Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
sobota, 26 listopada 2011
Dochodzenie - sezon I

żmudne śledztwo

Dochodzenie - sezon IDochodzenie - sezon I (2011) USA

reżyseria: Patty Jenkins, Ed Bianchi, Gwyneth Horder-Payton, Jennifer Getzinger, Phil Abraham, Agnieszka Holland, Dan Attias, Nicole Kassell, Keith Gordon, Brad Anderson
scenariusz: Veena Sud, Dawn Prestwich, Nicole Yorkin, Soo Hugh, Jeremy Doner, Nic Pizzolatto, Linda Burstyn, Aaron Zelman, Dan Nowak
aktorzy: Mireille Enos, Billy Campbell, Joel Kinnaman, Michelle Forbes, Brent Sexton, Kristin Lehman, Eric Ladin, Brendan Sexton , Jamie Anne Allman, Annie Corley, Liam James, Brandon Jay McLaren, Katie Findlay, Seth Isaac Johnson, Garry Chalk, Evan Bird
muzyka: Frans Bak
zdjęcia: Peter Wunstorf
montaż: Amy E. Duddleston, Elizabeth Kling, Howard Leder

 (7-/10)

"Dochodzenie" to serial przeplatający w sobie trzy różne wątki.  Pierwszy to historia detektyw Linden, która ma wraz z nastoletnim synem przeprowadzić się do Kalifornii, do swojego narzeczonego, ale przed przenosinami zatrzymuje ją sprawa morderstwa pewnej młodej dziewczyny.  I choć pierwotnie ma przekazać ją swojemu następcy, detektywowi Holderowi, w wyniku pojawiających sie nowych poszlak, nie potrafi się z nią rozstać, zaczyna się w nią wciągać, chcąc za wszelką cenę i jak najszybciej, doprowadzić ją do końca.  Drugi wątek to historia Darrena Richmonda, który kandyduje w zbliżających się wyborach na burmistrza miasta, oraz kilku osób z jego sztabu wyborczego, którzy mają doprowadzić go do zwycięstwa.  A to nie będzie takie łatwe, bo walczą z wpływowym i obecnym burmistrzem, który zrobi wiele by przedłużyć swoją kadencję.  I wreszcie trzeci wątek, najbardziej wyciszony i smutny, skupia się na rodzicach zamordowanej dziewczyny, którzy starają się jakoś uporać z tragedią jaka ich spotkała, będąc stale pod ostrzałem ciekawskich mediów, dowiadując się co jakiś czas kolejnych faktów z życia swojej córki, o którym jak się okazuje, nie mieli bladego pojęcia.

"The Killing" to ponury kryminał, bardzo spokojny serial, w którym nie dzieje się zbyt wiele.  Co prawda każdy z bohaterów niesie ze sobą jakąś historię, każdy ukrywa jakąś przeszłość, która z czasem zacznie wychodzić na jaw, ale wszystko dzieje się tu bez najmniejszego pośpiechu, bardzo powoli.  To serial ciekawie zagrany (choć główne postaci początkowo wydają się niezbyt ciekawe) i świetnie rozpoczęty, przez co ogląda się go całkiem dobrze.  Jego główną i najbardziej odczuwalną wadą jest jednak trochę zbyt powolne tempo.  Szkoda, ale po bardzo dobrym rozpoczęciu, pierwszych dwóch czy trzech odcinkach, akcja za bardzo zwalnia, za mocno się rozmywa.  Niestety ale jest różnica między tym, że w kolejnych odcinkach może dziać się niewiele, a tym, że dzieje się jednak za mało i tak staje się właśnie w połowie tego serialu, gdy odcinki zaczynają kręcić się wokół tego samego, a akcja za bardzo staje w miejscu.  Przyspiesza na nowo dopiero w ostatnich trzech odcinkach.  Od przedziwnego epizodu z numerem 11, który skupiony jest inaczej niż wszystkie pozostałe, wyłącznie na parze detektywów, odsłaniając przy okazji, w rozmowach jakie prowadzą jeżdżąc samochodem z miejsca na miejsce, ich życie prywatne.  W tych ostatnich kilku odcinkach serial znów przyspiesza i czuć, że zmierza do rozwiązania.

