Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
sobota, 29 listopada 2014
Szefowie wrogowie 2

Advertisement

roar!

Szefowie wrogowie 2Szefowie wrogowie 2 (2014) USA

reżyseria: Sean Anders
scenariusz: Sean Anders, John Morris
aktorzy: Jason Bateman, Jason Sudeikis, Charlie Day, Jennifer Aniston, Kevin Spacey, Jamie Foxx, Chris Pine, Christoph Waltz, Jonathan Banks
muzyka: Christopher Lennertz
zdjęcia: Julio Macat
montaż: Eric Kissack

 (5/10)

Komedia to chyba najtrudniejszy gatunek ze wszystkich.  Wielką sztuką jest nakręcić film, który byłby zabójczo zabawny, a jednocześnie niegłupi.  Oczywiście by rozśmieszyć najłatwiej jest zejść poniżej pasa, rzucić tortem w twarz, rozmowy wypełnić seksualnymi aluzjami, żartami wyśmiewającymi pochodzenie rasowe, orientację seksualną, wykonywaną profesję.  Sklecić całość z luźnych scenek, gagów rozwijających się wokół jakiegoś jednego tematu, zwulgaryzować każdą scenę do granic możliwości i mieć nadzieję, że coś z tego wyjdzie.  Problem współczesnych amerykańskich komedii, których udanych reprezentantów można zliczyć na palcach jednej ręki.  "Szefowie wrogowie 2" niestety nie są wyjątkiem, nie wyróżniają się na tle marnej konkurencji.  To nudna komedia, która wykorzystuje humor najniższych lotów, opowiadając dalszą część idiotycznej historii trzech facetów, którzy pozbyli się swoich szefów.  Można ją obejrzeć, nie jest to co prawda najgorszy reprezentant gatunku, tylko po co?

Sporo rzeczy boli w tym filmie.  Po pierwsze sami główni bohaterowie.  Trójka facetów, którzy jeszcze nie dorośli, zatrzymali się na poziomie średnio rozgarniętego nastolatka i nic nie wskazuje na to by kiedykolwiek miało się im poprawić.  Nie sposób wytrzymać ich obecności, nie sposób nie irytować się ich idiotycznym zachowaniem. Gadają, wrzeszczą jeden przez drugiego, kłócą się jak potłuczeni.  Zupełnie jakby od szybkości wystrzeliwanych słów zależało czy będą zabawni.  Nie dam głowy, bo już nie pamiętam jak to wyglądało w poprzedniej części, ale wydaje mi się, że w niej byli odrobinę bardziej ogarnięci.  A przecież nie sztuką jest umieścić idiotę w głupiej sytuacji.  Sztuką jest by normalny, zwykły bohater znalazł się w sytuacji tak komicznej, że nie sposób powstrzymać się od śmiechu.  A tego w tym filmie jest niestety tyle co kot napłakał.  Najwięcej na napisach końcowych.  Przedziwna sytuacja, która powtarza się już po raz któryś w przypadku amerykańskiej komedii.  Sama produkcja okazuje się być nijaka, nudna, a odrzuty, sceny nieudane, pokazywane na napisach końcowych, tryskają humorem, są zabawne w niewymuszony, naturalny sposób.  Smutne to i tragiczne zarazem.  W czym więc problem?  Może w scenariuszu, który tłamsi potencjał aktorów, wciskając ich w głupie sytuacje, wymuszając takie a nie inne dialogi?

Na plus (jeśli już) można zaliczyć tej produkcji bardzo ładnie zrealizowane sekwencje ukazujące perfekcyjny plan przygotowany przez bohaterów, oraz pościg samochodowy naigrywający się z tego typu scen w filmach sensacyjnych.  Zdecydowanie lepiej od głównej trójki prezentują się też aktorzy drugiego planu.  Fantastyczny Kevin Spacey jako siedzący za kratami jeden z szefów z pierwszej części, do którego bohaterowie zwracają się o radę.  Wyluzowana Jennifer Aniston, która nieźle szarżuje zrywając z poprawnym, grzecznym wizerunkiem, grając kobietę uzależnioną od seksu.  Niezły jest również Jamie Foxx jako przestępca ciamajda, który nie potrafi się targować.  Wisienką na torcie okazuje się jednak charyzmatyczny Chris Pine, który z ogromną przyjemnością bawi się swoją rolą bogatego, przebiegłego intryganta i cwaniaka.  Jest zaskakujący, nieprzewidywalny, całkiem inny od swoich poprzednich wcieleń w filmach w jakich grywał.  Orzeźwiający element, który ratuje tą nieudaną komedię.

