Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
czwartek, 31 marca 2011
kwiecień, maj, czerwiec
kwiecień, maj, czerwiec

Trzy Minuty 21:37 | Somewhere: Między miejscami | Erratum | Rio | Thor 3D | Między światami |

Kod nieśmiertelności | Lincz | Piraci z Karaibów 4 | Kung Fu Panda 2 | Melancholia |

 
X-Men: Pierwsza klasa | Kac Vegas w Bangkoku | Monsters | Green Lantern | Super 8 |

00:09, milczacy_krytyk , oczekuję
Link Komentarze (6) »
wtorek, 29 marca 2011
Ally McBeal - sezon II

McBealizm

Ally McBeal - sezon IIAlly McBeal - sezon II (1998 - 1999) USA

reżyseria: Jonathan Pontell, Mel Damski, Peter MacNicol, Jace Alexander, Tom Moore, Arvin Brown, Vincent Misiano, Adam Nimoy, Alex Graves, Dennie Gordon, Elodie Keane, Arlene Sanford, Billy Dickson, Ben Lewin, Michael Schultz, Allan Arkush
scenariusz: David E. Kelley, Shelly Landau
aktorzy: Calista Flockhart, Greg Germann, Jane Krakowski, Peter MacNicol, Lisa Nicole Carson, Gil Bellows, Courtney Thorne-Smith, Dyan Cannon, Vonda Shepard, Lucy Liu, Portia de Rossi, Albert Hall
muzyka: Danny Lux
zdjęcia: Billy Dickson
montaż: Craig Bench, Thomas R. Moore, Bill Johnson, Troy Takaki, Kaja Fehr

 (8/10)

Gdybym nie wiedział, nigdy bym nie uwierzył, że tak przyjemny i zabawny serial jakim jest "Ally McBeal" wyszedł spod pióra tego samego scenarzysty, który napisał poważną, przygniatającą czasem swoim klimatem "Kancelarię adwokacką".  Te dwa seriale są tak różne, że nie do pojęcia jest, by ten sam człowiek, w tym samym czasie, rozwijał tak odmienne historie ("Ally McBeal" i "The Practice" były emitowane jednocześnie w amerykańskiej telewizji - ten pierwszy w poniedziałki na Fox, ten drugi w soboty/poniedziałki na abc).  Jedyne co je łączy, to to, że rozgrywają się w świecie prawników.  Kropka.  "Kancelaria adwokacka" to ciężka produkcja, przepełniona poważnymi, problematycznymi sprawami kryminalnymi, unikająca łatwych wyborów i prostych rozwiązań.  "Ally McBeal" to natomiast rozbrajająco zabawna opowiastka o pewnej nietypowej kancelarii, która zdecydowanie bardziej koncentruje się na sprawach sercowych bohaterów, niż prawnych.

Nie znaczy to jednak, że "Ally McBeal" jest tylko romansidłem, skupiającym się wyłącznie na kolejnych sercowych wzlotach i upadkach głównej bohaterki.  Owszem jest tu tego sporo, ale w (prawie) każdym odcinku na tapecie jest również jakaś nietypowa sprawa sądowa, którą kancelaria powinna wygrać.  Co więcej wszystkie sprawy prowadzone przez bohaterów w mniejszym lub większym (ale zawsze) stopniu odnoszą się do ich życia prywatnego.  I właśnie przez uczestnictwo w nich muszą spojrzeć na to co przydarza im się w życiu prywatnym z trochę innej perspektywy.  Bo dopiero na czyimś przykładzie zauważają to, czego nie potrafią o sobie zrozumieć od razu.  Tak było w pierwszym sezonie i tak jest też w kolejnych odcinkach.  W drugiej serii David E. Kelley dodał do obsady dwie nowe bohaterki, które na początku pojawiają się gościnnie, a następnie dołączają do stałej obsady.  Pierwsza z nich to dość chłodna ale świetna adwokat Nell Porter (Portia de Rossi), a druga to jej przyjaciółka Ling Woo (Lucy Liu), która również zacznie pracować w kancelarii.

Obie Panie wniosą do serialu wiele humoru (choć i tak dotychczas było go pod dostatkiem) i trochę namieszają w panujących między bohaterami relacjach.  Nell zakręci się wokół Johna, a Ling omota sobie wokół palca Richarda.  I choć początkowo dalsze poszerzanie obsady i tak bogatego w ciekawe postacie serialu, wydawało mi się średnio udanym pomysłem, to całe szczęście obie bohaterki bardzo dobrze się w nim zaaklimatyzowały i nie sprawiają wrażenia dodanych do niego na siłę.  Poza tą zmianą (inna jest jeszcze czołówka ale to szczegół) drugi sezon niczym specjalnym nie różni się od poprzednika.  Jest on jedynie trochę równiejszy - kolejne epizody prezentują bardzo podobny poziom.  Kontynuuje on wątki rozpoczęte w pierwszych dwudziestu trzech odcinkach .  Ally wciąż marzy o swojej drugiej połówce, umawiając się z kolejnymi kandydatami, a także zaczyna chodzić do psychologa, w nadziei, że sesje pomogą jej uporządkować trochę zwariowane życie uczuciowe. 

