Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
wtorek, 27 listopada 2012
Teksas - Pola śmierci

there's no way out

Teksas: Pola śmierci

Teksas - Pola śmierci (2011) USA

reżyseria: Ami Canaan Mann
scenariusz: Don Ferrarone
aktorzy: Sam Worthington, Jeffrey Dean Morgan, Jessica Chastain, Chloë Grace Moretz, Jason Clarke, Annabeth Gish, Sheryl Lee, Stephen Graham, Jon Eyez, James Hébert, Lyle Brocato, Deneen Tyler, Samantha Beaulieu
muzyka: Dickon Hinchliffe
zdjęcia: Stuart Dryburgh
montaż: Cindy Mollo

 (4/10)

Niektórych filmów nigdy byśmy nie obejrzeli, gdyby nie występujący w nich aktorzy.  Gdyby nie nasza wielka do nich sympatia, która powoduje, że chcemy i jesteśmy w stanie oglądnąć nawet najsłabszą produkcję, poświęcić na nią swój cenny czas, byleby tylko właśnie zobaczyć, jak nasz ulubieniec lub ulubienica się w niej sprawdzili.  Jak wyglądały ich początki, pierwsze role filmowe, lub kolejne kroki na drodze kariery.  Czasem ta ciekawość prowadzi do jeszcze większej fascynacji daną osobą, czasem do zdziwienia jak wielką drogę przebyła, a niekiedy wcześniejsze dokonania nie sprawiają takiego wrażenia, jakiego byśmy oczekiwali.  Niemniej jednak dla swoich ulubieńców warto robić sobie takie wycieczki w ich przeszłość.  "Teksas - Pola śmierci" był dla mnie właśnie takim spojrzeniem wstecz na rolę Jessiki Chastain, która uwielbiam, i którą zachwycić się nie mogę od czasu "Drzewa życia" i "Służących".  Spojrzeniem interesującym, choć nie do końca udanym.

To pewnego rodzaju rozczarowanie nie wynika jednak z zawodu nad grą samej Chastain, bo akurat ona zaprezentowała się w tym filmie dobrze.  Nie tak wyraziście jak w nowszych dokonaniach, ale na tyle dobrze by zapamiętać jej obecność.  Jej rola jest jednak niestety tak mała (zaledwie kilka krótkich scen), że trudno nacieszyć się w pełni jej występem.  Zaskakująca jest tu obecność kilku innych znanych aktorów, których w tak skromnym filmie trudny było się spodziewać i ich pojawienie się tu jest sporą niespodzianką.  Sam Worthington, Jeffrey Dean Morgan i młodziutka Chloë Grace Moretz.  Szkoda tylko, że choć twórcom udało się skompletować tak ładną obsadę, nie miała się ona za bardzo czym wykazać, co w dużej mierze jest winą zbyt skrótowego scenariusza, który nie pozwala na pogłębienie postaci i wydobycie z nich czegoś więcej niż tylko prostych, widocznych gołym okiem działań.  Problemem jest również sama reżyseria tego obrazu - wielokrotnie czuć, że jest to tylko film, że aktorzy grają, wypowiadają napisane dla siebie kwestie, a nie są bohaterami tej historii.  Trudniej przez to wciągnąć się w ten obraz.

"Teksas - Pola śmierci" to dość wolna i niestety pozbawiona większego napięcia historia pewnego śledztwa prowadzonego przez dwóch detektywów: narwanego Jake'a, który od dziecka mieszka w Teksasie, oraz spokojnego, wyważonego i rozsądnego Briana, który został tu przeniesiony z Nowego Jorku.  W śledztwie tym pomaga im młoda policjantka Pam, była żona Jake'a.  A chodzi o zabójstwo pewnej młodej dziewczyny, której ciało znaleziono na tytułowych Polach śmierci, czyli bezludnym miejscu, które od lat służy seryjnym mordercom jako składnica zwłok.  W tle pojawia się jeszcze pewna dziewczynka, której rodzina i dom jest oględnie powiedziawszy daleki od poprawnego.  Oczywiście jej wątek wkrótce połączy się z głównym, a w jaki sposób, tego domyślić się nie trudno.  Podobnie jak i zakończenia, które jest tak potwornie oczywiste, że nie będzie chyba takiej osoby, która by na nie nie wpadła, na długo przed zakończeniem seansu.  Zdecydowanie zmarnowały potencjał.

