Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
sobota, 30 listopada 2013
Don Jon

a happy ending

Don JonDon Jon (2013) USA

reżyseria i scenariusz: Joseph Gordon-Levitt
aktorzy: Joseph Gordon-Levitt, Scarlett Johansson, Julianne Moore, Tony Danza, Glenne Headly, Brie Larson, Rob Brown, Jeremy Luke
muzyka: Nathan Johnson
zdjęcia: Thomas Kloss
montaż: Lauren Zuckerman

 (7,5/10)

Pełnometrażowy debiut Josepha Gordon Levitta (aktor nie tylko zagrał głównego bohatera, ale jeszcze napisał scenariusz i sam stanął za kamerą tej produkcji), to film pełen zaskoczeń.  W większości bardzo pozytywnych.  Świetny wyróżniający się debiut, który choć nie wystrzegł się pewnych wad i niedociągnięć, w sumie jest ciekawy i wart zobaczenia.  Wyróżnia się już od pierwszych minut, które przepełnione są szybkim, zdecydowanym montażem, dopełnianym przez zabawnie napisaną muzykę, które razem świetnie portretują głównego bohatera, jego charakter oraz życie jakie prowadzi.  Proste ale pomysłowe zabiegi, które zaciekawiają i wciągają w opowiadaną tu historię już od pierwszych sekund jej trwania.  A ta opowiada o Jonie, młodym chłopaku, Amerykaninie z włoskimi korzeniami, który jest uzależniony od porno.  I choć zalicza panienki właściwie non-stop, potrafiąc wyrwać każdą, która wpadnie mu w oko, od prawdziwego seksu, woli ten, który znajduje na stronach xxx.  Niegrzeczne filmiki i masturbacja stały się jego codziennym rytuałem, podobnie jak ćwiczenia na siłowni, czy coniedzielne wizyty w kościele.  Jon uwielbia swoje życie i nie wyobraża sobie by mogło się zmienić.  Jednak wtedy poznaje boską Barbrę i pojawia się problem - dziewczyna nie toleruje jego filmowych podniet i każe mu przestać je oglądać.  Z nałogiem jednak nie tak łatwo zerwać...

Zaskakujące jak wiele w tym obrazie udało się pokazać z filmów, które ogląda bohater.  Porno nie jest tu tylko wspominane słownie, ono wręcz wylewa się z ekranu i to w ilościach znacznych, bo Jon ogląda je codziennie po kilka razy i nie wyobraża sobie życia bez niego.  Fragmenty, fragmenciki tych produkcji przelatują w szybkich migawkach, ale właściwie prócz części intymnych witać tu naprawdę wiele, aż ma się chwilami wrażenie, że wspólnie z bohaterem ogląda się te filmy.  Jednak choć komedia ta jest dość niegrzeczna, naga i wydawać by się mogło bardzo powierzchowna, nie jest wcale pusta.  Nie jest to również film założony pod z góry ustalony wniosek.  Tak, pewien morał pod koniec się tu pojawia, ale (ekhm) dochodzi się do niego w bardzo naturalny i zrozumiały sposób, a i myśli w nim zawarte głupie nie są, a i warte zapamiętania.  O tym by dawać, a nie zachłannie czerpać, bo tylko wtedy, gdy pragnienia i potrzeby drugiej osoby staną się dla nas równie ważne co i nasze (o ile nie ważniejsze), wtedy i nasze spełnienie będzie możliwe, zatracenie się i czerpanie pełnej przyjemności ze wspólnego życia i doświadczania.  Bo liczy się otwartość i chęć dzielenia się z drugą osobą, odkrywanie siebie nawzajem, w pewnym sensie zapomnienie o sobie samym, by z drugą osobą siebie właśnie odkryć.  

