Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
wtorek, 30 marca 2010
kwiecień, maj, czerwiec
kwiecień, maj, czerwiec


9.04 Co nas kręci, co nas podnieca | 9.04 Starcie tytanów | 16.04 Fantastyczny Pan Lis | 23.04 Ondine | 30.04 Iron Man 2 | 30.04 Szalone serce



14.05 Koszmar z ulicy Wiązów | 14.05 Nocna randka | 14.05 Samotny mężczyzna | 21.05 Zatoka delfinów | 21.05 Książę Persji: Piaski czasu | 21.05 Prorok



4.06 Green Zone | 18.06 Toy Story 3D |

15:32, milczacy_krytyk , oczekuję
Link Komentarze (6) »
niedziela, 28 marca 2010
Wyspa tajemnic

mechanizmy obronne

Wyspa TajemnicWyspa tajemnic (2010) USA

reżyseria: Martin Scorsese 
scenariusz: Laeta Kalogridis 
aktorzy: Leonardo DiCaprio, Mark Ruffalo, Ben Kingsley, Max von Sydow, Michelle Williams, Emily Mortimer, Patricia Clarkson, Jackie Earle Haley, Ted Levine, John Carroll Lynch, Elias Koteas, Robin Bartlett, Christopher Denham, Nellie Sciutto, Joseph Sikora, Curtiss Cook
zdjęcia: Robert Richardson 
montaż: Thelma Schoonmaker 

na podstawie: powieści Dennisa Lehane "Wyspa tajemnic"

 (8/10)

Jest rok 1954.  Na złowieszczo wyglądającą, skalną wyspę Shutter Island, położoną w Zatoce Bostońskiej przybywa szeryf federalny Teddy Daniels wraz ze swoim partnerem Chuckiem Aule.  Przybywa do pilnie strzeżonego szpitala psychiatrycznego dla obłąkanych przestępców.  Ma wyjaśnić zagadkowe zniknięcie jednej z pacjentek - Rachel Solando, która zniknęła zeszłego wieczoru ze swojego pokoju, który był zamknięty od zewnątrz.  Jak mówi sam dyrektor szpitala, wydaje się jakby zaginiona przeniknęła przez ściany, bo ucieczka z placówki jest praktycznie niemożliwa.  Policjanci rozpoczynają śledztwo i odnajdują krótki list od Rachel, w którym jest mowa między innymi o tajemniczym 67 pacjencie szpitala.  Wkrótce ciężka atmosfera tego miejsca zaczyna coraz bardziej wpływać na Teddy'ego - coraz częściej wracają do niego okropne wspomnienia z przeszłości, bóle głowy nasilają się, a cała sytuacja zaczyna się powoli wymykać spod kontroli, bo kolejne pytania mnożą się w postępie geometrycznym i nie widać szansy na szybkie i logiczne odpowiedzi.  Co gorsza do wyspy zbliża się nieubłaganie huragan i wkrótce łączność z resztą świata zostaje zerwana… 

Zacznę od tego czego mi najbardziej zabrakło w filmie Scorsese, bo jest to jedyna rzecz do której mogę się przyczepić w jego filmie.  Otóż zabrakło mi zaskakującego zakończenia, bo ta historia aż prosiła się o niespodziewane i szokujące rozwiązanie, a takiego niestety nie otrzymujemy.  Jest co prawda odwrócenie całej sytuacji o 180 stopni i rozwiązanie tej opowieści w zupełnie przeciwny sposób niż wynikałoby to z pierwszych scen filmu, jednakże taki rozwój wypadków był najbardziej oczywisty ze wszystkich jakie mogliśmy przewidywać przed seansem.  Sugerował go już nawet trailer i liczyłem na to, że jeśli nastąpi on w filmie, to będzie on jedynie przejściowym etapem do właściwego rozwiązania.  Niestety jest to jedyny wielki twist w tym obrazie i na żaden inny nie mamy co liczyć.  Całe szczęście ostatnia kwestia wypowiadana przez DiCaprio jest dość dwuznaczna i w związku z tym mamy chociaż o czym myśleć po seansie.  Być może gdyby "Shutter Island" powstało kilka lat temu, gdy tego typu zwroty akcji nie były jeszcze tak popularne i wykorzystywane w co drugim horrorze, wtedy to zakończenie byłoby dla mnie zaskakujące.  U Scorsese jest ono normalne, a przez to końcowe odkrywanie kolejnych kart przez bohaterów nie robi większego wrażenia. 