Drugi sezon, podobnie jak pierwszy przepełniony jest zabawnymi scenami, świetnie napisanymi dialogami, i sytuacjami chwilami tak absurdalnymi, że nie sposób się z nich nie śmiać.  Ale co ważne "Ally McBeal" to nie tylko świetny serial komediowy, który fantastycznie poprawia humor, ale również wcale nie głupia opowiastka o często skomplikowanych relacjach damsko - męskich, oczekiwaniach, marzeniach, i zwyczajnych ludzkich problemach.  Najczęściej sercowych, ale dzięki procesom sądowym nie tylko.  To naprawdę mądry serial, wypełniony fantastycznymi, mądrymi spostrzeżeniami na temat życia, które można sobie wręcz gdzieś zapisywać, co by te najważniejsze zapamiętać na długo.  Dialogi są tu niesamowicie żywe i naturalne.  Kilka powiedzonek, którymi posługują się bohaterowie (jak chociażby "zasępiłem się" Johna, czy "było, minęło" Richarda) w mojej rodzinie samoistnie weszło już do codziennego słownika.  Chociażby to świadczy jak fantastycznie napisany jest to serial.  

"Ally McBeal" to opowieść o kancelarii jakiej z pewnością nigdzie się nie znajdzie i o niezwykle oryginalnych, pokręconych ludziach w niej pracujących.  Większość z nich jest zdrowo szurnięta, ale co ważne nie traktuje się ich źle.  Każdego cechuje jakieś dziwactwo - John np. ćwiczy w toalecie zeskok z drzwi kabiny (wiem brzmi to idiotycznie, ale jest naprawdę zabawne) - ale pomimo ich specyficzności serial ten nie wydaje się całkowicie oderwany od rzeczywistości.  Jest po prostu nietypowy.  Nawet muzyka w tej produkcji jest niezwykła, bo każdy z bohaterów ma swój pewien "motyw przewodni".  John słyszy piosenki Barry'ego White'a, Richard dzwony (lub kotły gdy przestaje w siebie wierzyć), Ling wprowadza niepokój swoim przyspieszonym marszem lub warczy jak tygrys gdy coś się jej nie spodoba.  A Ally... słyszy i widzi to czego inni nie są w stanie sobie nawet wyobrazić.  Choć jej wizji jest w tym sezonie mniej niż poprzednio i są zdecydowanie mniej intensywne niż dotychczas.

Najlepszy odcinek: 2x22: Love's Illusions

00:15, milczacy_krytyk , serial
Link Komentarze (3) »
sobota, 26 marca 2011
Sucker Punch

you control this world

Sucker PunchSucker Punch (2011) Kanada, USA

reżyseria: Zack Snyder
scenariusz: Zack Snyder, Steve Shibuya
aktorzy: Emily Browning, Abbie Cornish, Jena Malone, Vanessa Hudgens, Jamie Chung, Carla Gugino, Oscar Isaac, Jon Hamm, Scott Glenn, Richard Cetrone, Gerard Plunkett, Malcolm Scott
muzyka: Tyler Bates, Marius De Vries
zdjęcia: Larry Fong
montaż: William Hoy

 (7/10)

Zack Snyder dotychczas kręcił filmy opierające się na istniejących już wcześniej historiach.  Opowiedzianych kiedyś na wielkim ekranie, znajdujących się na kartach komiksów, czy książek.  Odpadał mu w związku z tym jeden z największych problemów z jakim muszą borykać się współcześni twórcy - stworzenie ciekawej, interesującej i wciągającej fabuły.  Tę zapewniali mu dotychczas inni twórcy, w swoich oryginalnych dziełach.  Snyder zajmował się "jedynie" ożywianiem nieruchomych obrazów, przedstawianiem tych opowieści na wielkim ekranie.  I był w tym świetny.  Oczywiście nie wszystkim jego dopieszczony do granic możliwości styl odpowiadał.  Te ciągłe zwolnienia akcji, najazdy kamery na detale, zachwycanie się kolejnymi dopracowanymi w najmniejszych szczegółach obrazkami.  Mnie osobiście takie podchodzenie do tematu przekonywało, idealnie pasowało do historii, które reżyser opowiadał i świetnie wyglądało ono na wielkim ekranie. Tym razem Snyder rzucił się na głęboką wodę, bo "Sucker Punch" to jego autorska produkcja.  Jego pomysł i scenariusz (pisany do spółki z Stevem Shibuyą).  Opowieść od początku do końca wymyślona przez reżysera, nie oparta na żadnym materialne źródłowym, który można by było poprawić, zmienić, ulepszyć.