Co chyba najważniejsze "Don Jon" to film, który się wyróżnia, który jest inny od pozostałych rom-komów jakie co roku zalewają nasze kina.  Zrealizowany z pomysłem, otwartą głową, unikający schematów i znanych ścieżek.  W obecnych czasach są to cechy na wagę złota.  To obraz chwilami naprawdę zabawny, chociażby przez zbitki scen ukazujące kontrasty, sprzeczności w życiu Jona, jak chociażby zachowanie bohatera w samochodzie i jego późniejsze wizyty w kościele, czy jego spowiedzi i pokuty jakie otrzymuje.  Obiektem żartów są również sami bohaterowie, bo Levitt całkiem mocno naigrywa się z ich pustactwa i udawanej pewności siebie, sztuczności rodem z Jersey Shore czy innych tego typu programów.  Z resztą bohater w którego się wciela jest jakby żywcem wyjęty z tego rodzaju show.  Szkoda tylko, że pod koniec siada trochę tempo i w pewnym momencie obraz zaczyna jakby odrobinę błądzić, nie wiedząc za bardzo w jakim kierunku chciałby teraz podążyć.  Jest tu też kilka zbędnych scen lub takie, które w założeniu pewnie były zabawne, ale na ekranie prezentują się nie do końca dobrze.  Film ten cierpi również na powtarzalność, jakby zapomniano, że te same żarty powtarzane po wielokroć, za którymś razem przestają już śmieszyć i zaczynają być nudne (choć drugoplanowa postać siostry, która nieustannie pisze smsy i nie odzywa się ani słowem, jest rozbrajająca do samego końca).  

22:30, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (3) »
wtorek, 26 listopada 2013
Płynące wieżowce

floating

Płynące wieżowcePłynące wieżowce (2013) Polska

reżyseria i scenariusz: Tomasz Wasilewski
aktorzy: Mateusz Banasiuk, Marta Nieradkiewicz, Bartosz Gelner, Katarzyna Herman, Olga Frycz, Izabela Kuna, Mirosław Zbrojewicz, Mariusz Drężek, Katarzyna Maciąg
muzyka: Baasch
zdjęcia: Jakub Kijowski
montaż: Aleksandra Gowin

 (5/10)

Dobrze, że zaczynają powstawać takie filmy, że polskie kino wreszcie otwiera się na tematykę LGBT.  Dobrze, że przestaje to być temat całkiem nieobecny, o którym mówią wyłącznie twórcy zagraniczni, bo nasi rodzimi nie mogą, lub nie mają jak go poruszać.  Dobrze, że filmy takie nie są wyświetlane już tylko w kilku kinach na krzyż, ale trafiają też do szerszej dystrybucji, do zwykłych multipleksów.  Szkoda tylko, że w porównaniu z zagranicznymi konkurentami są nadal obrazami tak schematycznymi, nieciekawymi i w zasadzie ślizgającymi się po temacie, jakby sam pomysł kręcenia filmu o takiej tematyce był tak odważny, że na tym kończą się pomysły co dalej z nim począć.  Być może ta przeciętność jest wpisana w początki, i im więcej takich produkcji, tym prezentować będą one coraz to wyższy poziom, tym bliżej im będzie do osiągnięć zagranicznych konkurentów.  Na razie w zderzeniu z zachodnimi filmami wypadamy bowiem średnio i niestety "Płynące wieżowce" nic w tym temacie nie zmieniają, będąc filmem, który zatrzymał się na wstępnym pomyśle, który ani nie wzrusza, ani nie zaskakuje, a którego rozwoju akcji domyśleć się można po pierwszych minutach seansu, bo podąża bardzo utartymi ścieżkami.

Kuba jest prawie trzydziestoletnim facetem.  Trenuje pływanie i właśnie przygotowuje się do kolejnych zawodów.  Wydawać by się mogło, że to zwykły facet, któremu obce są wewnętrzne rozterki, który więcej robi niż myśli, przez co nie zawsze umie zachować się w towarzystwie i chwilami postępuje dość prosto.  Ma dziewczynę, Sylwię, z którą jest już od dwóch lat  i ogólnie można powiedzieć, że żyje im się ze sobą całkiem dobrze.  Dziwna jest trochę jego relacja z matką, z którą nadal mieszka, i która stale widzi w nim chłopca, którego nie chce wypuścić z domu, a chwilami traktuje go jako kogoś więcej niż swoje dziecko.  Spokojne życie Kuby zmieni się gdy na wernisażu na który zabiera go Sylwia, pozna młodego chłopaka Michała.  Wtedy z przerażeniem zda sobie sprawę z tego, że czuje do niego coś znacznie więcej niż tylko koleżeńską sympatię, że patrzy na niego inaczej niż powinien i ma ochotę robić z nim rzeczy, które dotychczas robił w łóżku wyłącznie z kobietami. I tyle, dalszy rozwój akcji jest oczywisty.  Panowie będą mieli się ku sobie, Sylwia zrobi wszystko byleby tylko nie stracić Kuby, a ten będzie mieć mętlik w głowie co dalej począć (choć nie aż tak wielki jak można by przypuszczać).  