23:37, milczacy_krytyk , 04
Link Komentarze (2) »
piątek, 23 listopada 2012
Mój rower

relacje

Mój rower

Mój rower (2012) Polska

reżyseria: Piotr Trzaskalski
scenariusz: Piotr Trzaskalski, Wojciech Lepianka 
aktorzy: Michał Urbaniak, Artur Żmijewski, Krzysztof Chodorowski, Witold Dębicki, Anna Nehrebecka, Piotr Szczepanik, Marcin Tyrol, Maria Maj, Teresa Szmigielówna, Katarzyna Kwiatkowska
muzyka: Wojciech Lemański
zdjęcia: Piotr Śliskowski
montaż: Cezary Kowalczuk

 (5/10)

Nawet najlepsze wrażenia z pokazu filmowego mogą zostać boleśnie ograniczone, gdy przed seansem o danej produkcji dowiemy się zbyt wiele.  Poznamy fabułę w zbyt dokładnych szczegółach, obejrzymy zbyt wiele scen w materiałach promocyjnych, bądź za wiele zdradzą nam zwiastuny, prezentując najważniejsze chwile, najmocniejsze wydarzenia, które co prawda przyciągną do sali kinowej, ale w samym filmie nie będą już robić takiego wrażenia.  Bo znane, bo dobrze zapamiętane, bo rozdzielone mniej interesującymi, mniej ważnymi scenami.  Na tej zbyt dokładnej promocji ucierpiał najnowszy film Piotra Trzaskalskiego, który choć nie jest obrazem nijak szczególnym, oglądałoby się go zdecydowanie lepiej gdyby nie chwytliwy zwiastun, zdradzający właściwie wszystko co można było zdradzić z tego obrazu.

"Mój rower" to historia trzech mężczyzn, trzech odległych od siebie pokoleń.  Dziadek, ojciec i syn, którzy spotykają się któregoś razu w wyniku pewnego zaskakującego, choć oczekiwanego przez tego najstarszego wydarzenia, o którym pisać nie będę by jeszcze bardziej nie ograbiać tej produkcji z niespodzianek.  To spojrzenie na relację jaka ich łączy, relację naznaczoną niełatwą przeszłością, przez którą nie pozostają w najlepszych stosunkach.  Ale należą do jednej rodziny i chociażby właśnie to przyciąga ich do siebie, trzyma razem mimo wszystko. To spojrzenie na kilka dni, które spędzą razem z przymusu, wpierw w mieście (o czym zupełnie nie wspomina zwiastun), a sporo później nad jeziorem, które oczywiście pozwolą im spojrzeć inaczej na siebie i to co ich łączy.  Ojciec inaczej spojrzy na syna, syn na dziadka, a dziadek na ojca.

Strasznie letni jest to film.  Okropnie przewidywalny, oczywisty i sklecony na siłę.  Ma być trochę radośnie, trochę smutnie, trochę wzruszająco.  I niby tak jest, ale wszystko jest tu potwornie wyliczone, ustawione pod konkretne reakcje widzów.  Tu taki obrazek, tam taki, byleby tylko widz podążył za intencjami twórców i czuł to co ma czuć.  Tylko, że przez takie narzucanie konkretnych reakcji odczuwa tak naprawdę niewiele.  I nie chodzi już nawet o to zbytnie odkrycie najważniejszych scen w materiałach promocyjnych, przez które straciły one swoją siłę, ale o pewnego rodzaju przesadę.  Co najbardziej widać przy zakończeniu, okrutnie ckliwym, nachalnie filmowym.  Ładny, wzruszający widok, ale jakże potwornie sztuczny i tani.  Na plus wypada tu Artur Żmijewski - dobrze było go zobaczyć w odrobinie innej dla niego roli.

00:14, milczacy_krytyk , 05
Link Komentarze (4) »
wtorek, 20 listopada 2012
Mistrz

a hopelessly inquisitive man

Mistrz

Mistrz (2012) USA

reżyseria i scenariusz: Paul Thomas Anderson
aktorzy: Joaquin Phoenix, Philip Seymour Hoffman, Amy Adams, Laura Dern, Jesse Plemons, Lena Endre, Rami Malek, Madisen Beaty, Jill Andre, Jillian Bell
muzyka: Jonny Greenwood
zdjęcia: Mihai Malaimare Jr.
montaż: Leslie Jones, Peter McNulty

 (7/10)