Za możliwość obejrzenia filmu "Szefowie wrogowie 2", na specjalnym przedpremierowym pokazie, dziękuję dystrybutorowi filmu - Warner Bros. Polska.

Tagi: komedia
20:21, milczacy_krytyk , 05
Link Komentarze (1) »
czwartek, 27 listopada 2014
Zrywa się wiatr

tak trzeba żyć

Zrywa się wiatrZrywa się wiatr (2013) Japonia

reżyseria i scenariusz: Hayao Miyazaki
głosy: Hideaki Anno, Hidetoshi Nishijima, Miori Takimoto, Masahiko Nishimura, Mansai Nomura, Jun Kunimura, Mirai Shida, Shinobu Ôtake, Morio Kazama, Keiko Takeshita
muzyka: Joe Hisaishi

 (8/10)

Ostatni film Hayao Miyazakiego, który przeszedł na artystyczną emeryturę, oraz (podobno) jeden z ostatnich filmów studia Ghibli w takim kształcie - klasycznej, płaskiej, szlachetnej animacji.  Dla kontrastu mój pierwszy film studia Ghibli oglądany w kinie, na wielkim ekranie.  Dotychczas bowiem animacje Miyazakiego widywałem tylko na małym ekranie, na którym jednak również robiły ogromne wrażenie.  Byłaby wielka szkoda gdyby "Zrywa się wiatr" okazał się być ostatnim filmem wielkiego twórcy, jak również, gdyby miał to być ostatni film studia w takiej formie.  W tej odręcznej kresce jest bowiem dusza, niezwykły, niepowtarzalny klimat.  Nie tylko dla mnie był to pierwszy seans z Miyazakim w kinie, również dla kilkorga rodziców, którzy do kina przyszli ze swoimi kilkuletnimi pociechami, dziećmi w wieku jeszcze nawet nie szkolnym.  Pociesznie się patrzyło wpierw na zaskoczenie, że animacja jest z napisami a nie z dubbingiem, oraz późniejsze próby tłumaczenie na bieżąco tła historycznego (akcja tego filmu rozgrywa się podczas II Wojny Światowej), wydarzeń na ekranie, które przeplatają się z wizjami i snami, oraz żeby tego jeszcze było mało, specyficznej dalekiej kultury Japonii, która jednakowoż różni się od naszej (chociażby scena ślubu).  

W porównaniu do poprzednich filmów Miyazakiego, "Zrywa się wiatr" jest filmem w którym znacznie mniej jest magii, duchów, demonów, lokalnych wierzeń, które wkraczają w rzeczywistość.  To film bardziej realistyczny, pod tym wzgledem bardziej przyziemny choć jego akcja rozgrywa się w przestworzach i wokół nich się kręci.  Właściwie tylko sny i wyobrażenia bohatera dodają fantastycznego wymiaru tej opowieści.  Jednak mimo to, animacja ta jest niemniej czarująca, zachwycająca formą i klimatem.  Opowiada historię Jiro, małego chłopca, który marzy o tym by projektować samoloty.  Jest to niejako marzenie zastępcze, wpierw chciał nimi latać, ale okazało się, że na to ma za słaby wzrok i pilotem nigdy nie zostanie.  Jego idolem staje się włoski projektant, a inspiracją do tworzenia ość makreli.  I tak film ten staje się opowieścią o dorastaniu na tle biednej, borykającej się z przeróżnymi problemami Japonii na przełomie lat trzydziestych i czterdziestych.  Filmem o spełnianiu marzeń, które nie raz oznaczają zaprzeczenie innych pragnień.  O dorastaniu, które wiąże się z wyrzeczeniami.  O wielkiej miłości, która nie zawsze znajduje szczęśliwe zakończenie, jakkolwiek silna czy czysta by ona nie była.  Opowieść poprowadzona w delikatny, przepełniony emocjami sposób, które cudownie wydobywa przepiękna muzyka, jak zawsze niezawodnego Joe Hisaishiego.

18:43, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 24 listopada 2014
Igrzyska śmierci: Kosogłos. Część 1

are you coming to the tree?