Być może ten środkowy zastój akcji miał na celu pokazanie jak trudne i żmudne bywa dojście do prawdy, jak piekielnie trudne jest połączenie kolejnych faktów, znalezienie następnych dowodów.  Ukazanie, że śledztwo przypomina szukanie po omacku, całkowicie na oślep i wielokrotnie posuwa się do przodu bardziej z przypadku niż w wyniku zaplanowanych działań.  Bo wielokrotnie detektywi mają związane ręce, bo nikt nie chce z nimi rozmawiać i dochodzenie do prawdy jest jak droga przez mękę, o której nie wspominają inne produkcje.  W "The Killing" bardzo wyczuwalna jest niesamowita atmosferą, niezwykły klimat, wyjęty jakby żywcem ze skandynawskich kryminałów.  Niezwykle chłodny, przygnębiający, potwornie smutny.  Nie jest to może takie dziwne, gdy zobaczy się, że produkcja ta jest remakiem duńskiego serialu sprzed kilku lat.  Stąd właśnie ten depresyjny, lodowaty klimat udzielił się i nowej wersji tej opowieści i dobrze, że o nim nie zapomniano, przekładając tę opowieść na nowy grunt, bo dzięki niemu zdecydowanie ciekawiej śledzi się tę historię.  Serial ten jest poza tym dość nietypowy i chwilami aż ciężko uwierzyć, że jego produkcją zainteresowała się amerykańska stacja.  Bohaterowie są oględnie powiedziawszy niezbyt urodziwi, dochodzenie ślimaczy się potwornie i nie ma w nim nic kuszącego czy cieszącego oko.  Nawet miasto w którym rozgrywa się akcja tej produkcji jest zupełnie inne niż to, które od blisko ośmiu lat pokazują nam przelotem twórcy "Grey's Anatomy".  To Seattle jest nieprzyjemne, szare, brudne i wiecznie skąpane w deszczu. 

Potwornie rozczarowujące w tej produkcji jest niestety zakończenie, a właściwie jego brak.  Bo ostatni odcinek kończy się na niczym, jest jakby urwany w połowie.  A tak to już niestety jest i powinno być z kryminałami, że czyta/ogląda się je przede wszystkim po to, by dowiedzieć się kto zabił, kto był mordercą.  Cała reszta to jedynie ciekawy dodatek, interesująca otoczka.  "The Killing" niestety zrywa z tą zasadą i pozostawia kluczowe pytanie otwarte.  Odpowiedź być może padnie, ale w przyszłości.  Kiedy?  A to również pozostaje zagadką, bo w zależności od tego, ile powstanie jeszcze sezonów i jak długo twórcy będą chcieli unikać odpowiedzi na to kluczowe pytanie, tak długo będzie ona dla nas tajemnicą.  W praktyce można ten moment wyjawienia mordercy przedłużać w nieskończoność, przez następne sezony, dopóki oglądalność na to pozwoli.  Według mnie bardzo niemiła to niespodzianka i prawdę powiedziawszy nie wiem, czy gdybym o tym wiedział przed rozpoczęciem oglądania tego serialu, w ogóle bym się za niego zabierał.  Bo w kryminale odpowiedź na pytanie kto zabił - będące również główny taglinem serialu - nie powinna być jedynie ciekawym dodatkiem do historii bohaterów.  Powinna być podstawą, bez której poświęcanie czasu na tę produkcję, trochę traci sens.

22:41, milczacy_krytyk , serial
Link Komentarze (4) »
czwartek, 24 listopada 2011
Wymyk

ścigamy się?