Sama schematyczność tej historii nie byłaby jeszcze taka uciążliwa, gdyby nie to, że główni bohaterowie są nam tak okrutnie obojętni.  Odkrywane pragnienia Kuby są słabo umotywowane (ma się wrażenie, że bohater musiał się zakochać w drugim mężczyźnie tylko dlatego, że o tym opowiadać miał ten film), postać Michała jest tak nieznana, że nie sposób zrozumieć zauroczenia jakim obdarza go Kuba.  Co ciekawe najbardziej interesującymi postaciami są te drugoplanowe.  Dwie matki, jedna specyficzna (świetna Herman), druga postępowa (rewelacyjna Kuna), która choć akceptuje homoseksualizm syna boi się jak zareaguje na niego ojciec chłopaka (świetna scena wspólnej kolacji).  Co niezwykłe na pierwszy plan wysuwa się tu postać Sylwii, dziewczyny, która z przerażeniem odkrywa, że jej chłopak po pierwsze może ją zdradzić, po drugie, że obiektem zdrady nie będzie inna kobieta, a mężczyzna.  O ile ciekawszy byłby ten film, gdyby to właśnie jej wątek był głównym tematem tego obrazu, a nie wypłynął na pierwszy plan wyłącznie dzięki świetnej grze aktorskiej młodziutkiej Marty Nieradkiewicz.  Poza tym niewiele tu więcej, przyjemna muzyka, ładne zdjęcia, szczególnie te podwodne. Szkoda.

Tagi: dramat
19:41, milczacy_krytyk , 05
Link Komentarze (1) »
sobota, 23 listopada 2013
Wenus w futrze

wojna płci

Wenus w futrzeWenus w futrze (2013) Francja, Polska

reżyseria: Roman Polański
scenariusz: Roman Polański, David Ives
aktorzy: Emmanuelle Seigner, Mathieu Amalric
muzyka: Alexandre Desplat
zdjęcia: Paweł Edelman
montaż: Hervé de Luze, Margot Meynier

 (6/10)

Jesienny, deszczowy wieczór.  Paryż, niewielki, trochę zaniedbany teatr, a w nim samotny reżyser, pakujący swoje rzeczy po zakończonym właśnie przesłuchaniu do sztuki, którą ma zamiar za niedługo wystawić.  Nieudane przesłuchanie, na które zjawiło się ponad 30 kobiet, ale żadna nawet w najmniejszym stopniu nie pasowała do głównej bohaterki "Wenus w futrze" - Vandy.  I gdy już mężczyzna ma wychodzić z budynku, do środka wpada przemoczona kobieta, aktorka poszukująca pracy, która spóźniła się na casting przez pogodę, okropne korki, i to, że musiała jechać z drugiego końca miasta.  Prosi, błaga, by dał jej szansę i pozwolił choć przez chwilę zaprezentować się w roli.  Skoro udało już się jej przyjechać, czemu nie miałaby spróbować?  I choć początkowo niechętny, reżyser w końcu daje się przekonać i decyduje się na odegranie wraz z nią zaledwie trzech stron z przygotowanego scenariusza.  Trzy strony zamienią się jednak w całą sztukę, bo od pierwszych słów wypowiedzianych przez kobietę, reżyser zda sobie sprawę, że znalazł tę na którą czekał…

