Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
czwartek, 22 marca 2007
The Grudge - Klątwa 2

bez paroksyzmu szału 2

 The Grudge - Klątwa 2 (2006) USA

reżyseria: Takashi Shimizu
scenariusz: Stephen Susco
aktorzy: Sarah Michelle Gellar, Amber Tamblyn, Edison Chen, Arielle Kebbel, Jennifer Beals, Teresa Palmer, Misako Uno, Takako Fuji, Ohga Tanaka
zdjęcia: Katsumi Yanagishima
muzyka: Christopher Young

(5/10)

Pierwsza część Klątwy była słabym remakiem (bardzo dobrego japońskiego horroru), która niestety ale bardziej śmieszyła niż straszyła.  Jednak zwiastun do filmu został zrobiony sprawnie i na film poszły tłumy ciekawskich.  Po obejrzeniu słabego zwiastunu do kontynuacji miałem nadzieję, że tym razem na odwrót, to film okaże się dobry.  I... nie do końca się rozczarowałem.

Tym razem film nie jest kserem oryginału, bo opowiada zupełnie nową historię.  I całe szczęście, że właśnie inną opowieść zdecydowali się pokazać nam amerykanie, bo na samą myśl o reinterpretacji ju-on 2 już się bałem.  Poza tym dzięki temu Ci którzy oglądali oryginał nie będą sie nudzić.  No może nie do końca....

Shimizu pokazuje nam trzy równolegle rozwijające się i przeplatające historie.  Nie musimy jednak za bardzo się wysilać by je zrozumieć.  Wszystko dzieje sie pokolei i nie za szybko by tylko wszyscy zachodni widzowie nadążyli za akcją.  A na końcu czeka na nas zakończenie, które po trosze wyjaśni niektóre tajemnice Kayako i nawiedzonego domu.

Oprócz zupełnie nowej - nawet interesującej histori - postępem w stosunku do pierwszej części jest to, że tym razem amerykanie starają się budować klimat i nas straszyć.  Oczywiście nie zawsze się to udaje, ale dobre chęci widać.  Niestety nie zabrakło także wpadek - rzadszych niż w jedynce -  czyli scen śmiesznych - u psycholog, niepotrzebnych - ręka wciągająca do domu, czy bezsensownych - dziewczyka pijąca mleko.  Często też przedstawiane wydarzenia są delikatnie mówiąc nielogiczne lub przeczą same sobie.

Aktorzy grają średnio, zdjęcia  są poprawne i tylko o muzyce Christophera Younga można powiedzieć że jest jakaś.  Young ciekawie poprzerabiał, i rozwinął swój bardzo ładny temat muzyczny z pierwszej części, który tym razem jest badziej groźny i mniej swobodny.

O dziwo pomimo tylu błędów i niedociągnięć film ogląda się zaskakująco dobrze, lepiej niż część pierwszą. 

Tagi: horror
19:53, milczacy_krytyk , 05
Link Komentarze (1) »
The Grudge - Klątwa

bez paroksyzmu szału

 The Grudge - Klątwa (2004) Japonia, Niemcy, USA

reżyseria: Takashi Shimizu
scenariusz: Stephen Susco
aktorzy: Sarah Michelle Gellar, Jason Behr, William Mapother, Clea DuVall, KaDee Strickland, Grace Zabriskie, Bill Pullman, Rosa Blasi, Yuya Ozeki, Takako Fuji, Takashi Matsuyama
zdjęcia: Hideo Yamamoto, Lukas Ettlin
muzyka: Christopher Young

na podstawie: filmu "Ju-On: The Grudge"

 (5/10)

The Grudge, niestety nie jest odstępstwem od normy i przy oryginalnej wersji wygląda bardzo mizernie. Co jest trochę dziwne, bo przecież za reżyserię i po części scenariusz był odpowiedzialny Takashi Shimizu - twórca rewelacyjnego ju-on.

Pierwszym minusem remake'u jest jego prawie 100% identyczność z oryginałem. Jeśli ktoś oglądał ju-on, nic go w amerykańskiej Klątwie nie zaskoczy. Na tym jeszcze niestety nie koniec, bo nawet jeśliby oglądanie Grudge'a miało polegać na ulepszonych, lepiej zrealizowanych "przypominkach" z pierwszej wersji, to film by się oglądało dobrze, Niestety prawie każda scena, zamiast wygladać lepiej, robi wrażenie niedorobionej. Tak jakby twórcom nie chciało się tracić czasu na detale i jak najszybciej "wypuścić " film na wolność. I tak, scena gdy mąż wraca do domu i znajduje żonę sparaliżowaną strachem jest za szybka i nawet trochę śmieszna, kolejna scena "egzekucji" w domu ofiary jest po pierwsze przewidywalna a co gorsze niedopracowana i o zgrozo zakończenie jest tak typowo amerykańskie, ze po filmie pozostaje niesmak.