Nie znaczy to jednak, że cały film jest nieciekawy i nie warty obejrzenia.  Wręcz przeciwnie.  Mało wstrząsające zakończenie jest jedynie drobną wadą obrazu Scorsese i gdyby było ono inne, to tylko podnosiłoby ocenę tego obrazu przynajmniej o jedno oczko wyżej z bardzo dobrej na znakomitą.  Scorsese nakręcił bowiem świetny, wciągający dramat, który choć trwa ponad dwie godziny, nie nudzi i interesuje do samego końca.  Ma on w sobie również sporo z thrillera, a niektóre sceny są nawet jakby żywcem wyjęte z horrorów (najbardziej kojarzy mi się tutaj świetne "Silent Hill").  To film, perfekcyjny od strony technicznej i dopracowany w każdej najmniejszej nawet scenie.  Nie znajdziemy w nim niepotrzebnych zagrań, momentów które nie mają sensu, które można by było zrealizować w inny sposób.  To film, który może pochwalić sie niesamowicie gęstym, przygniatającym wręcz widza klimatem, który jest powoli ale skutecznie budowany juz od pierwszych scen, gdy widzimy jak bohaterowie płyną na wyspę otoczeni zewsząd mgłą.  To film wypełniony niezwykłymi, pięknymi i intensywnymi scenami – jak sny i wspomnienia bohatera - posiadający świetne zdjęcia i fantastycznie dobraną muzykę - jak chociażby Symfonia nr 3 Passacaglia Pendereckiego, która idealnie wprowadza nas w tą ponurą historię.

Świetnie wypada tutaj w szczególności pierwsza godzina w czasie której Scorsese powoli buduje napięcie i wyraźnie czujemy zbliżające się szaleństwo, które już wkrótce ogarnie bohaterów.  Rzeczywistość zacznie się mieszać ze snami, a podejrzenia zaczną padać na coraz to więcej osób, bo nikomu nie będzie można ufać, nawet swojemu partnerowi.  Takiej atmosfery narastającej paranoi i zagubienia, nie udałoby się osiągnąć gdyby nie świetni aktorzy odgrywający w perfekcyjny sposób swoje role.  Pierwsze skrzypce gra tutaj niezaprzeczalnie Leonardo DiCaprio, który rewelacyjnie oddał niepewność bohatera i jego coraz to silniejsze pogrążanie się w obłędzie.  Zmiany w jego zachowaniu są minimalne, ale wyraźnie zauważalne i bez trudu możemy uwierzyć w taki rozwój jego postaci. Świetnie wypadli również Ben Kingsley jako dość podejrzany dyrektor placówki, Mark Ruffalo jako partner głównego bohatera oraz Max von Sydow jako jeden z doktorów pracujących w szpitalu.  Nie można również zapomnieć o trzech paniach - Michelle Williams pojawiającej się we wspomnieniach Teddy'ego, Emily Mortimer jako zaginionej Rachel oraz Patricii Clarkson, o której lepiej nie pisać kogo gra, by niepotrzebnie za wiele nie zdradzać.

12:09, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (16) »
sobota, 27 marca 2010
Była sobie dziewczyna

life's a little brighter...

