Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
poniedziałek, 28 listopada 2016
Przełęcz ocalonych

one more

Przełęcz ocalonychPrzełęcz ocalonych (2016) Australia, USA

reżyseria: Mel Gibson
scenariusz: Robert Schenkkan, Andrew Knight
aktorzy: Andrew Garfield, Sam Worthington, Luke Bracey, Teresa Palmer, Hugo Weaving, Rachel Griffiths, Vince Vaughn, Nathaniel Buzolic, Luke Pegler, Ori Pfeffer, Ryan Corr, Goran D. Kleut, Matt Nable, Richard Roxburgh, Michael Sheasby, Firass Dirani, Dennis Kreusler, Nico Cortez, Harry Greenwood, Ben O'Toole, Damien Thomlinson, Ben Mingay, Robert Morgan
muzyka: Rupert Gregson-Williams
zdjęcia: Simon Duggan
montaż: John Gilbert

 (8/10)

Mel Gibson sięga po prawdziwą historię Desmonda Dossa, który w czasie II wojny światowej, został powołany do wojska, ale na polu walki nie oddał ani jednego strzału, co więcej nie nosił przy sobie żadnej broni.  Samo posiadanie broni, nie wspominając już o zabijaniu, stało w sprzeczności z jego poglądami, kłóciło się z jego wiarą.  Doss pomimo swoich pacyfistycznych poglądów był przekonany, że musi wziąć udział w wojnie, skoro wszyscy inni młodzi na nią jechali.  Nie chciał być jedynym, który nie przysłużył się dla swojego kraju.  Był sanitariuszem i chciał ratować życia, zamiast je odbierać.  I choć z początku uznawany był za wariata, wręcz tchórza, stał się bohaterem narodowym, gdy podczas bitwy o Okinawę z pola walki wyprowadził o własnych siłach blisko 75 rannych żołnierzy, tym samym ratując im życie.

Film Gibsona to takie trzy w jednym.  Pierwszy akt, który przedstawia dzieciństwo Dossa to wzruszające kino obyczajowe.  Historia chłopaka, który musiał zmierzyć się z przemocą domową ze strony ojca alkoholika, weterana wojennego, którego całkiem rozbiła poprzednia wojna.  Drugi akt przedstawia pierwsze dni w koszarach, przeszkolenie rekrutów zanim trafią na front.  Ta część jest zaskakująco zabawna, w większości dzięki postaci generała w którą wciela się Vince Vaughn, ale również przez konkretnie nakreślone charaktery żołnierzy, którzy może i wpadają w pewien schemat ale jak na postaci drugoplanowe są wystarczająco dobrze zarysowani.  Ta część filmu trzyma również nieźle w napięciu, szczególnie pod koniec, w czasie procesu wojskowego, w którym bohater staje po stronie oskarżonego.  I wreszcie trzecia część tej produkcji skupia się na walce w Hacksaw Ridge, która trochę bez uprzedzenia uderza z ogromną siłą, w bezpośredni sposób ukazując koszmar wojny.  Gibson się nie patyczkuje, aranżując niezwykle rozbudowane, skomplikowane i szokujące sceny batalistyczne, rozpętując na ekranie trzymający w napięciu horror.  Trzeci akt to również moment bohaterstwa Dossa, gdy niespodziewanie dla wszystkich wykazał się ogromną odwagą, ratując swoich kolegów z oddziału.

"Przełęcz ocalonych" to taka trochę piękna laurka dla odwagi Desmonda Dossa.  Amerykańska pochwała dla człowieka wielkiego choć z wyglądu całkiem niepozornego, który zapisał się na kartach historii.  Opowieść napisana, zagrana i zrealizowana tak sprawnie, że wciąga od samego początku.  Angażuje, przeraża i wzrusza.  Cały film jest natomiast jak soundtrack Ruperta Gregsona-Williamsa.  Podniosły ale nie patetyczny.  Poważny i wzruszający ale nie ckliwy.  I choć jest w tej opowieści kilka momentów, w które bardzo trudno uwierzyć (chociażby końcowe odrzucanie granatów), choć momentami widać, że budżet odrobinę nie domagał, to jednak Gibsonowi udaje się to co najważniejsze: poruszyć, wstrząsnąć widzem, spowodować by zastanowił się nad bohaterstwem i postawą niepozornego żołnierza, który nie zwątpił w swoje przekonania, który wbrew wszystkim i wszystkiemu, pozostał w zgodzie z samym sobą.

