwszym pokazie, sala prawie w całości pełna, publika reaguje żywiołowo, śmiejąc się raz po raz, jakbyśmy byli na premierze, jakbyśmy byli pierwszymi widzami oglądającymi ten film.  Uwielbiam to wspólne przeżywanie filmowych opowieści, to zbiorowe wkraczanie w świat pojawiający się na srebrnym ekranie.  To uczucie, gdy siedząc w ciemnej sali kinowej, pośród setki innych osób, wkracza się w filmowy świat i żyje nim przez dobre dwie godziny, jak nie dłużej.  

Gdybym miał wybrać swój ulubiony moment z tego obrazu, scenę, która podobała mi się najbardziej, chyba bym nie potrafił.  Bo choć oprócz tych pierwszorzędnych zdarzają się tu również sporo słabsze, momentów iście zachwycających, jest w tej produkcji naprawdę od groma.  Kilka genialnych scen tanecznych z nieśmiertelnymi już piosenkami.  Nieprawdopodobnie radosne "Good Morning", oraz tytułowe "Singin’ in the Rain" z pomysłowo zaaranżowanym układem tanecznym na zalanej deszczem ulicy.  Cudownie było wreszcie zobaczyć tę scenę nie jako oddzielny klip, ale fragment większej całości, do tego na wielkim ekranie.  Z czysto komediowych momentów, pozbawionych śpiewu i tańca, genialnie wypadają sceny, które przedstawiają produkcję filmu dźwiękowego.  Bawiąca do łez scena w której wypróbowywane są różne miejsca na ukrycie mikrofonu, do którego główna aktorka ma mówić (Into the Bush!), oraz późniejsze wcale nie mniej rozbrajające efekty pracy na planie, ukazane w czasie zamkniętego pokazu dla wybranych widzów, który oględnie powiedziawszy nie wypada za dobrze.  Dawno się tak mocno w kinie nie śmiałem, jak właśnie w czasie tych kilkunastu minut seansu.

"Deszczowa piosenka" to w dużej mierze film o filmach.  Opowieść o tym jak powstają kinowe obrazy, uchylająca rąbka tajemnicy na to jak wygląda ich droga na wielki ekran.  Zaglądający na plany filmowe, do wielkich hangarów, w których dzieje się magia - scena z zachodem słońca w której w ogromnym, ciemnym studio, główny bohater przy pomocy oświetlenia, scenografii, wyczarowuje zachód słońca, mgłę, wiatr, urokliwe otoczenie.  Opowieść o kinie, które stoi tuż przed wielką zmianą - pojawiają się pierwsze filmy dźwiękowe, a z nimi problemy z nagrywaniem dźwięku, pierwszy dubbing i wiele innych.  Pod sam koniec tego wpisu jeszcze tylko trochę ponarzekam i napiszę, że z tej roztańczonej i rozśpiewanej historyjki chętnie usunąłbym, lub znacznie skrócił, niektóre numery taneczne ("Gotta Dance", "Make ‘Em Laugh", lekcja dykcji), których jest za wiele, i które trwają zdecydowanie za długo (oczywiście nie wszystkie, ale kilka jest przesadnie przedłużonych).  I tak, wiem, że jest to musical, że były to lata 50., więc te rozbudowane choreografie są obowiązkowymi elementami dla takiego filmu, że są nie mniej ważne niż sama nieśpiewana opowieść, ale (teraz) rozbijają strasznie akcję, tak na dobrą sprawę niewiele do niej wnosząc.  Ale to szczegół, bo w ogólnym rozrachunku, film ten wypada niezwykle pozytywnie.  W Gdańsku został nagrodzony brawami.  W pełni zasłużonymi.

Arcydzieła Amerykańskiego Kina

sobota, 22 marca 2014
Tramwaj zwany pożądaniem

Tramwaj zwany pożądaniem

Tramwaj zwany pożądaniem | melodramat | USA | 1951
reż. Elia Kazan, scen. Oscar Saul, Tennessee Williams

 (8/10)