Chyba najbardziej zadziwiające w najnowszym filmie Romana Polańskiego jest to, że choć jego akcja rozgrywa się tylko i wyłącznie w niewielkim teatrze, przede wszystkim na scenie, choć występuje w nim zaledwie dwoje aktorów, jest filmem mniej teatralnym niż niedawna "Rzeź" – obraz również oparty sztuce, ale w którym występowało dwukrotnie więcej aktorów i którego akcja rozszerzona była do sporej wielkości mieszkania.  Tam czuło się pochodzenie tamtej historii, pewnego rodzaju teatralność, w sposobie prowadzenia akcji, gry aktorskiej.  Tutaj, choć bliżej teatru być już nie można, nie ma takiego wrażenia, to co widzimy na ekranie to film, niezwykle skromny, kameralny, ale film.  Może przez bardziej wciągające rozmowy prowadzone przez bohaterów, może przez spokojniejszą pracę kamery i mniej zaplanowane, dokładnie wyliczone aktorskie choreografie, a może przez muzykę, delikatne tło, będące jednocześnie informacją, rozgraniczeniem między wydarzeniami ze sztuki, chwilami gdy na scenie obecni są Vanda i Herr Kushemski, a momentami gdy nie wchodzą w role i znów są tylko reżyserem i aktorką.

To muzyczne rozgraniczenie jest sporym ułatwieniem, bo rzeczywistość teatralna z prawdziwą zacznie się tu mieszać dość szybko.  Kwestie ze sztuki płynnie przepalają się ze zwykłymi zdaniami, jedne wynikają z drugich, po sobie postępują.  Sztuka staje się sposobem rozmowy między bohaterami, przerywnikiem i właściwą treścią.  Mieszają i zmieniają się również i role - reżyser staje się podporządkowującym się woli kobiety aktorem, aktorka przeistacza się w reżysera całej sytuacji.  Jedno zaczyna wpływać na drugie, jedno drugim rządzić.  Walka płci, podporządkowanie, zniewolenie, fascynacja, obsesja, przywiązanie. Tej wibrującej relacji, tego współoddziaływania między nią a nim nie udałoby się unaocznić, gdyby nie świetne prowadzenie aktorów, ale również gdyby nie oni sami - Emmanuelle Seigner i Mathieu Amalric.  Szkoda tylko strasznie, że choć film ten ogląda się świetnie, tuż przed końcem coś się strasznie w nim psuje.  Mniej więcej od momentu wyłączenia reżyserskiego telefonu, popada w przesadną abstrakcję, perwersję i wydumanie, przez co ostatnie minuty budzą niesmak, znudzenie i irytację, a o samym kiczowatym zakończeniu chce się jak najszybciej zapomnieć.

Tagi: dramat
09:46, milczacy_krytyk , 06
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 listopada 2013
Kapitan Phillips

not just a fisherman

Kapitan PhillipsKapitan Phillips (2013) USA

reżyseria: Paul Greengrass
scenariusz: Billy Ray
aktorzy: Tom Hanks, Barkhad Abdi, Barkhad Abdirahman, Faysal Ahmed, Mahat M. Ali, Michael Chernus, Catherine Keener, David Warshofsky, Corey Johnson, Chris Mulkey, Yul Vazquez, Max Martini, Omar Berdouni
muzyka: Henry Jackman
zdjęcia: Barry Ackroyd
montaż: Christopher Rouse

na podstawie: książki Richarda Phillipsa i Stephana Tatty

 (8,5/10)

"Kapitan Phillips" to bez wątpienia jeden z najbardziej emocjonujących filmów jakie w tym roku weszły na ekrany polskich kin.  Ponad dwie godziny nieustającego napięcia, które nie dość, że od początku utrzymane jest na wyjątkowo wysokim poziomie, to jeszcze z biegiem czasu coraz bardziej wzrasta, by w finale osiągnąć poziomy trudne do wytrzymania.  Niesamowite, kinowe doświadczenie, które fizycznie wpływa na widza, spinając mięśnie, zapierając dech w piersiach.  Nieczęste odczucia na sali kinowej, szczególnie w tym wyjątkowo słabym dla produkcji filmowych roku.  Ale nie dziw, że tak mocno odczuwalne w tym filmie, skoro odpowiada za niego twórca wyjątkowy - Paul Greengrass.  Reżyser dwóch części ze świetnej Trylogii Bourne'a i emocjonalnie wykańczającego "Lotu 93".  Reżyser, który jak mało kto potrafi szarpać nerwy publiki, tworzyć filmy od których nie sposób się oderwać.  