21:59, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (2) »
sobota, 26 listopada 2016
Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć

nowa era

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć (2016) USA, Wielka Brytania

reżyseria: David Yates
scenariusz: J.K. Rowling
aktorzy: Eddie Redmayne, Katherine Waterston, Dan Fogler, Alison Sudol, Ezra Miller, Samantha Morton, Jon Voight, Colin Farrell, Carmen Ejogo, Johnny Depp
muzyka: James Newton Howard
zdjęcia: Philippe Rousselot
montaż: Mark Day

 (6/10)

Cudownie jest znowu wrócić do świata Magii i Czarodziejstwa, świata wykreowanego kilkanaście lat temu przez J.K.Rowling.  Po ostatniej części Harry'ego Pottera nie spodziewałem się, że jeszcze kiedyś będę mieć okazję by znów zobaczyć unoszące się w chmurach logo Warner Bros., w tle usłyszeć znany motyw przewodni Johna Williamsa i ponownie trafić do tego niezwykłego świata.  Nie minęło pięć lat i znów było to możliwe.  Szkoda tylko, że ten powrót jak na razie nie jest w pełni satysfakcjonujący.  Bo choć i owszem "Fantastyczne zwierzęta" miewają swoje momenty, choć sporo w nich ciekawych pomysłów i zadatków na ciekawą opowieść, to jednak jako film, a nie tylko sentymentalny powrót do świata z dzieciństwa, są obrazem dość przeciętnym, borykającym się z licznymi problemami.

Po pierwsze film Davida Yatesa jest potwornie nierówny.  Raz pędzi przed siebie zapominając by wytłumaczyć o co tu tak naprawdę chodzi, raz zwalnia przesadnie, prezentując sceny w których nawet bohaterowie nie za bardzo wiedzą jak mają się zachować, tak niewiele się tu dzieje.  Jest również obrazem nierównym pod względem atmosfery.  Niektóre momenty są przesadnie mroczne (chociażby prolog), inne przesadnie słodkie i ugrzecznione jakby były kierowane do najmłodszego widza. Przy okazji kuleje tu humor, wielokrotnie bardzo prosty, slapstickowy, nadający się bardziej do kreskówki, lub produkcji dla najmłodszych.  „Fantastyczne zwierzęta” są również filmem rozlazłym, rozleniwionym i wybierającym najczęściej najprostsze, najbardziej schematyczne, ograne rozwiązania.  Gdy bohater nosi ze sobą torbę, oczywiście trafi się ktoś z identyczną, która zostanie zupełnie przypadkiem podmieniona.  Gdy ma przy sobie fiolkę z pewnym bardzo mocnym zapachem, można być pewnym, że ją na siebie wyleje.  Takie banalne rozwiązania odbierają radość ze śledzenia całej historii, powodują, że staje się ona nudna i przewidywalna.