Mam wrażenie, że ostatnimi czasy powstaje coraz więcej takich filmów.  Perfekcyjnie nakręconych, poprowadzonych silną ręką, genialnie zagranych, ale w jakiś przedziwny sposób strasznie odległych.  Nie pozwalających na zbliżenie się ani do opowiadanej historii, ani do jej bohaterów.  Będących jakby tylko obserwacją pewnych nieprawdopodobnie pięknie zarejestrowanych obrazów, spojrzeniem na ludzkie postawy i decyzje, ale spojrzeniem ze znacznego dystansu, pozostawiającym sporą przestrzeń między widzem a światem filmu.  Obserwacją nie pozwalającą na odczuwanie, ukazującą emocje, ale nie przekazująca ich widzom.  Obrazy do podziwiania, które się docenia, ale które trudno poczuć.  I choć "Mistrz" nie jest aż tak dziwnym, tak niedostępnym i nieludzkim filmem, jak poprzednie dokonanie Paula Thomasa Andresona, bo jest filmem zdecydowanie bardziej przystępnym i prostszym niż "Aż poleje się krew", to jest to niestety obraz z którego trudno czerpać coś dla siebie, czy to w sferze emocji czy przekazu.

"Mistrz" to prawie trzygodzinne spojrzenie na dwóch bardzo konkretnych bohaterów i relację, która ich połączy.  Pierwszym z nich jest Freddie Quell mężczyzna, który po powrocie z wojny nie za bardzo widzi swoją przyszłość.  Jest porywczy, naznaczony przeżytymi wydarzeniami, uzależniony od alkoholu.  Bardzo szybko trafi na Lancastera Dodda, którego wszyscy jego najbliżsi zwą Mistrzem.  Przewodzi on grupie nazywającą siebie Sprawą.  To wizjoner, pisarz, doktor, teoretyk, człowiek głęboko wierzący, że nasze życie nie jest ani jedynym, ani ostatnim, a szczęście i zdrowie można odnaleźć wgłębiając się w swoją wewnętrzną pamięć.  Film ten jest zapiskiem ich relacji, od momentu gdy się poznali, od pierwszej rozmowy, przez kolejne ważniejsze chwile w życiu tego pierwszego jak i drugiego.  Bo Mistrz niejako zaopiekuje się błąkającym się, zagubionym Freddiem i postara się mu pomóc, a ten początkowo stanie się wiernym wyznawcą i obrońcą swojego opiekuna.  Ale do czasu.

Nie do końca słuszne są głosy twierdzące jakoby film ten był pozbawiony fabuły jako takiej, jakoby był zaledwie zbiorem luźnych myśli i obrazów.  Co prawda "Mistrz" nie podąża jedną, jasno określoną drogą, nie jest to typowy film, w którym jedno prowadziłoby bezpośrednio do drugiego, ale te poszczególne obserwacje, mniej lub bardziej ważne, układają się w większy obraz i są w pełni zrozumiałe.  To pewna droga, z większymi bądź mniejszymi przerwami, pewna podróż, którą przebywają dwaj mężczyźni, składająca się z luźnych ale nie całkiem niezależnych epizodów.  Już zeszłoroczne "Drzewo życia" było filmem bardziej rozczłonkowanym, bardziej nastawionym na odczuwanie, podziwianie pięknych obrazów, niż prowadzeniem jednej, wynikającej z siebie historii.  Nie znaczy to jednak, że "Mistrza" ogląda się lepiej.  To film monumentalny.  Przez niesamowite zdjęcia, przez kreacje aktorskie (Phoenixa nie sposób tu poznać), które zadziwiają od początku do samego końca, przez szerokie spojrzenie na postaci i sytuacje w których się znajdują. 

Powagi tej produkcji dodaje również muzyka.  Dziwne, chwilami jakby nie do końca pasujące melodie, utwory składające się z niezależnych dźwięków, drażniące, chaotyczne tło, które wybija nieprzewidywalny rytm, chwilami układając się w hipnotyzujące utwory, tworząc niespodziewany klimat, ale jednak częściej odgradzając od obrazów, niż do nich przyciągając.  Przeprowadzając niespiesznie ale zdecydowanie przez tę opowieść o traumie i radzeniu sobie z nią, o strachu i konieczności jego pokonywania, o potrzebie wiary i ślepych zaułkach, które są z nią związane, o grupach i zgromadzeniach i zagrożeniach jakie z nich wynikają, o uzależnieniach i tym co potrafią zrobić z człowiekiem, o sile przekonań, która jest mocniejsza niż zdrowy rozsądek, o manipulacji i sposobach wywierania wpływu, o bezsensie pewnych ideologii i łatwości wiary w nie.  Opowieść, którą mimo wszystkich jej trudności w sumie ogląda się dobrze, ale która po seansie nie przynosi jednak upragnionego spełnienia.  Być może dlatego, bo bohaterowie mimo przeżytych chwil, mimo nabytych doświadczeń, do samego końca nie zmieniają się nawet odrobinę.  A skoro nie widać ich przemiany, nie czuć też i większego sensu z ich obserwacji.