Igrzyska śmierci: Kosogłos. Część IIgrzyska śmierci: Kosogłos. Część 1 (2014) USA

reżyseria: Francis Lawrence
scenariusz: Danny Strong, Peter Craig
aktorzy: Jennifer Lawrence, Josh Hutcherson, Liam Hemsworth, Woody Harrelson, Donald Sutherland, Philip Seymour Hoffman, Julianne Moore, Willow Shields, Sam Claflin, Elizabeth Banks, Mahershala Ali, Jena Malone, Jeffrey Wright, Paula Malcomson, Stanley Tucci, Natalie Dormer, Evan Ross, Elden Henson, Wes Chatham, Sarita Choudhury
muzyka: James Newton Howard
zdjęcia: Jo Willems
montaż: Alan Edward Bell

na podstawie: powieści Suzanne Collins

 (7,5/10)

Strasznie denerwująca jest ta obecna moda na dzielenie ostatnich części trylogii na dwa oddzielne filmy.  Zwykły skok na kasę, który z poszczególnych tomów powieści tworzy odcinki serialu, bez wyraźnego początku, bez konkretnego zakończenia, bo to nadejdzie dopiero w kolejnej produkcji z cyklu.  Skok na kasę, który pozwala producentom podwójnie zarobić.  Tak było w przypadku "Harry’ego Pottera", tak zrobiono z sagą "Zmierzch", teraz cierpią również na tym "Igrzyska śmierci".  Teoretycznie decyzja o podziale książki na dwie osobne produkcje daje twórcom większą swobodę, szansę na ukazanie całej historii zawartej w materiale źródłowym.  Zamiast dwóch godzin dysponują aż czterema, więc i cięcia w materiale nie muszą być tak drastyczne.  Z drugiej jednak strony rozciągając relatywnie krótką powieść na przesadnie długi metraż, mogą zbyt mocno trzymać się materiału źródłowego, zapominając, że tworzą jednak film, w którym książkowe dłużyzny są raczej niemile widziane.  I tak niestety stało się z Kosogłosem.

Pierwsza część trzeciego tomu "Igrzysk śmierci" jest najbardziej spokojną częścią ze wszystkich dotychczasowych.  Sporo w niej dłużyzn, momentów przesadnie rozwleczonych w czasie, które wyraźnie spowalniają akcję.  I choć może upychanie książki w dwóch godzinach nie byłoby dobrym rozwiązaniem, tak i rozciąganie połówki finału aż do stu dwudziestu minut, również nie wyszło na dobre.  Jest za spokojnie, choć na szczęście nadal ciekawie.  Nie ma już Głodowych Igrzysk.  Gdy Katniss zniszczyła pole siłowe nad Areną podczas ostatnich rozgrywek (co widziały tłumy śledzące przebieg Igrzysk), stała się chcąc nie chcąc twarzą rebelii.  Teraz przebywa w podziemiach zniszczonego dawno temu Dystryktu 13.  Nie ma jednak czasu na chwilę wytchnienia, bo gra toczy się dalej.  Tym razem propagandowa.  Kapitol zaczyna bowiem transmitować krótkie rozmowy z Peetą, miłością Katniss, którego nie zdążono ewakuować z Areny, a który teraz w tych krótkich wywiadach odwodzi mieszkańców Dystryktów od buntu.  Uznany za zdrajcę staje się twarzą Kapitolu.  Rebelianci decydują się odpowiedzieć klipami ukazującymi, że wspólny opór może przynieść zwycięstwo.  Ich bohaterką ma zostać oczywiście Katniss.

Dziewczyna staje więc tym razem na przeciw nie tylko prezydenta Snowa, a również na przeciw Peety.  Ciekawym jest jednocześnie to, że w pewnym sensie z marionetki Kapitolu, uwielbianej Dziewczyny Ognia, staje się marionetką Rebeliantów, Kosogłosem, symbolem walki ze znienawidzoną władzą, za którym mają podążyć miliony.   I tak jak Kapitol wysługuje się Peetą, poprzez niego występując w mediach, tak zbuntowany Dystrykt 13 stosuje tą samą taktykę, wybierając Katniss jako swój środek przekazu.  Dwie różne strony konfliktu, a metoda walki podobna.  Tak jak poprzednie "Igrzyska śmierci" ukazywały marketingowy aspekt igrzysk, które w pewnym stopniu wygrywało się już począwszy od przygotowań, budując swoją markę występami, kostiumami, posiadanymi talentami, tak ta część przedstawia metody wpływania na konflikt poprzez media, telewizję.  Z początku bowiem bardziej niż w rzeczywistości walka między Dystryktem a Kapitolem toczy się w mediach.  Poprzez propagandowe spoty, które konkretnymi obrazami, wypowiedziami, atmosferą, kreują wizerunek stron konfliktu.

