Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
poniedziałek, 29 listopada 2010
Ally McBeal - sezon I

McBealizm...

Ally McBeal - sezon IAlly McBeal - sezon I (1997-1998) USA

reżyseria: James Frawley, Jonathan Pontell, Dennie Gordon, Arlene Sanford, Sandy Smolan, Victoria Hochberg, Michael Schultz, Mel Damski, Dan Attias, Thomas Schlamme, Joe Napolitano, Allan Arkush, Elodie Keane, Jeremy Kagan, Dennis Dugan
scenariusz: David E. Kelley, Nicole Yorkin, Dawn Prestwich, Jeff Pinkner
aktorzy: Calista Flockhart, Greg Germann, Jane Krakowski, Peter MacNicol, Lisa Nicole Carson, Gil Bellows, Courtney Thorne-Smith, Dyan Cannon, Vonda Shepard
muzyka: Danny Lux, Vonda Shepard
zdjęcia: Billy Dickson
montaż: Philip Carr Neel, Craig Bench, Thomas R. Moore, Bill Johnson

 (7/10)

Ally McBeal.  Zna ją chyba każdy, nawet jeśli nie oglądał ani jednego odcinka "jej" serialu, ale choć trochę interesuje się zagranicznymi serialami.  "Ally McBeal" to kolejna produkcja Davida E. Kelley'a traktująca o środowisku prawniczym, która świeciła tryumfy w amerykańskiej telewizji pod koniec lat dziewięćdziesiątych i dla wielu stała się serialem kultowym.  To niesamowite ale to kolejny serial Kelleya przy którym nie pracował tylko jako twórca postaci i zarysu historii, ale znów napisał scenariusze do (prawie) wszystkich odcinków.  Niebywała sytuacja, bo w większości nowoczesnych produkcji za każdy odcinek odpowiada inny scenarzysta, ewentualnie pisząc skrypt do dwóch, trzech epizodów w danej serii.  Kelley swoją historię rozwija sam i co niezwykłe jest ona całkowicie różna od jego pozostałych produkcji, które dotyczyły prawników.  Tak jak wyświetlana w tym samym czasie co "Ally McBeal" "Kancelaria adwokacka" była niezwykle poważnym dramatem prawniczym, a emitowany kilka lat później "Boston Legal" komediowym spojrzeniem na świat prawników oczami mężczyzn, tak "Ally McBeal" przedstawia ten świat oczami kobiety.  I to nie byle jakiej bo utalentowanej, dwudziestoośmioletniej prawniczki, której życie jest w ciągłej, radosnej rozsypce.  W efekcie serial ten jest niezwykle lekką, zabawną, zwariowaną produkcją, której podstawowym celem jest zapewnienie dobrej, niezobowiązującej rozrywki, w czasie kolejnych odcinków.

Najważniejsza w tym serialu, co widać już po jego tytule, jest Ally i to z jej punktu widzenia opowiadane są kolejne wydarzenia.  W związku z czym same sprawy zawodowe, kolejne procesy sądowe nie są tu tak ważne jak w dwóch wcześniej wymienionych serialach Kelleya.  Są jedynie tłem dla życia osobistego bohaterki.  Najważniejsze są tu bowiem sprawy sercowe, kolejne zawody i drobne miłostki, które zdarzają się od czasu do czasu.  Jej marzenia, pragnienia, życie jako takie z którym nie za bardzo potrafi sobie dać radę.  Ally ma bardzo bujną wyobraźnię i wszystko co dzieje się dookoła niej potrafi w zabawny sposób wyolbrzymić, zniekształcić, zdeformować.  Na przykład gdy ktoś z kimś zrywa widzi tę osobę zgarnianą przez śmieciarkę, gdy ktoś się za bardzo chwali, widzi jak nadyma mu się głowa itd. itp. Jednym słowem Ally widzi świat na swój własny, unikatowy sposób.  I jest to niebywale zabawne, bo jej kolejne wymysły i skojarzenia są chwilami tak nietypowe i zaskakujące, że aż nie sposób się przy nich nie zaśmiać.  Zabawne w tej produkcji są również dialogi, wypełnione ciętymi ripostami, bardzo trafnymi żartami, a także sytuacje jakie przytrafiają się kolejnym postaciom.  To wszystko składa się na bardzo sympatyczny, przyjemny serial, który perfekcyjnie odstresowuje i bawi każdym kolejnym odcinkiem.  Szkoda tylko trochę, że sezon pierwszy jest bardzo nierówny. Pierwsze odcinki są zdecydowanie zbyt rozciągnięte i nudnawe, podobnie jak finałowe, którym jakby brak energii i świeżych pomysłów na następne wydarzenia.  Najlepiej natomiast ogląda się te epizody, które znalazły się w połowie sezonu, to w nich najwięcej się dzieje, to one obfitują w największą dawkę humoru, często bardzo abstrakcyjnego.