"Kapitan Phillips" to oparta na faktach historia amerykańskiego kapitana kontenerowca Maersk, który wiosną 2009 roku został zaatakowany na około Somalijskich wodach przez grupę uzbrojonych piratów, chcących porwać statek dla okupu i ładunku jaki przewoził.  Produkcja ta to skrótowe odtworzenie tamtych wydarzeń, które składały się na próby zapobiegnięcia wejścia intruzów na statek (w rzeczywistości trwające kilka godzin, tu skompilowane do kilkunastu minut), później próby utrzymania w cieniu załogi ukrytej w maszynowni, oraz wreszcie długie godziny spędzone na szalupie, na którą Kapitan został pojmany przez piratów.  Odtworzenie, które nabiera prędkości od pierwszych minut seansu i nie zwalnia aż do samego końca, niezwykle emocjonującego finału, którego intensywność porównać można do ogromnego ładunku emocjonalnego, jaki oferował finał "Wroga numer jeden".  Niezwykłe tempo, świetne prowadzenie i proste zabiegi, które jednak mimo swej prostoty perfekcyjnie podkręcają atmosferę, jak chociażby sceny równoległe, na początku seansu, gdy na zmianę obserwujemy przygotowania kapitana do podróży i piratów do wyruszenia w morze.  Jednocześnie, mimo całej swej sensacyjnej otoczki, mimo tempa i atmosfery, których pozazdrościć mógłby niejeden thriller, film ten jest zaskakująco mało efekciarski.  To historia niezwykle przekonująca, realistyczna, która tak się składa jest dodatkowo szalenie emocjonująca.  

Nie ma w tej produkcji przesadnego ubarwiania rzeczywistości, chociażby przez rozbuchaną prezentację bohaterów.  Nie ma przerysowania.  Kapitan nie jest nieomylnym bohaterem, który pewno wychodzi z każdej opresji.  To normalnym mężczyzna, świetny kapitan (choć wydawać by się mogło, że przesadny służbista), który miał szczęście (i głowę na karku) by podjąć właściwe decyzje, które pozwoliły na ocalenie załogi statku.  Również lider piratów nie jest tu jakimś przesadnie czarnym charakterem, człowiekiem złym dla samego faktu bycia złym.  To człowiek postawiony w sytuacji bez wyjścia, wokół którego zaciska się pętla, bo z raz objętej drogi nie ma odwrotu, bo zaszedł już za daleko i nie może teraz już z niej zrezygnować.  Ta prawdziwość postaci w dużej mierze wynika ze świetnego ich zagrania przez aktorów.  Nie tylko genialnego Toma Hanksa (chyba po raz pierwszy widziałem w nim bohatera filmu, a nie jego samego), którego występ wart jest każdych nagród, a ostatnie kilkanaście minut chwyta za serce do żywego, ale co ciekawsze, również przez debiutującego na ekranie Barkhada Abdiego.  Świetne role, świetny film.

19:55, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (2) »
sobota, 16 listopada 2013
Thor: Mroczny Świat

dziewięć światów

Thor: Mroczny ŚwiatThor: Mroczny Świat (2013) USA

reżyseria: Alan Taylor
scenariusz: Christopher Yost, Christopher Markus, Stephen McFeely
aktorzy: Chris Hemsworth, Natalie Portman, Tom Hiddleston, Anthony Hopkins, Christopher Eccleston, Jaimie Alexander, Zachary Levi, Ray Stevenson, Tadanobu Asano, Idris Elba, Rene Russo, Adewale Akinnuoye-Agbaje, Kat Dennings, Stellan Skarsgard, Alice Krige
muzyka: Brian Tyler
zdjęcia: Kramer Morgenthau
montaż: Dan Lebental, Wyatt Smith

 (6/10)

