Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
sobota, 31 marca 2012
Martha Marcy May Marlene

we wanna help you

Martha Marcy May Marlene

Martha Marcy May Marlene (2011) USA

reżyseria i scenariusz: Sean Durkin
aktorzy: Elizabeth Olsen, Brady Corbet, Hugh Dancy, John Hawkes, Sarah Paulson, Christopher Abbott, Maria Dizzia, Louisa Krause, Julia Garner, Allen McCullough
muzyka: Daniel Bensi, Saunder Jurriaans
zdjęcia: Jody Lee Lipes
montaż: Zachary Stuart-Pontier

 (7,5/10)

Martha zniknęła niespodziewanie dwa lata temu.  Słuch po niej zaginął, nikt nie miał pojęcia co się z nią stało.  Gdy więc pewnego dnia dziewczyna dzwoni z przydrożnej budki do swojej starszej siostry, ta bez chwili wahania jedzie do niej, by przywieźć ją do swojego domu.  Martha na pytania o to, co działa się z nią przez ten cały czas odpowiada niechętnie.  Mówi, że zgubiła komórkę, że oszukał ją jej chłopak, w którym zakochała się do szaleństwa i dlatego zdecydowała się wrócić.  Ale to nieprawda.  Dziewczyna jest roztrzęsiona, potwornie spłoszona i niepewna w każdym swoim ruchu.  Jej siostra choć widzi to skrywane przerażenie, nie naciska na nią, daje jej czas na dojście do siebie.  Cieszy się z niespodziewanego powrotu i początkowo tyle jej wystarcza.  Jednak z czasem zachowanie Marthy będzie ją coraz mocniej niepokoić.  Im dłużej dziewczyna będzie przebywać w domu siostry i jej męża, tym coraz bardziej widoczne będzie, jak bardzo się zmieniła, jak mocno jest inna. 

To, co działo się z Marthą przez ostatnie kilkanaście miesięcy przyjdzie nam obserwować w przeplatających się wspomnieniach bohaterki, w scenach, które gładko przechodzą z teraźniejszości w przeszłość i znów do wydarzeń obecnych.  Dzięki podobnemu miejscu, dzięki podobnej sytuacji, przywodzącej na myśl bolesne wspomnienia.  Wspomnienia czasu, który zaczynał się tak dobrze.  Od wspólnoty budowanej z nowo poznanymi ludźmi, z dala od miast, z dala od pogoni za pieniędzmi, karierą, sukcesem za wszelką scenę i materialnością przesłaniającą życie.  Od pragnienia całkowicie wolnej egzystencji wśród wspierających i rozumiejących ją ludzi.  Wspólnoty, która stać się miała jedną, wielką rodziną, miejscem zerwania z przeszłością, oczyszczenia ducha i ciała, rozpoczęcia zupełnie innego, lepszego życia.  Miejscem, które bardzo szybko zamieniło się w koszmar, w więzienie nieodwracalnie zmieniające psychikę, wywracające rzeczywistość do góry nogami.  Wciągającym w spiralę oszukiwania samego siebie jak i innych, które nieszczęście, zależność i podporządkowanie, przedstawiało niczym jedyne szczęście, gwarancję wolności. 

To dlatego właśnie Martha po powrocie do siostry zachowuje się chwilami tak nieprzewidywalnie, tak dziwnie.  To dlatego potrafi robić rzeczy szalone, nienaturalne, tak jakby były najnormalniejsze pod słońcem.  Bo gdy uznane za normę w niewielkiej społeczności, w końcu stały się dla niej czymś zwykłym, normalnym, akceptowalnym.  I choć dziewczynie jakimś cudem udało się fizycznie uwolnić, oderwać od wspólnoty, to pozostaje ona z nią jeszcze na długo, jeśli nie na zawsze.  Bo zmieniła ją dogłębnie, zniszczyła i ukształtowała na nowo.  Pozostanie z nią w strasznych wspomnieniach pierwszej nocy, fizycznego dzielenia się sobą samą, czy nie czynienia innym złego.  Pozostanie w niepewności dotaczającej każdego kolejnego dnia, w strachu przed powrotem, przez który będzie oglądać się stale za siebie, bojąc, że zostawiony za sobą koszmar się o nią upomni i wciągnie na nowo.  Dlatego będzie wypatrywać w nieznanych twarzach osób ze wspólnoty, dlatego będzie chciała wyjechać jak najdalej.