Była sobie dziewczynaByła sobie dziewczyna (2009) Wielka Brytania

reżyseria: Lone Scherfig 
scenariusz: Nick Hornby 
aktorzy: Peter Sarsgaard, Carey Mulligan, Alfred Molina, Rosamund Pike, Olivia Williams, Emma Thompson, Cara Seymour, Matthew Beard, Sally Hawkins, Dominic Cooper, Amanda Fairbank-Hynes, Ellie Kendrick
muzyka: Paul Englishby 
zdjęcia: John de Borman 
montaż: Barney Pilling
 

 (7/10)

Lata 60. w Wielkiej Brytanii.  Jenny ma szesnaście lat, dobrze się uczy, jest ambitna, inteligentna i chce zdawać na Oksford na filologię angielską.  Jej życie nie należy jednak do wielce interesujących.  Marzy o wybraniu się na koncert z prawdziwego zdarzenia (sama gra na wiolonczeli), o wyjeździe do Paryża i słuchaniu do woli francuskich piosenek (które krytykuje jej konserwatywny ojciec).  Pewnego deszczowego dnia zupełnie przez przypadek spotyka Davida, dojrzałego i bogatego mężczyznę, który zaczyna się nią interesować.  Zaprasza ją na koncerty, do restauracji, na wyjazdy za miasto.  Jego życie upływa na zabawie i jest zdecydowanie bardzie pociągające od tego, które do tej pory wiodła Jenny.  Dzięki Davidowi dotąd niedostępne dla dziewczyny drzwi do wspaniałego, bogatego i kolorowego świata stają otworem.  Wkrótce młoda Jenny będzie musiała wybrać jaką ścieżką będzie chciała pójść: czy zdecyduje się wieść (jak jej samej się wydaje) nudne i monotonne życie rozpoczęte przez studia, czy takie przypominające bajkę, wypełnione podróżami i luksusem…

"Była sobie dziewczyna" – nasi dystrybutorzy coś wyjątkowo w tym roku popisują się kolejnymi, cudownymi tłumaczeniami tytułów, aż strach pomyśleć, że mamy dopiero marzec - to bardzo przyjemna spokojna i normalna historia, która rozwija się dość niespiesznie ale konkretnie.  Dzięki temu filmowi Lony Scherfig udaje się utrzymać naszą uwagę przez cały seans i uniknąć niepotrzebnych zwolnień czy przestoi.  Z pewnością duża w tym zasługa dobrze napisanych, mądrych i momentami szczerze zabawnych dialogów, ale to akurat zaskakujące nie jest, bo za scenariusz odpowiedzialny był Nick Hornby który na koncie ma powieść "Był sobie chłopiec" i tego typu rozmowy między bohaterami pisze z łatwością.  W "An Education" najwięcej takich angielskich kwestii ma do powiedzenia Alfred Molina i jest też bez dwóch zdań najciekawszą i najlepiej zagraną postacią ze wszystkich, które pojawiają się na drugim planie.  Obok niego trzeba też koniecznie wymienić króciutkie ale efektowne występy Emmy Thompson oraz znanej chociażby z "Hapy Go Lucky" Sally Hawkins, która tutaj gra tak odmienną rolę, że prawie jej nie poznałem.  Z gracją swoją bohaterkę zagrała również Carey Mulligan, chociaż nie powalił mnie jej występ i według mnie nawet nominacja dla niej do Oscara jest trochę przesadzona.

Prawdę powiedziawszy nie mam się do czego przyczepić w tym filmie, bo jest to sprawnie zrealizowany, lekki dramat, który z pewnością równie dobrze będzie się oglądać w domu co w kinie.  Jednakże nie porwał mnie on jakoś wielce i po seansie odczuwam spory niedosyt.  Z pewnością zabrakło mi w nim mocniejszego, bardziej wyrazistego zakończenia, bo obraz Scherfig w pewnym momencie po prostu się kończy, a jak dla mnie zasługiwał zdecydowanie na coś więcej.  W efekcie „An Education” to taka zgrabna, może trochę banalna historia, opowiedziana jednak z klasą i wdziękiem.  To film o nauce jaką przynosi nam życie i kolejne wydarzenia jakie w nim następują.  Film o tym, że to co na pierwszy rzut oka wydaje się nam być czymś wspaniałym, nie zawsze jest spełnieniem naszych marzeń.  Mówi, że kusząca droga na skróty nie jest najlepszym rozwiązaniem, a szczęście można znaleźć w wielu sytuacjach, nawet w takich w których byśmy się go zupełnie nie spodziewali.  Pokazuje również, że odrobina zdrowego rozsądku nigdy nie zaszkodzi, bo zbyt emocjonalne odbieranie życia, czasem może nas zaprowadzić nie tam, gdzie byśmy tego chcieli.  Tylko tyle, albo aż tyle…