WymykWymyk (2011) Polska

reżyseria: Greg Zglinski
scenariusz: Greg Zglinski, Janusz Margański
aktorzy: Robert Więckiewicz, Łukasz Simlat, Gabriela Muskała, Marian Dziędziel, Anna Tomaszewska, Karolina Kominek-Skuratowicz, Paweł Tomaszewski, Tomasz Schuchardt, Paweł Ferens, Kacper Gaduła-Zawratyński, Włodzimierz Adamski, Jacek Łuczak, Michał Podsiadło, Stefan Popkowski
muzyka: Jacek Grudzień, Mariusz Ziemba
zdjęcia: Witold Płóciennik
montaż: Leszek Starzyński

na podstawie: opowiadania "Jerzy" Cezarego Harasimowicza

 (8/10)

Świetny film.  Zdecydowany, wyraźnie do czegoś dążący, trzymający w napięciu, wbijający w fotel.  Bezbłędnie poprowadzony aż do kluczowej sceny, sceny wypadku, która jest najmocniejszym momentem w tym obrazie i jednocześnie odgraniczeniem między tym co było, a tym co nastanie.  Po niej produkcja ta gwałtownie wytraca na prędkości, wręcz się zatrzymuje, całkowicie wybija z rytmu.  Zaczyna się jakby za bardzo kręcić wokół siebie, co po bardzo energicznym wstępie jest dość męczące do oglądania, trudne do śledzenia.  Wydaje się początkowo, że to pewna słabość, że twórcom zabrakło siły do wytrwania w tak dobrej, błyskawicznej formie.  Ale tak nie jest, bo obraz ten pasuje do bohatera.  Gdy rozpada się, bez uprzedzenia rozsypuje się jego życie, również i film zaczyna jakby dryfować, coraz bardziej się rozmywać.  Staje się zbiorem scen, obserwacji, błąkaniem się między kolejnymi sytuacjami.  I ta prostota jest tu jak najbardziej godna pochwały. "Wymyk" to obraz nieskomplikowany, który nie stara się na siłę utrudniać zaistniałej sytuacji, nie wymyślając wyszukanych konsekwencji wynikających z przeszłej tragedii.  To film, który nie zmierza w żadnym utartym kierunku: nie zamienia się nagle w sensacyjne kino zemsty, nie staje się również na pokaz dramatyczny.  To niesamowicie ludzka wizja tego, co dzieje się później.

"Wymyk" to film nastawiony przede wszystkim na obserwowanie emocji, reakcji bohaterów.  Od chwili wypadku teoretycznie niewiele się w nim dzieje, niektórym przez to pewnie wyda się on też dlatego nudny, bo trzeba się w niego zagłębić, wychwycić wszystkie te niesamowicie ważne, i fantastycznie zagrane spojrzenia, gesty, zdecydowanie ważniejsze niż jakiekolwiek słowa.  Rozmów nie ma w nim zbyt wiele, ale gdy się już rozpoczynają, potrafią uderzyć w samo sedno, wręcz zaboleć.  Jak chociażby bardzo krótka, ale niezwykle bolesna konwersacja bohatera z dziećmi, które pytają co się wydarzyło, zadają niezwykle ciężkie pytanie o to, kto postąpił dobrze, o to kto wygrał.  Pytanie, na które nie pada żadna odpowiedź, bo nie sposób na nie odpowiedzieć, bo każdy wniosek jest zbyt bolesny i niepełny.  Ale reżyser mimo to powtarza je wielokrotnie.  Zadaje pytanie bohaterom, zadaje je również i nam.  Co my byśmy zrobili w takiej sytuacji, w jakiej znaleźli się dwaj bracia?  Czy odwracali głowy od bandy chuliganów, próbując nie zwracać na nich uwagi, nie mieszać się w sytuację?  Czy stanęlibyśmy w obronie zaczepianej w pociągu dziewczyny, jednocześnie narażając siebie samych, ryzykując własne życie?  Które wyjście jest tym właściwym, które należałoby wybrać?