Wszystkie sceny, które zapowiadały się dobrym straszeniem, gdzie wreszcie rosło napięcie, albo mijały za szybko, albo nagle kończyły się w połowie. Finałowe ukazanie się Kayako na schodach, które w wersji oryginalenj trwało dość długo i zostało pokazane bardzo dokładnie, tu kończy się zanim zdąży się rozkręcić....

W Kląwie znalazło sie także kilka nowych scen - niestety także nie wysokich lotów.
Oczywiscie jak na amerykanów przystało wszystko jest prostsze, bardziej wyjasnione. I tu pojawia się kolejny minus. Bo po pierwsze, przez to, że nie musimy myśleć nad układaniem całej historii w logiczną i chronologiczną całość, film staje się po prostu nudnawy. Pozostaje nam się tylko przyglądać jak z łatwoscią Kayako i jej syn zabijają kolejnych nieświadomych. Po drugie, chcąc wyjaśnić i przybliżyc całą historię mordu, scenarzysta praktycznie sprowadził ją do trywialnego romansu i zabrał to co było jednym ze straszniejszych elemetów oryginału - niewiadomą. Niewiadomą przyczyny tak okropnego morderstwa.

Oczywiscie jak to bywa w amerykańskich przeróbkach musiało się i w Klątwie znaleć odwołanie do jakiegoś innego azjatyckiego horroru. Tym razem padło na Shuttera. Tylko po co??
Plusem, jest jak dla mnie bardzo ale to bardzo dobry motyw przewodni skomponowany przez Christophera Younga. Tego mi w oryginale brakowało - trochę więcej muzyki. W Klątwie jest idealna.

Już się boję co zaproponują nam twórcy drugiej części...

p.s. Rozumiem, że amerykanie lubią się szczycić swoimi efektami specjalnymi i że ogólny pomysł i wykonanie napisów początkowych był ładny, ale nie do tego filmu!! Film jest o okropnej klatwie matki i syna, zabijającej każdego kto wejdzie do domu, a na początku dostajemy pokaz wijącego się w rytm muzyki pęku włosów w czerwonej wodzie. :/ Przecież to nie balet!

Tagi: horror
19:45, milczacy_krytyk , 05
Link Komentarze (1) »
Piła III

tendencja spadkowa

 Piła 3 (2006) USA

reżyseria: Darren Lynn Bousman
scenariusz: Leigh Whannell
aktorzy: Tobin Bell, Shawnee Smith, Angus Macfadyen, Bahar Soomekh, Dina Meyer, Donnie Wahlberg
zdjęcia: David A. Armstrong
muzyka: Charlie Clouser

 (3/10)

Pierwsza część Piły była pewną nowością i powiewem świeżości dla trochę znikającego z ekranów gatunku filmowego jakim jest horror.  Szybka akcja, trochę makabry i staranie by cała historia przypominała film psychologiczny zostały ciekawie wymieszane i zagwarantowały niskobudżetowemu filmowi sukces.
W części drugiej (jak w każdym sequelu) proporcje składników się zmieniły - przybyło tortur i okrucieństwa na rzecz psychologii i sensowności - ale cały produkt był jeszcze zjadliwy.  Niestety trójki już bez problemu zjeść się nie da...

Film rozpoczyna się od bezsensownych trzech pokazówek, które mają jedynie za zadanie obrzydzić i zszokowac widza - to udaje im się znakomicie.  Niestety twórcy nie zatrzymują się na tym i przedstawiają nam coraz bardziej makabryczne metody na zabicie i fizyczne torturowanie człowieka.  Tak więc tym razem w Pile najwięcej jest krwawej rzezi, a akcji, napięcia i sensu nie ma niestety nawet po co szukać...