I w tym tkwi właśnie kłopot z tym filmem.  Historia nie domaga.  Efekty, zdjęcia, zwolnienia, wszystko to do czego przyzwyczaił nas reżyser, utrzymane jest na fantastycznym poziomie.  Pierwsza klasa, którą można się swobodnie przez cały seans zachwycać.  Jest to jednak tylko powłoka, pewien piękny fatałaszek, który poprzednio upiększał interesujące wydarzenia, a tym razem nie ma za bardzo czego wzbogacać.  Brakuje w "Sucker Punch" rdzenia, czegoś na czym można by oprzeć tą całą efekciarskość.  Brakuje porywającej, zapierającej dech w piersiach, wielowątkowej historii, która by wzruszała, intrygowała, napędzała tą rozbuchaną machinę.  Ta, którą zaproponował nam Snyder jest jakaś niemrawa, zbyt nijaka, za bardzo prosta, choć całe szczęście nie aż tak beznadziejna i bezsensowna jak opisują ją zagraniczni recenzenci. Całe szczęście od początku widać tu pewien ciekawy pomysł, pewien interesujący zamysł, któremu podporządkowane są późniejsze wydarzenia.  Reżyser miał nam coś do powiedzenia, jego film do czegoś dąży i nie jest tylko zbiorem efektownych teledysków, o co strasznie obawiałem się przed premierą i za to plus.  Szkoda tylko, że z realizacją tych pomysłów nie zawsze jest najlepiej i niektóre choć może na papierze wyglądały dobrze, to w filmie sprawdziły się średnio. 

Najbardziej naciągane są wycieczki głównej bohaterki do świata wyobraźni.  Teoretycznie to co dzieje się na trzecim poziomie jest odpowiednikiem, tego co aktualnie ma miejsce w rzeczywistości w której znajdują się dziewczyny.  Z tą różnicą, że jest to świat na sterydach, efektowny, wyjęty niczym z gry komputerowej.  Akcja, walki, strzelaniny i konkretna misja do wykonania. Jednakże te odwołania pomiędzy dwoma rzeczywistościami są bardzo powierzchowne, chwilami niezwykle naciągane.  Poziom gry komputerowej jest moim zdaniem za słabo uzasadniony, za mało umotywowany, zbyt wariacki.  Sam pomysł na to, by kolejne misje w rzeczywistości przybierały niezwykłe rozmiary w wyobraźni dziewczyn był naprawdę fantastyczny, tylko szkoda, że nie udało się bardziej powiązać tych dwóch światów.  W obecnej postaci to bardzo luźne skojarzenia, wymyślane czasami na siłę.  Taniec to pojedynek z gigantycznymi samurajami, zdobywanie mapy to walka z zombie w czasach Pierwszej Wojny Światowej, a poszukiwanie kolejnego elementu czyli ognia to średniowiecze, atak na zamek i ziejący ogniem smok.  Wygląda to tak jakby Snyder wymyślił poszczególne scenki akcji i dopiero później starał się je dopasować do głównej opowieści.

Przez to, że wycieczki bohaterek do wymyślonego świata są tak uproszczone, są one również najnudniejszymi chwilami w tym filmie.  Dzieje się w nich wiele, bohaterki powalają kolejnych przeciwników, ale ponieważ wszystko rozgrywa się jedynie w ich głowach, nie jest to zbytnio emocjonujące i gdyby bardziej wydłużyć te sceny, stałyby się po prostu nudne.  Pod tym względem trochę lepiej ogląda się wydarzenia z domu publicznego, w którym przebywają dziewczyny.  Choć nie są spektakularne, to będąc bliżej bohaterek stają się automatycznie ciekawsze.  Te spokojne chwile, przerywniki pomiędzy jedną, a drugą nawalanką, nie spowalniają całego filmu i powodują, że nie ogląda się go jak gigantycznego teledysku.  Jednakże i z nimi jest pewien problem, bo i one są tylko pewną fantazją, pewnym przerysowaniem, do którego również nie można się za bardzo przywiązywać.  Trudno więc powiedzieć, co jest tu rzeczywistością, a co nie, czym mamy się przejąć, a czym jednak nie.  Najlepsze w najnowszej produkcji Snydera jest pierwsze kilkanaście minut, w czasie których dowiadujemy się jak i dlaczego główna bohaterka dostała się do szpitala psychiatrycznego.  Przedstawione bez słów, w zwolnionym tempie, fantastycznie zmontowane i nakręcone, do tego wzbogacone o rewelacyjnie dobraną muzykę.  Perfekcja, której poziomu szkoda, że nie udało się później utrzymać.