"Kosogłos" rozpoczyna się właściwie bez jakiegokolwiek wstępu (zaledwie kilkoma zdaniami wprowadzającymi w akcję), kończy się również jakby bez wyraźnego zakończenia.  Na szczęście nie sceną po której następuje gwałtowne wygaszenie, ale już nie  aż tak mocnym akcentem jak zbliżenie na twarz bohaterki w poprzedniej części.  Sam film jest również mniej emocjonujący od poprzednich, a wzruszające sceny, lub te w których akcja nabiera tempa, nie mają tej energii, tego ognia, który charakteryzował dwie poprzednie odsłony serii.  Mimo wszystko jednak "Igrzyska śmierci" nadal pozostają jednym z najlepszych, najciekawszych filmów młodzieżowych ostatnich lat.  Opowieścią zaskakująco mądrą, poważną, przemyślaną i dojrzałą.  Filmem nie bojącym się mocniejszych scen, czy odważniejszych obrazów (zniszczony Dystrykt 12). Produkcją świetnie zagraną przez Julianne Moore, Elizabeth Banks, Woody Harrelsona, ale przede wszystkim przez Jennifer Lawrence, która perfekcyjnie ukazuje wszystkie emocje jakie targają jej bohaterką.  Tak jak jej bohaterka, jest istotą tego przedsięwzięcia - bez Katniss nie byłoby rewolucji, bez Lawrence nie byłoby tego filmu.  Szkoda, że ta odsłona cyklu jest słabsza od poprzednich.  Oby w połączeniu z finałem powróciła do znanej, fenomenalnej formy.   

19:28, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (2) »
piątek, 21 listopada 2014
Interstellar - po drugim seansie

Interstellar - po drugim seansie

Interstellar

whatever can happen, will happen

Rzadko kiedy oglądam filmy po raz drugi.  Najczęściej nie mam po prostu na to czasu.  Poza tym mając do wyboru seans powtórkowy, lub doświadczenie nowej opowieści, zdecydowanie bardziej wolę to drugie.  Ciągle tworzące się zaległości również motywują do oglądania nowego, a nie przypominania sobie tylko tego co się już raz widziało, jakkolwiek perfekcyjne by to nie było.  Dotychczas tylko trzy filmy widziałem w kinie dwukrotnie.  "Wojnę światów", "Imagine" i "Incepcję".  Teraz do tego grona dołącza również "Interstellar".  Choć tuz po seansie nie bylem przekonany czy tak się stanie.  Najnowszy obraz Nolana podobał mi się ale odczuwałem po nim pewnego rodzaju niedosyt, w pewnym sensie nawet rozczarowanie (m.in. przez szczęśliwe zakończenie, które jednak wcale takie szczęśliwe nie jest).  Nie podejrzewałem też ze zostanie ze mną na dłużej.  Kolejne dni pokazały jednak, że historia miłości ojca do córki, na tle kosmicznej misji ratowania ludzkości, przykleiła się do mnie na dobre i nie chce opuścić.  Nie dawała o sobie zapomnieć.   A gdy kilka dni temu wreszcie światło dzienne ujrzał soundtrack Hansa Zimmera, wraz z pięknymi dźwiękami jego cudownej kompozycji, zaczęły przypominać się kolejne sceny.  I tak zdałem sobie sprawę z tego, że muszę zobaczyć "Interstellar" jeszcze raz.  Koniecznie na wielkim ekranie.  Bo właśnie tam jest jego miejsce.

one thing that transcends time and space

To niesamowite, ale film ten, pomimo drugiego seansu, pomimo tego, że dokładnie wiedziałem co się wydarzy, nadal oddziałuje z taką samą mocą jak za pierwszym razem.  Wzrusza, zastanawia, zapiera dech w piersiach, bawi, onieśmiela.  Chwilami nawet jeszcze mocniej niż przy pierwszym podejściu.  Momentami jest jak bomba emocjonalna, która wybucha ogromną siłą, całkiem unieruchamiając w fotelu.  Tak dzieje się chociażby w genialnej sekwencji kończącej pierwszy akt, gdy Cooper opuszcza dom decydując się na międzygwiezdną misję.  Tak jest również w dwóch scenach rozgrywających się na styku aktu drugiego z trzecim, podczas dokowania do stacji i przelotu nad horyzontem zdarzeń, gdy emocje osiągają absolutne wyżyny.  W tych momentach "Interstellar" wbija w fotel, całkiem zapiera dech, przyspiesza bicie serca do granic możliwości.  Nie sposób wtedy na nim spokojnie wysiedzieć.  Jednocześnie jest filmem szalenie wzruszającym.  Scena w której Cooper odsłuchuje wiadomości od swoich dzieci, jakie nagromadziły się przez lata, gdy zdaje sobie sprawę ile życia z jego dziećmi uleciało w ciągu jednej sekundy, rozrywa serce.  Albo jedna z ostatnich scen pożegnania - łzy same napływają do oczu.  "Interstellar" jest ponadto filmem, który oferuje niezwykłe doznania jak na blockbuster, film wysokobudżetowy.  Momenty absolutnej ciszy w przestrzeni kosmicznej, magię przepięknych chwil, jak chociażby wtedy gdy statek Endurance przelatuje niedaleko Saturna, a w tle słychać pojedynki dźwięki fortepianu.  Lub moment gdy jeden z bohaterów zakłada słuchawki, w których słucha odgłosów natury, podczas gdy tuż obok znajduje się próżnia przestrzeni kosmicznej.