Silnym punktem tego serialu są niesamowicie wyraziste postacie.  Obok Ally - zagubionej prawniczki, która marzy o romantycznej miłości i cały czas bezskutecznie szuka swojego ideału, mamy tutaj jeszcze wielu innych dziwaków.  Po pierwsze Johna Cage'a (Krakersik), spokojnego, zamyślonego prawnika, który często wpada w zadumę i stosuje niespotykane metody na sali sądowej (rezygnuje z przepytywania swoich świadków, rozprasza się, pije wodę z niezwykłym namaszczeniem itd.) ale jest też świetny w mowach końcowych dzięki czemu z łatwością wygrywa kolejne sprawy.  Obok Ally chyba największy świr w kancelarii.  Prócz niego mamy jeszcze Richarda Fisha, który co rusz wymyśla kolejne błyskotliwe sentencje (fiszyzmy), pracuje przede wszystkim dla pieniędzy i zabawy, porywa się na niemożliwe sprawy zawsze z niebywałym entuzjazmem. Prywatnie podniecają go kobiece „korale” i chodzi ze starszą od siebie sędzią Jennifer 'Pejczyk' Cone. W kancelarii Cage'a i Fisha pracuje również małżeństwo: Georgia Thomas i Billy Thomas, który był pierwszą ogromną i nieodżałowaną miłością Ally, bo rzucił ją dla kariery i po latach spotkał właśnie w tej kancelarii.  Między nimi stworzy się mały trójkąt uczuciowy ale całe szczęście daleki od brazylijskiej telenoweli.  I na końcu, ale wcale nie mniej widoczna jest jeszcze asystentka Elaine Vassal, która wścibia nos w nie swoje sprawy, zawsze musi być w centrum uwagi i zawsze jest na bieżąco z krążącymi po biurze plotkami.  W takim biurze nudzić się nie można, podobnie jak z takim serialem.  Oglądam dalej.

18:59, milczacy_krytyk , serial
Link Komentarze (1) »
sobota, 27 listopada 2010
Tylko strzelaj

duracellek

Tylko strzelajTylko strzelaj (2007) USA

reżyseria i scenariusz: Michael Davis
aktorzy: Clive Owen, Monica Bellucci, Paul Giamatti, Stephen McHattie, Daniel Pilon, Jane McLean, Greg Bryk,  Ramona Pringle
muzyka: Paul Haslinger
zdjęcia: Peter Pau
montaż: Peter Amundson

 (4/10)

Siedzi sobie facet na przystanku autobusowym, popija jakiś napój i je... marchewkę.  Nagle na ulicę wbiega ciężarna kobieta, ubrana w żółtą sukienkę.  Ucieka co sił, woła o pomoc, bo ściga ją facet w czarnym samochodzie.  Facet na przystanku przygląda się tej scenie w spokoju, wręcz ze znudzeniem, zupełnie jakby takie sytuacje widywał codziennie.  Samochód rozbija się na zakręcie, wybiega z niego mężczyzna i z pistoletem w ręku goni za kobietą, nie zważając na przypadkowego gapia.  Ten po chwili wahania wreszcie wyrzuca napój do śmieci i z marchewką w jednej dłoni, a spluwą w drugiej, biegnie czym prędzej za mężczyzną na ratunek kobiecie.  Jak się wkrótce okaże ten fan marchewek nazywa się Smith i potrafi perfekcyjnie posługiwać się bronią.  Bez większego wysiłku rozprawia się więc ze ścigającym i kilkunastoma innymi mężczyznami, którzy w międzyczasie dobiegli do niego, jednocześnie odbierając poród u ciężarnej kobiety.  Niestety wkrótce później kobieta umiera, a Pan Smith uciekając przed kolejnymi nieznajomymi, uzbrojonymi mężczyznami musi zaopiekować się noworodkiem.  I tak rozpoczyna się całkowicie zwariowane kino akcji w reżyserii Michaela Davisa.

Chciałem się wybrać na ten film do kina, bo bardzo zachęcił mnie zwiastun, który zapowiadał totalnie zwariowane kino akcji, ale dystrybutor po kiepskich wynikach w amerykańskim box-office nie zdecydował sie na wprowadzenie go do naszych kin.  I całe szczęście, że nie mogłem produkcji tej obejrzeć na srebrnym ekranie bo bym się srogo rozczarował.  "Tylko strzelaj" to gigantyczna, niedorzeczna strzelanina.  Film przesadzony, przeszarżowany, idiotyczny i przerysowany do granic możliwości. Już pierwsze minuty są tak wariackie, że aż trudno uwierzyć iż ktoś coś takiego naprawdę nakręcił.  Z początku takie zwariowanie przedstawianie tej historii można jeszcze jakoś przełknąć.  Film Davisa jest wtedy całkiem zabawny, zakręcony, a przerysowanie kolejnych sytuacji autentycznie śmieszy i dostarcza sporej dawki pozytywnych emocji.  Bohaterowie strzelają do siebie w każdej kolejnej scenie, podczas odbierania porodu, podczas odbywania stosunku, w biegu, w wąskich korytarzach, na dachach budynków itd. itp. Dosłownie wszędzie, w każdej możliwej sytuacji.  Jednakże z każdą kolejną minutą film ten staje się coraz bardziej nieznośny.  Co prawda zaskakuje kolejnymi wydarzeniami, ale są one zdecydowanie zbyt toporne i zaczynają po prostu męczyć i denerwować. Stężenie głupoty na centymetr kwadratowy taśmy jest tu tak ogromne, że aż nie sposób go wytrzymać.