Tagi: dramat
01:08, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (5) »
środa, 24 marca 2010
Antychryst

wojna płci

AntychrystAntychryst (2009) Dania, Francja, Niemcy, Polska, Szwecja, Włochy

reżyseria i scenariusz: Lars von Trier 
aktorzy: Willem Dafoe, Charlotte Gainsbourg
zdjęcia: Anthony Dod Mantle 
montaż: Anders Refn

 (3,5/10)

Prawdę powiedziawszy bałem się oglądać ten film, chociaż wiedziałem, że muszę go zobaczyć.  Bałem się, bo wiedziałem już z doświadczenia, jak potwornie intensywne i strasznie wykańczające potrafią być produkcje von Triera.  Jak mocno zapadają w pamięć i jak bardzo wpływają na widza - po seansie "Tańcząc w ciemnościach" długo nie mogłem się podnieść.  Słysząc więc o tych wszystkich potwornych scenach, jak wiercenie w kolanie, czy wycinanie łechtaczki za pomocą nożyczek, które reżyser zdecydował się pokazać w swoim horrorze, przygotowywałem się na naprawdę ekstremalne doświadczenia. Do kina nie wybrałem się, by po pierwsze nie musieć wychodzić w trakcie seansu, w przypadku gdyby obraz von Triera za bardzo mnie przytłoczył, a po drugie nie chciałem by mi przeszkadzano w czasie seansu, czy to głupimi uwagami, niepotrzebnym śmiechem, czy wnoszonym do kina jedzeniem.  Dlatego odczekałem trochę czasu, aż "Antychryst" pojawi się w telewizji, wybrałem odpowiedni dzień, by ze świeżym i niczym niepotrzebnie nie zaaferowanym umysłem obejrzeć ten obraz.  I jak się okazało nie miałem się czego obawiać, bo "Antychryst" jest najmniej angażującym obrazem von Triera, jaki dotychczas miałem okazję oglądać.

"Antychryst" to autorskie spojrzenia Duńczyka na gatunek jakim jest horror.  To film, który niektórych zachwyci, innych oburzy i zniesmaczy, ale z pewnością nikt nie przejdzie obok tego obrazu obojętnie.  I wcale nie dlatego, że jak mówiono przed premierą, jest to obraz skandalizujący, niezwykle dosłowny, czy bardzo brutalny - prawdę powiedziawszy widziałem już w życiu kilka okropniejszych filmów.  "Antychryst" jest po prostu filmem innym, wybijającym się z szarej papki, która zalewa nasze kina co roku.  Czy to znaczy równocześnie, że jest filmem dobrym?  Niestety nie do końca.  Mam przedziwne wrażenie, że gdyby pod "Antychrystem" podpisał się debiutant, a nie tak szanowany twórca jakim jest von Trier, to film ten nie dość, że zginąłby wśród innych kinowych propozycji, to co więcej zostałby wygwizdany przez krytyków i uznany za prymitywne połączenie horroru i porno.  Widząc jednak przy napisach początkowych odpowiednie nazwisko staramy się w tych przedziwnych obrazach doszukać jakiegoś sensu, staramy się nadać przedstawionym symbolom jakieś znaczenie, bo podświadomie mamy nadzieję, że skoro za kamerą stanął von Trier to takie musi gdzieś być.  Wcale bym się więc nie zdziwił, gdyby reżyser specjalnie do tej historii dorzucił odpowiednie nawiązania, odniesienia, co by po seansie widzowie starali się doszukiwać na siłę głębszej treści w jego filmie.  Dla mnie za wiele jej tutaj nie ma, bo "Antychryst" niestety kompletnie do mnie nie przemawia.