Bardzo brakuje w tym filmie również czarnego charakteru.  Niby w prologu wspomniany zostaje Grindenwald, ale szybko twórcy o nim zapominają. Niby postać grana przez Colina Farrella jest nieoczywista, ale twórcy nie poświęcają mu wystarczająco wiele czasu.  Niby wspomina się o czymś co od pewnego czasu grasuje w mieście, ale tak naprawdę nie ma w tym filmie głównego przeciwnika, kogoś kto stanowiłby od początku realne zagrożenie.  A przez to niestety gubi się cała akcja.  Nie wiadomo za bardzo dokąd ten film dąży.  Otrzymujemy gapowatego Newta, kilka pobocznych postaci i nieskładne bieganie po mieście za Zwierzętami, które uciekły z walizki.  Ani to ekscytujące, ani prowadzące akcję w jasno określonym kierunku.  Jest oprócz tego jeszcze jeden, dodatkowy wątek, pewnego sierocińca, pewnej organizacji ostrzegającej przed czarownicami, ale jest on tutaj wprowadzony właściwie tylko po to by móc zakończyć tę produkcję w wybuchowym stylu rodem z produkcji Marvela.  Otrzymujemy więc nudną, nieciekawą, nijaką walkę w centrum miasta, liczne zniszczenia i nijaki finał.  Same „Fantastyczne zwierzęta” nie miały potencjału na tak rozbuchane zakończenie, problem jednak w tym, że ten poboczny wątek jest za słabo zaznaczony, zbyt późno rozwinięty, przez co nie za bardzo pasuje do całości.

Z drugiej jednak strony jest w tej produkcji naprawdę wiele udanych pomysłów i wątków.  Chociażby świetna postać Kowalskiego, nie-maga (amerykańska nazwa mugola), który ma okazję zajrzeć do świata magii i brać czynny udział w kolejnych wydarzeniach.  Sprawdzają się także niektóre z Fantastycznych Stworzeń, przede wszystkim uroczy niuchacz uganiający się za wszystkim co się świeci.  Świetnym pomysłem było również przeniesienie akcji w lata 20., do Nowego Jorku, który już sam w sobie zdaje się być naprawdę niezwykłym, wyjątkowym, magicznym miejscem.  Nadzieję na to, że kolejne filmy będą już tylko lepsze daje natomiast fakt, że akcja tej części rozgrywa się w roku 1926 czyli roku gdy narodził się Tom Riddle, a już teraz mówi się o Dumbledorze i Grindenwaldzie (szkoda tylko, że ten będzie grany przez Johnny „Sparrow” Deppa, który nijak nie komponuje się tutaj do całości).  Z pewnością te postaci odegrają większe role w kolejnych filmach i rozwinięcie tej opowieści może być naprawdę interesujące.  Czuć bowiem, że Rowling ma zamysł na to jak ma wyglądać ta rozpisana na pięć filmów historia.  Oby więc kolejne części były tylko lepsze.  W końcu i pierwszy "Harry Potter" wcale nie był tak udanym filmem.

13:16, milczacy_krytyk , 06
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 listopada 2016
Zwierzęta nocy

nocturnal animals

Zwierzęta nocyZwierzęta nocy (2016) USA

reżyseria i scenariusz: Tom Ford
aktorzy: Amy Adams, Jake Gyllenhaal, Michael Shannon, Aaron Taylor-Johnson, Isla Fisher, Ellie Bamber, Armie Hammer, Karl Glusman, Robert Aramayo, Laura Linney, Andrea Riseborough, Michael Sheen, India Menuez
muzyka: Abel Korzeniowski
zdjęcia: Seamus McGarvey
montaż: Joan Sobel

na podstawie: powieści "Tony i Susan" Austin Wright

 (8,5/10)

Amy Adams czyta książkę, a Tom Ford kręci drugi w swojej karierze, znakomity film.  Połączenie melodramatu, thrillera, kina zemsty.  Obraz fascynujący, trzymający w napięciu, niepokojący, dopieszczony w każdym szczególe i rewelacyjnie zagrany.  Film, który nieprawdopodobnie mocno wciąga w swój świat i pozostaje w myślach na długo po opuszczeniu sali kinowej.  Rzecz, która nie zdarza się często.  Seans, który cudownie przeżyć w kinie.  Seans, który przypomina na czym polega magia kina.  Bo film Toma Forda nie jest obrazem, który tylko się ogląda.  To doświadczenie, to produkcja, którą się przeżywa, która wywołuje przeróżne, często sprzeczne emocje.  Zachwyt, odraza, przerażenie, smutek, wzruszenie.  To film zachwycający każdym kadrem, dopieszczony w każdej scenie.  Poruszający dzięki fantastycznej ścieżce dźwiękowej skomponowanej przez Abla Korzeniowskiego.  Obraz genialnie zmontowany, przemyślany od początku do samego końca.