W pierwszych minutach "Tylko strzelaj" miałem wrażenie, że film ten powstał na podstawie komiksu.  Gdyby tak jednak było, wtedy historia oprócz zwariowanych scen akcji miałaby choćby w małym stopniu ale jednak, choćby odrobinę logiczną fabułę.  Ponieważ jednak jest to oryginalna opowieść reżysera i scenarzysty w jednej osobie, to intryga i wytłumaczenie dlaczego ktoś za wszelką cenę chce uśmiercić noworodka, jest równie idiotyczna i bezsensowna jak sam film.  Chwilami przez swoją niedorzeczność i całą swą szarże „Tylko strzelaj” przypominał mi "Wanted" z Angeliną Jolie.  Różnica między tymi produkcjami polega jednak na tym, że o ile "Wanted" prawie do samego końca (gdyby nie zbyt brutalna końcówka) utrzymywał całkiem równy poziom, tak tutaj z każdą kolejną minutą jest coraz gorzej.  Bo o ile w "Wanted" to naginanie rzeczywistości łączyło się z zapewnianiem rozrywki, tak w „Tylko strzelaj” jest ono tak przesadzone, że na dłuższą metę nie sposób czerpać z niego jakiejkolwiek przyjemności.  Zamiast bawić, film ten coraz mocniej irytuje, męczy i wkurza.  Pod koniec (scena strzelaniny w powietrzu) mamy prawie wrażenie, że to co widzimy na ekranie to niedorzeczna kreskówka, a nie przekraczający pewne granice film akcji, z żywymi aktorami w rolach głównych.  Okropność.

Tagi: akcja
15:00, milczacy_krytyk , 04
Link Komentarze (12) »
czwartek, 25 listopada 2010
Ostatni dom po lewej

how far would you go?

Ostatni dom po lewejOstatni dom po lewej (2009) USA

reżyseria: Dennis Iliadis
scenariusz: Carl Ellsworth, Adam Alleca
aktorzy: Garret Dillahunt, Sara Paxton, Spencer Treat Clark, Riki Lindhome, Joshua Cox, Martha MacIsaac, Monica Potter, Tony Goldwyn, Aaron Paul, Michael Bowen
muzyka: John Murphy
zdjęcia: Sharone Meir
montaż: Peter McNulty

 (7/10)

Pewna rodzina jedzie do domku letniskowego na wakacje.  Oczywiście domek jest na odludziu, nad jeziorem, gdzie komórki tracą zasięg, a najbliższy sąsiad znajduje się 10 kilometrów dalej.  W normalnym thrillerze na tę spokojną rodzinę napadłoby kilku rozwścieczonych nastolatków lub psychol kryjący swoją twarz za dziwaczną maską, zaczęliby ich torturować, męczyć aż w końcu najsilniejsza osoba z rodziny by się im przeciwstawiła i przeżyła do końca.  Schemat jaki znamy już na pamięć.  "Ostatni dom po lewej" wybiera jednak zupełnie inny, bardzo ciekawy kierunek rozwoju historii.  Otóż krótko po przyjeździe do domku, Mari zostawia rodziców samych i jedzie do miasteczka by spotkać się ze swoją trochę zbuntowaną przyjaciółką Page, która pracuje w lokalnym sklepiku.  Dziewczyny przez przypadek trafiają do pokoju hotelowego młodego, zwyczajnie wyglądającego chłopaka, który w zamian za to, że Page sprzedała mu w sklepie papierosy, oferuje im trawkę.  Niestety do hotelu wkrótce, szybciej niż powinni, wracają opiekunowie chłopaka, jego ojciec, wuj i dziewczyna ojca, a ponieważ ten właśnie uciekł policji i nie może pozwolić sobie na zostawianie za sobą jakichkolwiek śladów, porywa dziewczyny ze sobą.  W czasie wyjazdu z miasta dziewczyny zostają brutalnie pobite i zgwałcone. Mari udaje się jednak jakimś cudem uciec oprawcom.  Ponieważ zapada noc i zbliża się burza, napastnicy poszukują schronienia i znajdują je w najbliżej stojącym domu, który należy akurat do... rodziców Mari.  Ci dowiedziawszy się o tym co przeżyła ich córka, nie mając innego wyjścia, postanawiają wymierzyć sprawiedliwość na własną rękę...