Siła tego filmu tkwi przede wszystkim we wspaniałych występach aktorskich.  To film fenomenalnie zagrany.  Niezwykle dobrze wyłapujący wszystko to, co dzieje się między słowami, w bardzo szybki, prosty ale efektowny sposób ukazujący relacje jakie panują między bohaterami.  Widać to w szczególności w scenie wspólnego obiadu całej rodziny, w której prócz tego co bezpośrednio mówią bohaterowie, niezwykle wiele jest jeszcze tego wszystkiego co ukryte, niewypowiedziane.  Spojrzeń, gestów, postaw.  Dzięki nim błyskawicznie ukazują się nam wszystkie zależności rodzinne, skrywane kompleksy, utajone pretensje, spory, które co jakiś czas próbują się przebić na powierzchnię w drobnych uszczypliwościach, niby niewinnych komentarzach.  Widać w tej scenie wymagającą matkę braci, ojca, który faworyzuje jednego z nich i samych braci, jednego spokojnego, drugiego bardziej narwanego, idącego na żywioł, choć wszystkie proste podsumowania nie mają do nich zastosowania.  Fenomenalnie wypada tu Robert Więckiewicz w roli jednego z braci, który musi stoczyć wewnętrzną walkę z potwornymi wyrzutami sumienia.  Genialny w każdym ruchu, w każdej scenie, perfekcyjnie ukazujący ten wstyd, tę potworną bezsilność, ten ból zżerający bohatera od środka.

Przeżywający tę chwilę zawahania, ten niespodziewany moment skamienienia, którego nie potrafi później sobie wytłumaczyć, impuls, którego zabrakło, a który wstąpił w jego brata.  Zaskakujące jak potoczyła się sytuacja w pociągu, zatrważające jak w mgnieniu oka wydarzyło się tak wiele.  Jeden brat zareagował, drugi nie.  Gwałtowność i rozwój tej sytuacji jest wprost porażająca.  To odgraniczenie tego co było, i tego co będzie, odbiera mowę, zatyka dech.  Pozostaje jedynie bezsilność wobec tego co się stało, potworne chęć cofnięcia czasu i zareagowania inaczej.  Bo cokolwiek bohater teraz by nie próbował zrobić, jakkolwiek się zachować, jest już za późno na działanie.  Kluczowe sekundy minęły, nie ma do nich powrotu.  I z tą świadomością przyjdzie mu żyć.  Z tym zawahaniem o którym dowiadują się inni, przez które zaczynają go sądzić, oceniać, czego nie jest w stanie wytrzymać.  Bo przyjęta przez bohatera postawa wydaje się teoretycznie niezrozumiała, bo teoretycznie wiadomo co powinno się zrobić.  Dopóki samu nie znajdzie się w takiej krytycznej sytuacji.  Strasznie gorzki to film, niesamowicie prawdziwy.  Wciągający, interesujący, dający naprawdę wiele do myślenia, mogący być początkiem niezwykle długich dyskusji.  Bo na pewne sprawy nie ma prostych odpowiedzi.  A to rzadkość, którą warto doświadczyć, którą warto zobaczyć na własne oczy.

12:49, milczacy_krytyk , 08
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 listopada 2011
Droga

i'm right here

DrogaDroga (2009) USA

reżyseria: John Hillcoat
scenariusz: Joe Penhall
aktorzy: Viggo Mortensen, Kodi Smit-McPhee, Robert Duvall, Charlize Theron, Guy Pearce, Molly Parker, Michael Kenneth Williams, Garret Dillahunt, Bob Jennings
muzyka: Nick Cave, Warren Ellis
zdjęcia: Javier Aguirresarobe
montaż: Jon Gregory

na podstawie: powieści Cormaca McCarthy'ego

 (7,5/10)

Pewnego zwyczajnego dnia rozbłysły światła i zatrzęsła się Ziemia.  Skończył się świat jaki znamy.  Apokalipsy nie przetrwały ani rośliny, ani zwierzęta, pozostał jedynie gruz dawnego świata i nieliczni ludzie, którzy jakoś przeżyli.  Ziemia pokryła się wieczną szarością, zasłoniła czarnymi chmurami.  W tej potwornej rzeczywistości zastajemy ojca i syna, jeszcze nawet nie nastoletniego.  We dwójkę idą na południe, nad brzeg oceanu, by być może tam znaleźć lepszy świat, by w cieplejszym klimacie przetrwać kolejną zimę.  Bo w tym zrujnowanym świecie żyją już bardzo długo.  Ile?  Tego nie wiemy.  Co jakiś czas wracamy we wspomnieniach i snach ojca do przeszłości, do brutalnie zakończonego życia, starego świata, pełnego kolorów, życia, spokoju.  Wiedzionego wraz z piękną żoną, o której losie dowiadujemy się w kolejnych przebłyskach z przeszłości.  Co jakiś czas ojciec odzywa się zza kadru, mówiąc o świecie, który go otacza, o swoich obawach, tym co go czeka, tym jak bardzo boi się przyszłości swojego syna, którego stara się przygotować na samotne życie w tej potwornej rzeczywistości.  Bo tak naprawdę jedynym co go trzyma przy życiu jest właśnie syn.  Sensem i jedynym celem jego istnienia jest tylko on.