"Antychryst" zaczyna się od fantastycznego, czarnobiałego prologu, w którym widzimy kochającą się pod prysznicem parę.  W zwolnionym tempie oglądamy przyczynę późniejszych wydarzeń.  Widzimy małego chłopczyka wypadającego przez okno, w czasie gdy rodzice oddają sie miłosnym igraszkom tuż obok. Te kilka minut jest jednocześnie smutne, piękne, przerażające, szokujące niezwykłą dosłownością, ale i... dziwne, jakby nienaturalne.  Film von Triera podzielony jest na cztery rozdziały: żal, ból, rozpacz i trzej nędzarze, a kończy go również czarnobiały epilog.  Na początku "Antychryst" jest naprawdę niezłym dramatem małżeństwa, które musi poradzić sobie ze stratą synka, które musi nauczyć sie dalej żyć po tym co się wydarzyło.  Widzimy jak Ona na życzenie męża wraca do domu, po miesiącu spędzonym w szpitalu.  Jak razem próbują odzyskać równowagę, poradzić sobie z żałobą.  Ponieważ jednak dom w którym mieszkają przywołuje straszne wspomnienia, decydują się na wyjazd do swojego domu w lesie, by Ona jednocześnie tam mogła pokonać też swój wewnętrzny strach do lasu.  Oczywiście jak z pewnością wiemy już z innych horrorów, wyjazdy do domków na odludzi nigdy nie kończą się dobrze, tak więc i ta ucieczka nie będzie miała szczęśliwego zakończenia.  Pomimo starań męża, który próbuje opiekować się swoją żoną, jej stan się ciągle pogarsza.  Zaczynają się oskarżenia, wyrzuty, pretensje w stosunku do drugiej osoby, a wkrótce Ona całkowicie pogrąża się w depresji.

Niestety z każdą kolejną sceną "Antychryst" oddala się coraz bardziej od interesującego dramatu i zaczyna dryfować w coraz to bardziej idiotycznym kierunku.  Chociaż może nie ma się co dziwić, skoro reżyser sam przyznawał podczas promocji swojego filmu, że podczas pracy nad scenariuszem, poszczególne sceny wyłaniały się jak ze snu, bez porządku, czy logiki.  Jak więc szukać jej w gotowym obrazie?  Im dalej w las tym więcej drzew i idiotyzmów, a już sam finał, czyli mniej więcej ostatnie dwadzieścia minut jest tak bzdurny i bezcelowy, że aż wierzyć sie nie chce, iż faktycznie takie sceny powstały.  Historia ta kończy się bowiem w sposób, którego jedynym celem jest chyba tylko zszokowanie i obrzydzenie widza.  Von Trier jak sam mówił, tworząc "Antychrysta" próbował podnieść się z depresji, starał się udowodnić samemu sobie, że potrafi kręcić jeszcze filmy.  Nie mam pojęcia co takiego przeżył w przeszłości, co wpędziło go w taki okropny stan, i przede wszystkim co takiego zrobiły mu kobiety, że jego myśli mogły powędrować w takim kierunku, jakiego fragmenty mogliśmy oglądać na ekranie.  Serdecznie mu współczuję, ale kompletnie nie rozumiem chęci wpędzania widzów w swoją psychozę, w swoją traumę.  Nie pojmuję takiej ekshibicjonistycznej chęci dzielenia się swoją własną, niezwykle osobistą i prywatną tragedią.