 

Thriller ten nie jest tym czego moglibyśmy się spodziewać po zwiastunach czy opisach.  Tak, jest brutalny, chwilami nawet bardzo, ale nie epatuje przemocą, nie zachwyca się nią i nie dąży do tego byśmy zobaczyli jej w całym seansie jak najwięcej.  Pojawia się ona w nim, bo tak biegnie opowiadana przez twórców historia, bo tak rozwijają się kolejne wydarzenia, bo bohaterowie nie mają innego wyjścia.  Co więcej "Ostatni dom po lewej" ma w sobie - i nie wiem dokładnie jakiego słowa tutaj użyć, bo chyba żadne nie będzie właściwe - pewną wrażliwość, jakieś drugie dno.  Nie chodzi w nim bowiem jedynie o pokazywanie kolejnych scen tortur, o zachwyt nad zadawanym cierpieniem.  Tego w nim o dziwo nie znajdziemy.  Nie wiem jak twórcom udało się tak wznieść tę produkcję, nadać jej bardziej normalnego, ludzkiego oblicza, ale jakimś cudem tego właśnie dokonali.  Być może takie spojrzenie na tę opowieść, taki klimat udało się stworzyć dzięki pięknym zdjęciom i wolniejszym chwilom, takim małym scenom w czasie których kamera zbliża się na twarze bohaterów, jakby na kilka sekund zatrzymując czas, skupiając się na ich emocjach, ich położeniu.  Bo w gruncie rzeczy ten film nie pędzi przed siebie, nie korzysta z teledyskowego montażu, szokowania widza za wszelką cenę.  Potrafi zatrzymać się w odpowiedniej chwili, skupić na bohaterach, na ich przeżyciach, dzięki czemu udaje się nadać kolejnym scenom odpowiedniej powagi.  Być może udało się to osiągnąć też dzięki fantastycznej muzyce Johna Murphy'ego, która jest spokojna, wyważona, która wycisza ten obraz, tworzy odpowiedni klimat, nadaje poszczególnym scenom wymiar tragiczności.

 

"Ostatni dom po lewej" to bardzo równy thriller.  Napięcie budowane jest w nim od samego początku, powoli ale konsekwentnie.  W gruncie rzeczy nie ma w nim gorszych, czy słabszych chwil.  Nie ma momentów które byłby niepotrzebne lub nudne, przy których zaczynalibyśmy się wiercić w fotelu lub zastanawiać dlaczego bohaterowie postąpili akurat tak, a nie inaczej.  Nie ma wymyślnej przemocy, zemsty planowanej z zimną krwią, czego bardzo obawiałem się przed seansem.  Jest zwykła, brudna walka o przetrwanie,  bo przez burzę nie ma gdzie uciec, a noc przeżyć trzeba.  Bardzo ciekawie sprawdziła się zamiana ról: oprawca-kat.  Napastnicy po pierwszych kilkudziesięciu minutach stają się tutaj bowiem osobami walczącymi o życie, a zwyczajne małżeństwo, ludzie niczym się nie wyróżniający, po których nigdy w życiu byśmy się czegoś takie nie spodziewali, stają się oprawcami, którzy  we własnej obronie, w obronie swojej skrzywdzonej córki, wymierzają ostateczną karę.  "Ostatni dom po lewej" to film bardzo dobrze zagrany, praktycznie przez wszystkich aktorów, którym udało się nie popaść w przesadę i w bardzo naturalny sposób wtopić w swoich bohaterów.  Film wciągający, trzymający w napięciu, który niejako zmusza do zastanowienia się jak daleko można się posunąć w obronie swoich bliskich, którzy zostali tak potwornie skrzywdzeni przez drugiego człowieka.  Bo odruchowo stajemy tutaj po stronie rodziców zgwałconej dziewczyny, jednakże czy powinniśmy?  Czy rodzice biorąc sprawiedliwość w swoje ręce, wymierzając karę uciekającym przed policją oprawcom, nie zmienili się w takich samych bandytów jakim była ta trójka?  Jak bardzo i czy czymkolwiek się od nich różnią?

Spore, pozytywne zaskoczenie.

10:26, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (6) »
wtorek, 23 listopada 2010
Mentalista - sezon II

he reads between the lies

Mentalista - sezon IIMentalista - sezon II (2009) USA

reżyseria: Chris Long, Charles Beeson, Eric Laneuville, Norberto Barba, Lesli Linka Glatter, Rod Hardy, David Barrett, Martha Mitchell, Dan Lerner, Bill D'Elia, John Polson, John Showalter, Stephen Gyllenhaal, Adam Kane, Roxann Dawson,
scenariusz: Bruno Heller, Tom Szentgyorgyi, Ashley Gable, Leonard Dick, Ken Woodruff, Eoghan Mahoney, John Mankiewicz, Erika Green, Jordan Harper, David Appelbaum, Carolyn Ingber
aktorzy: Simon Baker, Robin Tunney, Tim Kang, D. David Morin, Kelvin Han Yee, Owain Yeoman, Amanda Righetti, Terry Kinney, Aunjanue Ellis
muzyka: Blake Neely 
zdjęcia: Geary McLeod, Michael Goi
montaż: David Ekstrom, Glenn Farr, Christopher Cibelli, James Gadd

 (5/10)