Film jest nudny, nielogiczny i za długi.  Postacie naszkicowane są schematycznie i całkowicie nie zależy nam na tym czy przeżyją czy nie - bo jak nam może zależeć jeśli widzimy je na kilka minut przed śmiercią.  Przesadzone pułapki nie straszą, a przez to walka ofiar o życie nie jest już tak emocjonująca.  Napięcie niestety także gdzieś wyparowało, podobnie jak uzasadnienie i sens całej historii, która coraz bardziej wydaje sie naciągnięta do granic możliwości.  Wypowiadane kilkanaście razy - aż do znudzenia - słowa Jigsawa o nowej grze, teście, wybaczaniu czy winie pod koniec są tak denerwujące i bzdurne, że chcemy by jak najszybciej pojawiły się napisy końcowe.  I tu kolejny zawód, bo to co było siłą jedynki oraz po trosze dwójki całkowicie zniknęło w trójce - zaskakujące zakończenie.

Aktorstwo jest średnie, tylko zdjęcia i muzyka (znany motyw z pierwszej części przewijający się teraz w trochę innej formie przez cały film)  w miarę dobrze się sprawdzają.

Tagi: horror
19:28, milczacy_krytyk , 03
Link Komentarze (5) »
piątek, 16 marca 2007
Notatki o skandalu

patrz pod nogi...

 Notatki o skandalu (2006) Wielka Brytania

reżyseria: Richard Eyre
scenariusz: Patrick Marber
aktorzy: Judi Dench, Cate Blanchett, Bill Nighy, Andrew Simpson
zdjęcia: Chris Menges
muzyka: Philip Glass

na podstawie: powieści "Notatki o skandalu" Zoë Heller

 (8/10)

"Notatki o skandalu" są bardzo smutnym, dynamicznym i szybko poprowadzonym filmem.   Całość posiada ciekawy, niepowtarzalny klimat i w dość silny sposób oddziaływuje na widza.  Półtorej godziny w kinie mija bardzo szybko, ale film pozostaje w pamięci.

Obraz Richarda Eyre porusza wiele trudnych ale i interesujących spraw. Mówi o potrzebie dotyku, kontaktu z drugą osobą, bliskości, potrzebie uczuć.  Mówi o przerażającej samotności, która potrafi wykończyć człowieka i sprowokować go do czynów o których normalnie nawet by nie pomyślał.  Pokazuje jak silne charaktery potrafią bez problemu urobić sobie, stłamsić i wykorzystać słabszych do swych celów, i jak ci ulegli kompletnie nie potrafią się bronić.  Mówi też o tym, że każdego z nas prędzej czy później czeka brutalna konfrontaja marzeń, planów, zamysłów ze zwykłym życiem, które sprowadza nas na ziemię.

Eyre zauważa - z resztą bardzo trafnie - że idąc przez życie często potykamy się.  Czasem nie z powodu naszej winy, a innymi razy, irracjonalnie, zupełnie nie wiedząc czemu robimy to specjalnie.  Specjalnie chcemy upaść na ziemię i czasem wykorzystują to inni.  Jednak na szczęście mamy możliwość podnieść się, wyciągnać wnioski z poniesionej porażki- lub nie - i iść dalej, aż do kolejnego upadku...  Ten temat był poruszany niedawno w "Małych dzieciach", choć w tamtym filmie nie był on aż tak wyrazisty jak w przypadku "Notatek o skandalu"

Scenariusz Patricka Marbera napisany jest naprawdę bardzo dobrze.  W przedstawionej histori nie ma całkowicie pozytywnych lub negatywnych postaci, wszyscy są szarzy jak w prawdziwym życiu. 

Oczywiście "Notatki o skandalu" nie byłyby tak dobrym filmem gdyby nie dwie genialne aktorki - Judi Dench w roli zgorzkniałej Barbary i   
Cate Blanchett jako trochę naiwna Sheba.  Brawa.

W filmie wyróżnia się także muzyka Philipa Glassa, która rozbrzmiewa praktycznie przez cały czas trwania filmu i cichnie jedynie na bardzo krótkie chwile.  Czasem jest niestety zbyt głośna i pompatyczna, ale ogólnie spełnia swoją rolę czyli bardzo dobrze buduje klimat.


P.S. szkoda, że Judi Dench nie otrzymała Oscara za rolę Barbary.  Wg mnie bardziej na nią zasługiwała niż Helen Mirren.

Tagi: dramat
17:17, milczacy_krytyk , 08
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 marca 2007
Małe dzieci

po cichu

 Małe dzieci (2006) USA

reżyseria: Todd Field
scenariusz: Tom Perrotta, Todd Field
aktorzy: Kate Winslet, Patrick Wilson, Jennifer Connelly, Gregg Edelman, Noah Emmerich, Jackie Earle Haley, Phyllis Somerville, Sadie Goldstein, Ty Simpkins
zdjęcia: Antonio Calvache
muzyka: Thomas Newman


na podstawie: powieści "Małe Dzieci" Toma Perrotty

 (7/10)

I jak tu można powiedzieć, że reklamy nie wpływają na ludzi? 
Takich filmów jakimi są "Małe dzieci" raczej nie oglądam, a jak już to tylko w telewizji.  Jednak dzięki fantastycznemu trailerowi musiałem, po prostu byłem zmuszony do obejrzenia tego filmu już teraz, w kinie.