Straszny to film, mocno hipnotyzujący, wprowadzający w stan niepokoju, odrętwienia.  Film, który choć rozwija się niespiesznie, choć nie szokuje przesadnie, i tak robi spore wrażenie, bo przeraża, trzyma w napięciu, wciąga i interesuje.  Dzięki odpowiednio poprowadzonej historii, dzięki bardzo udanym, jakby wyblakłym zdjęciom, które w idealny sposób oddają stan umysłu bohaterki, ale przede wszystkim dzięki młodziutkiej Elizabeth Olsen (z tych Olsen), która perfekcyjnie wcieliła się w Marthę, idealnie oddała zagubienie młodej dziewczyny.  Fantastyczna rola, napędzająca ten obraz, stanowiąca o jego sile.  Aktorce udało się w niewymuszony, ale jakże widoczny sposób ukazać ogrom sprzecznych uczuć, bijących się w dziewczynie po wyrwaniu ze wspólnoty.  Tę potworną zależność od komuny, tę chęć ucieczki związaną z irracjonalną potrzebą powrotu.  Potrzebę zrozumienia, otrzymania pomocy, ale jednoczesne zamknięcie się na świat, na ludzi i na bliskich.  Fantastyczny występ, mam nadzieję, że o Elizabeth usłyszymy jeszcze nie raz.

20:13, milczacy_krytyk , 07
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 marca 2012
Oczekuję - 2012 - kwartał II

Oczekuję - 2012 - kwartał II

Nietykalni / Piraci! / Titanic / Połów szczęścia w Jemenie / Lęk wysokości / Dom w głębi lasu / Lady / Avengers / Mroczne cienie / Królewna Śnieżka i Łowca / Margaret / Cosmopolis

Trzy miesiące, dwanaście filmów, dwa razy mniej niż w poprzednim kwartale.  Bardzo spokojny okres się nam zapowiada.

23:41, milczacy_krytyk , oczekuję
Link Komentarze (4) »
wtorek, 27 marca 2012
Igrzyska śmierci

tribute

Igrzyska śmierci

Igrzyska śmierci (2012) USA

reżyseria: Gary Ross
scenariusz: Gary Ross, Billy Ray, Suzanne Collins
aktorzy: Jennifer Lawrence, Josh Hutcherson, Liam Hemsworth, Woody Harrelson, Elizabeth Banks, Lenny Kravitz, Stanley Tucci, Donald Sutherland, Toby Jones, Wes Bentley, Isabelle Fuhrman, Amandla Stenberg, Willow Shields, Dayo Okeniyi, Paula Malcomson, Phillip Troy Linger, Leven Rambin, Alexander Ludwig, Nelson Ascencio, Latarsha Rose, Karan Kendrick, Amber Chaney
muzyka: James Newton Howard
zdjęcia: Tom Stern
montaż: Juliette Welfling, Stephen Mirrione

na podstawie: powieści Suzanne Collins "Igrzyska śmierci"

 (8,5/10)