"Nocturnal Animals" są filmem rozgrywającym się na trzech płaszczyznach.  Pierwsza z nich jest opowieścią o Susan, dojrzałej, zamożnej artystce, która właśnie otworzyła swoją nową, dość śmiałą wystawę.  Jednak zamiast świętować kolejny sukces odczuwa coraz większą tęsknotę, pustkę i smutek.  Choć z zewnątrz może wydawać się, że osiągnęła wszystko czego pragnęła, tak naprawdę jest osobą głęboko nieszczęśliwą.  W tym samym czasie Susan otrzymuje przesyłkę od byłego męża.  To jego nowa książką, która niedługo zostanie wydana.  Edward  chce się nią jednak najpierw podzielić z Susan.  Już po pierwszych kartkach okazuje się, że "Nocturnal Animals", bo taki nosi tytuł jego powieść, to książka przepełniona ciężką atmosferą, brutalna, ale i świetnie napisana. Jej akcja rozgrywa się gdzieś na pustkowiach Teksasu i staje się jednocześnie drugą płaszczyzną tego filmu.  W miarę jak Susan zagłębia się w lekturze, zaczynają do niej powracać wspomnienia z przeszłości, wspólne chwile jakie dzieliła z Edwardem.  I to jest trzecia płaszczyzna, która perfekcyjnie wiąże tę opowieść, przeplatając się na zmianę z teraźniejszością i wydarzeniami opisanymi w książce.

Te trzy przenikające się wątki układają się w przejmującą opowieść o samotności, niespełnionych ambicjach, okrucieństwie psychicznym jak i fizycznym, zawiedzionym zaufaniu, życiu które potoczyło się nie tak jak miało.  To opowieść o zrujnowanej przeszłości, źle podjętych decyzjach, i o sprawiedliwości wymierzonej na własną rękę, która właściwie nie daje żadnej satysfakcji.  Opowieść genialnie zagrana (przede wszystkim Amy Adams, ale również Jake Gyllenhaal  Michael Shannon i Aaron Taylor-Johnson), przejmująca i zostająca w głowie na długo.  Bo mnóstwo w niej ukrytych znaczeń, gdzieś zasugerowanych myśli, wątków wartych przemyślenia.  I choć film Forda może wydać się przestylizowany, przesadnie dopieszczony, to nie można mu zarzucić tego, że pod tą idealną powłoką nie kryje się coś więcej.  Co prawda Ford wydobywa to bardzo powoli, ale konsekwentnie.  Zaczynając swój film zaskakującym, niecodziennym prologiem, ale i kończąc tę produkcję w idealny sposób, wprost perfekcyjną sceną.  Koniecznie.

21:25, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (2) »
sobota, 19 listopada 2016
Nowy początek

hannah

Nowy początekNowy początek (2016) USA

reżyseria: Denis Villeneuve
scenariusz: Eric Heisserer
aktorzy: Amy Adams, Jeremy Renner, Forest Whitaker, Michael Stuhlbarg, Mark O'Brien, Tzi Ma, Abigail Pniowsky, Julia Scarlett Dan
muzyka: Jóhann Jóhannsson
zdjęcia: Bradford Young
montaż: Joe Walker

na podstawie: opowiadania "Story of Your Life" Ted Chiang

 (8,5/10)