Tagi: dramat
23:30, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (2) »
sobota, 17 listopada 2012
Pan Am - sezon I

come fly with me

Pan Am - sezon I

Pan Am - sezon I (2011) USA

reżyseria: Thomas Schlamme, Chris Misiano, Alex Graves, Andrew Bernstein, Matt Penn, Julie Anne Robinson, Millicent Shelton, John Fortenberry, Allison Liddi-Brown, David Petrarca, John Coles
scenariusz: Jack Orman, Mike Daniels, Yahlin Chang, Moira Walley-Beckett, Jill Abbinanti, Lydia Woodward, Todd Ellis Kessler, Nick Thiel, Jeffrey Lieber, Craig Shapiro, Jessica Ramos, Scott Erik Summer,
aktorzy: Christina Ricci, Margot Robbie, Michael Mosley, Karine Vanasse, Mike Vogel, Kelli Garner, Annabelle Wallis, Jeremy Davidson, David Harbour, Goran Visnjic, Erin Cummings, Chris Beetem, Ashley Greene, Darren Pettie
muzyka: Blake Neely
zdjęcia: Ron Fortunato
montaż: Gregg Featherman, Rob Seidenglanz, Kevin Casey

 (7/10)

Normą już jest, że gdy jakaś produkcja odniesie niespodziewany sukces, natychmiast znajdą się jej naśladowcy.  Odpryski starające się uszczknąć coś dla siebie z sukcesu tego pierwszego, ogrzać się choć przez chwilę w blasku jego wielkości.  Przykładów bliźniaczo podobnych produkcji, które rozpleniły się w błyskawicznym tempie, czy to w kinie, czy na małym ekranie, jest wiele.  Niektóre bardziej warte uwagi, inne wcale, bo prócz podszywania się pod ten najważniejszy tytuł nie miały nic więcej do zaoferowania.  I tak, gdy świat zafascynował się tajemniczą wyspą i jej rozbitkami, modne stały się seriale zadające masę pytań, nie udzielając przy tym prawie żadnych odpowiedzi.  Gdy publiczność zapałała miłością do wampirów, chwilę później zaczęły pojawiać się w co drugim serialu, co trzecim filmie.  Gdy w jednej z produkcji wystąpił nietypowy ekspert, doradca pomagający w sprawach (nie tylko) kryminalnych, zaraz na scenę wkroczyli następni.

I choć przeważnie zdarza się, że te następujące po sobie bliźniaki są jedynie niewyraźnym, szybko znikającym cieniem właściwego dzieła, czasem niektóre okazują się być wcale nie tak słabe, oraz nie aż tak podobne, jak wynikać by to mogło z samych zapowiedzi.  Zdarzyło się tak na przykład z serialem "Pan Am", który przez osadzenie opowiadanej przez siebie historii w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, natychmiast kojarzy się z genialnym "Mad Men".  Jednak na tym jakiekolwiek podobieństwo między tymi dwiema produkcjami się kończy.  Bo "Pan Am" to serial zupełnie inny, co ważne, broniący się w swojej kategorii.  A jest nią obyczaj, klimatem zbliżony zdecydowanie bardziej do atmosfery "Braci i Sióstr" niż wspomnianej wcześniej produkcji Matthew Weinera.  To ciepła, chwilami zabawna, chwilami całkiem wzruszająca, a czasem nawet mocniej trzymająca w napięciu opowieść o czterech stewardessach amerykańskich linii lotniczych Pan Am, oraz dwóch pilotach z którymi latają najczęściej.  Sprawnie nakręcona, przyzwoicie zagrana, w sam raz na serial do odstresowania się po ciężkim tygodniu.