Ogromne zaskoczenie.  Ekranizacja pierwszej części niesamowicie popularnej trylogii, która z założenia ma wypełnić lukę po niedawno zakończonym "Harrym Potterze" i niemogącym się skończyć "Zmierzchu", okazuje się być czymś znacznie więcej, niż tylko kolejnym filmem skierowanym do nastolatków, produkcyjniakiem do zarabiania milionów na całym świecie.  Nie przesadzone były ani trochę liczne głosy zza Oceanu, chwalące pod niebiosa ten obraz, nie przesadzone były niezwykle pozytywne recenzje, które zachęcały do wybrania się tłumnie do kin.  Bo co niezwykłe, "Igrzyska śmierci" to nie kolejny łatwy, prosty i przyjemny film dla nastolatków, ani film starający się bronić efekciarstwem i ogromnym budżetem, bo nie mający do zaoferowania nic ponadto.  Nie ma tu słodkich romansów, nie ma olśniewającej magii, jest tylko brutalna rzeczywistość.  Bo co niezwykłe, „Igrzyska śmierci” to obraz, który ogląda się bardziej niczym kameralny dramat, nastawiony na występy aktorskie, niż efektowny blockbuster.  To spojrzenie na świat przyszłości, Amerykę, która podzielona na dwanaście odseparowanych od siebie dystryktów, raz do roku organizuje tak zwane Igrzyska Głodowe.  Z każdego dystryktu wybierani są, w drodze losowania, jeden chłopak i jedna dziewczyna, a następnie przewożeni do Kapitolu, by tam po kilku dniach przygotowań, stoczyć morderczą walkę z resztą uczestników.  Walkę ku chwale swoich dystryktów, z której żywy może wyjść tylko jeden z uczestników.  To co dzieje się na arenie (co roku innej) jest pilnie obserwowane przez kamery i transmitowane na cały kraj, w formie gigantycznego show, ku uciesze całego narodu.  Skojarzenia z innymi produkcjami nasuwają się oczywiście same, wyjściowy pomysł niestety nie jest zbyt oryginalny, ale co ważne zostaje perfekcyjnie rozwinięty.  Bo twórcy pokazując ten świat przyszłości w dużej mierze wypowiadają się na temat dzisiejszej rzeczywistości.

Czym bowiem są wszystkie sceny rozgrywające się w studiach telewizyjnych, oraz apartamentach uczestników, jak nie krytycznym spojrzeniem na dzisiejszą telewizję jak i show-biznes?  Na media, które przekraczają kolejne granice w poszukiwaniu coraz wyższej oglądalności, dla których liczą się piękne obrazy, kreowanie sztucznej rzeczywistości, zapewnianie pustej, bezmyślnej rozrywki ku uciesze tłumów.  Czymże są udzielane przez uczestników wywiady, tuż przed morderczymi Igrzyskami, jak nie prztyczkiem w nos dla wszystkich udawanych uśmiechów, pięknych kreacji, za którymi kryje się pragnienie osiągnięcia sukcesu za wszelką cenę, wykończenie konkurencji i wspięcie się na sam szczyt?  To smutne ale jakże i przerażające spojrzenie na coraz powszechniejszą sztuczność, na brokatowy teatr nieprawdy, który z taką łatwością prezentowany jest na szklanym ekranie.  Ale to krytyczne spojrzenie na Kapitol, miejsce w którym liczy się wyłącznie wygląd i nieustanna perfekcja, to nie wszystko.  Bo "Igrzyska śmierci" to surowe spojrzenie na świat przyszłości, pełen nierównych podziałów społecznych, gloryfikujący przemoc i w zarodku duszący nadzieję na lepsze jutro.  To film szalenie ludzki, bliski i inteligentny. Ta sztuka z całą pewnością nie udałaby się gdyby nie świetnie napisany scenariusz, zaopatrujący bohaterów w konkretne dialogi, ale potrafiący również i bez użycia słów powiedzieć niezwykle wiele, dać materiał pod sceny, które mówią same za siebie.  Ta sztuka nie udałaby się również gdyby nie fantastyczna obsada z perfekcyjną Jennifer Lawrence na czele, która tą rolą tylko potwierdza, że nominacje do Oscara jak i innych nagród za "Do szpiku kości" nie były przesadzone.  Lawrence jest wprost nieprawdopodobna.  Niesamowicie przekonująca, twarda ale wrażliwa, sprytna i myśląca o innych, dziwnie zamknięta w sobie ale potrafiąca odnaleźć się w trudnych sytuacjach.  Z całą pewnością gdyby nie ona, ten obraz nie byłby tak silny, nie dostarczałby tylu emocji i nie przeżywałoby się go tak mocno.  Ponieważ to oczami bohaterki granej przez Jennifer przede wszystkim oglądamy tę historię, to właśnie ona musiała utrzymać cały film na swych barkach, co perfekcyjnie jej się udało.