Dla niego ma siłę by walczyć, by pokonywać przeciwności kolejnych dni.  W tym piekle na Ziemi, którym stał się świat po ostatecznym końcu.  W którym panuje przeraźliwa samotność, każdy ocalały jest zdany wyłącznie na siebie.  W którym niczego nie można być pewnym, komu zaufać, a komu lepiej nie.  Bo króluje w nim potworny strach, przed każdym napotkanym ocalałym.  Bo każdy człowiek może być zagrożeniem, każdy kontakt z nieznajomym może zakończyć sie tragicznie, a każdy opuszczony dom może być zasadzką.  Bo w tym obumarłym świecie szerzy się kanibalizm i nigdzie nie jest bezpiecznie.  Od każdej decyzji zależy życie i nigdy nie wiadomo czy napotkana osoba to przyjaciel czy wróg, czy niesie pomoc czy zagrożenie.  Stąd im dłużej trwa ich wędrówka, im spotykają na swojej drodze więcej nieznajomych, tym coraz częściej zaczynają się różnić, w swojej postawie do obcych.  Czy komuś pomóc czy nie?  Ojciec znając świat i będąc w pełni świadomym zagrożeń jakie w nim na nich czekają, nie chce się z nikim zadawać, wiedząc, że najbezpieczniej będzie, gdy będą zupełnie sami.  Chłopiec natomiast próbuje znaleźć dobro w innych i samemu tym dobrem się wykazać.  Bo jak wielokrotnie próbuje się upewnić u ojca, oni są tymi dobrymi postaciami, to oni niosą ogień wewnątrz siebie.

"Droga" to niezwykle przygnębiający film, przyglądający się temu, co pozostało po ludzkości.  Obserwujący ten umierający, a właściwie martwy już świat, przepełniony złem, portretując go bez żadnych, nawet najmniejszych filmowych upiększeń, czy ozdobników.  To ponura i bardzo realistyczna wizja tego, co mogłoby się dziać po końcu.  Brudna, szara, błotnista, niezwykle sportretowana.  Bardzo spokojna, wyciszona, stonowana ale niepozbawiona napięcia, niesamowitego uczucia ciągłego zagrożenia, strachu o to, co może czaić się za rogiem.  To film, który w większości płynie bardzo powoli, bez pośpiechu, co wcale nie oznacza, że nie dostarcza emocji.  Trzyma w napięciu, przez swoją niezwykłą konsekwencję w ukazywaniu podróży bohaterów hipnotyzuje, otacza widza niezwykłą atmosferą.  Chwilami też przyspiesza, podnosi niebywale ciśnienie, najczęściej w momentach, gdy bohaterowie spotykają na swojej drodze innych ludzi, gdy zbliża się zagrożenie i w ciągu kilku sekund muszą podjąć decyzję co zrobić by uratować swoje życie.  Co ciekawe choć obraz ten jest przede wszystkim bardzo pesymistyczny, to wyczuwalna jest w nim, szczególnie pod koniec, pewna nadzieja.  Dzięki postaci chłopca, dzięki zakończeniu, któremu choć niezwykle daleko do radosnego, jednak mającego w sobie szczyptę optymizmu.  Choć chwilowego, ale jednak.