"Sucker Punch" to obrazek mówiący jak daleko możemy zajść, jak wiele osiągnąć, o ile tylko będziemy wierzyć w swoje umiejętności, w swoją wyjątkowość.  Bo choć o tym za często zapominamy, mamy przy sobie wszystko, co pomoże nam osiągnąć sukces.  Musimy jedynie nauczyć się z tego korzystać, wykorzystywać nasze ukryte zalety i walczyć o swoje.  Bo tak naprawdę to co stoi nam na drodze, to my sami.  Nasze lęki, ograniczenia, które ściągają nas na ziemię, które hamują nas, nie pozwalają realizować naszych marzeń.  Gdy się od nich uwolnimy, wszystko stanie się możliwe.  Na plus tej historii trzeba koniecznie zaliczyć to w jaki sposób się kończy.  Po niezliczonej ilości potyczek, bitew przychodzi bardzo skromne, wyciszone i całkiem zaskakujące zakończenie.  Snyder nie zdecydował się na gigantyczną bitwę, największy efekt specjalny ze wszystkich, które do tej pory widzielibyśmy i była to fantastyczna decyzja, bo jednak co za dużo, to nie zdrowo, i taki rozbuchany finał byłby tylko niepotrzebnym przepychem.  Szkoda tylko trochę, że ta zwariowana historyjka nie została lepiej zagrana.  Bardzo zawiodła mnie Emily Browning, która przez cały seans miała przyklejony jeden smutny, wystraszony wyraz twarzy i ani przez chwilę nawet nie spróbowała go zmienić.  Pozostałe aktorki to tylko nijakie tło, które dobrze wygląda.

Ciężko mi ocenić ten film.  Mam bardzo sprzeczne uczucia na jego temat.  Nie mieszane, co oznaczałoby bardziej, że ani specjalnie się nim nie zachwyciłem, ani zbytnio mi niczym nie podpadł.  Całe szczęście nie jest on ani letni, ani nijaki.  Z jednej strony chwilami podobał mi się ogromnie, chwilami za to denerwował, irytował i nudził niemiłosiernie.  W przypadku takich filmów jak "Sucker Punch" włącza mi się podświadomie wewnętrzny głos, wynajdujący wszystkie wady, czepiający się wszystkiego czego można się czepić.  Który zamiast cieszyć się z migających przed oczami obrazków, kręci nosem na nienajlepsze aktorstwo, rozczarowujący scenariusz.  To on traktuje ten obraz jak biedniejszą wersje "Incepcji", film dla mniej wymagających, oczekując od tego efekciarskiego blockbustera czegoś więcej, niż tylko zwariowanej rozrywki.  Czy potrzebnie?  Oczywiście, że nie.  Pomimo licznych wad, pewnych niedociągnięć, niesatysfakcjonującego scenariusza, "Sucker Punch" podobał mi się.  Chwilami bardzo i nie wiem czy nie skuszę się na drugi seans, gdy pojawi się już wersja rozszerzona.  Jako produkcja wypakowana po brzegi efektami specjalnymi, nie jest tak nudna jak to czasem bywa, jako efekciarski gadżet wcale nie jest tak odmóżdżająca i bezsensowna jak inne produkcje.  Klucz do tego filmu tkwi chyba w tym, czy akceptujemy kino Snydera.  Jeśli tak, to i „Sucker Punch" pewnie przypadnie nam do gustu (bardziej lub mniej ale jednak).  Jeśli nie, seans może okazać się efektowną torturą.

P.S. Jestem bardzo ciekawy jak będzie wyglądać zapowiadany na przyszły rok "Superman" Snydera.  Może z tego być bardzo ciekawe widowisko.

17:45, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (13) »
środa, 23 marca 2011
Sześć stóp pod ziemią - sezon III

life goes on... but not the same...