Już pierwsze minuty "Tramwaju zwanego pożądaniem", który obejrzałem jako trzeci film w ramach akcji "Arcydzieła Amerykańskiego kina", obfitowały w niespodzianki.  Pierwszą była gra Vivien Leigh, która wciela się tutaj w główną bohaterkę.  Zaskoczyło mnie niezwykłe podobieństwo jej występu, do kreacji aktorskiej jaką Cate Blanchett stworzyła w "Blue Jasmine", a która w tym roku przyniosła jej szereg nagród i wyróżnień, w tym i tą najważniejszą, czyli Oscara.  Dopiero po chwili przypomniałem sobie, że w czasie obecności "Blue Jasmine" w kinach, często porównywano tę produkcję właśnie do obrazu Eli Kazana, opisywano jako autorskie spojrzenie Allena na tamtą historię, pewnego rodzaju dialog z tą produkcją.  Stąd też i portret głównej bohaterki, tak podobny w obu filmach, przestał być tak zaskakujący.  O ile jednak oba filmy zaczynają się niemal identycznie, tak już późniejsze wydarzenia zaczynają je coraz wyraźniej od siebie różnić.  W "Tramwaju zwanym pożądaniem" częściej pojawia się chociażby siostra głównej bohaterki, jak i jej mąż, również jej przeszłość i tajemnica, którą skrywa, jest tutaj całkiem inna.  Pewnie zabrzmi to dziwnie, ale zaskoczyło mnie również, że tytuł tej produkcji jest traktowany tak dosłownie.  W sumie nie wiem czego się spodziewałem, jednak to, że już w pierwszej scenie pojawia się tramwaj, który w istocie nosi nazwę "Pożądanie", było zaskakujące i w pewnym stopniu rozczarowujące.  Oczywiście samo uczucie jakim jest pożądanie odgrywa w tej historii sporą rolę, jest ono jednym z ważniejszych tematów tego filmu i jedną z głównych sił jaka kieruje bohaterami, jednak dosłowność tytułu trochę razi.

Całość ogląda się nadspodziewanie dobrze.  Mimo, że jest to film mocno teatralny (pewnie w dużej mierze ma na to wpływ jego pochodzenie, czyli sztuka Tennessee Williamsa, na podstawie której został zrealizowany).  Pomimo, że gra aktorska naznaczona jest pewną manierą, charakterystyczną dla filmów z lat pięćdziesiątych i ich okolic.  Pomimo, że z wyglądu nie jest to film, który przyciągałby wzrok - ciemny, czarno-biały, kwadratowy.  To wszystko nie ma jednak aż tak wielkiego znaczenia, bo historia tu opowiadana jest na tyle ciekawa i wciągająca, że chce się ją oglądać.  Poza tym jest to obraz zaskakująco zabawny, przede wszystkim dzięki inteligentnie napisanym dialogom.  Najwięcej zabawnych kwestii ma do wygłoszenia Marlon Brando (ależ on wyglądał za swojej młodości!), jako nieokrzesany, trochę prostacki mąż siostry głównej bohaterki.  Szkoda, że nie otrzymał za tę rolę Oscara, choć wszyscy pozostali aktorzy (Vivien Leigh, Kim Hunter, Karl Malden) sięgnęli po statuetki.  Szkoda, bo jego rola jest bardzo zauważalna.  Na sam koniec, jeszcze jedna uwaga ogólna, niezwiązana wyłącznie z filmem Kazana.  Nigdy nie pomyślałbym, że zacznę doceniać napisy końcowe, jakie w nowoczesnych produkcjach przepływają (czasem w nieskończoność) po czarnym ekranie, po zakończeniu seansu.  Ich brak w starych filmach, chociażby tych z lat 50., które kończy gigantyczna plansza z obowiązkowym napisem "the end" (ewentualnie dwie, trzy dodatkowe ze spisem najważniejszych osób biorących udział w realizacji filmu), jest niezwykle odczuwalny.  Teraz napisy końcowe, nawet choć sam film się już skończył, pozwalają jeszcze chwilę pobyć w wykreowanej przez niego rzeczywistości, dają jeszcze kilka minut na odczuwanie atmosfery panującej na sali kinowej i możliwości spokojnego, przejścia do świata jaki czeka na zewnątrz.  Bez nich to przejście jest niezwykle brutalne.