Denis Villeneuve, twórca tak udanych filmów jak "Sicario" czy "Wróg", sięga tym razem do kina science-fiction, tworząc niezwykłą, trzymającą w napięciu historię, mówiącą o istocie komunikacji i trudach pierwszego kontaktu z nieznanym.  Prezentuje historię spotkania z przybyszami z kosmosu, pozbawioną spektakularnych scen, obłędnych efektów specjalnych, czy akcji pędzącej na złamanie karku.  Tworzy film skromny, niewielki, niespieszny, ale niezwykle klimatyczny. Opowiada o Louise, doktor lingwistyki, która zostaje wybrana przez rząd do nawiązania kontaktu z przybyszami. Na świecie bowiem, pewnego dnia, w zupełnie przypadkowych miejscach, pojawia się dwanaście statków. Szybko okazuje się, że język jakim posługują się istoty nimi kierujące, nie ma nic wspólnego z tym co znamy z naszego świata. Bez zrozumienia mowy przybyszów nie będzie możliwe nawiązanie prawdziwego kontaktu, nie będzie możliwe odpowiedzenie na podstawowe pytanie: po co przylecieli?

W "Arrival" fantastyczne jest to, jak inny jest to obraz. Nie zainteresowany rozbuchanym spektaklem. To dramat, bardzo kameralna historia opowiadana z punktu widzenia bohaterki. Film, który rzetelnie, przekonująco, dokładnie, stara się przedstawić jak mógłby wyglądać pierwszy kontakt z obcymi. Jak zareagowaliby zwykli ludzie, jak zachowywałyby się media, co zrobiłyby konkretne państwa. To film, który zamiast rozpędzonej akcji, wybiera zagadkę, niewiadomą, powolne odkrywanie kolejnych tajemnic. To realistyczna opowieść, która bardzo serio zadaje pytanie jak mogłoby wyglądać pierwsze spotkanie, jak wyglądałyby próby zrozumienia nieznanego, nie mając z początku żadnych punktów wspólnych.  I chociażby już samo to jest cudowne w tym filmie. To jak zupełnie inaczej ukazuje taką sytuację i obce istoty. Ich nieludzki wygląd, ich mowę całkiem dla nas obcą, ich język zapisywany w całkiem odmienny, skomplikowany sposób. To co najbardziej tu fascynuje to poszczególne kroki jakie bohaterowie podejmują by zrozumieć przybyszów. Aż szkoda, że w pewnym momencie twórcy decydują się na montaż kolejnych dni, prób i sesji jakie podejmują naukowcy, by w skrócie, a przez to nie dość jasno, wytłumaczyć jak udało się ludziom zacząć rozmawiać z przybyszami.

To niesamowite ale w tym prostym filmie udaje się reżyserowi stworzyć i utrzymać niebywałe napięcie, do samego końca trzymając widzów na skraju foteli.  Fenomenalnie wypada pierwsze spotkanie z istotami, które jest zaskakujące, pomysłowe, niezwykłe. Jednocześnie straszne ale i inspirujące.  Przepełnione sprzecznymi emocjami, nadzieją, przerażeniem, zachwytem, konsternacją, niedowierzaniem. Ale i późniejsze wydarzenia ogląda się jednym tchem (gdy choć bohaterom udaje się zrozumieć pierwsze słowa, to prowadzą one do kolejnych niewiadomych i niepewności).  I tak, poprzez ukazanie niecodziennej sytuacji pierwszego spotkania z istotami, film ten staje się produkcją w gruncie rzeczy mówiąca o nas samych. O tym jak trudno nawiązać wspólne porozumienie, ze względu na język, ze względu na pochodzenie, kontekst, podłoże, przez które słowa i przekaz można interpretować na różne sposoby. Ludzkość w filmie Denisa Villeneuve by nawiązać kontakt z przybyszami, wpierw musi zrozumieć samą siebie, wpierw musi nauczyć się słuchać i rozmawiać sama ze sobą, Coś tak prostego, codziennego, ale tak trudnego, nawet pomiędzy jednostkami tego samego gatunku. Bez efekciarstwa, prostymi środkami, reżyser tworzy ten pełen napięcia, zagadkowy, niepokojący thriller. Już samo to jak wyglądają statki przybyszów, jak unoszą się w pionie, kilka metrów ponad ziemią, jest jednocześnie niepokojące, niezwykłe i fascynujące.

