Recenzje filmów, filmów i jeszcze raz... seriali.
Archiwum
Zakładki:
Blogi filmowe
Index filmów
Index seriali
Kina
Muzyka filmowa
Sieć
Szablony

fgdfgd
-->
Fanpage na Facebook Fanpage na Twitter Kanał RSS Napisz do mnie maila

Autor bloga:
Tomasz Błoński a.k.a. milczacy_krytyk










   













abbbb
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

zBLOGowani.pl

stat4u
Kategorie: Wszystkie | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | festiwal | hity kity | inne | oczekuję | plakaty | serial | soundtrack | zwiastuny
RSS
poniedziałek, 30 listopada 2009
Moon

clean energy

MoonMoon (2009) USA Złota Rolka 2009 - najlepsza muzyka - Clint Mansell - moon Ulubiony

reżyseria: Duncan Jones 
scenariusz: Nathan Parker
aktorzy: Sam Rockwell, Kevin Spacey, Dominique McElligott, Kaya Scodelario, Malcolm Stewart, Robin Chalk, Matt Berry, Benedict Wong
muzyka: Clint Mansell 
zdjęcia: Gary Shaw 
montaż: Nicolas Gaster

na podstawie: historii wymyślonej przez Duncana Jonesa

 (7/10)

Bliżej nieokreślona przyszłość.  Sam Bell jest astronautą, zamkniętym na trzy lata w księżycowej stacji Sarang.  W czasie swojego pobytu na srebrnym globie, nadzoruje wydobycie cennego surowca jakim jest gaz Helium 3, który jest najlepszą alternatywą dla brudnej energii, wykorzystywanej na Ziemi.  Jego jedynym kompanem w tej długiej misji jest komputer Gerty (głos Kevina Spacey'a), którego zadaniem jest służenie pomocą głównemu bohaterowi, w każdej sytuacji.  Film rozpoczyna się pod koniec misji, na dwa tygodnie przed powrotem bohatera na Ziemię.  Pojawia się jednak pewien problem - Sam zaczyna widzieć ludzi, którzy z całą pewnością nie mogą być na stacji i na pewno nie są oni wynikiem jego halucynacji.

Długo czekałem na ten film i bardzo żałuję, że nie znalazł się żaden dystrybutor, który zdecydowałby się na wprowadzenie tego obrazu na nasze ekrany.  Z pewnością "Moon" nie jest obrazem, który zawojowałbym box-office, ale jest to produkcja warta zobaczenia, bo wyróżnia się na tle, nie tylko filmów jakie mogliśmy obejrzeć w tym roku w kinach, ale również jest to powrót do sci-fi, które nie opiera się jedynie na efektach specjalnych.  A takie kino osobiście uwielbiam najbardziej.  Spokojne, niespieszące się w rozwoju wydarzeń, nastawione na dialogi i przedstawienie postaci, ich myśli, problemów i rozterek.  Sci-fi unikające efekciarstwa, skupiające się na historii.  Trzeba powiedzieć, że pomysł na "Moon" był naprawdę intrygujący, a sam film pomimo niespiesznej narracji całkiem dobrze trzyma w napięciu i interesuje.  Cały czas bowiem zastanawiamy się o co w tej niecodziennej sytuacji (o której pisać nie będę żeby za dużo nie zdradzać) naprawdę chodzi.  Czy to co widzi Sam jest prawdziwe, czy nie jest to jakaś wielka zmyłka reżysera.  Szkoda tylko, że samo rozwinięcie jest momentami trochę za bardzo naciągane i w miarę upływu akcji pojawia się coraz więcej nieścisłości.  Nie są to co prawda błędy niewybaczalne, ale trochę psują one seans.

"Moon" jest filmem niecodziennym również ze względu na to, iż występuje tu praktycznie tylko jeden aktor - Sam Rockwell.  Pojawiające się raz czy dwa, jego filmowa żona i córka to tylko chwilowe dodatki, widziane na ekranie monitora.  Również urokliwy komputer Gerty wyświetlający na swoim monitorze emotikony w zależności od sytuacji, choćby z niepowtarzalnym głosem Spacey'a jest również jedynie małym przerywnikiem.  Najważniejszy w tej produkcji jest bowiem Rockwell i to na jego barkach oparty jest cały film.  I choć nie dał on w tej produkcji niesamowitego popisu aktorskiego, to jednak poradził  on sobie ze swoją rolą naprawdę dobrze.  Pomimo małego budżetu i ogólnej małej spektakularności tego obrazu, zachwycające są tu również sceny rozgrywające się na powierzchni księżyca.  Nie ma ich co prawda sporo, ale widok małej osoby w białym kombinezonie, stojącej na szarej pustyni, otoczonej bezkresną pustką, robi naprawdę spore wrażenie.  Szkoda, że nie dane mi było widzieć tego na wielkim ekranie.