Coraz bardziej zastanawia mnie fenomen tego serialu.  Co tydzień w Stanach, przed ekranami telewizorów, zasiada do „Mentalisty” średnio aż piętnaście milionów widzów, a przecież nie wyróżnia się on niczym szczególnym, na tle innych kryminalnych produkcji.  Prawdę powiedziawszy jest on propozycją bardzo przeciętną.  Co więc przyciąga do niego aż tyle osób?  Na pewno nie jest to wymyślna fabuła, bo ta jest prosta jak drut i zakończenia wszystkich, dosłownie wszystkich odcinków, można się domyśleć już po kilku pierwszych minutach każdego epizodu.  A może właśnie dlatego, że serial ten jest tak banalny tyle osób go regularnie ogląda? Bo chcą przy nim po prostu odpocząć, nie wysilać za bardzo głów, a jednocześnie czuć się jak występujący w nim pracownicy biura śledczego, którzy z pomocą Patricka Jane'a rozwiązują kolejne sprawy?  Mnie jednak takie upraszczanie śledztw strasznie nudzi, bo przecież co to za radość z oglądania kolejnych czterdziestopięciominutowych odcinków, jeśli już po kilku pierwszych minutach domyślamy się kto jest winny, albo kto zabił?  Żadna.  W pierwszej serii ten brak ciekawych, trzymających w napięciu zagadek wynagradzał odtwórca głównej roli Simon Baker, który z wdziękiem i klasą wcielił się w pomagającego policjantom Patricka Jane'a.  Jego niezwykły talent do obserwacji, dedukcji i manipulacji był interesujący, a jego metody działania czasem zaskakiwały i bawiły.  W drugim sezonie ich zabrakło, przez co moim zdaniem druga seria zaliczyła ogromny spadek formy.

Twórcy zamiast skupić się na rozwijaniu głównej postaci, poszerzaniu jej zdolności, zupełnie o niej zapomnieli, traktując ją jak dodatkową, jedną z wielu.  Straszny błąd, przez który drugi sezon jest zdecydowanie słabszy od poprzedniego.  Scenarzyści zdecydowali się na siłę uatrakcyjnić "Mentalistę" dodatkowymi wątkami, rozbudowującymi pozostałe postaci.  Stąd tez przez pierwsze kilka odcinków rodzi się mały konflikt pomiędzy Patrickiem a nowym policjantem, dawnym partnerem Lisbon, który przejmuje sprawę Czerwonego Johna.  Dodał on trochę energii i emocji do kolejnych odcinków, jak również dowiedzieliśmy się z niego kilku nowych informacji na temat przeszłości agentki Lisbon (choć nie były to jakieś szokujące, wielkie rewelacje, tylko małe szczegóły na temat jej wcześniejszej pracy). Twórcy niestety zrezygnowali z niego w dość drastyczny sposób już w ósmym odcinku.  Rozwinęli także wątek miłosny między Van Pelt i Rigsby'm, jednakże w połowie jego trwania zabrakło im chyba pomysłów na pociągnięcie tej historii i ją również dość ostro przerwali po kilku epizodach.  Mniej więcej w połowie sezonu do biura zawitał też nowy szef, a dokładniej mówiąc szefowa, która (czego bali się bohaterowie) miała sporo namieszać i wprowadzić nowy porządek do biura, ale i z tej postaci twórcy zupełnie nie skorzystali, temperując jej charakter w kilku kolejnych epizodach, przez co nic ciekawego nie wynikło z jej pojawienia się w CBI.  Również z pojawienia się medium w ostatnich odcinkach serialu, które Patrick chce koniecznie zdyskredytować, nie za wiele wynika i wątek ten kończy się na niczym.

Najgorsze jest jednak to, że temat przewodni serialu, czyli tajemniczy seryjny zabójca Czerwony John, o którym dowiedzieliśmy się już w pierwszym odcinku pierwszej serii, w tej powraca tylko dwa! razy, w dwóch z dwudziestu trzech odcinków.  O ile jeszcze pierwszy taki odcinek, niebezpośrednio mu poświęcony, jest całkiem ciekawy i ma jako taki sens, tak kolejny, który jest jednocześnie finałem całego sezonu, za wiele do sprawy nie wnosi.  Twórcy potraktowali więc najważniejszy wątek swojej produkcji bardzo po macoszemu, jakby bojąc się, że za wiele zdradzą i nie będą mogli go kontynuować w kolejnych seriach.  Pozostałe odcinki są niestety potwornie jednostajne, okropnie przewidywalne, spokojne, pozbawione jakiegokolwiek napięcia, więc nawet jeśli juz coś się w nich dzieje, to w tak bezpłciowy i nijaki sposób, że równie dobrze mógłby się nie wydarzyć, a efekt byłby taki sam.  Druga seria jest strasznie naciągana, naiwna i nudna.  Brakuje w niej ciekawych pomysłów na kolejne sprawy, a co gorsza Patrick z interesującej głównej postaci stał się w niej dziwakiem, człowiekiem irytującym, dziecinnym i zwykłym.  Jego talent tak widoczny w poprzednich odcinkach tutaj jest niedostrzegalny, ukryty za kolejnymi wybrykami, błazenadą, wygłupami i nie śmiesznymi żartami jakie wygłasza.  Jedyne co tak naprawdę robi to bezustannie zaparza sobie kolejne herbaty, czai się po kątach i od czasu do czasu wtrąci coś do sprawy.  Żeby to było jeszcze jakoś odkrywcze, lub spostrzegawcze, ale niestety nie jest.  Twórcy zapomnieli, że to na nim opierał się ten serial, że to on nadawał mu kolorów, był jego kołem zamachowym.  W drugiej serii stał się niestety jedynie dodatkiem do nieciekawej całości.  Dlatego trzeciej serii oglądać już nie będę. Szkoda na nią czasu.