Co ważne, pozostała obsada również nie zawodzi, sporo ról jest tu naprawdę mocno obsadzonych.  Partnerujący Jennifer Josh Hutcherson w roli Peety, choć dotychczas grywał w raczej komediowym repertuarze, sprawdza się dobrze.  Niezły jest Woody Harrelson jako trener dwóch wybrańców z dystryktu 12, niegdysiejszy zwycięzca jednych z Igrzysk.  Dobry jest również Donald Sutherland jako prezydent państwa Panem, choć pojawiający się tylko na kilka chwil.  Bardzo zauważalny i świetnie odnajdujący się w swojej roli jest również Stanley Tucci, czyli gospodarz i komentator Igrzysk.  Zachwyciła mnie również Elizabeth Banks, ucharakteryzowana tak znacząco, że aż początkowo jej nie poznałem.  I choć również pojawia się tylko na kilka chwil, w większości na początku tej produkcji, to udaje się jej pogłębić swoją bohaterkę, nadać jej wręcz tragiczny rys, bo przedstawiając ją jako osobę uwięzioną w teatrze sztuczności, totalitarnej rzeczywistości.  I może właśnie dlatego ten obraz jest tak udany, bo nie dość, że dobrze zagrany, to jeszcze pamiętający o wszystkich bohaterach, nie traktujący ich jedynie jak pionki na wielkiej planszy.  „Igrzyska śmierci” to jeden z niewielu filmów rozrywkowych, który ma chęci i czas by zatrzymać się przy bohaterach, i z uwagą i cierpliwością przyjrzeć się ich uczuciom i przeżywanym emocjom.  I co ważne, mimo tak licznych tego typu obserwacji, nie wypada z rytmu, nie dłuży się i nie przeciąga.  W ciszy! i wielokrotnie bez słów i zbytniego pośpiechu, pokazuje co przeżywają wybrani, a w szczególności główna bohaterka.  Strach przed losowaniem, koszmar rozstania, przerażenie przed walką, cierpienie z powodu śmierci przyjaciół.  Z powagą, zrozumieniem i poszanowaniem obserwując to wszystko.  Właśnie przez to ta historia jest tak emocjonująca, tak wciągająca i wielokrotnie tak mocno wzruszająca.  Bo nie nastawiona na efekciarstwo, bo potraktowana tak bardzo na serio.  Perfekcyjnie przekładająca uczucia na obraz, dzięki pomysłowym zdjęciom (rozdygotanym w dystryktach, stabilnym na Kapitolu), dzięki idealnemu wyczuciu jak długo pociągnąć dane sceny, jak je zakończyć, jak przejść do następnych.

"Igrzyska śmierci" to film pewny tego, co najistotniejsze w kolejnych scenach, co odczuwają bohaterowie, koncentrujący się właśnie na tych przeżyciach.  Dlatego choć przez członków Kapitolu Igrzyska traktowane są jako fantastyczna zabawa, niczym najlepsza rozrywka, tak ten zachwyt tym świętem na nas się nie przenosi.  Makabryczność tego zwyczaju jest tu stale wyczuwalna, stale przypominana.  Świadomość tego czym są Igrzyska unosi się w powietrzu, twórcy ani razu nie starają się odciążać wydarzeń na polu walki.  Nie zapominają, że to gra na śmierć i życie, nie boją się tego również pokazywać.  Oczywiście w zakresie kategorii wiekowej jaką otrzymał ten obraz, ale nawet mając to ograniczenie, nie upiększają tego co dzieje się na arenie.  Śmierć pozostaje śmiercią, dwadzieścia trzy osoby będą musiały zginąć, przedtem prezentując się w telewizji, niczym jak na wyborach miss.  I śmierci te ani razu nie zostają tu sprowadzone do poziomu dobrej zabawy.  Niezwykła w tej produkcji jest również jej niejednoznaczność.  Bo nawet tworzący się na naszych oczach trójkąt miłosny, nieśmiały romans, nie jest wcale tak oczywisty.  Czy są to prawdziwe uczucia, czy tylko gra na potrzeby widowiska, zachowanie pod publiczkę by zyskać sponsorów, przyciągnąć do ekranów nowych widzów?  Nie często takie niedopowiedzenia, gorzkie spojrzenia spotyka się w produkcjach skierowanych przede wszystkim do młodszej grupy odbiorców.  Naprawdę, jestem pod ogromnym wrażeniem tego obrazu.  "Igrzyska śmierci" to wciągająca, mądra rozrywka, która prócz pierwszoplanowej walki o przetrwanie, oferuje znacznie, znacznie więcej.  I właściwie jedyne do czego mogę się tu trochę przyczepić to sama końcówka, ostatnie kilkanaście minut.  Jakby trochę nie pasujące do klimatu wszystkich poprzednich zdarzeń, zbyt pospieszne, opowiedziane jakby trochę po łebkach.  Poza tym naprawdę nie mam uwag.  Marsz do kin!