Jednak najlepszym elementem "Moon", dla którego koniecznie trzeba zwrócić uwagę na ten film, jest przepiękna muzyka napisana prze Clinta Mansella, która nie tylko tworzy niezwykły nastrój i atmosferę tego obrazu, ale również dodaje energii, emocji i siły do każdej sceny w tej produkcji.  To dzięki niej ten film żyje.  Zachwycałem się nią gdy tylko pojawił się soundtrack i jestem nią oczarowany również po seansie filmu Jonesa.  Mansell jest bowiem jednym z nielicznych twórców, których kompozycje brzmią rewelacyjnie z obrazem jak i osobno.  Tak było z wykorzystywanymi tysiące razy fragmentami soundtracków do "Pi", "Requiem dla snu", "Źródła" i tak pewnie też niedługo stanie się z muzyką z "Moon".  Jest ona bowiem - i tu nie boję się użyć tego słowa - wybitna. 

Trochę szkoda, że do debiutanckiego filmu Duncana Jonesa, jakim jest "Moon" już tego przymiotnika użyć nie mogę.  Mam bowiem lekki niedosyt po seansie.  Może jest to spowodowane długim oczekiwaniem na ten obraz albo tym, że jednak mi w tej produkcji czegoś zabrakło?  Takiej iskry, która czyni film niezwykłym, dzięki której produkcje jakie oglądamy prawdziwie nas zachwycają.  A może zabrakło mi więcej emocji, albo to wina małego ekranu na którym wszystko wydaje się słabsze i robi mniejsze wrażenie?  Nie wiem.  Z pewnością jednak obejrzę „Moon” jeszcze raz, bo zdecydowanie za mało mi było tej historii, za szybko minął mi ten film…

PS Dla tych, którzy jeszcze nie widzieli, a nie mogą się doczekać "Moon":  film jest dostępny za free, na stronie tvshack (oczywiście tylko w wersji oryginalnej).

Tagi: dramat sci-fi
22:13, milczacy_krytyk , 07
Link Komentarze (5) »
niedziela, 29 listopada 2009
Iris

sailing into darkness

IrisIris (2001) Wielka Brytania

reżyseria: Richard Eyre 
scenariusz: Charles Wood, Richard Eyre 
aktorzy: Judi Dench, Kate Winslet, Hugh Bonneville, Juliet Aubrey, Jim Broadbent, Samuel West, Barbara Leigh-Hunt, Saira Todd, Kris Marshall, Pauline McLynn, Gabrielle Reidy, Stephen Marcus, Eleanor Bron, Angela Morant, Siobhan Hayes, Joan Bakewell, Nancy Carroll, Tom Mannion
muzyka: James Horner 
montaż: Martin Walsh
zdjęcia: Roger Pratt

na podstawie: książek Johna Bayley'a 

 (8+/10)

W tym wielokrotnie nominowanym do różnych nagród filmie z 2001 roku, spotkały się dwie fantastyczne aktorki - Judi Dench i Kate Winslet, by zagrać jedną, niezwykłą kobietę, jaką była Iris Murdoch.  Kate sportretowała jej młodzieńcze lata, a Judi w nieprawdopodobnie poruszający sposób, przedstawiła ostatnie, bolesne chwile z jej życia. Bolesne w szczególności dla jej męża (równie dobry Jim Broadbent), który widział jak jego miłość traci wszystko to dlaczego żyła i co było dla niej tak ważne.  Iris była bowiem wybitną pisarką, poetką, filozofką, piszącą o wolności, o miłości, oraz o tym co znaczy być dobrym w życiu.  Osobą, która przywiązywała niezwykłą wagę do języka nie tylko w swoich książkach, ale również w codziennym życiu.  Pod koniec swoich dni, przez nieuleczalną chorobę Iris zaczęła zapominać nie tylko wydarzenia z ostatnich miesięcy, ale również to co było dla niej zawsze najważniejsze: podstawowe słowa i ich znaczenie...