Arcydzieła Amerykańskiego Kina

czwartek, 20 marca 2014
Mechaniczna pomarańcza

Mechaniczna pomarańcza

Mechaniczna pomarańcza | dramat, sci-fi | USA, Wielka Brytania | 1971
reż. i scen. Stanley Kubrick

 (7/10)

Dziwny.  To najprostsze określenie jakie nasuwa się po obejrzeniu "Mechanicznej pomarańczy" Stanleya Kubricka, filmu z 1971 roku.  Filmu, który mimo upływu lat nadal robi spore wrażenie i nie pozostawia obojętnym.  Nie jest to seans łatwy, nie jest to seans przyjemny, prawdę powiedziawszy momentami bywa całkiem nieznośny, a pod koniec mocno męczący.  Być może przez wielokrotne zakończenia, fałszywe domknięcia tej opowieści, które następują jedne po drugich, zwiastując nadchodzący koniec, który jednak stale oddala się w czasie.  Być może przez okropną manierę niektórych postaci, ogromną przesadę w ich zachowaniu, grubą, zdecydowaną kreskę jaką są kreślone, przez którą zdają się być totalnie odklejone od jakiejkolwiek rzeczywistości, momentami mocno irytujące.  Taki jest Dim - jeden z czwórki bandy, którą przewodzi Alex, tacy są strażnik więzienny, pisarz, kurator głównego bohatera, rodzice Alexa, wreszcie on sam, a apogeum jego nieznośności następuje tuż pod sam (właściwy) koniec, w scenie karmienia obiadem.  Brak postaci, do których czułoby się tu nawet najmniejszą nutę sympatii, których losy chciałoby się śledzić, jest mocnym utrudnieniem jakie stawia przed widzem ten obraz.

Obraz, który w czasach swej obecności na wielkim ekranie wywołał sporo kontrowersji, czego powody widać do dziś. Ilość golizny, beztroskiej przemocy, ogólnej radości ze złych uczynków jest tu znaczna.  Szokują również niektóre obrazy, kontrastujące ze sobą zestawienia.  Jak chociażby scena w której bohater ogląda film o Drugiej Wojnie Światowej, a w tle przygrywa radosna muzyka niczym dźwięki z lunaparku.  Albo scena w której banda Alexa wdziera się do domu pewnego małżeństwa, które terroryzuje i unieruchamia, a następnie główny bohater podśpiewując sobie "I'm singing in the rain" na zmianę: demoluje mieszkanie, bije męża i rozbiera jego żonę, którą ma zamiar za chwilę zgwałcić na jego oczach.  Przy tym wszystkim zaskakujące jest tu bardzo, że "Mechaniczna pomarańcza" jest filmem momentami naprawdę zabawnym.  Mimo swej chwilami wywołującej odruchowy sprzeciw bezkompromisowości, mimo opowiadanej tu historii, która nie jest ani trochę pozytywna, znajduje się tu sporo scen, które nie sposób oglądać na poważnie.  Być może jest to jednak pewnego rodzaju reakcja obronna, bo sam humor jest raczej groteskowy i dość makabryczny.

W czasie seansu czeka na nas sporo interesujących pomysłów, na czele z tym najważniejszym, który pojawia się w trzecim akcie tej opowieści.  Błyskawiczna resocjalizacja więźniów, rewolucyjna metoda na leczenie ich ze zbrodni za pomocą filmów, które są zmuszani do oglądania na terapii trwającej zaledwie dwa tygodnie.  Wpajanie dobra celem wyleczeniem kryminalistów ze zła.  Oczy szeroko otwarte na obraz i dźwięk.  Jednocześnie pojawia się tu pytanie o to, czy człowiek bez możliwości wyboru, z wyuczonymi na siłę zasadami postępowania, jest jeszcze człowiekiem?  Czy dobra można się nauczyć, czy można je wpoić?  Bo czy to, że udało się zablokować złe odruchy, oznacza od razu, że stał się on dobry?  W przypadku tak znanych filmów jak chociażby właśnie "Mechaniczna pomarańcza" często zastanawiam się z jakich powodów stały się one dziełami tak istotnymi, tak wartymi zapamiętania spośród setek pozostałych?  Na ile pomogło wyczucie czasu, wstrzelenie się z odpowiednim tematem w odpowiedni moment, na ile pomogły przełomowe rozwiązania techniczne, albo opinia o twórcy na podstawie wcześniejszych jego filmów?  O ile poprzedni film Kubricka, czyli "2001: Odyseja kosmiczna" zrobił na mnie naprawdę duże wrażenie, tak do fanów "Mechanicznej pomarańczy" raczej się jednak nie przyłączę.  Dobrze znać ten film, ale nie powiem bym się nim jakoś specjalnie zachwycił. 

Arcydzieła Amerykańskiego Kina

 
1 , 2