00:36, milczacy_krytyk , 09
Link Komentarze (15) »
sobota, 24 marca 2012
Ostatnia miłość na Ziemi

life goes on

Ostatnia miłość na Ziemi

Ostatnia miłość na Ziemi (2011) Dania, Niemcy, Szwecja, Wielka Brytania

reżyseria: David Mackenzie
scenariusz: Kim Fupz Aakeson
aktorzy: Ewan McGregor, Eva Green, Ewen Bremner, Stephen Dillane, Denis Lawson, Connie Nielsen, Alastair Mackenzie
muzyka: Max Richter
zdjęcia: Giles Nuttgens
montaż: Jake Roberts

 (7/10)

Któregoś dnia, zupełnie bez ostrzeżenia, rozpoczyna się dziwne zjawisko.  Przypadkowi ludzie, nie mający ze sobą nic wspólnego, zaczynają tracić zmysł powonienia.  Nie wiadomo z jakiej przyczyny, nie wiadomo w jaki sposób przenosi się choroba, na ile jest zakaźna i czy w ogóle jest to choroba, czy coś zupełnie innego, dotąd nieznanego.  Objawem nadchodzącej utraty węchu jest chwilowa depresja, załamanie nerwowe, po którego ustaniu, człowiek przestaje wyczuwać jakiekolwiek zapachy.  To przedziwne zjawisko rozprzestrzenia się po całym świecie i wkrótce, choć nie wiadomo dokładnie po jakim czasie od ataku na pierwszy zmysł, zaatakowane zostają kolejne.  I tak, jeden po drugim, od węchu przez smak, słuch, aż po wzrok, ludzie tracą zmysły w wyniku nietypowej zarazy, której nie sposób opanować.  I która trwa i trwa, rozwija się w czasie.  Bo choć codzienny świat powoli zaczyna umierać, to życie... toczy się dalej.  Zmienia się, dostosowuje do coraz bardziej krytycznych warunków.  Bo zaraza to inny rodzaj epidemii, nie powodujący bezpośrednio śmierci, a prowadzący do diametralnych przemian.

Stąd też film ten jest dość powolną, choć przyspieszającą obserwacją tego jak przeobraża się świat w wyniku dziwnej epidemii.  Jak zmienia się rzeczywistość gdy zaczyna brakować zmysłów.  To smutne, oryginalne i pomysłowe spojrzenie pytające chociażby o to jak przypominać sobie piękne chwile z przeszłości bez możliwości kojarzenia ich z zapachami, jak czerpać przyjemność bez możliwości odczuwania smaku, i wreszcie jak porozumiewać się z kimkolwiek, jeśli pewnego dnia wszyscy stracą słuch?  Przerażająca to wizja, bo tak rozciągnięta w czasie, tak pełna świadomości tego co nadejdzie, co jeszcze się nie wydarzyło, ale wkrótce, nie wiedzieć tylko kiedy, się jednak stanie.  Bo gdy zanika drugi w kolejności zmysł smaku, pojawia się strach o te, które jeszcze pozostały.  Paraliżujący strach o to co dopiero się wydarzy, co jest tak nieuniknione.  A wtedy zostaje już tylko oczekiwanie na kolejne uszczerbki życia i zachłanne czerpanie z tego, co doświadczyć jeszcze można.  I dlatego, szczególnie pod koniec, to tak straszna wizja.  Bo choć nie wiążąca się bezpośrednio ze śmiercią, choć fizycznie nie zabijająca tysięcy, to odbierająca życie.  Po trochu, po kawałku, zabijająca każdego z osobna, choć teoretycznie pozostawiająca przy życiu.