Właśnie dlatego, że "Antychryst" jest filmem tak bliskim reżyserowi, tak dla niego osobistym, dlatego jest on również zupełnie nie angażujący widza.  Wydarzenia pokazane w "Antychryście" są dziwnie odległe, jakbyśmy oglądali wszystko z dalekiego dystansu.  Poprzednie filmy Duńczyka gwałciły widza psychicznie, wysysając z niego wszelkie emocje, pozostawiając całkowicie wymęczonym.  Przeżywało się je całym sobą.  "Antychryst" tego nie robi, na dłuższą metę nie wzbudza żadnych większych emocji, jest przedziwnie oschły i blady. W świecie von Triera wszystko jest złe, brudne, nieczyste.  Seks utożsamiony jest ze śmiercią, rodzenie z umieraniem.  Reżyser próbuje nas przekonać, że natura jest czystym złem - jak mówi bohaterka - jest kościołem szatana.  Ale nie tylko sama przyroda jest zła.  Także ludzka natura, która skłania ludzi do robienia okropnych rzeczy jest złem, oraz kobieca natura, bo jak się można dowiedzieć z tego filmu, kobiety są złe z natury, bo ich ciałami rządzi właśnie natura, a skoro natura jest złem, to i one dobre nie są.  Szkoda mi czasu i energii na rozgryzanie tego pokrętnego i absurdalnego rozumowania.  Szkoda mi również czasu na próbę zrozumienia samego filmu i szukania w film jakiegokolwiek sensu.  Prawdę powiedziawszy, dla mnie to jeden wielki bełkot...

15:47, milczacy_krytyk , 03
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 22 marca 2010
Tlen

w każdym człowieku jest dwóch tancerzy...

TlenTlen (2008) Rosja

reżyseria i scenariusz: Ivan Vyrypayev 
aktorzy: Karolina Gruszka, Aleksei Filimonov, Varvara Voetskova
muzyka: Aidar Gainullin, Andrei Samsonov, Aleksandr Lushin 
zdjęcia: Andrei Naidenov 
montaż: Gennadij Snopkow 

na podstawie: sztuki Ivana Vyrypayeva "Tlen"

 (6/10)

Na początku tego roku stowarzyszenie Nowe Horyzonty, organizator Festiwalu Era Nowe Horyzonty rozpoczęło cykl dystrybucji filmów pod nazwą Era Nowe Horyzonty Tournee.  W Polskę wyruszyło sześć najważniejszych filmów z minionej dziewiątej edycji tej imprezy.  Wybrano filmy, które "zdaniem jurorów, nowohoryzontowej publiczności oraz festiwalowych selekcjonerów - stały się wydarzeniami festiwalu, zostały nagrodzone, wzbudzały silne emocje, były szeroko komentowane lub cieszyły się wyjątkową popularnością."  Po kinach studyjnych całego kraju podróżuje m.in. "Głód", który miałem okazję obejrzeć na All About Freedom Festival, jesienią ubiegłego roku, oraz najnowszy film reżysera niezwykłej "Euforii", czyli "Tlen" z miłym polskim akcentem w postaci występującej tu w pierwszoplanowej roli Karoliny Gruszki.  "Tlen" to przedziwny obraz, który najprościej można określić jako zbiór dziesięciu teledysków na różne tematy.  Otwiera go scena, w której widzimy bohaterów siedzących nieruchomo w jakimś ciemnym pomieszczeniu.  Pomiędzy nimi znajduje się unoszący się w powietrzu spis treści, składający się z dziewięciu pozycji, każda z określonym czasem trwania.  Skojarzenie z menu każdej płyty dvd jest oczywiste.  Ledwo zdążymy zapoznać się z tym spisem, reżyser wybiera pierwszy numer i od razu włącza się pierwsza kompozycja.  Gdy po kilku minutach ucichnie muzyka, od razu przechodzimy do następnej i tak do samego końca, przez najbliższą godzinę.

Teoretycznie "Tlen" to historia młodego chłopaka, który z miłości do rudowłosej piękności o męskim imieniu Sasza, zabił swoją żonę.  Zabił, bo nie widział sensu w dalszym życiu z nią.  Teoretycznie, bo ta opowieść to jedynie mały wycinek tego o czym mówi film Vyrypayeva.  To obraz o wszystkim i o niczym.  Przepełniony chaosem, ale widać w nim większy zamysł.  Film, którego lepiej nie starać się zrozumieć, bo nie o to w nim chodzi. Z nim trzeba popłynąć, poddać się przedstawionej historii, kolejnym przedziwnym obrazom.  To film za którym nie sposób nadążyć i chyba tylko zatrzymywanie go w kolejnych scenach pomogłoby w jego nadgonieniu.  Bohaterowie siedząc w studiu muzycznym wygłaszają kolejne kwestie, jakby słowa piosenki, wyrzucając z siebie kolejne zdania z prędkością karabinu maszynowego, przez co nie ma czasu by je przemyśleć, zapamiętać, a czasem nawet by je po prostu zrozumieć.  Jedna myśl popędza kolejną, obraz zastępuje poprzedni i jedynym sposobem na to, by przeżyć seans jest dostosowanie sie do tego zabójczego tempa.  Reżyser co prawda od czasu do czasu powtarza kilka wypowiedzianych przez bohaterów słów, jakby były one refrenem piosenki, ale ten zabieg tylko jeszcze bardziej nadaje rytm tej opowieści.  I w tym tkwi największy problemu filmu Vyrypayeva, bo będąc bombardowanymi kolejnymi obrazami, nie jesteśmy w stanie z tego potoku informacji nic zapamiętać, ani przyswoić.