10:50, milczacy_krytyk , serial
Link Komentarze (11) »
sobota, 20 listopada 2010
Harry Potter i Insygnia Śmierci - część I

the end begins

Harry Potter i Insygnia ŚmierciHarry Potter i Insygnia Śmierci: część I (2010) Wielka Brytania, USA

reżyseria: David Yates
scenariusz: Steve Kloves
aktorzy: Daniel Radcliffe, Rupert Grint, Emma Watson, David Thewlis, Imelda Staunton, Timothy Spall, Helena Bonham Carter, Alan Rickman, Brendan Gleeson, Bonnie Wright, Ralph Fiennes, Domhnall Gleeson, Ciarán Hinds, Clémence Poésy, Evanna Lynch, Julie Walters, Robbie Coltrane, James Phelps, Miranda Richardson, Carolyn Pickles, Oliver Phelps, Matyelok Gibbs, Stanislav Ianevski, David Ryall, Toby Regbo, Hazel Douglas, Rod Hunt, Chris Rankin, Rade Serbedzija, Helen McCrory, Rhys Ifans, Michelle Fairley, Tom Felton, Bill Nighy, Jamie Campbell Bower, Fiona Shaw, Natalia Tena, Matthew Lewis, Richard Griffiths, John Hurt, Warwick Davis, Jason Isaacs, Michael Gambon, Andy Linden, Mark Williams, Harry Melling, David Bradley, Jim Broadbent, Geraldine Somerville, Peter Mullan, Ian Kelly
muzyka: Alexandre Desplat
zdjęcia: Eduardo Serra
montaż: Mark Day

na podstawie: powieści J.K.Rowling

 (8-/10)

Książka to książka, a film to film.  Dlatego też, to co dobrze wypada na papierze, nie zawsze sprawdzi się na srebrnym ekranie.  Z tego też powodu trzeba się pogodzić z tym, że pewne zmiany w ekranizacjach powieści J.K.Rowling są i będą się pojawiać, a polscy fani opowieści o Harrym Potterze, którzy znienawidzili reżysera Davida Yatesa za zniszczenie (??) opowieści o młodym czarodzieju, już teraz powinni darować sobie narzekanie i na seansie nowego Pottera po prostu popłynąć z historią, nie trzymając się kurczowo książkowego oryginału.  W najnowszej części (a raczej pierwszej jej połówce) wprowadzonych zostało trochę zmian, choć nie jest ich aż tak wiele jak przy piątej odsłonie cyklu.  To kosmetyka, niedopuszczalna dla fanów, ale dla zwykłego widza i czytelnika prawie niezauważalna, która filmowi wyszła tylko na dobre, bo poprawiła to co przeniesione na ekran wyglądałoby po prostu źle lub mało przekonująco.  Najpoważniejsza zmiana to ograniczenie drugiego wątku z powieści Rowling.  Książkowe "Insygnia śmierci" skupiały się bowiem na dwóch sprawach.  Po pierwsze mówiły o trójce przyjaciół, którzy ukrywając się przed całym magicznym światem, próbują na własną rękę, po omacku znaleźć kolejne części duszy Voldemorta i je zniszczyć.  Do drugie natomiast były demitologizacją postaci dyrektora Hogwartu, który we wszystkich poprzednich tomach jawił się jako postać krystalicznie dobra, perfekcyjna pod każdym względem, a po śmierci jej niezbyt pozytywna przeszłość zaczęła wychodzić na światło dzienne, pokazując Dumbledora z trochę gorszej strony. Tego drugiego wątku, w którym Harry zaczyna coraz bardziej wątpić w Dumbledore'a w filmie zabrakło.  Pojawia się co prawda jedna scena podczas wesela poruszająca ten temat, ale nie ma ona większego wpływu na późniejszą akcję.  Nic w tym jednak dziwnego, bo choć wątek ten idealnie pasował do książki, tak w filmie nie byłoby możliwości jego przedstawienia bez zbyt poważnego spowalniania akcji i komplikowania historii.

