Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
sobota, 28 listopada 2015
Młodość

youth

MłodośćMłodość (2015) Francja, Szwajcaria, Wielka Brytania, Włochy

reżyseria i scenariusz: Paolo Sorrentino
aktorzy: Michael Caine, Harvey Keitel, Rachel Weisz, Paul Dano, Jane Fonda
muzyka: David Lang
zdjęcia: Luca Bigazzi
montaż: Cristiano Travaglioli

 (7/10)

W zeszłym roku ominęło mnie “Wielkie piękno” Paolo Sorrentino. Film zachwalany przez krytyków, polecany przez widzów, nagradzany na festiwalach. Mimo dobrych opinii jakoś nie udało mi się go wtedy obejrzeć (i nadal nie nadrobiłem tej zaległości), mimo iż miał on swoje kilkukrotne życie, na festiwalach, pokazach specjalnych, projekcjach w kinach studyjnych i nawet chyba zahaczył o multiplexy. Jakoś nie mogłem uwierzyć w to, ze tamta opowieść o rozpamiętywaniu przeszłości może być tak udana jak o niej pisano i mówiono. Jednak ciekawość i pewnego rodzaju żal z niezaliczonego seansu pozostały i wraz z nowym filmem Sorrentino obiecałem sobie, ze tego seansu już nie przegapię. Tym bardziej, ze w “Młodości” grają moi ulubieńcy: Rachel Weisz i Michael Caine. Sęk jednak w tym, ze choć sam film obejrzałem jak tylko wszedł do kin (studyjnych of course), tak przelanie wrażeń z tego seansu na bloga zajęło mi strasznie dużo czasu, ponad dwa miesiące. I już samo to trochę świadczy o tym jak odebrałem najnowszy film Sorrentino. 

“Młodość” to film dość specyficzny. Spokojny, jakby magiczny, trochę nierealny, odrobine teatralny, bardzo epizodyczny. Historia składająca się z oddzielnych scen, poszczególnych wątków, które spaja główny bohater. Nie posiadająca konkretnej fabuły jasno dążącej w konkretnym kierunku.  Bardziej zbiór przypadków, zdarzeń jakie przytrafiają się bohaterowi i najbliższym mu osobom. Jest nim dobiegający kresu swoich dni sławny kompozytor muzyki klasycznej, który najbardziej znany jest ze swojej kompozycji Simple Songs. Choć ze względów osobistych jest ona dla niego bardzo ważna, jest tylko niewielkim wycinkiem jego twórczego dorobku.  Jednak przez większość ludzi właśnie ona jest najbardziej rozpoznawalna. Kompozytor spędza kilkanaście letnich dni w austriackim sanatorium, które odwiedzają również inne znane osoby. Jego najlepszy przyjaciel reżyser, który z grupą młodych scenarzystów, pracuje nad swoim ostatnim filmem. Obiecujący młody aktor przygotowujący się do swojej nowej roli. A także córka głównego bohatera, będąca jego menadżerką, która stara się jak najlepiej zorganizować jego pobyt w sanatorium. 

I tak kolejne dni mijają na spokojnym, dość nudnym pobycie w ośrodku, odpoczywaniu, przyglądaniu się ludziom i temu mikro światu jaki istnieje wokół sanatorium. Od sytuacji do sytuacji. Są nimi nocne występy zespołów na dziedzińcu ośrodka, pojawianie się nowych gości jak Miss Universe, wtrącenia o młodym chłopcu grającym na skrzypcach, czy lewicującym buddyście. Wspomnienia bohatera i innych postaci mieszają się z rzeczywistością, sny i marzenia dzieją się na jawie, historie pisane ożywają, odgrywane postaci wkraczają w życie. Forma jest dość płynna, zdarzyć się może wiele, prawie wszystko. Ta swobodna, świetnie zagrana opowieść staje się historią mówiącą i przemijaniu, o tym co jest ważne w życiu, o tym co jest niezwykłego w młodości i starości, o tym czym jest przeszłość i przyszłość. Jak ważna jest twórczość, cel w życiu, jak istotne w tym wszystkim są ludzkie emocje. Mówi o kinie i o muzyce, o tym jak pomysły i zamierzenia odbierane są w rożny sposób, o tym jak przewrotne bywa życie, wybierając to co przejdzie do historii, co stanie się osobistym dziedzictwem, a co zniknie z czasem.