Choć z drugiej strony może to i nawet dobrze, że nie mamy czasu dokładnie zastanowić się nad sensem tego co widzimy, bo obok mądrych zdań i przemyśleń na tematy wszelakie rzucają sie wręcz na oczy przemyślenia banalne, głupie i niedojrzałe.  Takie, o których lepiej zapomnieć od razu po tym jak sie je usłyszało.  I taki właśnie jest "Tlen" - pełen sprzeczności, wzlotów i upadków.  Fantastyczne dialogi spotykają kiepskawe, sceny wielkie, takie o których zupełnie nie wiemy co myśleć.  W jednej chwili zachwyt może przerodzić się w zdziwienie, scena realna w całkowicie nierzeczywistą.  Vyrypayev do swego filmu wrzuca masę niezwykłych obrazów.  Widzimy i fragmenty kreskówki, i plastelinowe śpiewające grzybki, bohaterów spacerujących w zwolnionym tempie po księżycu, nurkowanie w basenie, bieganie po ulicach największych metropolii (świetna scena!), wybuch bomby atomowej, czy nawet zdjęcia z wbijającymi sie samolotami w wierze WTC.  I tu także świetne pomysły mieszają się z takimi, które ciężko zaakceptować czy zrozumieć.  Reżyser przy ich pomocy przedstawia nam swoje przemyślenia na temat życia, miłości, ludzi, dobra i zła i… tak można by było wymieniać bez końca. 

"Tlen" to taki dekalog reżysera, każda kompozycja zaczyna się od nawiązania do przykazania, czy fragmentu Biblii, który później rozwijany i interpretowany jest przez Vyrypayeva.  Czasem to banały, czasem myśli nawet mądre.  Dla mnie były one jednak trudne do zaakceptowania, tym bardziej w takiej formie, w jakiej zostały przedstawione.  Luźne podejście do tematu za bardzo kłóciło mi się z na siłę poważnymi dialogami.  Tak jakby reżyser chciał nas bardziej zszokować, przekroczyć kolejną granice, zobaczyć jak daleko może się posunąć w swojej produkcji.  Tak jakby samo szaleńcze opowiadanie o tym co ważne w życiu mu nie wystarczało.  Tytułowy "Tlen” jest w jego filmie wszystkim tym, dzięki czemu żyjemy.  Jest tym co pozwala nam funkcjonować, tym czego potrzebujemy w naszym codziennym życiu, bez którego byłoby ono marne, nic nie warte, bezsensowne.  Tlen to muzyka, tlen to miłość, przyjaźń, taniec.  Tlen jest drugim człowiekiem, jest nadzieją, naszymi zainteresowaniami.  Tym wszystkim co daje nam siłę do życia, co nas napędza, co powoduje, że jesteśmy tacy jacy jesteśmy.  Szkoda, że w pewnym momencie ta przepełniona chaosem opowieść zaczyna po prostu być męcząca, a wybijany przez reżysera rytm zaczyna nudzić.  Dlatego te z pozoru krótkie 75 minut filmu w zupełności wystarcza.

PS. Gratulacje dla dystrybutora za białe, niewyraźne napisy na białym tle.  Fantastycznie się je czytało...

23:47, milczacy_krytyk , 06
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4