Fenomenalne w "Arrival" jest również to, że film ten nie prowadzi widza za rączkę, nie odpowiada na wszystkie pytania, wiele spraw pozostawiając niejasnych, niewyjaśnionych. To czego dowiadujemy się o przybyszach to okruchy większej całości, ledwo zrozumiane z ich skomplikowanego pisma. Niejasne ze względu na ich kompletnie odmienny sposób postrzegania czasoprzestrzeni. Jednak ten brak jasnych, konkretnych, domkniętych odpowiedzi wcale nie działa na niekorzyść tego filmu.  Wręcz przeciwnie. Reżyser pozostawia pewną niewiadomą, pewne pole do własnej interpretacji, do własnego zrozumienia tej opowieści. Mówi tylko to co najbardziej istotne, tylko to co konieczne do zrozumienia historii Louise. Nie interesują go dokładne szczegóły tej kosmicznej historii, bo na pierwszym planie stawia swoją bohaterkę, jej dążenie do nawiązania kontaktu z przybyszami, i poradzenie sobie z powracającymi wizjami życia z córką, którą utraciła. To Louise, jej prywatna historia i jej utracona relacja z córką są tym co leży u źródła tej opowieści. Niezwykłej, nieszablonowej, zaskakującej, nietypowej, zmuszającej do zatrzymania się na chwilę i przemyślenia. Fantastyczny film.

21:53, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (1) »
niedziela, 06 listopada 2016
10.AAFF / Egzamin / Mr.GaGa / Toni Erdmann / Safari

10.AAFF / Egzamin / Mr.GaGa / Toni Erdmann / Safari

Egzamin | dramat | Belgia, Francja, Rumunia | 2016
reż. Cristian Mungiu

 (8/10)

Dramat obyczajowy najwyższej próby. Twórca poruszającego „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni” portretuje w swojej najnowszej produkcji współczesną Rumunię, dwa różne pokolenia i miłość rodzicielską. „Egzamin” to historia pewnej rodziny. Ojciec jest lekarzem, matka bibliotekarką, a córka lada dzień będzie zdawać egzamin maturalny. Jest zdolna, uczy się świetnie, ma szansę otrzymać stypendium na studia w Anglii. Jeśli tylko zda dobrze wszystkie egzaminy, będzie mogła studiować za granicą. To wielka szansa na nowe, lepsze życie, na które nie może liczyć w Rumunii. Niestety w przeddzień egzaminów zostaje napadnięta i cudem unika gwałtu. To traumatyczne wydarzenie może zaprzepaścić szansę na jej wyjazd za granicę. Ojciec, któremu ogromnie zależy, aby jego córka wyjechała z kraju, jest w stanie postąpić wbrew wszystkim swoim zasadom, by dziewczyna nie utraciła tej możliwości.

Choć „Egzamin” jest kameralnym dramatem, rozgrywającym się w większości w kolejnych pomieszczeniach, to zachwyca w nim tempo wydarzeń. Produkcja ta prze do przodu, nie zatrzymuje się ani na chwilę. Ukazuje zmagania ojca, który walczy, aby wymarzona przyszłość jedynej córki nie została utracona. I choć mężczyzna uczył ją uczciwości, a sam zawsze postępował zgodnie ze swoim sumieniem, to w nowej sytuacji zaczyna naginać reguły, korzystać ze znajomości, z nadarzających się okazji. Przyszłe życie córki jest dla niego w tym momencie priorytetem, dla którego postępuje wbrew sobie. I tu pojawia się pierwsze, bardzo ważne pytanie wynikające z filmu – czy cel uświęca środki? Czy w drodze wyjątku można naginać reguły, chcąc jak najlepiej dla swoich bliskich? Skoro córka przez całą szkołę uczyła się bardzo dobrze i gdyby nie napaść, z pewnością zdałaby maturę śpiewająco, to czy naciągnięcie wyniku egzaminu, który jej nie poszedł, jest czymś złym? Czy można zgodzić się na to, że jedno zdarzenie zaważy na całym życiu, przekreśli wiele lat starań? Czy skoro żyje się w kraju, w którym każdy każdego o coś prosi, każdy każdemu wyrządza jakieś przysługi, to czy można też na tym skorzystać, mimo że nie jest to właściwe? Czy skoro inni oszukują, to my też możemy?