13:49, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (11) »
sobota, 19 listopada 2011
Bańka mydlana

granice

Bańka mydlanaBańka mydlana (2006) Izrael

reżyseria: Eytan Fox
scenariusz: Gal Uchovsky, Eytan Fox
aktorzy: Ohad Knoller, Alon Friedman, Daniela Virtzer, Yousef 'Joe' Sweid, Zohar Liba, Tzion Baruch, Oded Leopold, Roba Blal, Shredi Jabarin, Yael Zafrir, Noa Barkai, Yotam Ishay, Eliana Bakier, Avital Barak
muzyka: Ivri Lider
zdjęcia: Yaron Scharf
montaż: Yosef Grunfeld, Yaniv Raiz

 (7,5/10)

Gdzieś na jednym z punktów kontrolnych między Palestyną a Izraelem, pilnowanym przez kilku izraelskich żołnierzy, zatrzymuje się autokar z Palestyńczykami, jadącymi w kierunku Tel Awiwu.  Żołnierze przeszukują podróżnych, karzą im pokazywać co mają w swoich  bagażach.  W pewnym momencie jedna z kobiet zaczyna rodzić.  Na krótką chwilę, osoby po jednej i drugiej stronie granicy, jednoczą się, starając się pomóc ciężarnej kobiecie, do czasu gdy na miejsce przyjedzie wezwana karetka pogotowia.  Zaskakujący wstęp, jakby wyjęty z innego obrazu, aż początkowo miałem wrażenie, że oglądam nie ten film co chciałem.  Dosłownie chwilę później, gdy wraz z jednym z żołnierzy, schodzimy z punktu kontrolnego, wkraczamy w historię trójki przyjaciół, mieszkających w jednym mieszkaniu.  To jednak nie wszystko, bo "Bańka mydlana" to obraz który się zmienia, przeistacza, bardzo płynnie przeplata w sobie różne style i gatunki filmowe.  To historia miłosna, zabawna komedia, poruszający dramat, obraz lekki i przyjemny, ale równocześnie nie bojący się powiedzieć kilku słów na poważniejsze tematy, jak choćby na temat konfliktu palestyńsko - izraelskiego.
 
Najprościej można by powiedzieć, że "Bańka mydlana" to historia czwórki ludzi, żyjących na styku dwóch różnych światów, rozdzielonych jedną granicą.  Granicą niezwykle trudną do pokonania, kryjącą się pod różnymi postaciami.  Bo nie jest to wyłącznie fizyczna granica rozdzielająca terytoria, ale wszystkie niewidoczne bariery dzielące od siebie ludzi, przyjaciół, rodziny.  Opowieść chwilami zadziwiająco lekka, zabawna, chwilami także poważna, nawet wzruszająca.  Mieszająca te uczucia i klimaty bardzo sprawnie, płynnie, wręcz niezauważalnie, dzięki czemu nie ma się wrażenia rozjeżdżania się tej opowieści na wszystkie strony, czy nieznośnej niekonsekwencji.  Jest tak różnorodna bo pokazuje różne sytuacje z życia trójki przyjaciół: Lulu - spotykającej się z pewnym dziennikarzem, Yelliego - pracującego w pewnej niewielkiej restauracji oraz Noama, który pracuje w sklepie muzycznym i spotyka się z Palestyńczykiem - Ashrafem, który wraz z nim był świadkiem wydarzenia ukazanego z prologu.  Żyją powoli, trzymają się razem, szukają swojego miejsca na ziemi, swoich dopełnień, szczęścia.

Poprzez ich historie, oraz historie osób z którymi się spotykają, reżyser równocześnie ale jakby zupełnie przy okazji, rzuca też okiem na sytuację w kraju, na nieustannie trwający konflikt.  Na to zderzenie tradycji z nowoczesnością, religii z religią, przekonań z pragnieniami, otwartości ze sprzeciwem.  Bo bohaterowie codziennie walczą ze światem i z samymi sobą.  Z uprzedzeniami, nietolerancją, niesprawiedliwością.  Sprzeciwiają się okupacji, organizują bunt, imprezę na rzecz pokoju, mającą pokazać ich zdanie, ich sprzeciw.  Reżyser przede wszystkim skupia się na ograniczeniach jakie rzeczywistość narzuca na bohaterów.  Poglądy, przekonania, religia, kultura, przez które nie mogą wieść życia, takiego jakby chcieli, przez które nie ułoży się ono tak jakby mogło.  Przez rodzący się związek między Noamem i Ashrafem ukazuje (co robiło już wielu, ale chyba nigdy za wiele) jak bezsensowne są jakiekolwiek wojny, wszelakie podziały, konflikty.  Jak destrukcyjnie wpływają na życie zwykłych ludzi, jak zaburzają jego przebieg, jak przez nie, bohaterowie nie mogą być do końca sobą, żyć jakby tego pragnęli.