"Ostatnia miłość na Ziemi" to jeden z tych filmów sci-fi, który do kreacji świata przyszłości (bądź równoległej rzeczywistości) nie potrzebuje efektów specjalnych i właściwie w ogóle nie koncentruje się na fantastycznym dodatku.  Dziwna choroba jest tu tylko pretekstem do obserwacji.  Czymś co pozostaje niewyjaśnione, ale w gruncie rzeczy wcale nie musi być tłumaczone.  Bo o skutki, a nie o przyczyny tu chodzi.  Nie obserwacja choroby, a ludzi jest tu najistotniejsza.  Spojrzenie na pewną epidemiolog i pewnego kucharza, spotkanych przypadkowo, którzy w obliczu zarazy stają się sobie bliscy.  Wspólnie, jedno obok drugiego, starają się przetrwać ten czas przemiany, czerpać jak najwięcej z ostatnich chwil normalności.  Doceniając to, co dotychczas było tak oczywiste, a przez to niedoceniane.  I o tym przede wszystkim jest ten obraz.  To pochwała dnia dzisiejszego.  To pochwała życia odczuwanego wszystkimi zmysłami.  Które możemy poczuć, zobaczyć, usłyszeć i dotknąć.  Które dzieje się na okrągło, każdego dnia i oby nigdy w takiej formie się nie skończyło.  Ukazująca ile można czerpać z życia, jak niezwykłe potrafi ono być, jak piękne, gdy wyczuwalne każdym danym nam zmysłem.  Jak niesamowite, gdy towarzyszy w nim drugi człowiek, gdy jest obecny ktoś, z kim dzielić można chwile dobre, ale co ważniejsze, również te złe.

21:14, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (4) »
czwartek, 22 marca 2012
Wszystkie odloty Cheyenne'a

this must be the place

Wszystkie odloty Cheyenne'a

Wszystkie odloty Cheyenne'a (2011) Francja, Irlandia, Włochy

reżyseria: Paolo Sorrentino
scenariusz: Umberto Contarello, Paolo Sorrentino
aktorzy: Sean Penn, Frances McDormand, Harry Dean Stanton, Judd Hirsch, Joyce Van Patten, Kerry Condon, Shea Whigham, Seth Adkins, Eve Hewson, Simon Delaney, Andrea Mellos, Olwen Fouere, Heinz Lieven, Grant Goodman, Sam Keeley, Robert Herrick
muzyka: David Byrne, Will Oldham
zdjęcia: Luca Bigazzi
montaż: Cristiano Travaglioli

 (8/10)

Kolejny w ostatnich miesiącach film, wyróżniający się występem jednego aktora.  Ogromna szkoda, że rola Seana Penna nie została zauważona praktycznie na żadnym ze światowych festiwali, bo to co wyczynia on w tym obrazie zasługuje na każde wyróżnienie, każdą nominację i statuetkę.  Jego rola jest kompletna, oszałamiająca i niepowtarzalna.  Choć tak naprawdę Penna w tej produkcji nie ma ani trochę.  Jest Cheyenne, kiedyś gwiazdor rocka, który dwadzieścia lat temu zawiesił działalność artystyczną i od tamtego czasu mieszka wraz z energiczną żoną w wielkim domu, gdzieś w Irlandii, robiąc na co dzień nie za wiele, przede wszystkim się nudząc.  I choć od tak długiego czasu nie występował, nie zrezygnował ze swojego scenicznego wyglądu.  Nadal nosi bujną, spadającą mu na oczy perukę, maluje usta i oczy, wkłada czarne skórzane ubrania i różnego rodzaju biżuterię.  Zupełnie jakby miał za chwilę wyjść na scenę i dać koncert.  To przebranie, które z zewnątrz czyni aktora kimś innym, choć imponujące, jest jednak tylko drobnym dodatkiem, niczym w stosunku do osobowości jaką swojej postaci nadał Sean.  Jego ruchy, zachowanie, i co najważniejsze niesamowity głos, czynią tę postać.  Są tak nieprawdopodobnie inne, że ani przez chwilę nie widzimy na ekranie aktora, który wciela się postać, a właśnie samą postać: Cheyenne’a.