Sześć stóp pod ziemiąSześć stóp pod ziemią - sezon III (2003) USA

reżyseria: Rodrigo Garcia, Michael Cuesta, Michael Engler, Alan Poul, Jeremy Podeswa, Kathy Bates, Nicole Holofcener, Dan Attias, Karen Moncrieff, Dan Minahan, Alan Ball
scenariusz: Alan Ball, Scott Buck, Kate Robin, Rick Cleveland, Bruce Eric Kaplan, Jill Soloway, Craig Wright, Nancy Oliver
aktorzy: Peter Krause, Michael C. Hall, Frances Conroy, Lauren Ambrose, Freddy Rodríguez, Mathew St. Patrick, Rachel Griffiths, Justina Machado, Jeremy Sisto, James Cromwell, Lili Taylor, Ben Foster, Joanna Cassidy, Richard Jenkins, Peter Macdissi, Eric Balfour, Rainn Wilson, Kathy Bates, Robert Foxworth
muzyka: Richard Marvin 
zdjęcia: Alan Caso, Frederick Iannone
montaż: Michael Ruscio, Tanya M. Swerling, Ron Rosen, Christopher Nelson

 (10/10)

Perfekcyjnego serialu ciąg dalszy.  Pierwszy odcinek trzeciego sezonu rozpoczyna się w tak zaskakujący, zadziwiający i szokujący sposób, że dosłownie zatyka, paraliżuje i powoduje, że w ciągu kilku sekund w naszej głowie pojawia się tysiące pytań, na które od razu, natychmiast chcielibyśmy poznać odpowiedzi.  Czy to co widzimy na ekranie jest prawdziwe czy nie?  Czy dzieje się naprawdę czy nie? A może bohaterowie tylko śnią, a my razem z nimi obserwujemy senne marzenia, fantazje, koszmary?  Czy to może tylko żart twórców?  Przecież w ten sposób nie może potoczyć się ten serial.  Odcinek ten jest tak niespodziewany, tak niesamowity, że aż nie sposób po nim od razu dojść do siebie, nie sposób po nim ochłonąć.  Dopiero drugi epizod przynosi konkretne odpowiedzi, jest zdecydowanie bardziej rzeczywisty.  Dzięki niemu możemy odnaleźć grunt pod nogami, podnieść szczękę z podłogi i w pełni zrozumieć co wydarzyło się w życiu Fisherów i ich znajomych od czasu ostatniej wizyty u nich.  A wydarzyło się naprawdę sporo.  Ruth rozstała się z Nikolayem i odeszła z prowadzonej przez niego kwiaciarni.  Brenda po rozstaniu z Natem spakowała wszystkie swoje rzeczy i wyjechała w nieznane.  On natomiast poddał się niebezpiecznej operacji na AVM, po której mógł już nigdy nie wrócić do siebie, stracić pamięć lub co gorsza umrzeć w wyniku powikłań.  Claire po skończeniu szkoły poszła na studia artystyczne, a David nie mając już na karku konkurencji, otworzył na nowo (po remoncie) rodzinny zakład pogrzebowy.  Z małą zmianą w jego szyldzie, bo zamiast "Fisher i synowie" od teraz nazywa się on "Fisher i Diaz" - Frederico wreszcie został partnerem...

Mam wrażenie, że sezon trzeci jest sezonem przejściowym pomiędzy tym co wydarzyło się w życiu bohaterów, a tym co dopiero nastąpi.  Łącznikiem pomiędzy sezonami pierwszym i drugim, a czwartym i piątym.  Tym co łączy przeszłość z zupełnie odmienną przyszłością.  Chwilą, w której zmienia się życie bohaterów, w którym zachodzą ogromne zmiany, w której kształtują się ich losy, która przeobraża otoczenie w jakim się znajdują i ich samych.  Dlatego ten sezon trochę różni się od dwóch poprzednich, ma odrobinę inny klimat, a losy bohaterów rozwijają się w chyba trochę innych kierunkach, niż o tym mogliśmy myśleć pod koniec odcinka dwudziestego szóstego.  Więcej w tej serii humoru, często bardzo kąśliwego, czarnego, a także pokazywania rzeczywistości w bardzo krzywym zwierciadle.  Niestety chwilami takie mocniejsze nasączenie poważnym humorem, trochę kłóci się ze spokojnym klimatem jaki ten serial miał od samego początku i nie zawsze wypada perfekcyjnie.  Moim zdaniem lepiej sprawdzało się w tej produkcji skromne poczucie humoru jakie serial prezentował wcześniej, bardziej dyskretne, dzięki któremu historia ta była milsza, mniej przygnębiająca.  Całe szczęście tych komediowych wstawek nie ma za wiele i takich chwil w których dwa podejścia do jednej opowieści miałyby się kłócić wiele się nie zdarza.  Nadal jest to serial niezwykle życiowy.  Zwyczajny, ale właśnie przez swoją normalność, niesamowity, niepowtarzalny, cudowny.  Produkcja fantastycznie napisana, świetnie poprowadzona i co najważniejsze rewelacyjnie zagrana przez wszystkich aktorów, nawet tych epizodycznych.  Spostrzeżenia bohaterów na temat życia, śmierci, przyjaźni, miłości, rodziny można sobie wręcz wypisywać gdzieś ku pamięci, są tak mądre i często warte zapamiętania.