"Bańka mydlana" to obraz który coś w sobie ma.  To jeden z tych nielicznych filmów, które im bardziej się rozwija, tym jest coraz lepszy.  Bo choć na początku wygląda na zwyczajną opowiastkę, tak później robi się coraz poważniejszy, nie tak błahy jak można by początkowo sądzić.  Rozwija się w bardzo ciekawym kierunku, zdecydowanie mądrzejszym niż można by myśleć.  Za to spory plus, bo nie staje się jedynie jednorazową rozrywką, po której nie zostaje nic więcej, jak tylko przyjemne wspomnienie miłej atmosfery seansu.  Gryzie w nim jedynie trochę zakończenie.  Niespodziewane, szokujące, zdecydowanie zbyt mocne, nie pasujące za bardzo do całego obrazu.  Stojące jakby całkowicie w sprzeczności do charakteru bohaterów (w szczególności jednego) i samej historii, dokładnie prowadzonej, rozwijanej od pierwszych minut.  Co prawda jest podporządkowane pewnej myśli nadrzędnej, wcale nie głupiej, bo po nim następuje urokliwy epilog, ale jednak w zderzeniu z całością za bardzo szokuje, wydaje się dołączone jakby na siłę.    Choć pewnie gdyby nie ono, film ten nie zapadałby tak mocno w pamięć.  A o to też przecież po części chodzi.

17:06, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (5) »
czwartek, 17 listopada 2011
Immortals. Bogowie i herosi

Łuk Epirusa

Immortals. Bogowie i herosiImmortals. Bogowie i herosi (2011) USA

reżyseria: Tarsem Singh
scenariusz: Vlas Parlapanides, Charley Parlapanides
aktorzy: Henry Cavill, Mickey Rourke, Stephen Dorff, Freida Pinto, Luke Evans, John Hurt, Joseph Morgan, Anne Day-Jones, Greg Bryk, Alan Van Sprang, Peter Stebbings, Daniel Sharman, Isabel Lucas, Kellan Lutz, Steve Byers, Stephen McHattie, Matthew G. Taylor, Romano Orzari, Corey Sevier
muzyka: Trevor Morris
zdjęcia: Brendan Galvin
montaż: Stuart Levy, Wyatt Jones

 (6/10)

Dzięki takim filmom jak "Immortals. Bogowie i herosi" jeszcze bardziej można docenić sztukę, jaka kilka lat temu udała się Zackowi Snyderowi, gdy przenosił na wielki ekran komiks "300" Franka Millera.  Zadanie teoretycznie niemożliwe do wykonania, projekt zbyt wystylizowany i napompowany, by dało się go z przyjemnością oglądać, który się jednak udał i to znakomicie, co teraz przy okazji premiery filmu Tarsema Singha, widać jeszcze wyraźniej.  Bo "300" było filmem wielkim, mocnym, wizualnie oszałamiającym, ale również emocjonującym i bliskim.  Tego samego o tej produkcji powiedzieć już niestety nie można.  Bo choć twórcy "Immortals" idą na całość jeśli chodzi o przepych i wygląd swojej produkcji - niektóre sceny wyglądają w niej wprost przecudownie - to ich film pozostaje jednak jedynie ładnym świecidełkiem, niczym więcej.  To przyciągające wzrok, pozłacane widowisko, ale strasznie puste od środka.  Przez to nudnawe, nijakie i w większości nieciekawe.  Brakuje w nim tego czegoś, takiej wewnętrznej iskry, która angażowałaby nas w opowiadaną historię, przyciągała do ekranu.  Choć może w tym momencie wymagam od niego zbyt wiele?  Faktem jest, że produkcja ta nie jest tak zła, jak mogłaby być i da się ją spokojnie obejrzeć, bez narastającego poirytowania, co samo w sobie można uznać za swego rodzaju osiągnięcie.  Aktorzy grają całkiem dobrze, a i dialogi nie są najgorsze i nie cierpną od nich uszy.