W czasie całego seansu lawirujemy pomiędzy przeszłością a teraźniejszością, pomiędzy tym co minęło a tym co jest. Reżyser porównując pewne wydarzenia z młodości bohaterki do analogicznych sytuacji jakie wydarzyły się kilkadziesiąt lat później, wpływa na nas o wiele mocniej, niż gdybyśmy poznali jedynie ostatnie chwile z życia Iris.  Ale w głównej mierze to właśnie dzięki perfekcyjnemu występowi Judi Dench film ten jest tak niesamowicie poruszający.  Niektóre sceny są w nim tak rozrywająco wzruszające, że nie sposób się chociaż przez chwilę nimi nie przejąć.  Richardowi Eyre udała się rzecz niezwykła, bo w tym skromnym i kameralnym filmie, przy użyciu niezwykle prostych środków, bez zbędnej ckliwości czy wkraczaniu na zbyt podniosłe ścieżki, udało mu się przekazać nam podczas seansu niesamowicie silny ładunek emocjonalny.  Udało mu się poruszyć nas dogłębnie, przejąć się losem głównej bohaterki, współczuć jej i cierpieć razem z nią, nawet na długo po seansie.

"Iris" jest przerażająco smutnym, ale jednocześnie niezwykle pięknym filmem.  Smutnym, ponieważ widzimy jak niegdyś energiczna, niezwykle inteligentna kobieta gaśnie w oczach.  Jak przez chorobę traci swój największy talent, swój dar, który wykorzystywała przez całe swoje życie.  Smutnym, bo widzimy jak przez chorobę wracają stare rany, jak zatajone żale i skrywane przez lata pretensje wychodzą na powierzchnię.  Ale "Iris" jest również niezwykłym obrazem mówiącym o prawdziwej miłości, która przetrwa wszystko, zdrady, starość czy chorobę.  Filmem o tym jak szybko i niezauważalnie młodość przechodzi w starość, jak szybko mijają piękne dni i z dnia codziennego stają się jedynie wspomnieniami.  To film o godzeniu się z nieuniknionym upływem czasu, o poddawaniu się temu co nas kiedyś czeka, o akceptowaniu tego co kiedyś dla każdego będzie musiało nadejść.  Do przemyśleń.

10:59, milczacy_krytyk , 08
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 listopada 2009
Posłańcy

kra, kra, kra...

PosłańcyPosłańcy (2008) USA

reżyseria: Oxide Pang Chun, Danny Pang 
scenariusz: Mark Wheaton
aktorzy: Kristen Stewart, Dylan McDermott, Penelope Ann Miller, John Corbett, Evan Turner, William B. Davis, Brent Briscoe, Dustin Milligan, Jodelle Ferland, Michael Daingerfield, Anna Hagan
muzyka: Joseph LoDuca 
zdjęcia: David Geddes 
montaż: John Axelrad, Armen Minasian, Tim Mirkovich
 

 (4/10)

Gdy horror rozpoczyna się od czarnobiałego prologu, w którym widzimy straszne wydarzenia z przeszłości, wiemy od razu, że za chwilę historia zatoczy koło i to co miało miejsce kiedyś, wydarzy się ponownie, a my będziemy przeżywać to razem z naszymi bohaterami.  Przynajmniej tak powinno być w dobrym straszaku.  Bracia Pang (autorzy przeciętnego "Oka", które nie wiedzieć czemu zdobyło całkiem sporą popularność i doczekało się równie nijakiego remake’u z Jessicą Albą w roli głównej) nie wiedzą jednak zupełnie jaki film chcieliby stworzyć i z danej na początku obietnicy kompletnie się nie wywiązują.  "Posłańcy" są bowiem przedziwnym miksem, w którym znalazło się miejsce dla japońskich zjaw, biegających po ścianach duchów niczym z „Ciemności”, elementów rodzinnego dramatu, opowieści o psychopacie, a całość rozgrywa się gdzieś na amerykańskim pustkowiu, na którym straszą agresywne wrony, a równie dobrze mogłyby to też robić i strachy na wróble.

Trzy rzeczy w tym filmie zasługują na pochwałę.  Po pierwsze „Posłańcy” wyróżniają się bardzo jasnymi, przepełnionymi kolorami zdjęciami, dzięki którym obraz ten stara się jak najbardziej odróżniać od typowych horrorów jakie co roku widzimy na naszych kinach.  Po drugie dobrze sprawuje się tu również muzyka Josepha LoDuci, który kilka lat wcześniej napisał rewelacyjny motyw przewodni do mini-serialu Briana Singera, a do tego obrazu stworzył kilka ciekawych nut.  Trzecim całkiem dobrym elementem tego filmu jest skupienie się na bohaterach w pierwszej części seansu.  Poznajemy ich stopniowo i powoli dowiadujemy się co im się takiego przydarzyło, że zdecydowali się na przeprowadzkę do przysłowiowego nigdzie.  Całość poprowadzona jest bez pośpiechu i zbyt szybkiego odkrywania kart.  Ta lekko zaznaczona dramatyczna strona filmu jest miłą odmianą w zalewie produkcji, nie pozostawiających dla widza ani trochę miejsca dla własnej interpretacji.  Szkoda jedynie, że nie została ona poprowadzona w bardziej wyrazisty i konkretny sposób. I z plusów to niestety byłoby na tyle.