Twórcy po dwóch poprzednich seriach w tej pozwolili sobie na więcej. Odważniej poprowadzili swoją opowieść, w każdym odcinku eksperymentując z nią, a także starając się nie ugrzęznąć w schemacie, który stworzyli na początku pierwszej serii, i przez który ich serial mógłby stać się nudny, zbyt przewidywalny.  Dlatego w kilku odcinkach mamy okazję zobaczyć pogrzeby zbiorowe, a ekran z informacjami o zmarłej osobie na początku danego epizodu rozjaśnia się nie raz, nie dwa, ale czasem nawet kilkakrotnie.  Ponadto twórcy w pierwszych scenach każdego odcinka, w których normalnie pokazywali umierającą osobę, zaczynają sobie trochę z nami pogrywać.  Pokazują na przykład pewną osobę, skupiają na niej całą swoją uwagę, podczas gdy faktycznie umiera ktoś inny, ktoś kto teoretycznie umrzeć nie powinien, bo z naszego punktu widzenia śmierć bliżej była tej pierwszej osoby.  Twórcy bawią się z nami w ten sposób niejako w kotka i w myszkę, nabierając nas raz po raz i czyniąc ze wstępów do odcinków nie tylko obserwację ostatnich chwil życia danej postaci, ale także oferując nam pewną zgadywankę w to, czyje życie (a raczej śmierć) stanie się częścią życia Fisherów.  Śmierci początkowo anonimowych osób stają się więc dla nas sporym zaskoczeniem - dotychczas było prawie pewne, że ten kogo zobaczymy we wstępie umrze - w sezonie trzecim tak już nie jest.  Śmierć często przychodzi niespodziewanie, nie jest przewidywalna, nadchodzi nagle, z zaskoczenia.

W sezonie trzecim pojawia się również wiele nowych, bardzo intrygujących, często dziwacznych postaci.  Po pierwsze do stałej obsady dołączyła Lisa, która wychowuje wraz z Natem ich córkę Mayę.  Poznając bliżej tę bohaterkę, przy okazji poznajemy również jej nieznośną szefową, kobietę całkowicie zależną od innych, która wykorzystuję Lisę na każdym kroku, traktując ją niczym jak swoją opiekunkę.  W kilku odcinkach (szkoda, że tak niewielu) pojawia się chyba najbardziej sympatyczna ze wszystkich nowych postaci - Bettina, zagrana przez fenomenalną Kathy Bates (co ciekawe, Kathy Bates nie tylko zagrała w tym serialu ale również wyreżyserowała kilka z jego odcinków).  Jest niesamowicie energiczną i pozytywną przyjaciółką siostry Ruth, która stara się wyrwać ją z uzależnienia od leków.  Obie panie bardzo szybko się ze sobą zaprzyjaźnią.  Dodatkowo bliżej poznajemy nowego chłopaka Claire - spokojnego Rusella, który uczęszcza z nią na zajęcia akademickie i obok niej jest najzdolniejszym uczniem na roku.  Choć chłopak jest najbardziej spokojnym i wydawać by sie mogło najbardziej ułożonym ze wszystkich jej miłości, będzie miała z nim nie lada przejścia.  David dzięki uczestnictwu w chórze składającym się wyłącznie z mężczyzn o odmiennej orientacji pozna nowych znajomych, dzięki którym spojrzy na swój związek z Kiethem z trochę innej strony.  A w domu pogrzebowym Fisherów pojawi się nowy pracownik - pedantyczny, ułożony i zamknięty w sobie Arthur, który wpłynie na życie matki, a dokładniej powiedziawszy, to ona wpłynie na niego.