Aż dziwne, że nie została zaakceptowana przez amerykańską publiczność i po dość dobrze odebranej premierze (oglądalność na poziomie 11 mln widzów) z każdym kolejnym odcinkiem słabła, aż została przerwana przed właściwym końcem pierwszego sezonu.  Szkoda, bo "Pan Am" okazał się przyjemnym serialem, który oglądało się nadspodziewanie dobrze.  Dzięki przewijającemu się w tle wątkowi szpiegowskiemu, dzięki historiom pasażerów linii oraz osobom spotykanym w odwiedzanych przez załogę krajach, ale przede wszystkim dzięki bardzo sympatycznym postaciom pierwszoplanowym, z którymi można było łatwo nawiązać kontakt i szybko się do nich przywiązać.  Szczególnie ciekawie prezentowały się tu Francuzka Colette oraz zdecydowana Kate, ale swoich fanów na pewno też znalazły delikatna Laura i pewna siebie Maggie (o dziwo wcale nie centralna postać serialu choć grana przez najbardziej znaną Christinę Ricci).  Szkoda, że tej produkcji nie udało się na dłużej zagościć na antenie, bo po zakończeniu "Braci i sióstr" dobrze było mieć taki serial: lekki, ale nie komediowy, mądry ale nie przesadnie poważny. A takim był „Pan Am”.

23:14, milczacy_krytyk , serial
Link Komentarze (2) »
wtorek, 13 listopada 2012
Bez tajemnic - sezon I

możemy o tym porozmawiać

Bez tajemnic - sezon I

Bez tajemnic - sezon I (2011) Polska

reżyseria: Anna Kazejak, Jacek Borcuch, Marek Lechki
scenariusz: Przemysław Nowakowski, Ewa Popiołek, Marek Kreutz, Joanna Pawluśkiewicz, Maria Wojtyszko
aktorzy: Krystyna Janda, Jerzy Radziwiłowicz, Marcin Dorociński, Łukasz Simlat, Małgorzata Bela, Ilona Ostrowska, Anna Radwan, Aleksandra Kusio, Mariusz Drężek, Urszula Grabowska, Jerzy Kamas, Mateusz Kościukiewicz, Julia Rosnowska, Jakub Jankiewicz, Andrzej Chyra
muzyka: Jacek Lachowicz
zdjęcia: Michał Englert, Radosław Ładczuk, Mateusz Wichłacz
montaż: Maciej Pawliński, Bartosz Pietras

 (9/10)

Najlepszy polski serial na przestrzeni ostatnich kilku lat.  Produkcja ocierająca się o doskonałość.  I choć jest to format, wersja oryginalna tego serialu powstała najpierw w Izraelu, by po realizacji przez amerykańską stację HBO, rozprzestrzenić się na cały świat, to nic mu to nie odbiera.  Dlaczego?  Bo format formatowi nierówny i czasem z najlepszej wersji oryginalnej nie udaje się po raz enty stworzyć produkcji dorównującej, nie wspominając nawet o przewyższaniu.  Bo choć pewne ramy, główny przebieg historii pozostają w każdej wersji takie same, to pozostałe elementy, niby jedynie szczegóły, są w gestii twórców z danego kraju.  A jak wiadomo diabeł tkwi w szczegółach i to od nich w dużej mierze zależy, czy z taką samą bazą nowa wersja uda się czy nie.  Nie wiem jak ta próba przeniesienia izraelskiego pomysłu prezentowała się w innych krajach świata, w Polsce jednak, co piszę z ogromną przyjemnością, wypadła fenomenalnie.  A na jej sukces złożyło się kilka wzajemnie uzupełniających się czynników.

Po pierwsze: aktorzy.  Już same nazwiska pojawiające się w tym serialu mogły świadczyć, że będzie co podziwiać. Bo jeśli w jednej produkcji grają tak znakomici aktorzy jak Krystyna Janda, Jerzy Radziwiłowicz, czy Marcin Dorociński, to wiadomo od razu, że poziom będzie niezwykle wysoki. I taki też jest w istocie, ale co niesamowite, nie grają oni tylko na znanym dla siebie, wysokim poziomie, ale przechodzą samych siebie.  Szczególnie widać to po Marcinie Dorocińkim, który stworzył tak kompleksową, wyróżniającą się i konkretną postać, że aż zapomina się kto ją gra.  Całkowicie wtopił się w swojego bohatera, stał się nim, stał się zupełnie innym człowiekiem.  Ale co równie ważne, także i pozostali aktorzy, mniej znane nazwiska, stają tu na wysokości zadania.  Bo każdy daje tu z siebie 200% normy, każdy wznosi się na poziomy, które były wcześniej niedostępne w innych serialowych produkcjach.  Widać to chyba w szczególności w przypadku Łukasza Simlata i Ilony Ostrowskiej, którzy grają tak perfekcyjnie, tak naturalnie, że aż dech zapiera.  Nigdy bym nie przypuszczał, że mogą się sprawdzić w takich rolach.