"Posłańcy" cierpią okrutnie z powodu za dużej ilości pojedynczych straszaków.  Twórcy nie budują napięcia, nie podkręcają atmosfery, w ich filmie nie ma żadnej ciągłości i naturalnego przechodzenia z przerażającego momentu do chwil odpoczynku.  Wszystkie momenty przyśpieszające nam w założeniu bicie serca, są nienaturalnie odseparowane od siebie i nie wynikają logicznie jeden z drugiego.  Wygląda to tak jakby twórcy wymyślili kilka strasznych scen i na chybił trafił umieścili je w swoim obrazie.  Co gorsza przeszkadzają one w pierwszej części filmu, zaburzając jej dramatyczny wyraz.  Zupełnie nie spisała się także główna bohaterka tej produkcji, czyli Kristen Stewart, gwiazdka "Zmierzchu", na której w większości miał opierać się ten film i to od jej umiejętności zależało, czy horror ten wywoła w nas jakieś emocje.  Ponieważ ze Stewart aktorka jest oględnie powiedziawszy średnia, więc i emocji w "Posłańcach" wiele nie znajdziemy. Szkoda również, że rozwiązanie całej historii jest tak zwyczajne i kiepsko poprowadzone, przez co zakończenie jest naprawdę mało satysfakcjonujące.  Szkoda czasu…

Tagi: horror
17:43, milczacy_krytyk , 04
Link Komentarze (2) »
czwartek, 26 listopada 2009
Porozmawiaj z nią

nic nie jest proste...

Porozmawiaj z niąPorozmawiaj z nią (2002) Hiszpania

reżyseria i scenariusz: Pedro Almodóvar 
aktorzy: Elena Anaya, Geraldine Chaplin, Darío Grandinetti, Leonor Watling, Rosario Flores, Mariola Fuentes, Paz Vega, Fele Martínez, Loles León, Adolfo Fernández, Carmen Machi, Esther García, Javier Cámara, Ana Fernández, Lola Duenas, Roberto Álvarez
muzyka: Alberto Iglesias
zdjęcia: Javier Aguirresarobe 
montaż: José Salcedo

 (8/10)

"Porozmawiaj z nią" to film złożony z dwóch łączących się w pewnym momencie historii.  Jedna to opowieść o dziwnym związku Benigno, młodego pielęgniarza, samotnika, który opiekuje się Alicją, baleriną, która cztery lata temu zapadła w śpiączkę.  Druga historia to spojrzenie na torreadorkę Lydię oraz Marco, dziennikarza, który chce przeprowadzić z nią wywiad.  I choć na początku te dwie nitki życia kompletnie nic nie łączy, to w wyniku pewnego niespodziewanego wydarzenia, bardzo wyraźnie się one ze sobą splotą i pozostawią ślad na życiu bohaterów.

 

Tym razem nie będę w tej recenzji, jak robię to z reguły, pisał o wszystkich częściach składowych filmu Almodovara.  Nie będę go dzielił na poszczególne elementy, bo takiego filmu jakim jest "Porozmawiaj z nią" nie sposób tak opisać.  Nie wystarczy wspomnieć o świetnym aktorstwie, fantastycznych dialogach, idealnej muzyce, bo jest to obraz niezwykły.  Delikatny, subtelny, niesamowicie wyważony, wieloznaczny w swojej wymowie i do głębi poruszający.  To jeden z tych nielicznych filmów po których musimy chwilę odpocząć, które wprawiają nas w trudny do zidentyfikowania stan zadumy, zamyślenia, odseparowania od świata rzeczywistego.  Film po którego napisach końcowych zapada cisza, otacza nas taki spokój w czasie którego obrazy, które dopiero co skończyliśmy oglądać, jeszcze żyją w naszych myślach.  Taka chwila na przemyślenia, kontemplację tego co dane nam było przeżyć. 