go further

"Interstellar" okazuje się być nie tylko świetnym kinowym doświadczeniem, ale również cudownym materiałem do długich rozmów.  Co widać chociażby po forach internetowych, pękających w szwach od zażartych dyskusji na temat najnowszego dokonania Christopera Nolana.  Tysiące osób debatuje na temat teoretycznych luk w fabule, rozgryza sens zakończenia i zastanawia się nad abstrakcyjnym trzecim aktem, wymieniając się licznymi spostrzeżeniami z seansu, punktując to co uznają w nim za najlepsze i najsłabsze.  Interpretują kolejne sceny, znajdują liczne rozwiązania, sięgają nawet do teorii naukowych, zastanawiając się nad prawdziwością 'science' w tym sci-fi.  Krótko mówiąc, "Interstellar" żyje po seansie.  Jak mało który film rozrywkowy daje pole do dyskusji, ścierając ze sobą przeciwstawne poglądy zwolenników i przeciwników.  Jest bowiem filmem przepełnionym wątkami, śmiałymi pomysłami, najróżniejszymi teoriami.  Grawitacja i czas, kosmiczne osamotnienie, dylatacje czasowe, wielowymiarowość rzeczywistości, tunele czasoprzestrzenne i czarne dziury, oraz przeplatająca to wszystko miłość jako najsilniejsze uczucie jakie istnieje na tym świecie.  Ponadto jest obrazem przepełnionym nawiązaniami do innych filmów.  Wlot do czarnej dziury kojarzy się z kosmiczną podróżą odbytą w "Kontakcie", muzyka przywołuje na myśl powagę "Odysei kosmicznej" i romantyzm "Star Treka", sarkastyczne uwagi robotów, wyglądających jak monolit z filmu Kubicka, przywołują z pamięci zrzędliwego robota z "Autostopem przez galaktykę". A tych nawiązań można odnajdywać znacznie więcej, te są tylko tymi, które nasuwają się jako pierwsze.

do not go gentle into that good night...

Drugi seans rozjaśnia sceny, które zdawały mi się być odrobinę bez sensu.  Wybuch na lodowej planecie, płonące pole kukurydzy, sen o katastrofie.  Przekonuje, że scena przemowy dr Brand na temat miłości, która za pierwszym razem wydawała się być zaprzeczeniem jej charakteru, jej postaci, wcale nią nie jest.  Nawet czterokrotne powtórzenie wiersza Dylana Thomasa nie razi tak jak poprzednio.  Drugi seans pomaga również dostrzec to, co może umknąć za pierwszym razem.  Chociażby liczne kontrasty.  W zdjęciach, gdy szerokie ujęcia ogromnego kosmosu zderzane są z ciasnymi wnętrzami statków kosmicznych.  W postawach bohaterów, gdy nauka ściera się z uczuciami, misja z własnymi pragnieniami.  W obłędnej muzyce Hansa Zimmera, która w scenach ukazujących ogrom i piękno obcych światów pozostaje cicha i spokojna, a szarżuje, obezwładnia dźwiękami organów w wydawać by się mogło zwykłych momentach, rozgrywających się na powierzchni Ziemi (najazd na okno w jednej z pierwszych scen).  Ona jest sercem tego obrazu, ona dostarcza w nim większość emocji i przeżyć.  Obok tego wszystkiego "Interstellar" podczas drugiego seansu znów porywa emocjonującą opowieścią o miłości rodzica do dziecka, genialnie zagraną przez Matthew McConaughey, Jessicę Chastain i młodziutką Mackenzie Foy.  Opowieścią o miłości, niezwykłym uczuciu, które pokonuje przestrzeń i czas.  Zdecydowanie mój film roku.