Studio Marvel po premierze "Avengers" wkracza w kolejną fazę filmów o superbohaterach.  Produkcje z pierwszej fazy miały za zadanie przedstawienie głównych postaci, by później mogły się spotkać we wspólnym projekcie jakim było wspomniane "Avengers".  Każdy z komiksowych herosów otrzymał swój własny film i osobistą historię, dzięki której można było ich dokładnie poznać.  Jednak o ile tamte filmy prezentowały coraz to wyższy poziom, którego szczytem był bez wątpienia film Jossa Whedona, tak produkcje z drugiej fazy jak na razie prezentują się niestety znacznie słabiej.  Nie udał się trzeci "Iron Man", za bardzo nie udał się również drugi "Thor".  Choć w tym przypadku spadek formy w porównaniu do pierwszej części nie jest aż tak dotkliwy, bo i pierwszy obraz o herosie rzucającym młotkiem niczym bumerangiem nie był idealny.  W kontynuacji część rzeczy, które poprzednio nie działały zostało poprawionych, sęk jednak w tym, że to co udane było poprzednio, tym razem już nie wyszło tak dobrze i w sumie bilans całości wypada tak gdzieś pośrodku, odrobinę słabiej niż za pierwszym razem.  

Akcja "Thor: Mroczny świat" rozpoczyna się niedaleko po wydarzeniach z "Avengers".  Thor (bardziej przekonujący niż poprzednio Chris Hemsworth) powraca do rodzinnego świata by tam ręka w rękę ze swoimi towarzyszami zaprowadzić pokój w zwaśnionych krainach.  I choć najlepiej czuje się na polu walki, jego przeznaczenie jest inne - ma zasiąść na tronie Asgardu, który przekaże mu jego ojciec Odyn (wyjątkowo nijaki Hopkins).  I choć to jest jego świat, tu jest jego miejsce, Thor wieczorami tęsknie spogląda w niebo, wypatrując Ziemi, na której została jego ukochana Jane Foster (potwornie bezbarwna Natalie Portman, jednocześnie najbardziej nudna postać ze wszystkich w całym filmie).  Ta wraz ze swoją zwariowaną przyjaciółką Darcy (fantastycznie, że tym razem jest jej więcej niż poprzednio) oraz jej stażystą, są na tropie pewnych dziwnych anomalii czasoprzestrzennych, jakie zaczynają się pojawiać w okolicach Londynu.  Okazuje się bowiem, że już niedługo nastąpi koniunkcja dziewięciu światów, które znalazłszy się w jednej linii, zaczną się ze sobą przenikać.  Ten czas wykorzystać będzie chciał Malekith, zły Elf, który dawno, dawno temu przegrał wojnę z Asgardzykami, a teraz powraca, by wtrącić cały znienawidzony przez siebie wszechświat w upragniony mrok.

To co zostało poprawione w drugiej części to humor, którego jest znacznie więcej niż poprzednio.  Sytuacyjny, słowny, wynikający przede wszystkim z różnic między 'bogami' a ludźmi, śmiejący się również z konwencji samego obrazu, i z przymrużeniem oka traktujący wszystkie romantyczne sceny, jakie się tu znaleźć musiały.  Dwójka jest filmem nakręconym na luzie, z ogromnym dystansem do bohaterów.  Szkoda tylko trochę, że akcja znów rozgrywa się częściej w kosmosie, niż na Ziemi, bo choć tam jest bardziej spektakularna, nie ma w niej jednak aż tyle żartu i lekkości, jaką charakteryzują się sceny ziemskie.  Całość jest chwilami trochę przekombinowana, niektóre zwroty akcji następują tylko po to by coś się działo, jakkolwiek bezsensu by to nie było.  Znów ciężko się tym wszystkim przejąć, skoro w większości to co wydarza się na ekranie dotyczy dalekiego świata.  Znów też seans kradnie dla siebie Loki (świetny Tom Hiddleston) - w sumie to ciekawe, że jest on pierwszą ważniejszą postacią, jaka pojawia się na ekranie, tuz po rozpoczęciu seansu, nawet Thor zjawia się długo później.  W sumie "Mroczny świat" ogląda się bezboleśnie, w porównaniu do produkcji komiksowych sprzed jeszcze kilku lat prezentuje on porządny poziom, ale jednak to rozrywka jednorazowa, po obejrzeniu której nie pozostaje nic na później.  Szkoda, czekam na "Captain America: Zimowy żołnierz".

 
1 , 2