Pozostałe zmiany są drobne i wydaje mi sie, że gdybym tuż przed seansem nie przeczytał po raz drugi powieści Rowling, w ogóle bym ich nie zauważył.  Nie znalazła się w tym filmie na przykład scena pożegnania z Dursleyami (bardzo dobrze) czy intrygująca rozmowa Harry’ego z goblinem i Ollivanderem (choć ta może pojawić się jeszcze w finale siódmej części).  Niektóre sceny zostały odrobinę zmienione (schwytanie przez śmierciożerców, czy zdecydowanie bardzie godna śmierć Hedwigi).  Twórcy dodali również sporo od siebie pokazując wydarzenia, które choć nie zostały opisane w książce, idealnie pasują do tej historii, bo w prosty sposób wyłapują nastrój wydarzeń opisanych na wielu kartach powieści - przemówienie Ministra Magii, wzruszająca i przepiękna scena w której Hermiona opuszcza swoich rodziców i wymazuje samą siebie z ich pamięci, czy taniec Hermiony i Harrego w namiocie.  Nadali również formę opowieści o trzech braciach, która ze zwykłej bajki, czytanki wygłaszanej przez jedną z bohaterek, stała się małym dziełem sztuki, niezwykle prostą, umowną ale przecudowną animacją, która zachwyca pomysłem, perfekcyjnym wykonaniem.  Zdziwiło mnie jedynie miejsce podziału siódmego tomu na dwie części.  Na długo przed seansem myślałem, że nastąpi ono mniej więcej w połowie.  Tak się jednak nie stało i twórcy do pierwszej części siódmego tomu wrzucili ponad dwie trzecie powieści Rowling!  Z początku takie posunięcie wydaje się trochę dziwne, bo przez to w tej części musiano streścić aż 500 stron, a w następnej niewiele ponad 200, ale jest w nim wiele racji  Początek książkowych "Insygniów śmierci" jest bowiem całkiem długi i choć nie ma w nim praktycznie żadnego wstępu, to jednak w pierwszych rozdziałach za dużo się nie dzieje.  Wiele jest rozmów, zastanawiania się co trzeba zrobić, szukania prawdy i kolejnych tropów, które zlewają sie trochę w jeden ciąg scen, w czasie których bohaterowie samotnie przebywając w lasach, od czasu do czasu tylko wyskakując w jakieś ważne miejsce, by sprawdzić kolejny trop. Zakończenie dwudziestego czwartego rozdziału było idealnym miejscem na przerwanie filmu - wielka ucieczka, śmierć jednej z bardziej znanych postaci, obecnej w sadze od drugiego tomu, wytłumaczenie pojęcia "Insygnia śmierci" i tryumf zła, które teoretycznie staje się niezwyciężone.  Idealne miejsce na zawieszenie akcji.

Siódmy tom opowieści o Harrym Potterze był dla mnie ogromnym zaskoczeniem.  Po finale "Księcia Półkrwi" myślałem, że w ostatnim tomie bohaterowie będą po prostu po kolei odnajdywać kolejne Horkruksy, a całość zakończy ostateczne starcie Harrego i Voldemorta.  Rowling poszła jednak w trochę innym kierunku, stawiając swoich bohaterów przed zadaniem prawie niemożliwym.  Bez żadnych wskazówek kazała szukać im kolejnych Horkruksów, co szło im jak po grudzie (do połowy książki nie zniszczyli nawet jednego), a na dodatek przedstawiła kolejne magiczne przedmioty w postać tajemniczych Insygniów Śmierci, które nawet dla doświadczonych czarodziejów były niewiadomą, nieznaną i niemożliwą magią, należącą bardziej do świata baśni i legend.  Rowling zerwała z wypracowanymi schematami z poprzednich ksiąg, zostawiając Hogwart, zastępy bohaterów, skupiając się na beznadziejnej misji jaką miała wypełnić trójka przyjaciół.  I podobnie jak tom siódmy różnił się od sześciu poprzednich książek, tak i jego ekranizacja jest całkowicie inna od poprzednich filmów o Harrym Potterze.  I nie chodzi tutaj tylko o wspomniany wcześniej brak schematu (nowy rok szkolny, pojawiająca sie w tle tajemnica, szczęśliwe rozwiązanie), ale o sposób prowadzenia tej historii.  "Insygnia śmierci" są bowiem filmem niezwykle wyciszonym, spokojnym, niespieszącym się z przedstawianiem kolejnych wydarzeń.  To bardziej poważny dramat z elementami magii, niż film rozrywkowy dla nastolatków.  To film niezwykle skromny, prosty, bardzo wolny.  Niektórzy pewnie powiedzą (szczególnie Ci, którzy nie czytali książki i przyzwyczaili się do hiperszybkiego tempa poprzednich części), że się nawet trochę wlecze.  Jednakże choć z pozoru nie wiele się tu dzieje (szybsze sceny można zliczyć na palcach jednej ręki i wszystkie trwają dość krótko) to twórcom udaje się utrzymać całkiem wysokie napięcie przez cały czas trwania seansu, już od pierwszych jego sekund.  Trzeba pamiętać też, że film ten jest właśnie taki, bo i pierwsze kilkaset stron w powieści również było powolne, przeznaczone w większości na rozmowy, oczekiwanie, w czasie którego bohaterowie nie wiedząc co zrobić, tułali się od miejsca do miejsca.