Drugi ważny wątek w tym fantastycznym dramacie to portret dwóch pokoleń. Tego starszego, reprezentowanego przez rodziców napadniętej dziewczyny, oraz tego młodszego, które reprezentuje ona sama i jej chłopak. Starsze pokolenie nie widzi już żadnych szans na lepszą przyszłość, nie widzi możliwości na zmianę rzeczywistości na lepsze. Żałuje swoich decyzji, żałuje powrotu do kraju, który mimo upływu lat i starań nie zmienił się na lepsze. Jest pokoleniem przegranym, pełnym zmarnowanych szans, niespełnionych nadziei. Jest pokoleniem, które szanse widzi tylko poza granicami swego kraju, dlatego zrobi wszystko, by młodzi nie zmarnowali swego czasu, by mieli lepiej, nawet jeśli jedynym rozwiązaniem jest wyjazd z ojczystej Rumunii. Bardzo smutny, poruszający jest to portret.

Mr. GaGa | dokument | Holandia, Niemcy, Szwecja, Izrael | 2015
reż. Tomer Heymann

 (6/10)

„Mr. Gaga” to dokument o Ohadzie Naharinie, wybitnym izraelskim tancerzu i choreografie, który swoją karierę rozpoczynał na początku lat 80. Ohad jest narratorem tego filmu, mówi o swojej pracy i życiu, właściwie od dzieciństwa aż po teraźniejszość. Snuje opowieść o tym, jak szukał swojej formy wyrazu, ruchu, który w pełni oddawałby jego samego, aż odkrył pewien styl, który nazwał GaGa. Dokument ten przeplata zapis różnych występów scenicznych (występów samego Ohada w latach jego młodości, ale także grup tanecznych, którym przewodził), z chwilami spędzonymi w salach treningowych oraz z wypowiedziami wprost do kamery różnych zaproszonych gości, zrealizowanymi na potrzeby filmu. O życiu prywatnym tancerza mówi się tu niewiele, sednem tego filmu jest taniec. Chociaż też nie do końca, bo o istocie tytułowego GaGa dowiadujemy się niewiele, a fragmenty występów są tak pocięte, tak fragmentaryczne, że przez bardzo długi czas trudno zrozumieć, na czym polega wyjątkowość twórczości Ohada. Dopiero pod koniec, gdy twórcy dochodzą do obecnych projektów choreografa, zaczyna wyłaniać się jego wyjątkowość jako tancerza i choreografa. Być może takie powolne dochodzenie do sedna wynika z faktu, że tak jak nie ma jednej, konkretnej odpowiedzi na pytanie o to, dlaczego zaczął tańczyć, tak też nie ma jednej odpowiedzi na pytanie, co czyni go tak bardzo wyjątkowym.

Toni Erdmann | dramat, komedia | Austria, Niemcy | 2016
reż. Maren Ade

 (8/10)