Ogólnie jednak trochę ciężko ugryźć ten film.  Niby nie jest zły, niby można go spokojnie obejrzeć, bez narastającego bólu głowy, lub ciągłego załamywania rąk, ale jednak jako obraz mający przede wszystkim zapewnić rozrywkę, sprawdza się raczej kiepskawo.  Być może dlatego, że tak naprawdę mało co się w nim dzieje.  Ciągle ma się bowiem wrażenie, że prawdziwa akcja, główne wydarzenia, dopiero nadejdą, że całość się dopiero rozwinie.  Bo nawet w tych szybszych scenach, momentach przyspieszonej akcji, brakuje takiej kropki nad i, brakuje zwieńczenia kolejnych scen, przez które byłyby one w pełni satysfakcjonujące, dzięki którym śledzilibyśmy tę opowieść z zapartym tchem.  Niby jest widowiskowo, niby na ekranie panuje jakiś ruch, ale tego nie czuć.  Ta energia zawarta na ekranie, nie przenosi się na publiczność, nie potrafi się wyzwolić.  Poza tym "Immortals" to obraz zdecydowanie za bardzo przegadany, sporo się w nim mówi o różnych sprawach, ale mało z tego tak naprawdę wynika.  Mówi się wiele o mitycznym łuku, ale w akcji widzimy go może ze trzy razy, mówi się tyle o planie króla Hyperiona (niezły Rourke), ale jest on tak prosty, że można go streścić w jednym zdaniu.  I tak jest niestety przez cały seans.  Nam pozostaje jedynie czekać na właściwe rozwinięcie, które wciąż gdzieś ucieka, gdzieś się kryje i nadchodzi dopiero w samej końcówce.  To właśnie dopiero ostatnia potyczka - ale tylko ta z udziałem bogów - jest w pełni udana.  Wielka, efektowa, szybka i ciekawa.

Jednak zanim obraz ten dotoczy się do tego wielkiego finału, musimy się razem z bohaterami jakoś przetułać przez kolejne miejsca, przemęczyć przez mało potrzebne i niewiele wnoszące do akcji przerywniki, które mają na celu jeszcze silniej unaocznić to co oczywiste jest od samego początku.  Jak złym, bezwzględnym i zdolnym do wszystkiego człowiekiem jest Hyperion, jak bardzo utalentowanym mężczyzną jest wybrany przez bogów Tezeusz, oraz jak nieomylnie przewidująca jest piękna Wyrocznia.  Tak przesuwamy się od sceny o sceny, które mają przedstawić nam tylko bohaterów w odpowiednim świetle, pożegnać mało znaczące postaci drugoplanowe i dobrnąć wreszcie jakoś do końcówki.  A gdy ta wreszcie nadchodzi, nie cieszy niestety już tak jak powinna.  Choć trzeba przyznać, że się twórcom udała i jest najjaśniejszym punktem tego obrazu.  Złote zbroje świecą w ciemności, atakujący poruszają się nadnaturalnie szybko, ofiary upadają nienaturalnie wolno, a dookoła latają odcięte ręce, nogi, głowy, części ciał oraz bryzgająca na wszystkie strony krew.  Bardzo widowiskowy to obrazek, wreszcie w pełni korzystający z możliwości trójwymiaru, który przez cały seans jest niestety szczątkowy i prawie niezauważalny.  Obrazek również wyjątkowo brutalny.  Aż dziwne, że produkcji tej przyznano "jedynie" kategorię R, bo niektóre sceny, nawet jak na takie widowisko, bywają całkiem szokujące i odważne.

14:56, milczacy_krytyk , 06
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3