Podobnie jak kolejne tomy dorastały wraz z czytelnikiem, stając się coraz bardziej mroczne i poważne, tak również z każdą kolejną częścią filmy o Potterze przebijają same siebie, chcąc być czymś więcej niż tylko udaną rozrywką dla młodego widza.  Ekranizacje Pottera nie są bowiem już tylko szybką, prawie teledyskową opowiastką dla nastolatków, od której za wiele się nie wymaga, byleby tylko na ekranie wiele się działo.  Twórcy tak jak autorka powieści traktują widza coraz poważniej, nie idą na łatwiznę i starają się wynieść kolejne odsłony cyklu na wyższy poziom, wnieść je ponad przeciętność.  I udaje im się to z każdym kolejnym filmem coraz lepiej.  Widać to szczególnie właśnie w "Insygniach śmierci", które nie pędzą przed siebie na złamanie karku, które nie  chełpią się widowiskowymi scenami akcji, niezwykłymi efektami specjalnymi.  Są filmem, który przede wszystkim skupia się na bohaterach.  Są filmem, w którym widać niezwykłą dbałość o szczegóły, o stworzenie konkretnej atmosfery, o związanie widzów z bohaterami.  Znalazła się w tej produkcji przeogromna ilość niezwykle nastrojowych scen (genialne zdjęcia Eduardo Serry), pewnych zwolnień skupiających się na bohaterach, ich uczuciach, sytuacji w jakiej się znajdują.  Właśnie przez te małe sceny, przez te krótkie spowolnienia, twórcom udaje się pokazać osamotnienie, zagubienie bohaterów.  Jednakże nawet najpiękniejsze obrazki na nie wiele by się zdały, gdyby nie występujący tu aktorzy, gdyby nie Daniel Radcliffe, Rupert Grint i Emma Watson.  Nie dałoby się bowiem oglądać tego filmu, gdyby nie to, że potrafią oni grać.  Czapki z głów dla osób odpowiedzialnych za casting, które dziesięć lat temu wybierały odtwórców głównych ról, debiutantów, dzieciaki, które nie umiały grać, które dopiero z czasem nabrały umiejętności, po których nie można było przewidzieć jak się rozwiną i czy udźwigną ciężar swoich ról.  Całe szczęście z każdą kolejną częścią są coraz lepsi.  Oczywiście nie jest to aktorstwo najwyższych lotów, ale udaje im sie utrzymać ten film na swoich barkach, bo w gruncie rzeczy przez całe dwie i pół godziny obserwujemy tylko ich - pozostałe postaci pojawiają sie jako tło, dosłownie na kilka minut.

Pierwsze skrzypce tym razem gra Rupert Grint, który zrobił ogromny postęp w stosunku do poprzednich części i jego gra wypada najbardziej naturalnie.  Daniel Radcliffe tym razem od niego odstaje, a najsłabiej wypada Emma Watson choć i ona ma kilka lepszych momentów.  Co najważniejsze spisują się oni idealnie jako trio, jako trójka przyjaciół, którzy zdani wyłącznie na siebie muszą wykonać misję niemożliwą.  Zagubieni, ukrywający się przez całą swoją wędrówkę, próbujący odnaleźć i zniszczyć to, co nie udało się innym.  Rowling decydując się na uśmiercenie Dumbledore'a w szóstej części, nie mogła stworzyć lepszego punktu wyjściowego do ostatniego tomu.  Harry pozbawiony swego mentora został przez to pozostawiony sam sobie, nie mogąc się już zwrócić do nikogo.  W poprzednich częściach zawsze mógł polegać na innych.  W finale pozostał sam, z równie zagubionymi Ronem i Hermioną, musząc stawić czoła temu co nieuniknione, co zbliżało się od tak dawna.  Dlatego też ich wyprawa po kolejne Horkruksy jest zdecydowanie bardziej dramatyczna i trudna.  Muszą poradzić sobie w świecie opanowanym przez Voldemorta, który po śmierci swego jedynego przeciwnika rośnie w siłę, wprowadzając terror w świat czarodziejów.  "Insygnia śmierci" są mroczną opowieścią o zwątpieniu, o czasach tryumfu zła, wstępem do ostatecznej walki dobra za złem.  Filmem równie mrocznym jak jego książkowy oryginał, choć twórcy starają sie jak mogą by go trochę rozluźnić, by nie pogrążyć się w całkowitym mroku.  Stąd też sporo tu wstawek komediowych, w postaci słownych żartów czy nasączonych humorem całych scen (wizyta w Ministerstwie), płynnie połączonych z pozostałymi wydarzeniami, które rozluźniają trochę atmosferę, pozwalają trochę odpocząć.  Jeśli ktoś ginie, to najczęściej poza kadrem lub w oddali, choć i tak trup (już) ściele się gęsto.  Na końcowe starcie przyjdzie nam niestety jeszcze trochę poczekać.  I choć mam mały niedosyt po tej części, już teraz z wielką chęcią obejrzałbym zakończenie sagi, wielką bitwę, której zostanie poświęcona odpowiednia ilość czasu. Dobrze się jednak stało, że siódmy tom został podzielony.  Dzięki temu opowieść o Harrym Potterze, chłopcu, który przeżył, zostanie zakończona z należytym szacunkiem dla książkowego oryginału.

PS „Twilight is fine, better actually”. Świetny żart ;D

17:02, milczacy_krytyk , 08
Link Komentarze (27) »
 
1 , 2 , 3