19:51, milczacy_krytyk , serial
Link Komentarze (2) »
niedziela, 20 marca 2011
Inwazja: Bitwa o Los Angeles

marines don't quit

Inwazja Battle Los AngelesInwazja: Bitwa o Los Angeles (2011) USA

reżyseria: Jonathan Liebesman
scenariusz: Christopher Bertolini
aktorzy: Aaron Eckhart, Michelle Rodriguez, Will Rothhaar, Cory Hardrict, Adetokumboh M'Cormack, Jim Parrack, Taylor Handley, Michael Pena, Bridget Moynahan, Ramon Rodriguez, Gino Anthony Pesi, Susie Abromeit, Elizabeth Keener, Joey King, Jadin Gould, Brandi Coleman, Ne-Yo, Lucas Till, Noel Fisher, Neil Brown Jr., Bryce Cass, Taryn Southern, E. Roger Mitchell, Joe Chrest
muzyka: Brian Tyler
zdjęcia: Lukas Ettlin
montaż: Christian Wagner

 (7/10)

Pewnego zwyczajnego dnia następuje inwazja.  Z nieba w niezliczonych ilościach spadają przedziwne meteory.  Spadają do mórz i oceanów, blisko kilkunastu największych miast na świecie.  Naukowcy nie potrafią wyjaśnić tego niezwykłego zjawiska.  Jak się wkrótce okazuje meteory niosą ze sobą pewne formy życia.  Nieprzyjazne organizmy, na wpół organiczne, na wpół mechaniczne.  Ich jedynym celem jest eksterminacja rodzaju ludzkiego i zdobycie całej planety.  Po kolei padają kolejne zaskoczone atakiem miasta, niepotrafiące poradzić sobie z niebywale silnym wrogiem, który atakuje z ziemi jak i z powietrza.  Jedynym wielkim miastem, którego nie udało się jeszcze zdobyć jest Los Angeles.  Jeden z wielu oddziałów Marines, odpowiedzialny za walkę z najeźdźcą, zostaje wysłany w teren. Jego zadaniem jest znalezienie cywili i ewakuacja ich w bezpieczne miejsce - o ile takowe jeszcze będzie istnieć.  Mają na to tylko trzy godziny.  Po tym czasie nikt nie będzie przejmować się już ich losem, a na miasto zostaną zrzucone bomby...

 

"Battle Los Angeles" rozpoczyna się bez żadnego wstępu.  Na Ziemi pojawiają się obcy, rozpoczyna się inwazja.  Świat pogrąża się w wojnie.  Wojsko próbuje obronić zaatakowane miasta, ewakuować ludność cywilną, ale nie radzi sobie z tak zaawansowanym wrogiem.  Widzimy dramatyczne sceny, relacje z różnych zakątków świata. Istna apokalipsa.  I wtedy następuje... wstęp.  Nie wiedzieć po co twórcy cofają akcję filmu o dwadzieścia cztery godziny od momentu gdy padły pierwsze strzały i rozpętało się piekło.  W momencie gdy kolejne obrazy coraz bardziej wgniatają nas w fotel, w chwili gdy akcja coraz bardziej się rozpędza, twórcy wyhamowują ją do zera, bo zachciało się im powiedzieć coś o bohaterach.  Ale czy jest to w ogóle ważne?  Czy luźne wzmianki o tym, że jeden z żołnierzy wkrótce będzie się żenić, że drugi ma dziecko, a inny stracił niedawno brata coś nam dają?  Czy jest to istotne skoro wiemy (bo dosłownie przed chwilą widzieliśmy to na własne oczy), że za niespełna dzień cały świat stanie na głowie i nic z tego nie będzie się liczyć?  Oczywiście, że nie.

Od momentu gdy na plaży padają pierwsze strzały, gdy zaczynają ginąć w setkach i tysiącach kolejni ludzie, istotna robi się jedynie misja ratowania tych nielicznych, którzy jakimś cudem przetrwali pierwszy atak, i teraz ukrywają się gdzieś w zniszczonych budynkach, a także obrona miasta przed nadciągającymi obcymi.  Tak więc te początkowe dwadzieścia minut nie ma kompletnie sensu, jest jedynie niepotrzebnym, nudnym zapychaczem, który trzeba jakoś przecierpieć, by dobrnąć do właściwej akcji.  Twórcy wiedzieli przecież jakiego typu film kręcą i to przedstawienie postaci było całkowicie chybionym pomysłem.  Zdecydowanie lepiej byłoby, gdyby o bohaterach, o ich dotychczasowym życiu, ich rodzinach i bliskich, dowiadywalibyśmy się w trakcie akcji, w tych nielicznych chwilach spokoju, pomiędzy jedną, a drugą strzelaniną.  Gdyby życie bohaterów wynikało z dialogów, krótkich rozmów, gdybyśmy mogli je sami z nich zbudować.  Wprowadzenie wstępu jest tym bardziej niezrozumiałym zabiegiem, bo później, w trakcie akcji, twórcy właśnie poprzez rozmowy jeszcze bardziej przedstawiają kilku z głównych bohaterów.  Zamiast więc zdać się tylko na odkrywanie postaci w czasie wojny, zupełnie niepotrzebnie pokazali nam ich w czasie pokoju.