Tagi: dramat
19:05, milczacy_krytyk , 07
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 listopada 2015
Listy do M. 2

komedia jeszcze bardziej romantyczna

Listy do M. 2 Listy do M. 2 (2015) Polska

reżyseria: Maciej Dejczer
scenariusz: Marcin Baczyński, Mariusz Kuczewski
aktorzy: Maciej Stuhr, Roma Gąsiorowska, Tomasz Karolak, Agnieszka Dygant, Piotr Adamczyk, Małgorzata Kożuchowska, Maciej Zakościelny, Marta Żmuda Trzebiatowska, Katarzyna Zielińska, Jakub Jankiewicz, Agnieszka Wagner, Wojciech Malajkat, Paweł Małaszyński, Katarzyna Bujakiewicz, Julia Wróblewska, Anna Matysiak, Marcin Perchuć, Magdalena Lamparska, Nikodem Rozbicki, Waldemar Błaszczyk, Małgorzata Pieczyńska, Krzysztof Stelmaszyk, Sebastian Stankiewicz, Marcin Stec
muzyka: Łukasz Targosz
zdjęcia: Marian Prokop
montaż: Jarosław Barzan

 (3/10)

"Listy do M." były filmem wyjątkowym w swoim rodzaju.  Polska produkcja, wzorowana na takich hitach jak "Love Actually", czy serii filmów o zakochanych miastach, przyciągnęła tłumy widzów do kin, prezentując jednocześnie zaskakująco udany poziom.  Była filmem ciepłym, zabawnym, wzruszającym, optymistycznym i co najważniejsze niegłupim.  Daleko jej było do lukrowanych,  naiwnych, serialopodobnych produkcji komediowych, jakie co roku wychodzą z ręki polskich producentów.  Była ciepłą komedią, osadzoną w okresie Świąt Bożego Narodzenia, świetnie oddającą klimat tego czasu.  Jej sukces tkwił w doborowej obsadzie, lekkim ale sprawnie napisanym scenariuszu, który sprawiedliwie rozdzielał czas pomiędzy poszczególne wątki, oraz w tym, że był to film świąteczny, a nie kolejna głupiutka komedia romantyczna.  Świetny film i sukces, który niestety dwa razy z rzędu się nie zdarza.

Popularność pierwszej części wymusiła powstanie kontynuacji.  Kontynuacji zupełnie niepotrzebnej i znacznie gorszej od części pierwszej.  Kontynuacji na którą twórcy nie mieli żadnego pomysłu, przez co prezentuje ona poziom idiotycznych polskich komedii romantycznych, będąc w istocie nieśmieszną komedią romantyczną, a nie filmem świątecznym.  Święta są tutaj tylko kolorowym tłem, dodanym na siłę, tylko po to by Karolak znów mógł przywdziać strój Mikołaja, jednak nie mającym żadnego wpływu na akcję, poczynania bohaterów.  Bo właściwie wszystkie wątki mogłyby się rozgrywać w dowolnym innym okresie roku i wyglądałyby identycznie.  Prócz tego, że bohaterowie nie mówiliby co chwilę "Wesołych Świąt".  A skoro nie Święta są tematem tego filmu, to właściwie nie wiadomo co.  "Listy do M. 2" stają się więc taką paradą kolorowych postaci, pojawiających się dosłownie na chwilę, wygłaszających nudne, nieśmieszne dialogi.  I tak przez bite dwie godziny na siłę lukrowanego seansu.

Co gorsze twórcy do świata i tak bogatego w postaci, zdecydowali się dodać jeszcze dwa dodatkowe wątki, tym samym spychając bohaterów pierwszej części na dalszy plan.  A to właśnie oni, a nie nowe twarze są w tym obrazie nadal najciekawsi.  Wątek trójkąta miłosnego z Zakościelnym to typowa romantyczna sztampa i komediowy bełkot. Wątek Kożuchowskiej i jej synów to zaledwie dwie sceny zakończone tak przesadnie dramatycznym finałem, że aż bawi jego płomienny rozmach.  Bronią się jako tako postaci z pierwszej części, choć tak naprawdę aktorzy nie mają co tutaj grać.  Bo kontynuacja ta jest totalnie o niczym.  Fabułą nie można nazwać pomysłów na chorobę bohaterki granej przez Wagner, książkowego sukcesu Dygant, nieudanego prezentu Stuhra, czy sytuacji związanych z postaciami granymi przez Małaszyńskiego czy Bujakiewicz, którzy są w tym filmie tylko dlatego bo byli w części pierwszej.  Najwięcej jest tu Karolaka, ale jakkolwiek by się nie starał, jego "psia dupa" po trzecim powtórzeniu staje się po prostu nieznośna.