Mam trochę mieszane uczucia do nowego obrazu Todda Fielda.  Film co prawda jest dobry, ale jak dla mnie czegoś w nim jednak zabrakło i nie czuje się w pełni usatysfakcjonowany.  Być może podniosłem zbyt wysoko poprzeczkę, albo spodziewałem się czegoś troszkę innego od tego co zaprezentował mi Field.

Film jest bardzo spokojny, wolny i ma swój ciekawy niepowtarzalny klimat.  Mówi o nas, o tym jak czasem mamy wrażenie, ze znajdujemy się nad krawędzią, bo myślimy, że nic już dobrego nas w życiu nie spotka i że poprzednie lata zmarnowaliśmy.  O tym jak czasem bywamy bezsilni, jakby ktoś inny nami kierował jak marionetkami, przez co robimy rzeczy, o których byśmy wcześniej nawet nie pomyśleli, jak próbujemy z tym walczyć ale nie dajemy rady, bo To jest silniejsze od nas.  Jak nie potrafimy zmieniać samych siebie, zmieniać naszego życia, a jednocześnie jak czasem potrzebujemy pewnej świeżości i nowości.  O tym jak trzymamy się kurczowo przeszłości zamiast spojrzeć w przyszłość, i o tym jak ta przeszłość - szczególnie dzieciństwo, wpływa na nasze obecne życie.   O tym jak nie potrafimy wybaczać, jak bezwzględnie potrafimy osądzić innych ludzi nie biorąc pod uwagę, że każdy może się zmienić i o tym jak trudno nam przebaczać i zapominać.  Oraz o tym jak czasem bardzo małe wydarzenia, niby niezauważalne sytuacje, drobnostki mogą zmienić nasze życie na zawsze.
"Małe dzieci" nie są jednak filmem całkowicie dołującym, czy niesamowicie smutnym.  Field nie zapomina o nadziei i pokazuje nam ją w zakończeniu.

Aktorzy spisali się fantastycznie.  Szczególnie Kate Winslet, Patrick Wilson i Jackie Earle Haley w roli Ronniego.  Scenariusz napisany przez Todda Fielda jest przekonujący, napisany sprawnie, a wszystkie postaci są realistyczne i życiowe - co tak ważne jest w tego typu filmach.  Na plus można zaliczyć także muzykę Thomasa Newmana i zdjęcia Antonio Calvache.

Spokojną historię zaburzają trochę niektóre nietypowe i dziwne sceny jak np. przedstawienie żony Brada, czy wspomnienia z przeszłości.  Są one nietypowe ale dobre.  Najlepszą, trochę przerażającą i elektryzującą sceną jest wizyta Ronniego na basenie - na długo pozostaje w pamięci.  Field nie zapomina także o scenach wzruszających - Ronnie czytający liścik.

Nie spodobało mi się niestety wprowadzenie do historii narratora, który najczęściej odzywa się na początku filmu.  Co prawda dzięki temu zabiegowi widz wie trochę więcej o bohaterach - o ich przeszłości - oraz o ich uczuciach, myślach, impulsach, które nimi kierowały, ale przez to równocześnie widz trochę się rozleniwia i to do czego mógł sam dojść, z czego mógł sam wyciągnąć wnioski, co mógłby sam zauważyć, zanalizować, jest mu podane bezpośrednio jak na tacy.

Już przy pierwszych scenach słychać w oddali nadjeżdżający pociąg.  Mamy wrażenie, że zapowiada on spektakularne zakończenie, że film nieubłaganie zmierza do zaskakującego zwrotu akcji, do katastrofy, że na końcu stanie się coś wielkiego ... jednak nic takiego się nie dzieje.  Tzn. dokładnie rzecz biorąc, coś się wydarza ale nie jest to to, czego się spodziewaliśmy.  I dobrze, że w taki sposób Field kończy swój film.  Bo takie jest życie.  Nie spektakularne, zmieniające się po cichu, prawie niezauważalnie....

Tagi: melodramat
17:28, milczacy_krytyk , 07
Link Dodaj komentarz »