Cheyenne jest rozlazłym staruszkiem, choć jego wiek trudno określić, tak mocno skrywany jest za mocnym makijażem.  Mówi jednak niczym dziecko, nieśmiało, spokojnie, jakby był zagubiony we mgle, jakby się bał odzywać, cicho i z przestrachem.  Jest spokojny i rozwleczony do przesady, ale jak zauważają wszyscy których spotyka, choć to bardzo specyficzny typ, to bardzo dobry z niego człowiek.  Wrażliwy, spokojny, na swój sposób dowcipny, i mający do siebie spory dystans.  Po śmierci swojego ojca, z którym nie rozmawiał przez ostatnie przynajmniej trzydzieści lat, wyrusza do Stanów by tam dowiedzieć się o jego ostatnich dniach i wraz z resztą rodziny uczestniczyć w uroczystościach pogrzebowych.  Dowiaduje się wtedy, że ojciec poświęcił ostatnie lata swego życia na szukanie nazistowskiego zbrodniarza, który prześladował go w obozie koncentracyjnym.  Bohater chcąc niejako oddać hołd swojemu ojcu, wyrusza w podróż po Ameryce, by zakończyć te poszukiwania.  I nie, to nie jest żart.  O tym opowiada właśnie ten film, choć nie bezpośrednio, bo inaczej niż można by wnioskować po zwiastunach, to nie jest najgłówniejszy wątek tej opowieści.  To pewien cel do którego dąży ta produkcja, przy okazji spoglądając w inne strony.

  

Przedziwny to film.  Z jednej strony tak naturalny, ludzki i prawdziwy, z drugiej niesamowicie wykręcony, zwariowany i szalony, choć w tej swojej odmienności bardzo spokojny i poważny.  Bo "Wszystkie odloty Cheyenne'a” to śmiertelnie poważna komedia, której zabawne sytuacje wynikają jakby przy okazji.  Opowiadana z kamienną twarzą, całkowicie na serio, ale przez absurdalność pewnych sytuacji, przedziwnych chwil, potrafiąca szczerze rozbawić.  Dziwny to film również przez swych bohaterów.  Bo Cheyenne podróżując przez Stany trafia na różnego rodzaju dziwaków, ludzi normalnych ale jednak w pewien sposób innych, żyjących swoim nietypowym życiem.  Niezwykły to obraz przez swoją formę, cudowne, niesamowicie barwne, zapierające dech w piersiach zdjęcia, oraz wspaniałą, pomysłową pracę kamery, która wielokrotnie płynnie omiata swoim wzrokiem kolejne miejsca, niezwykłe plenery.  Wyjątkowość tego obrazu nie wynika jednak tylko z jego przecudownej formy, ale także z muzyki, która jest tu równie ważną częścią historii.  Nie dodatkiem, czymś co przygrywa w tle, ale jakby inspiracją dla tego obrazu, źródłem jego opowieści.  Choć, jakżeby mogło być inaczej, jeśli to film o byłej gwieździe rocka?

Fantastycznie zostały tu dobrane kolejne utwory, z czego najczęściej pojawiającą się piosenką jest ta, od której pochodzi oryginalny tytuł filmu czyli "This Must Be The Place" (polski tytuł jak zwykle mocno nietrafiony).  Zamiast jednak tylko jednej wersji tego utworu (którą możemy nie tylko usłyszeć ale co ciekawe i zobaczyć jak wykonywana jest na żywo), prezentowane są tu też kolejne covery tego utworu, co bardzo urozmaica soundtrack, ale nie różnicuje za bardzo klimatu tej produkcji.  Muzyka towarzyszy nam jak i bohaterowi w jego dziwnej podróży.  I choć jego wyprawa jest niespieszna, choć dzieje się w niej stosunkowo niewiele, a kolejne wydarzenia są bardzo mocno rozłożone w czasie, to reżyser ani na chwilę nie traci panowania nad tą historią.  Nie rozłazi mu się ona na strony, nie zwalnia za bardzo, nie nudzi przesadnie.  To ciekawa, gorzko-słodka, chwilami fascynująca opowieść o szukaniu samego siebie, o szukaniu własnego domu na tym wielkim świecie.  Opowieść o dorastaniu, pokonywaniu swoich lęków i strachów.  O akceptowaniu życia takim jakie jest, wybaczaniu i godzeniu się z przeszłością.  O oczekiwaniu, cierpliwości i tym jak niezwykłym uczuciem jest wdzięczność.  Opowieść warta zobaczenia, choć na tyle nietypowa, że z pewnością nie spodoba się każdemu.  Dlatego lepiej podchodzić do niej ostrożnie.

20:30, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3