niedziela, 22 listopada 2015
Steve Jobs

i

Steve JobsSteve Jobs (2015) USA

reżyseria: Danny Boyle
scenariusz: Aaron Sorkin
aktorzy: Michael Fassbender, Kate Winslet, Seth Rogen, Jeff Daniels, Michael Stuhlbarg, Katherine Waterston, Perla Haney-Jardine, Ripley Sobo, Makenzie Moss, Sarah Snook
muzyka: Daniel Pemberton
zdjęcia: Alwin H. Kuchler
montaż: Elliot Graham

 (8/10)

Dwa lata po pierwszej biografii Steve’a Jobsa jaka trafiła na ekran, otrzymujemy już drugi film opowiadający o twórcy iMaca. Produkcja z Ashtonem Kutcherem nie cieszyła się zbyt dobrą opinią ani wśród widzów, ani tym bardziej wśród krytyków. Produkcja Danny'ego Boyle'a miała więc szansę poprawić błędy swego poprzednika. Zatrzeć złe wrażenie. I prawdę powiedziawszy, patrząc na osoby odpowiedzialne za ten film, było bardziej niż pewne, że się to uda. “Steve Jobs” jest bowiem filmem wyreżyserowanym przez twórcę takich obrazów jak “28 dni później”, “Slumdog” czy "127 godzin", do którego scenariusz napisał Aaron Sorkin, specjalista od historii napędzanych przez dialogi, i rozmowy prowadzone podczas przechadzek wąskimi korytarzami. W rolach głównych wystąpili fantastyczni aktorzy: Kate Winslet, Jeff Daniels, Seth Rogen i Michael Fassbender. Z tak poważną ekipą film ten musiał się udać i się udał. 

Sorkin zamiast zwykłej biografii zdecydował się na poprowadzenie opowieści o Jobsie poprzez kilka ważniejszych wydarzeń z zawodowego życia bohatera.  Właśnie poprzez wydarzenia opowiada więc o bohaterze, a nie poprzez samą jego postać.  W związku z czym zamiast przelatywać po łebkach przez całe życie twórcy iMaca, skupił się na trzech ważnych chwilach z jego życia, trzech konferencjach, na których miały zostać zaprezentowane nowe produkty. A dokładniej rzecz biorąc na tym co działo się za kulisami, w trakcie przygotowań do konferencji, w trakcie prób. Zaczynając od roku 84. gdy miał zostać zaprezentowany nowy Macintosh, później przed konferencją z 88., gdy miała zadebiutować kostka Next, oraz dziesięć lat później, w roku 1998, gdy Jobs powróciwszy do Apple miał przedstawić światu iMaca. Oprócz tego jest tu kilka błyskawicznych flashbacków, miedzy innymi powracających do garażu w którym wraz z Stevem Wozniakiem Jobs pracował nad pierwszym komputerem. W każdym z tych planów czasowych widzimy interakcje bohatera z kilkoma osobami. W każdej są to te same postaci. Szefowa marketingu Lisa Hoffman, prezes Apple John Sculley, członek projektu Macintosh Andy Hertzfeld, przyjaciel Steve Wozniak czy kobieta która twierdzi, że ma z Jobsem dziecko, córkę o imieniu Lisa.  To poprzez interakcje z tymi osobami poznajemy Steve'a. To kim był jako człowiek, przyjaciel, szef, to dlaczego miliony pokochały jego produkty stając się niemal wyznawcami tych urządzeń. Choć początkowo komputery promowane przez Jobsa wcale nie były lepsze od konkurencji, choć sam Jobs zdawał sobie sprawę z ich ograniczeń, mimo wszystko prezentując je jako ósmy cud świata. 