Ten intrygujący film będący niemieckim kandydatem do Oscara w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny, zawojował tegoroczny festiwal w Cannes. Przez krytyków był określany jako produkcja, jakiej jeszcze w kinie nie było, jako dowód na to, że kino jeszcze nie umarło i nadal ma wiele do zaoferowania. I choć te nad wyraz entuzjastyczne opinie są trochę przesadzone, bo ani w formie, ani w treści ten obraz nie jest rewolucyjny, to jednak nie można mu odmówić ciekawego, świeżego spojrzenia na w sumie dość prostą historię. To lekka, pełna humoru, ciepła opowieść o Tonim oraz jego córce, która pracuje w wielkiej korporacji w Bukareszcie. On jest podstarzałym zgrywusem, wymyślającym na poczekaniu niestworzone historie, mężczyzną w głębi duszy pełnym ciepła i empatii, choć na pierwszy rzut oka jego zachowanie może wydać się przesadnie ofensywne. Ona jest wielką bizneswoman prowadzącą bardzo trudne negocjacje, kobietą sztywną, spiętą, przesadnie zorganizowaną, żyjącą według bardzo napiętego kalendarza, nastawioną na osiąganie konkretnych celów. Toni przyjeżdża któregoś razu z niezapowiedzianą wizytą do niej do Rumunii i ku jej niezadowoleniu zostaje na dłużej, starając się odbudować zaniedbane relacje.

To, co napędza ten niezwykle interesujący i wciągający film, to rozwijająca się relacja między ojcem i córką, kolejne próby nawiązania lepszego kontaktu, odbudowania więzi, która kiedyś ich łączyła, ale wiele wskazuje na to, że zniknęła już na zawsze. Kolejne podejścia, które wynoszą tę historię na coraz bardziej absurdalne poziomy, których szczytem okazuje się urodzinowy, nagi brunch. Dzięki Toniemu, dzięki jego niezwykle pozytywnemu charakterowi, ta opowieść jest rozbrajająco zabawna, ale również naprawdę mądra. Toni, chcąc zbliżyć się na nowo do córki, ma nadzieję również pokazać jej, na czym tak na prawdę może polegać życie, o czym w pędzie pracy w korporacji najwyraźniej zapomniała. I choć w sumie niewiele się tu dzieje, choć niektóre zdarzenia mogą wydać się przesadnie przewidywalne, to nie można odmówić tej produkcji serca do bohaterów. Bo „Toni Erdmann” to film nad wyraz ludzki. I mimo bardzo długiego metrażu (prawie trzygodzinny seans) wart zobaczenia. Ciekawe, czy Akademia się na nim pozna.



Safari | dokument | Austria | 2016
reż. Ulrich Seidl

 (6/10)

Ulrich Seidl, twórca między innymi trylogii „Raj”, reżyser, którego filmy poprzez formę sprawiają wrażenie wręcz dokumentalnej obserwacji, tym razem tworzy film niebędący fabułą, a właśnie dokumentem opowiadającym o bogatych Niemcach, którzy jeżdżą do Afryki na polowania. Obserwacji reżysera podlega kilka osób: starsze małżeństwo, młody mężczyzna, który na polowanie wybrał się po raz pierwszy, cała rodzina, która na safari przyjeżdża już któryś raz. Tak jak poprzednie filmy Seidla, tak i ten obraz jest niezwykle zimny, właściwie pozbawiony komentarza, jedynie przygląda się pewnym sytuacjom. Obok scen z polowań reżyser pokazuje również wypowiedzi bohaterów na temat tego, co robią. Sami tłumaczą się z polowań, sami na siłę usprawiedliwiają się z tego, co robią w Afryce i prawdę powiedziawszy idzie im to bardzo nieudolnie. Przy okazji tych spowiedzi bohaterów na jaw wychodzi kilka innych tematów, jak chociażby zawoalowany rasizm, chęć zabijania dla sportu, odgradzanie się od historii. Szkoda tylko, że ten dokument jest w pewnym stopniu aranżowany – jest tu wiele scen z bohaterami stojącymi w milczeniu przed kamerą, a także scen z tubylcami, którzy również na wprost kamery jedzą zabite przez turystów zwierzęta. Przez te aranżowane sceny znika uczucie autentyczności, wkrada się pewna niepotrzebna sztuczność, której ten film nie potrzebuje. Sama milcząca obserwacja turystów by tutaj wystarczyła i niosłaby ze sobą znacznie mocniejszy przekaz.

All About Freedom

Tagi: aaff festiwal
17:11, milczacy_krytyk , festiwal
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2