 

Czasem, bardzo rzadko ale jednak, aż brak nam słów gdy obejrzymy coś pięknego.  Wszystkie słowa, nawet te najbardziej pochwalne są w takim przypadku całkowicie zbędne, nieodpowiednie.  Wtedy lepiej nie niszczyć takiej chwili, tego odczucia.  Lepiej po prostu mu się poddać.  I tak właśnie czułem się wczoraj po seansie "Porozmawiaj z nią".  Dlatego tym razem nie będę wiele pisać, bo właśnie to uczucie jest dla mnie wystarczającym zaletą filmu Almodovara.  To właśnie przez nie wiem, że warto było zobaczyć ten film, przeżyć go, doświadczyć.

Tagi: dramat
18:34, milczacy_krytyk , 08
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 listopada 2009
Happy-Go-Lucky, czyli co nas uszczęśliwia

walnięty zawsze uśmiechnięty

Happy-Go-LuckyHappy-Go-Lucky, czyli co nas uszczęśliwia (2008) Wielka Brytania

reżyseria i scenariusz: Mike Leigh 
aktorzy: Sally Hawkins, Alexis Zegerman, Andrea Riseborough, Sinead Matthews, Kate O'Flynn, Sarah Niles, Eddie Marsan, Sylvestra Le Touzel, Elliot Cowan, Nonso Anozie, Trevor Cooper, Karina Fernandez
muzyka: Gary Yershon 
zdjęcia: Dick Pope 
montaż: Jim Clark

 (6/10)

Dziwny to film.  Irytujący, ale zachęcający do dalszego oglądania, męczący ale jednocześnie całkiem zabawny.  Prawdę powiedziawszy nawet po przeczytaniu wielu dość sprzecznych opinii, nie takiego go sobie wyobrażałem.  Przygotowywałem się na coś innego, więc pierwsze minuty obrazu Leigha były dla mnie dość szokujące i ciężko było mi wejść w klimat tej opowieści.  Z każdą kolejną minutą coraz bardziej mnie ona denerwowała, jednocześnie ciekawiąc i zmuszając się do zastanowienia nad postępowaniami bohaterów.  Po napisach końcowych byłem tak samo zaskoczony całym tym przedstawieniem, jak na początku i nie do końca mogę powiedzieć, czy mi się ono podobało, czy też nie. 

Na pewno największą siłą tego obrazu jest fantastyczna Sally Hawkins, która rewelacyjnie zagrała główną bohaterkę.  Zrobiła to tak dobrze, że aż trudno jest momentami wytrzymać jej obecność na ekranie, a oglądanie jej życia staje się chwilami dla nas męczarnią.  Poppy jest jedną z najbardziej wkurzających, denerwujących postaci jakie kiedykolwiek dane mi było oglądać na ekranie.  I nie chodzi tu tylko o to, że jest ona nieodpowiedzialna, rozkoszna, zwariowana, czy nad wyraz emocjonalna.  Ona jest po prostu nieprzyzwoicie szczęśliwa i ta jej radość, jej przeszczęśliwość działa nam nieprawdopodobnie na nerwy.  Ten szczebiotliwy głos, to robienie sobie żartów ze wszystkiego, to nietraktowanie życia na poważnie od pierwszych minut filmu, jest po prostu nie do zniesienia.

Co ciekawe, jednak pomimo, że już od samego początku miałem dość głównej bohaterki, to jednak chciało mi się oglądać jej zwyczajne życie i to jak wyglądają jej kontakty z innymi ludźmi.  I tutaj kolejna niespodzianka, bo każde spotkanie Poppy z drugą osobą, pokazywało albo, że ten ktoś obcy jest jeszcze bardziej szurnięty niż ona sama albo, że nasza Poppy wcale taka dziwna nie jest.  I nagle zamiast denerwować się Poppy, wkurzałem się instruktorem jazdy i jego ciągłym "en-ra-ha", które doprowadzało mnie do szewskiej pasji.  Zamiast irytować się jej zachowaniem, zadziwiłem się jej podejściem do bójki na placu zabaw.  I może właśnie o to chodziło reżyserowi?  O pokazanie, że to iż ktoś nad wyraz intensywnie cieszy się życiem i na co dzień zachowuje jak dziecko, wcale nie jest takie złe i nienormalne?  Że o wiele gorsze jest bycie na siłę dorosłym i dojrzałym, bo tak trzeba, bo tak wypada, bo ma się już ileś tam lat na karku…

PS Tytuł tej notki to jeden z podtytułów jakie zostały wymyślone na konkurs zorganizowany przez dystrybutora przed premierą filmu w Polsce.  Wygrało niestety nijakie „Co nas uszczęśliwia”. Tutaj jeszcze kilka innych ciekawych propozycji.

Tagi: komedia
19:39, milczacy_krytyk , 06
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4