 

Choć może z drugiej strony to i dobrze, że twórcy nie zdecydowali się na budowanie swoich postaci jedynie poprzez dialogi?  Te są bowiem w tym filmie tak potworne, że aż uszy od nich cierpną.  Nieskładne, bezsensowne, pisane jakby na kolanie, zupełnie od niechcenia.  No bo przecież film jest długi i bohaterowie powinni od czasu do czasu do siebie jednak coś wykrzyczeć.  Sęk w tym, że zdecydowanie lepiej oglądałoby się ten film, gdyby się do siebie w ogóle nie odzywali, gdyby akcja rozwijała się samoistnie bez słów.  Wiele z sytuacji jakie następują w tej produkcji, scen, które miały spory potencjał, zostało całkowicie rozwalonych właśnie przez okropne, pompatyczne, nieskładne i sprzeczne teksty bohaterów.  Część z nich z łatwością może przejść do historii na najgłupsze odzywki jakie wypowiedziano na wielkim ekranie.  Świetnym przykładem jest tutaj płomienna przemowa sierżanta sztabowego, w którą grający go Aaron Eckhart wkłada całe swoje serce, i którą przez wymogi okropnego scenariusza kończy mówiąc, że nic co przed chwilą powiedział nie jest ważne, bo Marines muszą nadal walczyć.  To po co było sobie strzępić język?

Świetnie za to sprawuje się w tym filmie muzyka Briana Tylera.  Nie przepadam za tym kompozytorem, jego poprzednie dokonania nie robiły na mnie większego wrażenia, ale ten soundtrack naprawdę mu się udał.  Jego muzyka przypomina odrobinę klimatem tę, którą mogliśmy słuchać podczas fenomenalnego "Dystryktu 9".  Jest podniosła ale nie przesadnie, patetyczna ale słucha się jej z przyjemnością.  I co najważniejsze perfekcyjnie pasuje do obrazu.  Nie góruje nad nim, nie przekrzykuje rozgrywającej się na ekranie akcji.  Jest ciągle obecna, świetnie napędza ten obraz, wspomaga poszczególne sceny, wzmacnia je niebywale.  Gdyby nie ona z pewnością nie oglądało by się tego filmu tak dobrze, nie byłby on tak wciągający jak teraz.  Stanowi ona świetny, porywający podkład, który co więcej nie dość, że bardzo dobrze sprawuje się w samym filmie to i oddzielnie da się go słuchać z całkiem sporą przyjemnością.  Od kilku dni chodzi za mną motyw przewodni, a także fragment utworu „Redemption” i nie mogę o nich zapomnieć, tak wryły mi się w pamięć.  A to jak na soundtrack do filmu po brzegi wypakowanego akcją, do tego filmu wojennego, jest sporym osiągnięciem i raczej rzadkością, za którą trzeba koniecznie pochwalić. 

 

Co ciekawe pomimo ogromnego patosu jakim wypakowana jest ta produkcja, pomimo potwornych dialogów, których nie sposób słuchać, obraz ten ogląda się naprawdę dobrze.  Ma on odpowiednie tempo, po początkowym niepotrzebnym zwolnieniu, później nie przystaje ani na chwilę i pędzi przed siebie do samego końca.  Jest wciągający, a toczące się bez przerwy potyczki na ulicach Los Angeles ani przez chwilę nie nudzą.  Dzieje się tak dlatego, bo obraz Jonathana Liebesmana jest świetnie nakręcony i fantastycznie zmontowany.  Przez zdjęcia kręcone z ręki mamy ciągle wrażenie, że znajdujemy się w centrum wydarzeń.  Do tego w to surowe otoczenie perfekcyjnie skomponowane zostały nierzucające się w oczy efekty specjalne.  Aż nie sposób odróżnić co zostało wykreowane za pomocą komputera, a co przy pomocy standardowych technik.  I kończąc już tę opinię trzeba zaznaczyć, że nie ma się co czepiać samej fabuły i tego, że film ten ogranicza się jedynie do przedstawienia wielkiej bitwy, że nie jest niczym więcej, że o nic więcej w nim nie chodzi.  Taki przecież miał być - dzielni amerykańscy chłopcy walczą z obcymi za dom, za rodzinę, przyjaciół i za ojczyznę.  A my mamy z tego powodu dwie godziny radochy.

PS. Gratulacje dla polskiego dystrybutora za napisy nakładające się na oryginalne angielskie napisy informujące kto jest kim.  Chwilami nie dało się nic przeczytać...

Tagi: akcja sci-fi
10:37, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (19) »
 
1 , 2 , 3