Po drugie: świetna, pomysłowa realizacja.  Bardzo dobrym pomysłem było dzielenie się odcinkami między trójką reżyserów Anną Kazejak, Jackiem Borcuchem i Markiem Lechkim.  Dzięki temu na przestrzeni kilkudziesięciu odcinków nie zatracono świeżości spojrzenia na serial i występujące w nim postaci.  Rewelacyjna jest tu również praca kamery, spoglądająca na bohaterów z różnych punktów widzenia, starająca się jak najdokładniej ukazać ich reakcje, emocje, które nimi targają, wychwycić każdy gest, każdy nawet najmniejszy ruch.  Statyczna, ale nie bojąca się ruchu, spokojna ale stale zmieniająca swoje położenia.  Dzięki temu choć akcja tego serialu rozgrywa się wyłącznie w jednym pokoju (z małymi wyjątkami) ani przez chwilę nie ma się wrażenia teatralności, sztuczności i przytłaczającej zamkniętości.  No i wreszcie, to co najważniejsze, ale wymienione jako ostatnie bo niejako odziedziczone po wersji oryginalnej - scenariusz.  Genialny skrypt, perfekcyjnie pomyślany, świetnie rozpisany na kolejne odcinki.  Zaskakujący, pomysłowy, inteligentny i wnikliwy.  To właśnie dzięki niemu aktorzy mają co grać, dzięki niemu mogą wzbijać się na wyżyny.

"Bez tajemnic" to serial ukazujący kilka sesji terapeutycznych.  Czterdzieści pięć prawie półgodzinnych odcinków.  Pięć razy w tygodniu, od poniedziałki do piątku, przez dziewięć tygodni.  Każdego dnia do terapeuty (Andrzeja) przychodzi inny pacjent i tak z tygodnia na tydzień rozwija się relacja terapeutyczna.  W poniedziałek Weronika - anestezjolog zafascynowana Andrzejem, we wtorek Szymon - pilot z traumą po ostatniej nieudanej misji w Afganistanie, we środę Zosia - nastolatka, która próbowała popełnić samobójstwo wjeżdżając rowerem pod koła autobusu, w czwartek małżeństwo Jacek i Anita - ona chce usunąć ciążę na co on kategorycznie się nie zgadza i wreszcie piątek, terapia odwrotna, w czasie której to Andrzej jest pacjentem, a Barbara jego niegdysiejsza superwizorka, jest terapeutą.  Prócz pacjentów w serialu pojawiają się z czasem ich najbliżsi, ale również i najbliżsi samego terapeuty - żona i trójka dzieci.  Bo i w życiu Andrzeja dzieje się wiele i to również jest nam dane zobaczyć.  Bo jak się z czasem zacznie okazywać, jego życie nie jest wcale łatwiejsze ani bardziej pozbawione problemów niż to, które wiodą jego pacjenci.

I właściwie to wszystko.  "Bez tajemnic" to serial rozmowa, dialog między terapeutą i pacjentem.  Wydawać by się mogło, co może być w tym takiego ciekawego, wciągającego, pasjonującego?  Właśnie ten dialog, to w nim tkwi siła tej produkcji.  Wnikliwe, nieprawdopodobnie naturalnie napisane rozmowy, ciągi zdań tak prawdziwe, że wielokrotnie aż trudno uwierzyć, że powstały na papierze, że nie są w istocie, na bieżąco wygłaszane przez aktorów.  Rozmowy tak świetnie poprowadzone, tak wciągające, że dwudziestopięciominutowe odcinki mijają błyskawicznie i od razu ma się ochotę na więcej.  Właśnie przez te dokładnie rozpisane, świetnie poprowadzone rozmowy aktorzy wreszcie mają co grać.  Bo wreszcie rozmowa nie jest tylko dwoma zdaniami na krzyż, wynurzeniami na temat kupionej bluzki, czy problemów sąsiadki.  To rozmowy o uczuciach, przeżyciach, problemach.  O poważnych problemach moralnych, etycznych.  O przeszłości, która ma ogromny wpływ na teraźniejszość i wkrótce następującą przyszłość.  O niuansach zachowań, różnie rozumianych intencjach i sposobach postrzegania rzeczywistości.  Genialny serial, koniecznie do obejrzenia.

Tagi: dramat
23:48, milczacy_krytyk , serial
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2