Bez dwóch zdań “Steve Jobs” to świetny film. Genialnie napędzany przez dynamiczny montaż, przez nienarzucającą się ale idealnie wybijająca rytm muzykę, oraz napisane w punkt dialogi Aarona Sorkina. Dialogi, które perfekcyjnie zostają dostarczone przez aktorów.  Przede wszystkim Michaela Fassbendera, który choć z początku nie wygląda jak Jobs, oddaje charakter jego postaci. A to w tym jest przecież najważniejsze. Ale nie odstają od niego pozostali, Kate Winslet, która całkiem wtapia się w swoją bohaterkę, czy Seth Rogen pojawiający się trochę rzadziej, ale całkiem zrywający z wizerunkiem aktora grywającego w głupich komediach. Świetnym posunięciem twórców tego filmu było również wycinkowe ukazanie historii. W ten sposób, poprzez trzy zdarzenia, dowiadujemy się o Jobsie naprawdę wiele. O jego stosunku do pracy i produktów jakie tworzył, o tym jakie miał relacje ze współpracownikami, z córką i jej matką. Wreszcie o tym jak postrzegali go inni, najbliżsi w jego otoczeniu. W ten sposób bardziej możemy zrozumieć na czym polegał fenomen jego osoby. Człowieka który nigdy nie dłubał w komputerze, nie programował, nie był inżynierem. Człowieka który uparł się by komputer był układem zamkniętym, niekompatybilnym absolutnie z niczym.  By przede wszystkim był przyjazny dla użytkownika, by na dzień dobry mówił radosne ‘hello’. Człowieka który, jak sam o sobie mówi w jednej ze scen, dyrygował orkiestrą.

12:41, milczacy_krytyk , 08
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 listopada 2015
Strategia mistrza

champion, hero, legend, cheat

Strategia mistrzaStrategia mistrza (2015) Francja, Wielka Brytania

reżyseria: Stephen Frears
scenariusz: John Hodge
aktorzy: Ben Foster, Chris O'Dowd, Guillaume Canet, Jesse Plemons, Lee Pace, Denis Ménochet, Dustin Hoffman, Bryan Greenberg, Elaine Cassidy, Laura Donnelly, Edward Hogg
muzyka: Alex Heffes
zdjęcia: Danny Cohen
montaż: Valerio Bonelli

na podstawie: książki "Seven Deadly Sins: My Pursuit of Lance Armstrong" Davida Walsha

 (6/10)

"Strategia mistrza" to film biograficzny opowiadający o karierze Lance'a Armstronga, chyba najbardziej znanego kolarza na świecie.  Od pierwszego wyścigu w Tour de France, przez siedem lat w czasie których zwyciężał, aż po oficjalne przyznanie się do dopingu w programie Oprah Winfrey.  To film, który prowadzi dwa równoległe wątki.  Pierwszy skupia się na postaci Armstronga, drugi wspomina o dziennikarzu Davidzie Walshu, który podejrzewał kolarza o doping, i jako pierwszy zaczął o tym pisać. To właśnie jego książka stała się podstawą do scenariusza tego filmu, wraz z raportem komisji antydopingowej.

Przez to, że film ten jest tak rozciągnięty w czasie, opowiada o wydarzeniach jakie rozgrywały się na przestrzeni kilkunastu lat, poprowadzony został trochę po łebkach.  Niemożliwością było bowiem skomasować całą tą opowieść do jednego, niespełna dwugodzinnego filmu, a właśnie to chcieli zrobić twórcy.  W związku z czym mnóstwo w tej produkcji skrótów i uproszczeń, stosowanych po to by zdążyć z historią przed finałem.  Mówi się tu po łebkach o początkach kolarza, nie zagłębiając się w jego korzenie, źródło jego fascynacji kolarstwem.  Po łebkach mówi się również o jego późniejszym życiu, skupiając się tylko na kolejnych wygranych, konferencjach prasowych, w których zawsze zapierał się, że jest czysty i nigdy nie wspomagał się nielegalnymi substancjami.  Po łebkach pokazani są również pozostali bohaterowie, jedni pojawiający się w tej produkcji tylko po to by odnotować jakieś historyczne wydarzenie z życia Armstronga (żona), inni służący jedynie za wsparcie dla głównego bohatera, tak jak wsparciem są jego koledzy z zespołu, którzy jadą wraz z nim tylko po to by to on właśnie mógł zwyciężyć.  

Przez takie pobieżne potraktowanie postaci jak i samej historii film ten pozostaje niczym ponad przeciętną opowieścią, która nie wgłębia się w istotę rzeczy, pozostając jedynie ładnym filmem o znanym sportowcu.  To co jednak udaje się Frearsowi, to mimo całej winy jaka wiąże się z postacią Armstronga, nie przedstawić go jako postaci negatywnej.  Oszustwo jakiego się dopuścił jest tylko jedną z jego stron.  Armstrong to człowiek zafiksowany na zwycięstwo, który zrobi wszystko by być pierwszym.  To człowiek, którego życiem jest rower, który nie wyobraża sobie życia bez kolarstwa.  Ale przez chorobę jaką przeszedł jest to również człowiek, który wykorzystuje swoją pozycję, swoje kontakty i swoje pieniądze, do tego by nieść pomoc innym ludziom walczącym z chorobą.  Wielki talent ale i wielkie rozczarowanie.  Sportowiec, który jednocześnie przyniósł światowy rozgłos kolarstwu, i okrył je złą sławą.  Ciekawa postać będąca bohaterem niestety dość przeciętnego filmu.