16:55, milczacy_krytyk , 09
Link Komentarze (2) »
środa, 19 listopada 2014
Furia

history is violent

FuriaFuria (2014) Chiny, USA, Wielka Brytania

reżyseria i scenariusz: David Ayer
aktorzy: Brad Pitt, Shia LaBeouf, Logan Lerman, Michael Pena, Jon Bernthal, Jim Parrack, Brad William, Kevin Vance, Xavier Samuel, Jason Isaacs, Anamaria Marinca, Alicia von Rittberg
muzyka: Steven Price 
zdjęcia: Roman Vasyanov
montaż: Dody Dorn, Jay Cassidy

 (7,5/10)

"Furia" okazała się być jednym z najtrudniejszych filmów jakie miałem okazję obejrzeć w tym roku w kinie.  Filmem ukazującym piekło wojny w niezwykle mocny, wstrząsający  sposób.  Obrazem wyzbytym z patosu, filmowego bohaterstwa, przesadnych uproszczeń i upiększeń.  Bez ogródek ukazującym horror Drugiej Wojny Światowej.  Już w ciągu pierwszego kwadransa reżyser szokuje takimi obrazami jak oderwany kawałek ludzkiej twarzy, setki trupów spychanych do rowu przez spycharkę, ciała przejeżdżane na miazgę przez gąsienice czołgów.  A później bywa jeszcze brutalniej.  Jednak nie ma się co dziwić, w końcu to film o wojnie.  Dziwnym byłoby gdyby oszczędzono nam takich obrazów.  

W "Furii" horror wojny ukazany został w bardzo bezpośredni sposób.  Doświadczamy go niejako oczami młodego chłopaka, który przypadkiem trafia na front i przydzielony zostaje do czołgu dowodzonego przez Dona "Wardaddy" Colliera, granego przez Brada Pitta.  Chłopak był szkolony do błyskawicznego pisania na maszynie (sześćdziesiąt słów na minutę), trafił jednak na pole walki.  Bez jakiegokolwiek przeszkolenia, zupełnie nieprzygotowany na okropieństwa jakich niedługo doświadczy.  Dołącza do czwórki amerykańskich żołnierzy, którzy w czołgu zwanym Furia, walczą na froncie Drugiej Wojny Światowej.  Wardaddy, Bible, Gordo i Coon-Ass byli razem w Afryce, Francji, teraz zabijają Niemców w Niemczech.  Jest kwiecień roku 1945.  Hitler rozpoczyna wojnę totalną, w której uczestniczą również kobiety i dzieci.  Chłopak trafia do rzeczywistości w której przestają obowiązywać jakiegokolwiek normy, zasady moralne, która niczym nie przypomina dotychczasowego życia, w której nie ma typowo rozumianego dobra i zła.  Obowiązuje tylko jedna, prosta zasada.  Albo ty zabijesz ich, albo oni zabiją Ciebie.  Śmierć czyha bowiem na każdym kroku, wydarza się w każdej minucie.  Zginąć może każdy, bez względu na doświadczenie, rangę, długość przebytej służby.  Decyduje o tym przypadek, szczęście, Bóg.  

Świetnie spisują się w tej produkcji aktorzy.  Surowy Pitt, skupiony LeBeouf oraz młodziutki Logan Lerman z którego za kilkanaście lat może być naprawdę niezły aktor.  Tworzą oni przekonujące postaci, o których może nie wiemy zbyt wiele, ale w ich kreacjach czuć, że niosą ze sobą ciężki bagaż okropnych przeżyć, które ukształtowały ich na takich ludzi, jakich teraz widzimy.  Zmęczeni, zmasakrowani psychicznie.  "Furia" broni się również od strony technicznej.  To film perfekcyjnie zrealizowany, świetnie nakręcony, który sceny na froncie ukazuje z taką mocną, że niesamowicie przyspieszają bicie serca, wgniatają w fotel.  Jednak co ważne jest obrazem, któremu udaje się te niosące ogromny ładunek emocjonalny sekwencje gładko łączyć z momentami długich, spokojnych rozmów, jak chociażby wątek obiadu u dwóch młodych Niemek w odbitym, zniszczonym miasteczku.  Sceny te nie zwalniają przesadnie akcji, nie rozbijają rytmu całego filmu.

19:35, milczacy_krytyk , 07
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2