22:07, milczacy_krytyk , 06
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 listopada 2015
Praktykant

experience never gets old

PraktykantPraktykant (2015) USA

reżyseria i scenariusz: Nancy Meyers
aktorzy: Robert De Niro, Anne Hathaway, Rene Russo, Anders Holm, JoJo Kushner, Andrew Rannells, Adam DeVine, Zack Pearlman
muzyka: Theodore Shapiro
zdjęcia: Stephen Goldblatt
montaż: Robert Leighton

 (5/10)

Nancy Meyers jak dotąd urzekła mnie tylko jednym filmem.  Było nim niezwykle ciepłe, zabawne i niegłupie "Lepiej późno niż później" z Jackiem Nicholsonem, Diane Keaton i Keanu Reevesem.  Niezwykle przyjemny film, który widziałem już nawet nie pamiętam ile razy, który za każdym razem wprowadza mnie w równie dobry humor.  Nie wiem co w nim takiego jest: czy to historia, czy klimat, czy obsada, ale działa za każdym razem.  Niestety z pozostałymi filmami reżyserki tak już nie jest.  Pamiętając jednak jak dobrze bawiłem się na "Lepiej późno niż później", nieustannie mam nadzieję, że Meyers uda się kiedyś osiągnąć jeszcze taki poziom.  Stąd wiernie śledzę jej dokonania czekając na równie udany seans.  Czasem kończy się trochę lepiej (całkiem udane "To skomplikowane"), czasem zdecydowanie gorzej (koszmarne "Holiday").  Miałem nadzieję, że "Praktykant" będzie bliżej tych pierwszych, niestety okazał się być co najwyżej przeciętny.

"Praktykant" to opowieść o siedemdziesięciolatku, który jest wdowcem przebywającym na emeryturze.  Stara się nie wypaść ze społeczeństwa, stara się nie przemienić w zrzędliwego staruszka, ale obecna sytuacja średnio mu się podoba.  Bo choć uczęszcza na przeróżnego rodzaju kursy i spotkania dla seniorów, choć podróżuje po całym świecie, gdy tylko wraca do domu odczuwa wielką pustkę.  Boi się, że jeśli czegoś nie zmieni w swoim życiu może wpaść w depresję.  Pewnego dnia przypadkiem trafia na ogłoszenie o pracy w roli praktykanta.  Praktyka miałaby trwać sześć tygodni, w firmie zajmującej się sprzedażą ubrań przez internet.  Swoje CV ma przesłać w formie elektronicznej jako film.  A ponieważ niczego się nie boi, udaje mu się zdobyć tę pracę i zaczyna asystować młodej Jules, która półtora roku wcześniej założyła tę firmę i z jednoosobowej działalności rozkręciła w biznes zatrudniający ponad dwieście osób.  Jak nie trudno się domyślić, choć z początku nie podoba jej się pomysł aby dziadek był jej asystentem, z czasem zacznie się przekonywać do takiego rozwiązania.

"Praktykant" jest filmem sympatycznym.  I tak jak jest to najgorszy przymiotnik do opisywania nowo poznanej osoby, tak również niezbyt dobrze świadczy o opisywanym filmie.  Bo najnowszy obraz Nancy Meyers, jest filmem przyjemnym, ciepłym i strasznie nijakim.  Wypływa z niego obojętność tak wielka, że zapomina się o nim jeszcze w trakcie oglądania.  Całość została unurzana w atmosferze ciepłej bajki, do tego okrutnie przesłodzonej i przesadzonej.  Gdy ma być śmiesznie wszyscy nadmiernie silą się by było zabawnie, gdy ma być smutno, zły lecą strumieniami z oczu bohaterów .  W tej udawanej rzeczywistości wszystko kończy się dobrze, a problemy rozwiązują się same.  Tylko gdzieś prawdziwe uczucia gubią się po drodze.  Miłe to ale żadne.  Liczyłem jednak na coś więcej.

21:34, milczacy_krytyk , 05
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3